Archiwa dla kategori 'publikacje'

O Jacku Ketchumie w nowym nr Fantasy&Science Fiction edycja polska.

Ponad pięć lat temu pojechałem do Ameryki pracować na budowie. Miałem za sobą pierwsze opowiadania, które potem złożyły się w dużej mierze na półdziki tom Wigilijne psy, ale „bycie pisarzem” ani mi było wtedy w głowie. Nie pisałem, raczej popisywałem się, za to z wielką radością machałem młotem, także pneumatycznym, a w weekendy sunąłem na Harvard, chłonąć popkulturę. Były sklepy pełne figurek, komiksów cienkich i albumowych, grubszych od Biblii, za to barwnych jak Morze Czerwone. Do tego niemal niekończące się półki z fantastyką, horrorem. W ten sposób odkryłem Jacka Ketchuma, koronowanego zgodnie na króla brutalności.
Ketchum wyzierał zewsząd: plakaty, reklamy w czasopismach branżowych, recenzje filmów nakręconych na podstawie jego prozy oraz sama proza, zapełniająca całą długość półki, złożyły się na wrażenie, że ten facet jest naprawdę kimś. W opinii recenzentów Ketchum przekroczył wszelkie granice, oferując przemoc pozbawioną wszelkiej umowności, za lekturę zabrałem się więc umotywowany i ostrzeżony. Nie pomogło. Pierwszy raz, powodowany najwznioślejszym rodzajem wstrętu, zmuszony byłem odłożyć powieść. Zaraz sięgałem po nią z powrotem, a potem – możecie się śmiać – długo nie mogłem zasnąć.
Czasem jeśli ktoś mówi „to naprawdę przerażająca książka”, warto posłuchać.
W posłowiu do Poza sezonem Ketchum wspomina kłopoty związane z pierwszym wydaniem tej powieści. Jako debiutant nie miał za wiele do gadania, a wydawcy opadła szczęka kiedy pojął, co nowa nadzieja horroru powypisywała. Zaczęło się od małej wojenki, skończyło na dialogach kanibali: „Ucięta głowa wylatuje”, „No dobra, ale zostawiam wyprute flaki”. Sam doświadczyłem podobnych trudności. Zauroczony, czy raczej powalony nowymi obszarami brutalności, poniosłem Ketchuma ku polskim wydawcom. Kierowała mną nieczysta chęć zostania odkrywcą Ketchuma i pierwszym ketchumologiem nad Wisłą, byłem też pewny, że się uda: wartość literacka jego powieści nie podlega kwestii. Niestety, wydawcy którym rzuciłem te majstersztyki, poodpadali, nie dokończywszy lektury. Za ostre, za mocne, będzie skandal i straszliwie wtopimy. Ketchum powinien mieć charakterystyczne dla amerykańskiego przemysłu muzycznego ostrzeżenie o wulgarnych treściach naklejone nawet na czoło.
Na szczęście, wydawnictwo Papierowy Księżyc przygotowało polską edycję Poza sezonem i to w pierwotnej, niepociętej wersji. Zasługi mojej w tym nie ma, ale radość z lektury – ogromna. Choć radość to może niezbyt właściwe słowo.

reszta w numerze drugim.

O “Pontypool” w Nowej Fantastyce

Wiele lat temu postanowiłem zostać dziennikarzem – w tym celu zapisałem się na studia, podszedłem do egzaminu wstępnego, wskutek czego nie zostałem przyjęty. Szanowna komisja wzgardziła również kolegami, którzy stawili się przed nią z podobną intencją. Uznaliśmy bowiem, że zawodu pismaka nie wypada uprawiać inaczej niż stadnie. Wylatując na zbity pysk rozbudziłem w sobie żal za straconą szansą. Nie dla mnie rozmowa z Melem Gibsonem, kto inny wytknie nietrzeźwy brak konsekwencji prezydentowi Kwaśniewskiemu.

Drugie podejście do dziennikarstwa miałem pięć lat temu, kiedy podreptałem do pewnej krakowskiej gazety wyżebrać jakąś szansę. Pan naczelny uradował się na mój widok, zapytał, czy mam jakąś pracę, gdyż uprawiając zawód z misją utrzymać się nie zdołam. Posłał mnie następnie na konferencję do magistratu i na koncert Procupine Tree – ci grali tam, gdzie powinni, czyli w supermarkecie. Konferencja była w inny dzień, zespół nie wystąpił. Pomyślałem sobie: Bóg naprawdę nie chce bym dziennikarzył, przesyła mi w związku z tym znaki. Następnym będzie cegła spadająca na mój durny łeb.

