Archiwa dla kategori 'publikacje'

Fantasy&Science Fiction edycja polska


po wielu przygodach, do Polski dotarł magazyn Fantasy&Science Fiction. a w nim mój tekścik o nowej, wcale nie bardzo zajebistej powieści Stephena Kinga. Gazetę wydaje Powergraph, w składzie znajdziecie Pawła Matuszka, Konrada Walewskiego i Michała Cetnarowskiego. Czego więcej chcieć?

wolałbym nie

Omega

Omegę poznałem na jednym z literackich spotkań, to znaczy, raczej po, jak gnieździł się gdzieś na tyłach knajpy, otoczony kolorowym gronem kompanów, zasłuchanych i zapatrzonych w człowieczka, którego można przeczytać, a nawet zobaczyć w telewizji. Było to już po drugiej książce i Omega brylował w aureoli nadziei młodej prozy, co właśnie się ucieleśnia. Pierwsze wrażenie zrobił fatalne, blady, wręcz siny od zioła, ubrany w najmodniejsze ciuchy (na modzie się nie znam, lecz podobne widywałem w telewizji), nie spoglądał na rozmówców, lecz ponad nimi, w ostateczności na czubki ich głów. To on chyba mnie rozpoznał, podszedł, pogadaliśmy chwilę, wyszło, że czytaliśmy siebie nawzajem, co prawda pobieżnie, lecz wystarczająco, by jeden postawił drugiemu. W gruncie rzeczy postawienie wydaje mi się ważniejsze niż rozpoznanie, przegadaliśmy parę godzin, a bufonada, z której Omega miał słynąć, ani razu się nie ujawniła. Może dlatego, że widział we mnie kogoś równego sobie, a może – wolę tę wersję – ucieszył się zwyczajnie, że jest ktoś, kto nic od niego nie chce i nie podchodzi na klęczkach.
Zainteresowań nie mieliśmy podobnych, za to wrażliwość zbliżoną, świat naciskał nas w ten sam sposób i podobnie rozbieraliśmy ludzi, podobnie mówiliśmy o nich, no i niedawno trafiliśmy do Warszawy, każdy przyszedł tam osobnym kanałem i musiał zmierzyć się z własnym zagubieniem. Omedze szło ciut lepiej, umiał się dogadać, wiedział, gdzie zadzwonić i co powiedzieć, żeby liznąć medialnego blasku, z zasady pisarzom niechętnego. Parę razy mi pomógł, dał zarobić, komuś przedstawił, co zarezonowało miłym przelewem na konto. Robił to z sympatii, choć trzeba dopowiedzieć, że nie byliśmy dla siebie konkurencją, ja osadziłem się mocno jako autor tradycyjnych opowiadań fantastycznych, za to Omega stawał na uszach by być autorem nowoczesnym.
Dzień Omegi zawsze wyglądał podobnie. Budził się koło południa, wyganiał z łóżka kolejną pannę, pilnując, by nie wróciła, a jeśli już to z browarem, następnie siadał, coś pisał (bloga, esej), lub kontemplował kolejną powieść eksperymentalną, ściskając pada do play station lub włócząc wirtualny tyłek po klipach na youtube. Wychodził gdzieś po południu i pędził, cel tego pędu pozostawał jednak tajemnicą dla mnie i dla otoczenia. Widywano Omegę, jak gdzieś gna z lapem na plecach, jak kokosi się w taksówkach, gdzieś dzwoni, nerwowo łączy się z netem, zawsze będąc w ruchu, wpada i wypada do budynków redakcji i organizacji pozarządowych, coś notuje po drodze, na kogoś wrzeszczy i tak dalej. Wieczorami lądował w knajpie, intensywnie czarując, by następnego dnia nie przebudzić się w samotności. Niczego nie musieliśmy sobie zazdrościć.
Debiutancki tomik wierszy Omegi przeszedł właściwie bez echa, więc młody autor zwrócił się w stronę prozy, imponując zabiegiem formalnym. Na jego Wolałbym nie składało się kilkanaście krótkich opowiadań, małpujących dokonania czołowych pisarzy polskich, od Iwaszkiewicza po Żulczyka i Masłowską. We wszystkich tekstach Omega zastosował identyczną metodę: wybierał temat właściwy dla danego autora, genialnie kopiował język, podejmował podobną tematykę, tylko po to, by dokonać dekonstrukcji – zdania wykrzywiały się gwałtownie, każdy następny akapit zdawał się prześladować wszystkie poprzednie, miażdżyć je lub parodiować, słowem, koniec opowiadania oznaczał pod względem językowym masakrę punktu wyjścia. Podobnie było z tematyką. Omega dobierał właściwą