Archiwa dla kategori 'okazjonalnie'

horror, horror (2): antychryst


Recepcja filmu zależy od stanu, w jakim rzeczony film przyjmujemy, a kiedyś byłem w takim, że uznałem „Gulczas, a jak myślisz” za coś całkiem zabawnego. Może gdybym obejrzał „Antychrysta” bez wódeczki z kolegą Urbaniukiem zwyczajnie rzecz bym wyłączył, tak przetrawiłem i nie wiem po co – czegoś tak kompletnie nieudanego, źle nakręconego i fatalnie zagranego dawno nie widziałem. Zdjęcia są piękne, zgoda, ale już zachwyty nad aktorstwem spiętego Defoe wydają się mocno przesadzone. Czy oni nie mogli znaleźć ładniejszej pani? Walorem, zdaje się ma być atmosfera niedopowiedzenia, tu konkretnie sprowadzająca się do kwestii, że nie wiadomo o co chodzi, człowiek siedzi i myśli, czy czegoś nie przegapił. Odpowiedź: nie ma co szukać, w „Antychryście” brak jakiejkolwiek treści, to bezładne ślizganie się po wodzie najtańszej symboliki, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Myślałem, że kino jest władne wyleczyć się z Freuda, tymczasem pan von Thier najwyraźniej przeczytał streszczenie „Objaśnienia marzeń sennych” i nawet nie udaje, że rozumie. I jeszcze podkręcanie całości bezsensowną brutalnością i tanim porno, na jasną cholerę ten pretensjonalny wstęp w czerni i bieli, dziecięce pac z okienka i detal z rupu-tupu? Defoe ma jazdę na kino awangardowe, jemu akurat wolno, tylko nie rozumiem na jakiej podstawie von Thier doświadczył mentalnego oralu ze strony krytyki w Cannes, czemu ten film w ogóle jest komentowany i pchany na arcydzieło, w ogóle nic nie rozumiem i nie wiem jakim cudem nakręcono taki bezsens. Ten film nie jest trudny tylko durny, żaden to horror, lecz trochę mgły i ucięta łechtaczka i żaden dramat pary ale tępe zaciskanie szczęki. Gdyby młody twórca grozy spróbował sprzedać ten scenariusz, zleciałby ze schodów, choć żyjemy w świecie, gdzie ruszyła już preprodukcja siódmej „Piły”, więc ja tez domagam się odrobiny sprawiedliwości: w tym wypadku von Thiera obijającego się o stopnie.

tydzień z głowy (50)

Jestem bardzo niezadowolony, bo w ostatniej chwili dowiedziałem się, że nie jadę na Hard Rocker fest, gdzie, wedle mej najlepszej wiedzy, miałem pomagać kumplowi przy stoisku, pić piwo i słuchać zespołów na które w życiu bym się nie wybrał gdyby nie okazja szerzenia dobra tkwiąc na stoisku z winylami. Mekong Delte jeszcze jakoś zarejestrowałem jako fajny skład z lovecraftowskimi inklinacjami, ale już taki Wild Knight zwyczajnie nie mieści mi się w głowie ze względu na samą ich historię, otóż, chłopaki, jeśli tak można mówic o zacnych pięćdziesięciolatkach rekrutowali się z ruin grupy X-wild, rekrutującej się natomiast z byłych członków Running Wild, tych samych co przebierali się za piratów, niedawno zagrali ostatni koncert i poszli się jebać razem z papugą i Jolly Rogerem. Boję się myśleć, co będzie, gdy w Wild Knight nastąpi jakiś rozłam, na szczęście mam inne problemy, na przykład taki, że nawet ich sobie nie posłucham, a nie posłucham dlatego (o czym chcę napisać od pierwszej linijki), że obudziłem się z zapaleniem torebki stawowej w kostce, wiec o machaniu  głową dla Szatana mogę zapomnieć, w gruncie rzeczy samo kiwnięcie nogą przywołuje łzy. Przyjmijmy więc, ze są to łzy za grzechy.