To krótkie doświadczenie nauczyło mnie, jak trudny jest zawód dziennikarza. Przeżycia lat następnych dodały obserwację, że dziennikarz radiowy wyróżnia się szczególnie wysokim stopniem zabiedzenia. Krążą tacy po rozgłośniach, nieodmiennie w grupach, wbici w szare swetry i wytarte marynarki. Nieodmiennie ich żuchwy wysunięte są do przodu, co jak sądzę ułatwia chwytanie pokarmu, jednocześnie utrudniając mówienie. Przez moment myślałem, że zostanę rozszarpany. A ci ludzie niosą nam dobry humor po falach eteru, oferują informacje, dźwięki. Niekiedy – nadzieję. Przynajmniej w filmie “Pontypool”.

Warszawiacy. R. 23

Grała Bryta, a Kosma tańczył. Za nim pochylał się rozświetlony napis DEKADA.
Próbował zgrać swe zwaliste ciało z młodzieżowym klimatem otoczenia: wbił się w obcisłe, białe dżinsy z kieszeniami obszytymi nitką czarną jak dżuma. Błyszczące mokasyny. Wykrochmalony kołnierz koszuli postawiony na sztorc i bransoleta.

Nie interesował się nikim wokoło.
– Patrz jaki dżolo – Świętek szturchnął Piotrka – kto by pomyślał, że facet się odnajdzie.
Świętek miał turecki sweter i żałobę pod paznokciami.
– Znasz Kosmę.
– Ale ja nie znam – Kamila zapaliła cienkiego papierosa, Świętek musiał zaraz rzucić żart:
– Jesteś pierwszą dziewczyną, która chce go poznać.
Uśmiechnęła się zalotnie i to tak, że nawet Świętek załapał.
Piotrek nagle poczuł się jak piąte koło u wozu, wstał po piwo i margarithę dla Kamili. Nie podobało mu się to miejsce, za kolorowo, za głośno, zaraz jakiś gówniarz chwyci go za tyłek – po co komu ręce łamać? I jeszcze tłum przy barze, krótkowłosa dziewczyna w garniturze, chłopak w zielonej bluzce, za to z tunelami jak denka od piwa, obok trzech studentów, a każdy, kurwa, w polo. Blond diablica w czerwonej sukience. Na gołe ciało jak nic. I gdyby jeszcze pili bronka jak ludzie, każdy chciał coś fikuśnego i kolorowego. A on, Piotrek o suchym pysku. Drażniło go czerwone światło.
– Dla mnie ciemne łamane – poprosił Świętek. Piotrek pokazał mu plecy.
A Kosma tańczył jak maszyna której kończy się zasilanie, rozgrzane baterie ślą ostatnie elektryczne kopniaki: nogi rytmicznie w górę, jak przy marszu. Balans ciała. W bok. Ramiona wyrzucał przed siebie, raz wysoko w górę, raz na wysokość twarzy.
– Powiem ci, że za moich czasów tośmy tak nie dokazywali – rzekł Świętek po swojemu, dziwnie, bełkotliwie. Nie wiadomo, chciał podtrzymać rozmowę, czy był ciekaw: co to za Kamila. Przechylił kufel. Ostatnia kropla piwa spadła mu do ust – kto to słyszał? – ale popatrz na to!
Pod sufitem dyndało kilkanaście srebrnych kul, każda wielkości piłki plażowej. Świętek wydął wargi:
– Kiedyś w Sopocie to taka jedna była. A teraz fiu fiu. Czasy idą ku lepszemu.

dalej

Fantasy&Science Fiction edycja polska


po wielu przygodach, do Polski dotarł magazyn Fantasy&Science Fiction. a w nim mój tekścik o nowej, wcale nie bardzo zajebistej powieści Stephena Kinga. Gazetę wydaje Powergraph, w składzie znajdziecie Pawła Matuszka, Konrada Walewskiego i Michała Cetnarowskiego. Czego więcej chcieć?