dla każdego autora tylko po to, by ją efektownie roztrzaskać – przykładowo wprowadzał postać prześladowanego geja, który z pomocą organizacji pozarządowych walczy z dyskryminacją aż do ostatecznego zwycięstwa – straciwszy sens życia, dyskryminuje się sam. Książka sprzedała się średnio, budząc jednak żywe zainteresowanie krytyków, mediów, oraz wściekłość twórców w niej opisanych. Ci ostatni niewiele mogli zrobić. Omega pożywił się nimi, przeskoczył, brylował, ujawniając się jako prawdziwe zwierzę medialne, do tego jego imponująca postura, byczy kark i potężne ramiona zniechęcały obrażonych do prób rewanżu w starciu bezpośrednim.
Kiedy zaprzyjaźniałem się z Omegą, stał przed przykrą koniecznością napisania drugiej poważnej książki. Rozumiał bowiem, że się nie wyśliznie, że życie z felietonów o podkulturze, z prasy kobiecej i mamrotania w programach telewizyjnych kiedyś się skończy, że przyjdą inni, bardziej oblatani, ładniejsi, a nade wszystko, lepiej mamroczący. Zwierzał mi się przy wódce, aż to robiło się nudne, nieustannie jęczał, kiwając głową, że owszem, młody był, na debiut pomysł był prosty, wystarczyło umieć czytać i pisać, a teraz – co robić. Radziłem mu, żeby napisał coś bardziej w moim stylu, dla ludzi, na przykład historię miłosną albo coś o trudach pracy w wielkiej firmie, może thriller prawniczy w stylu Grishama, które Omega bardzo lubił. Marszczył wówczas swój wydatny nos, nad wysokim czołem zbierały się chmury. Mówił mi coś takiego:
– Wolałbym nie. – Robił pauzę i tłumaczył: – nie mogę uzależnić się od czytelnika. Książka się sprzeda albo nie. Tego, chłopie, nie przewidzisz, możesz włożyć forsę w promocję, być wszędzie, na każdym kanale, zejdzie tysiąc z kawałkiem, co zrobisz, co za to kupisz? A żyć trzeba. Słowem, nie przewidzisz zachowania konsumenta książek, opinię krytyka i owszem, za tą opinią idą granty, stypendia. Mówię ci. A nie wiem, co pisać, żeby utrafić, z kim ścigać się, a komu odpuścić.
Znaliśmy się rok z kawałkiem, gdy Omega oznajmił mi, że zabiera się za pisanie nowej powieści, konkretnie, fikcyjnego bloga homoseksualisty, który dokonuje exodusu z rodzinnej wsi w wielkomiejską społeczność, zanurza się w życie klubowe, ujawnia się wreszcie, co w konsekwencji rodzi konflikt z najbliższymi, ze społecznością małopolskiej prowincji. Prócz bloga, będącego tekstem zasadniczym, planował włączyć zdjęcia, fragmenty recenzji nieistniejących książek, plan miasta, pełen klubów gejowskich, fikcyjnych lub nie, do tego dossier co bardziej wpływowych luminarzy homoseksualnego światka, równie prawdziwych i zmyślonych. Rzecz wyglądała ambitnie. Omega przystąpił do pracy z zapałem, dbając, by o książce mówiono, nim powstała choćby linijka. Nie znałem wówczas jego faktycznych zamierzeń, nie wiedziałem nawet, czy zna środowisko gejowskie, jeśli znał i bywał, skrywał ten fakt przede mną.
Gdzieś w jednej czwartej prac nad nową książką, spostrzegłem zmiany, jakie zaszły w Omedze. Wyraźnie schudł, zarazem nieco zmężniał, spod koszulki wystawały mu kształtne bicepsy, choć nie słyszałem, żeby odwiedzał siłownię. Do tego zmienił styl ubierania, wskoczył w wąskie dżinsy i obcisłe koszulki, rozszerzane w barkach, tak by sylwetka układała się w seksowne „fał”. Dawniej zarośnięty niczym glina z amerykańskiej strzelanki, objawił się z gładziutki, z włosami precyzyjnie ułożonymi na żelu, nawet głos mu wyszczuplał, pojawiła się w nim miękkość, idąca w parze z ostrożnością dobieranych słów. Zaskoczony tą zmianą, nie śmiałem pytać, może temat go wciągnął, może coś w sobie odkrył – faktem jest, że dziewczyny podrywał coraz rzadziej, wolniej, aż jakoś tak w połowie twórczego wysiłku, odpuścił. Mężczyzn przy nim nie widywałem. Zagadywany o zmiany, zbywał mnie żartem lub zgoła milczał, wpatrzony w obrączki i sygnety mnożące się na jego palcach.
(…)