Ból w nodze uprzytomnił mi pojęcie komfortu, o którym ładnie pisze Tyrmand w dziennikach i zorientowałem się, że komfort oznacza dla mnie tę tylko sytuację, kiedy nic mnie nie napierdala, kiedy gnam przez miasto, klepię w kompa z obłędem w oczach, siedząc na twardym krześle mam poczucie jasnej komfortowości.  Mieszkam bez żadnych wygód, co nawet sobie chwalę, choć niejasno przeczuwam konieczność jakichś porządków, choćby zawalczenia z agresywną kulturą pajęczyn. Co ważniejsze, nie pomyślałem nigdy, żeby to zmienić. Gdyby w skutek cudownego zdarzenia nagle wylądowałbym na miękkiej kanapie w przestronnym mieszkanku, przede mną pyszniłby się wielki telewizor a na ścianach wisiała sztuka, wyraziłbym pewno jakiś rodzaj zadowolenia ze zmiany mojego losu, nie znajduję jednak w sobie nic, co pchnęłoby mnie do czegokolwiek, poza wyczekiwaniem cudu właśnie. Jest we mnie jakieś głębokie poczucie, że tak właśnie jest dobrze, że może nie zasłużyłem, a w życiu trzeba walczyć o to, co ważne i nic więcej.

Nie mam pamięci do nazwisk, a wraz z nogą popsuło mi się wyszukiwanie w kompie, więc będzie bez konkretów. Najpierw przeczytałem rozpaczliwy artykuł o tym, że wściekły naród połapał się, że nie musi płacić bandyckich składek ubezpieczeniowych w ZUSie, wystarczy zatrudnić się na jedną setną etatu w UK (załatwiają to odpowiednie firmy) i haracz ponad ośmiu stówek kurczy się o połowę. Wypowiedzi urzędników wyższego szczebla zdradzały strach z trudem maskowany oburzeniem, było coś o ABW, bezpieczeństwie państwa z cudowną puentą, że jak to, bo co, przecież nie można składek nie płacić. Podobne przerażenie może odczuwać wampir, zaskoczony przez świt. Furtkę dla spryciarzy otworzyła dyrektywa Unii, a taka dyrektywa jest jak słonce, niewiele można z nią zrobić – stąd paniczny strach. Zaraz potem jaki facet orzekł, że ZUS niedługo trafi szlag, co właściwie należy uznać za potwierdzenie opinii wyrażanej gdzieś od dekady z kawałkiem. Oczywiście, można nie płacić składek, sam, jako artycha, jestem tego dobrym przykładem. Mógłbym, skruszony perspektywą biednej starości zacząć bulić, mam jednak świadomość, że choćbym wpłacał tysiąc złotych dziennie, to prędzej Christina Ricci wpadnie do Krakowa kibel mi przepchać niż ja cokolwiek zobaczę z odkładanych pieniędzy. W cieniu każdego wydarzenia, czy nawet ujawnienia słabości naszego tytana ubezpieczeń podnoszą się głosy oburzenia, że ZUS kupił sobie nowa siedzibę, ma tam złote klamki i tym podobne. Każda nowa nieruchomość nabyta przez tę instytucję, choćby był to garaż na merole zarządu budzi mą radość, wynikającą z troski o starzejące się społeczeństwo, pragnę, by tych nieruchomości było jak najwięcej i cieszyły me oko rozmachem nowoczesnej architektury. Uważam zresztą, że ZUS czyni to z rozmysłem i gdybym sam wylądował na stołku prezesa postąpiłbym podobnie. Zawsze to jakaś inwestycja, nieruchomości raczej nie tanieją i gdy system ubezpieczeń wreszcie szlag trafi znajdzie się przynajmniej coś, co będzie można zlicytować, sprzedać, wynająć, dać najbardziej oszukanym, najbardziej potrzebującym na margarynę i bełta, w ostateczności w dawnych gabinetach powstaną przytułki i noclegownie, co brzmi teraz zupełnie nieprawdopodobnie czyli najpewniej doczeka się spełnienia.