wolałbym nie

Omega

Omegę poznałem na jednym z literackich spotkań, to znaczy, raczej po, jak gnieździł się gdzieś na tyłach knajpy, otoczony kolorowym gronem kompanów, zasłuchanych i zapatrzonych w człowieczka, którego można przeczytać, a nawet zobaczyć w telewizji. Było to już po drugiej książce i Omega brylował w aureoli nadziei młodej prozy, co właśnie się ucieleśnia. Pierwsze wrażenie zrobił fatalne, blady, wręcz siny od zioła, ubrany w najmodniejsze ciuchy (na modzie się nie znam, lecz podobne widywałem w telewizji), nie spoglądał na rozmówców, lecz ponad nimi, w ostateczności na czubki ich głów. To on chyba mnie rozpoznał, podszedł, pogadaliśmy chwilę, wyszło, że czytaliśmy siebie nawzajem, co prawda pobieżnie, lecz wystarczająco, by jeden postawił drugiemu. W gruncie rzeczy postawienie wydaje mi się ważniejsze niż rozpoznanie, przegadaliśmy parę godzin, a bufonada, z której Omega miał słynąć, ani razu się nie ujawniła. Może dlatego, że widział we mnie kogoś równego sobie, a może – wolę tę wersję – ucieszył się zwyczajnie, że jest ktoś, kto nic od niego nie chce i nie podchodzi na klęczkach.
Zainteresowań nie mieliśmy podobnych, za to wrażliwość zbliżoną, świat naciskał nas w ten sam sposób i podobnie rozbieraliśmy ludzi, podobnie mówiliśmy o nich, no i niedawno trafiliśmy do Warszawy, każdy przyszedł tam osobnym kanałem i musiał zmierzyć się z własnym zagubieniem. Omedze szło ciut lepiej, umiał się dogadać, wiedział, gdzie zadzwonić i co powiedzieć, żeby liznąć medialnego blasku, z zasady pisarzom niechętnego. Parę razy mi pomógł, dał zarobić, komuś przedstawił, co zarezonowało miłym przelewem na konto. Robił to z sympatii, choć trzeba dopowiedzieć, że nie byliśmy dla siebie konkurencją, ja osadziłem się mocno jako autor tradycyjnych opowiadań fantastycznych, za to Omega stawał na uszach by być autorem nowoczesnym.
Dzień Omegi zawsze wyglądał podobnie. Budził się koło południa, wyganiał z łóżka kolejną pannę, pilnując, by nie wróciła, a jeśli już to z browarem, następnie siadał, coś pisał (bloga, esej), lub kontemplował kolejną powieść eksperymentalną, ściskając pada do play station lub włócząc wirtualny tyłek po klipach na youtube. Wychodził gdzieś po południu i pędził, cel tego pędu pozostawał jednak tajemnicą dla mnie i dla otoczenia. Widywano Omegę, jak gdzieś gna z lapem na plecach, jak kokosi się w taksówkach, gdzieś dzwoni, nerwowo łączy się z netem, zawsze będąc w ruchu, wpada i wypada do budynków redakcji i organizacji pozarządowych, coś notuje po drodze, na kogoś wrzeszczy i tak dalej. Wieczorami lądował w knajpie, intensywnie czarując, by następnego dnia nie przebudzić się w samotności. Niczego nie musieliśmy sobie zazdrościć.
Debiutancki tomik wierszy Omegi przeszedł właściwie bez echa, więc młody autor zwrócił się w stronę prozy, imponując zabiegiem formalnym. Na jego Wolałbym nie składało się kilkanaście krótkich opowiadań, małpujących dokonania czołowych pisarzy polskich, od Iwaszkiewicza po Żulczyka i Masłowską. We wszystkich tekstach Omega zastosował identyczną metodę: wybierał temat właściwy dla danego autora, genialnie kopiował język, podejmował podobną tematykę, tylko po to, by dokonać dekonstrukcji – zdania wykrzywiały się gwałtownie, każdy następny akapit zdawał się prześladować wszystkie poprzednie, miażdżyć je lub parodiować, słowem, koniec opowiadania oznaczał pod względem językowym masakrę punktu wyjścia. Podobnie było z tematyką. Omega dobierał właściwą dla każdego autora tylko po to, by ją efektownie roztrzaskać – przykładowo wprowadzał postać prześladowanego geja, który z pomocą organizacji pozarządowych walczy z dyskryminacją aż do ostatecznego zwycięstwa – straciwszy sens życia, dyskryminuje się sam. Książka sprzedała się średnio, budząc jednak żywe zainteresowanie krytyków, mediów, oraz wściekłość twórców w niej opisanych. Ci ostatni niewiele mogli zrobić. Omega pożywił się nimi, przeskoczył, brylował, ujawniając się jako prawdziwe zwierzę medialne, do tego jego imponująca postura, byczy kark i potężne ramiona zniechęcały obrażonych do prób rewanżu w starciu bezpośrednim.