ciąg dalszy w antologii. Na prośbę Werwolfa16 wklejam też info o niej. Przy okazji przypominam podział black metalowej, czteroosobowej hordy który kiedyś wymyślił Urbaniuk. Czteroosobowa black metalowa horda dzieli się na dwie dwieoosobowe watahy, wataha z kolei na dwa pojedenycze werwolfy. O antologię pytajcie w Ha!arcie. Oto obiecane info:

“Wolałbym nie” – Chutnik, Czerniawski, Czerski, Dehnel, Dzido, Franczak, Orbitowski, Pawluśkiewicz, Shuty, Zygmunt, Żulczyk, Żurawiecki – antologia pod red. Grzegorza Jankowicza

Antologia młodej prozy “Wolałbym nie” prezentuje teksty polskich pisarzy urodzonych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, w których na różne sposoby protestują oni przeciwko rozmaitym formom zniewolenia: politycznego, ideologicznego, cywilizacyjnego, kulturowego, instytucjonalnego, językowego, egzystencjalnego, emocjonalnego.

W tle przewija się postać Bartleby’ego, którego słynna fraza “I would prefer not to [wolałbym nie]“, była wielokrotnie odczytywana w kontekście społecznego i politycznego zniewolenia jako lapidarna formuła sprzeciwu wobec opresji społecznych, konwencji i instytucjonalnych norm.

pradziadek na koksie. w nowej machinie

STADA MOTYLI TOPIONE W SZAMPANIE. POTWORY WYPEŁZAJĄCE SPOD ŁÓŻEK. SZPIEG, PRZEMIERZAJĄCY SOWIECKĄ GRANICĘ Z DWUDZIESTOMA GRAMAMI KOKAINY W KIESZENI I PRZYNAJMNIEJ JEDNYM W NOSIE. NASI PRADZIADKOWIE UMIELI TAK POSZALEĆ, ŻE PETE’OWI DOHERTY’EMU WYWALIŁOBY GAŁY

Robert Anton Wilson, autor kultowej gdzieniegdzie trylogii „Iluminati”, we wspomnieniach z lat 60. przywołuje spotkanie z niejakim Leonardem i jego małżonką w swoim domu. Rozluźniony Leonard zapytał, czy mógłby sobie ulżyć ręka. Żona, znając swojego męża, zareagowała spokojnym uśmiechem, za to gospodarz pozbierał szczękę z podłogi i zaczął wypytywać, o co właściwie chodzi: czy masturbacja, czy tutaj, czy teraz. Leonard radośnie potwierdził, Wilson jął szukać ratunku, wreszcie zasłonił się dziećmi, klarując cierpliwie, że onanizujący się facet nie byłby dobrym spektaklem dla sześciolatków. Leonard pojął, skłonił się, poszedł do łazienki, radować się czynnością w samotności. Jest w tej scenie coś smutnego – parodia ruchu i rewolucji seksualnej – jeden spalony facet, którego cieszy autoerotyzm. Ale to i tak lepsze od tego, co mamy dziś. Zamiast zabawnej rozwiązłości lat 60. – techniawki, seks ubikacyjny, amfa zmieszana z tłuczonym szkłem. Wyobrażam sobie pradziadka grożącego palcem dzisiejszej młodzieży. Ma ponad setkę, ledwo umie gadać, sztuczna szczęka tego nie ułatwia, jednak mówi: „Zle się bawicie, młodzi. Ja bawiłem się lepiej”.