Pisałem już o mojej drodze do domu (awaria nogi wyłącza mnie z przykrej konieczności spaceru pod wiaduktem, choć, jak znam swe szczęście, zaraz jakieś ważne wydarzenie zmusi mnie do kuśtykania). Za to nie wspomniałem o zniczach. Znicze przydrożne najczęściej mijamy w samochodzie i wówczas myślimy o sobie. Jak to dobrze, że żyjemy. Ja nie jeżdżę tylko chodzę, więc mogłem choć raz pomyśleć o innych. Często zdarza mi się wracać koło dziesiątej, jedenastej i wówczas się palą, to znaczy, mogą palić się i wcześniej, ale w słońcu nie umiem ich zobaczyć. Dwa albo trzy, zmieniane nieregularnie. Czasem, pod wiaduktem nic się nie świeci przez długie tygodnie i muszę schylić się, by zobaczyć zimne szkło. Zeschłe kwiaty. Ktoś je jednak wymienia na nowe. I tak sobie stoją. Miedzy mocnymi słupami podpierającymi wiadukt. Zacząłem się zastanawiać, co tam się stało i w jaki sposób ktoś umarł. Przyglądałem się miejscu. Najpierw myślałem o zderzeniu dwóch samochodów. Tylko jak to możliwe, skoro albo sa ta korki na całą długość albo luz, nie ma po co wyprzedzać? No i kto by wyprzedzał na ostrym podjeździe? Chyba nie. Skoro znicze błyszczą po lewej stronie, jak idę do mojego domu, to może jakiś kierowca stracił panowanie nad samochodem, zwyczajnie zasnął i walnął w słup wiaduktu? Albo spieszył się do domu? I też walnął z pośpiechu. Musiał mieć sakramenckiego pecha, bo można tam uderzyć głównie w te słupy, jakby prasnął w skarpę to chyba by przeżył. Jakby nie, to znicze stałyby gdzie indziej. Nie przy słupie. Czyli słup jednak. Bez śladu na żelbecie. Wydaje mi się, ze po uderzeniu samochodu coś by pozostało. Musiałem wreszcie pomyśleć o sobie i zrozumiałem. Raz na jakiś czas przechodzę w poprzek ulicę, żeby szybciej wrócić do domu, światła są daleko i musiałbym robić kółko. Nie zawsze się chce. Człowiek, zapewne młody i pijany zrobił podobnie, tylko nie popatrzył, zapewne też wyłonił się spomiędzy słupów (padało?), będąc niewidocznym dla kierowcy. Wyskoczył pod koła, trach. Tu uspokajam wszystkich, zazwyczaj chodzę jednak na około, a jeśli przejdę na rympał to rzeczywiście ostrożnie. Nie o mnie jednak, o tym człowieku miało być – nie mam pojęcia kim był, kto mu te znicze pali. Domyślam się, że mieszkał na moim osiedlu, no bo gdzie indziej? Może szedł, wracał, do pracy w KFC? Tego już się nie dowiem, nie widziałem nikogo, kto by te znicze zapalał, nie miałbym zresztą odwagi zapytać. Ale, kierowany dziwnym impulsem poszedłem do sklepiku osiedlowego, kupiłem dwa znicze i postawiłem obok starych. Pomyślałem, że jeśli ktoś we mnie wjedzie, teraz właśnie, w momencie zapalania to będzie niezła heca i zaraz pokrzepiłem się innym wyobrażeniem. Nikt tam nigdy nie umarł, nie pod moim wiaduktem, zwyczajnie, jakiś gówniarz zapalił znicz dla zgrywy, a może żeby ostrzec kierowców przed rozwijaniem nadmiernej prędkości i tak to już się kręci, ktoś kto tak jak ja drepta tą najsmutniejszą trasą w całym Krakowie znicze te zauważy, zżyje się z nimi i nie wytrzyma, jeśli zgasną.

gdzie jestem? Zdjęcia Piotra Derkacza z Pyrkonu 2009

nie ma to jak pół roku opóźnienia, wynikłego z mojej winy. Pytanie zadane w tytule wpisu pozostaje, oczywiście, aktualne i nawet ja nie znam odpowiedzi. reszta zdjęć z serii: tutaj

metal na dziś (666)