Kiedy zaprzyjaźniałem się z Omegą, stał przed przykrą koniecznością napisania drugiej poważnej książki. Rozumiał bowiem, że się nie wyśliznie, że życie z felietonów o podkulturze, z prasy kobiecej i mamrotania w programach telewizyjnych kiedyś się skończy, że przyjdą inni, bardziej oblatani, ładniejsi, a nade wszystko, lepiej mamroczący. Zwierzał mi się przy wódce, aż to robiło się nudne, nieustannie jęczał, kiwając głową, że owszem, młody był, na debiut pomysł był prosty, wystarczyło umieć czytać i pisać, a teraz – co robić. Radziłem mu, żeby napisał coś bardziej w moim stylu, dla ludzi, na przykład historię miłosną albo coś o trudach pracy w wielkiej firmie, może thriller prawniczy w stylu Grishama, które Omega bardzo lubił. Marszczył wówczas swój wydatny nos, nad wysokim czołem zbierały się chmury. Mówił mi coś takiego:
– Wolałbym nie. – Robił pauzę i tłumaczył: – nie mogę uzależnić się od czytelnika. Książka się sprzeda albo nie. Tego, chłopie, nie przewidzisz, możesz włożyć forsę w promocję, być wszędzie, na każdym kanale, zejdzie tysiąc z kawałkiem, co zrobisz, co za to kupisz? A żyć trzeba. Słowem, nie przewidzisz zachowania konsumenta książek, opinię krytyka i owszem, za tą opinią idą granty, stypendia. Mówię ci. A nie wiem, co pisać, żeby utrafić, z kim ścigać się, a komu odpuścić.
Znaliśmy się rok z kawałkiem, gdy Omega oznajmił mi, że zabiera się za pisanie nowej powieści, konkretnie, fikcyjnego bloga homoseksualisty, który dokonuje exodusu z rodzinnej wsi w wielkomiejską społeczność, zanurza się w życie klubowe, ujawnia się wreszcie, co w konsekwencji rodzi konflikt z najbliższymi, ze społecznością małopolskiej prowincji. Prócz bloga, będącego tekstem zasadniczym, planował włączyć zdjęcia, fragmenty recenzji nieistniejących książek, plan miasta, pełen klubów gejowskich, fikcyjnych lub nie, do tego dossier co bardziej wpływowych luminarzy homoseksualnego światka, równie prawdziwych i zmyślonych. Rzecz wyglądała ambitnie. Omega przystąpił do pracy z zapałem, dbając, by o książce mówiono, nim powstała choćby linijka. Nie znałem wówczas jego faktycznych zamierzeń, nie wiedziałem nawet, czy zna środowisko gejowskie, jeśli znał i bywał, skrywał ten fakt przede mną.
Gdzieś w jednej czwartej prac nad nową książką, spostrzegłem zmiany, jakie zaszły w Omedze. Wyraźnie schudł, zarazem nieco zmężniał, spod koszulki wystawały mu kształtne bicepsy, choć nie słyszałem, żeby odwiedzał siłownię. Do tego zmienił styl ubierania, wskoczył w wąskie dżinsy i obcisłe koszulki, rozszerzane w barkach, tak by sylwetka układała się w seksowne „fał”. Dawniej zarośnięty niczym glina z amerykańskiej strzelanki, objawił się z gładziutki, z włosami precyzyjnie ułożonymi na żelu, nawet głos mu wyszczuplał, pojawiła się w nim miękkość, idąca w parze z ostrożnością dobieranych słów. Zaskoczony tą zmianą, nie śmiałem pytać, może temat go wciągnął, może coś w sobie odkrył – faktem jest, że dziewczyny podrywał coraz rzadziej, wolniej, aż jakoś tak w połowie twórczego wysiłku, odpuścił. Mężczyzn przy nim nie widywałem. Zagadywany o zmiany, zbywał mnie żartem lub zgoła milczał, wpatrzony w obrączki i sygnety mnożące się na jego palcach.
(…)

ciąg dalszy w antologii. Na prośbę Werwolfa16 wklejam też info o niej. Przy okazji przypominam podział black metalowej, czteroosobowej hordy który kiedyś wymyślił Urbaniuk. Czteroosobowa black metalowa horda dzieli się na dwie dwieoosobowe watahy, wataha z kolei na dwa pojedenycze werwolfy. O antologię pytajcie w Ha!arcie. Oto obiecane info:

“Wolałbym nie” – Chutnik, Czerniawski, Czerski, Dehnel, Dzido, Franczak, Orbitowski, Pawluśkiewicz, Shuty, Zygmunt, Żulczyk, Żurawiecki – antologia pod red. Grzegorza Jankowicza

Antologia młodej prozy “Wolałbym nie” prezentuje teksty polskich pisarzy urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w których na różne sposoby protestują oni przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego.

W tle przewija się postać Bartleby’ego, którego słynna fraza “I would prefer not to [wolałbym nie]“, była wielokrotnie odczytywana w kontekście społecznego i politycznego zniewolenia jako lapidarna formuła sprzeciwu wobec opresji społecznych, konwencji i instytucjonalnych norm.