ZAPODAJ MI DOŻYLNIE

Popularność kokainy, jej powszechna dostępność oraz akceptacja wiązały się z tym, że urok tego specyfiku poznaje się natychmiast. Na przykre konsekwencje, jak utrata przegrody nosowej, trochę się czeka. Zygmunt Freud tak ukochał kokainę, że napisał na jej cześć piosenkę. Stevenson stworzył „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” podczas kokainowego tripu, a jego kolega po fachu, Artur Honan Doyle kazaŁ Holmesowi zapodawać narkotyk dożylnie, z entuzjazmem. Na kokainie zdobywano bieguny i ośmiotysięczniki. „Kokaina” Pitigrilliego, pseudonim Segre Dino, powieść wydana w 1921 roku, wywołała skandal, jakiego Doda z Madonna nie potrafiłyby sobie nawet wyobrazić. Opisy narkotycznej orgii, kłamstw, konfabulacji, rozpustnego życia narratora szokowały nawet największych liberałów. Stanowiły jedyna chyba przyczynę, dla której czytano to marne dzieło. Pornograficzny charakter powieści stanowił zresztą furtkę dla potoku mądrości życiowych autora, klarującego nieustannie, że nie ma lepszej żony niż była prostytutka albo że od Murzyna gorszy jest tylko chłop na wsi. Pitigrelli musiał uciekać z Włoch, naraziwszy się Mussoliniemu, by w końcu, jak większość rozpustników, nawrócić się na katolicyzm, dożyć późnej starości, przepraszając Boga za to, co nawywijał jako młody człowiek. Opisy kokainowego Paryża przyprawiają o zawrót głowy, a oprawa związana z zażywaniem narkotyku budzi religijne skojarzenia – kobiety przyjmują dawkę niby komunię, „relikwię albo święty symbol”. Mont Martre trzeszczy o „białych mszach” organizowanych przez ormiańską piękność, zaś sam główny bohater, jak tylko sobie wciągnie, truje otoczeniu o Bogu, świętych i księżach.

reszta w Machinie

dwa razy ja w Nowej Fantastyce

raz, czyli opowiadanie “Głowa węża”

(…)

Belladonna. Dosłownie “piękna kobieta”. Wilcza jagoda. Schronienie.
Maks garbił się nad planami i zdjęciami. Było ciepło, więc zabrał od ciotki plastikowy stół, krzesło i usadowił się na trawniku, w gardle budynku. Mury Belladonny otaczały go z czterech stron, słońce odbijało się w ekranie laptopa. Zamknął komputer. Czytał. Z kubka parowało.
Belladonnę wzniesiono dokładnie siedem miesięcy temu, w lesie za wsią. Budynek zaprojektował Robert. Robert skoczył. To wiedział. Wykupiono tereny w promieniu trzech kilometrów, ogrodzono, w lesie ponoć znajdowali się ochroniarze, których Maks nie dostrzegł. Budynek ma cztery kondygnacje, dwanaście mieszkań plus apartament na poddaszu. Własność Roberta.
Na trawniku pojawiła się ciotka. Tym razem przyniosła ciastka. Talerz ozdobiony był esem-floresem, sama ciotka wskoczyła w bluzę i sukienkę w kratę, światło obnażyło plamistą brzydotę tej kobiety: guzy na szyi, sterczący nos, przebarwienia na dłoniach i policzkach.
- Porozmawiają z tobą – oświadczyła. – Pytałam i wszyscy się zgodzili. Basia i Szczepan nie, ale wiadomo, jak to z nimi. Mówiłam ci o nich? Straszne nieszczęście.

Za Belladonną jest kryty basen, kort tenisowy, pusta siłownia, garaże na wielkie samochody, osobliwy rodzaj sklepu, skąd po prostu towary się bierze, niczym z lodówek hotelowych: chleb kosztuje dwadzieścia złotych, butelka piwa ponad pięć. Papierosy normalnie. W Belladonnie obowiązuje zakaz palenia.
Mieszka tu siedem osób, jeśli nie liczyć dziwek Karola.
Maks przypomniał sobie o Robercie. Zaznaczył. Sześć głów plus dziwki.
- Co właściwie z tym Robertem, ciociu?
Pomógł rozłożyć jej leżak.
- Wiedziałam, że tak będzie. Zalazł tu ludziom za skórę, nie ma co. Nie mówię tylko o Karolu, który nikogo nie lubi. Albo o Szczepanie z żoną, którzy, wiadomo, mają swoje trudności. Tłukł się. Wrzeszczał po nocy. Ale nie miał gości. Basię to chciał stąd wyciągnąć. Od Szczepana. Mało Szczepan go nie zabił. To dobrze. Nie miał. Myślę, że gdyby… Wybudował ten dom i dom go rozczarował – ciotka zamilkła.
Znalazł wyciąg z regulaminem, sięgnął po czerwony marker.
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wyszedł na dach i skoczył. W gruncie rzeczy uderzył tutaj, metr od miejsca, gdzie siedzisz.
Na Maksie ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. Czytał.
“Nikt nie może zamieszkać w Belladonnie bez zgody wszystkich mieszkańców”.
- Długo tu mieszkasz, ciociu?
- Pół roku. Prawie co do dnia.
- A dlaczego się tu przeniosłaś?
- To już wywiad?
- Powiedzmy.
“Każdy mieszkaniec może zostać usunięty z Belladonny jednomyślną decyzją pozostałych”.
“Z tego powodu mieszkań nie można kupić. Ludzie wynajmują”.

i dwa, czyli felietonik, tym razem o “Grace”

O tym filmie zrobiło się głośno w horrorowym światku, głównie za sprawą doskonałego plakatu. Widzimy na nim butelkę ze smoczkiem, wypełnioną krwią, co dobrze zwiastuje temat “Grace”. Madeline to młoda dziewczyna uwikłana w zimne małżeństwo; ma za sobą intensywny epizod lesbijski i terroryzuje męża wegańską dietą. Facet wsuwa te zdrowe obiadki (trudno o większy dowód miłości), momentami buntuje się, podkładając jej mięso na steka w kopercie, w cieniu ich związku funkcjonuje opresyjna teściowa, wyraźnie niezadowolona, że jej jedynak poślubił taką dziewczynę. Po wielu próbach i dwóch poronieniach Madeline zachodzi w ciążę, poddając się potem wszelkim możliwym obsesjom młodej matki. Dochodzi jednak do nieszczęścia, czyli wypadku samochodowego, niezbędnego w każdym filmie tego rodzaju. Ginie mąż i dziecko w jej łonie. Ona, wbrew wszystkim, decyduje się dotrwać do rozwiązania i urodzić trupa.

Eksperymentalna metoda porodu, zaaranżowana przez byłą kochankę Madeline przynosi nieoczekiwane rezultaty i mała Grace ożywa na dłoniach matki. Rozpoczyna się macierzyństwo niełatwe i obfitujące w niespodzianki.

dwa dalsze ciągi w numerze październikowym

czy zombie trombi. o prozie Briana Keene na Onet.pl

W cieniu wielkiej przemiany wampira (od ludowej legendy, przez Drakulę, aż do przyjemniaczka o twarzy Pattisona) dokonuje się ciche przeobrażenie innej figury z horroru. Zombie. Żywego trupa.

Pozornie, zombie w swojej wersji wyjściowej, znanej z lat sześćdziesiątych jest mniej atrakcyjny od swego kuzyna z długimi zębami. Brak mu pomyślunku i “żyje” stosunkowo krótko, poddając się procesom gnilnym. Nie umie fruwać ani w nic się zmienić, trudno też, by takiego cuchnącego drania z muchami w nosie – dosłownie – pokochała amerykańska nastolatka. Właściwie sam z siebie nie jest nawet groźny. Zombie jednak mają tę cechę, co szarańcza w opowieści o Muminkach. Roją się, występując tuzinami, a w powieściach Briana Keene ich liczba sięga miliardów. Prawie tylko, co ludzkość.

Keene jest nową gwiazdą horroru. Sławę zyskał powieściami o żywych trupach, choć, na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje, że jego książki są gorsze niż zło, jak przytomnie mówi pewien pisarz z Poznania. Pierwszy tytuł (“Noc zombie”) jest po prostu fatalny, ale i tak przy drugim (“Miasto żywych trupów”) wyraźnie zyskuje. Okładka jest paskudna w najgorszym sensie tego słowa, format też dziwny, słowem, Keene odpycha od siebie jakby sam był żywym trupem. Tymczasem, te krótkie książeczki nie tylko przebijają dzisiejszych tuzów horroru w rodzaju Grahama Mastertona, ale też stanowią zwieńczenie transformacji żywego trupa, jakby nie było, figury ważnej dla wyobraźni, zwłaszcza Polskiej. No bo kim był Konrad-Gustaw?

Zombie, w odróżnieniu od wampira jest bestią wyraźnie filmową. To jednak literatura dała nam Drakulę, Miasteczko Salem oraz Eddiego Cullena, z kolei nieumarli zaznaczyli się poprzez kino – czy ktoś pamięta jeszcze powieść “Noc żywych trupów”, na podstawie której Romero nakręcił swój słynny film? Historia zombie, której zwieńczeniem jest proza pana Keene napawa optymizmem. Wampir przeszedł wędrówkę od władcy nocy do potulnego supermana. Żywy trup w tym samym czasie wędrował od statusu łajzy ku potędze.

dalej