Nowa płyta w drodze, po nieudanym koncercie w Spodku obawiam się rozczarowania. Ekstremalny metal, którego Slayer jest przedstawicielem trudno grać w pewnym wieku, formacje łagodniejsze, w rodzaju Ironów czy Saxon mają łatwiej w tym względzie. Nie zmienia to potężnego wrażenia, jakie ekipa Toma Aray’i zrobiła i robi swoimi pierwszymi kilkoma płytami. Nawet teraz, gdy się starzeją, zostawiają w tyle większość młodych kapel. W ogóle, bardzo lubię Toma Aray’a, uwielbiam ludzi potrzaskanych formacyjnie: katolików bedących zwolennikami reinkarnacji, feministki nie dające zgody na aborcję, czy wegan zatrudnionych w rzeźni. Araya, jako katolik wywrzaskujący sataniczne treści doskonale wkomponowuje się w ten schemat. Kolega Twardoch rzucił kiedyś, że wokalista w ten sposób szykuje sobie pewne miejsce w piekle. Może i szykuje, ja tam nie wiem, wiem za to, że jego przypadek jest jedyną znaną mi, współczesną i autentyczną sytuacją faustowską. Czy nie jest to wielki wybór, pomiędzy Bogiem i chwałą? Żyć tak jak nakazuje wiara, czy grać w największym zespole metalowym, jaki kiedykolwiek istniał?

tydzień z głowy (49)

Myślę sobie o Stalowej Woli. Może dlatego, że jestem akurat w Zielonej Górze, albo ze względu na świetny debiut Palińskiego, który niedawno przeczytałem. Ostatnio poznaję masę ludzi ze Stalowej, właściwie poznawałem zawsze, choć nigdy tam nie byłem. Za to wiem bardzo dobrze, jak podkurwić Stalowolanina, wystarczy zapytać o Chopina i cyrk gotowy. Uważam również, że przyszłość leży w aktywnym kreowaniu przeszłości, skoro to my rozpętaliśmy II wojnę światową i jesteśmy słusznie winni za wszelkie jej nieszczęścia, to cóżby szkodził mały plan rozwoju dla tego miłego chyba miejsca, jakim jest Stalowa Wola? Przedstawiam go tutaj nieodpłatnie, jednak z nadzieją, że władze miasta wypłacą mi jakąś premię. Należy zacząć od postawienia jebutnego pomnika Chopina w samym centrum miasta, stopniowo zapełniać kolejne dzielnice kopiami w mniejszych rozmiarach, na koniec przearanżować krasnale ogrodowe, doklejając im pianino oraz odpowiedni nos. To dopiero początek inicjatywy. Dalsza jej sekwencja zakłada nadanie imienia wielkiego kompozytora przynajmniej jednej szkole i zorganizowanie Tygodnia Chopinowskiego, cyklicznie, raz do roku. A potem już z górki: należy stworzyć publiczne Muzeum Chopina i kilka prywatnych, na odpowiednio mniejszą skalę, następnie, koniecznym wydaje mi się wskazanie i oflagowanie domu, w którym urodził się Chopin, budy, do której chodził oraz miejsca, gdzie pracował Jego ojciec, w konsekwencji czego powstanie Szlak Chopinowski w Stalowej Woli. I to już wszystko. Potem trzeba tylko wysprzątać hotele i czekać na tabuny Japończyków, którzy, jak powszechnie wiadomo kochają fortepianowe plumkanie Wielkiego Polaka nad swoje żółte życia.

Nie wykonałem swojego planu, to znaczy wakacje się skończyły, o czym informują mnie tabuny wyjątkowo ponurej młodzieży na ulicach – ja nie napisałem trzech opowiadań, tak jak sobie zakładałem. A jednak napisałem, tyle, że ostatnie skończyłem w czwartek, dwa tygodnie po założonym terminie. Nie jest najgorzej, biorąc pod uwagę, że z każdą kolejną ksiażką spóźniam się dwa lata. Czuję się jednak troszeczkę jak romantyk, taki Słowacki na miarę rudery z konsolą po środku. I głupio mi z tym. „Głowa węża”, jak i świeżo ukończony „Kanał” połamały mi gnaty. Za każdym razem siadałem do kompa, jakbym miał sznurek na szyi i jakaś złośliwa siła szykowała się do wyrwania mi stołka spod stóp. A przecież to tylko historie. Fikcyjni ludzie doświadczają nieprawdziwych zdarzeń. Trysku trysku z serducha  i główki. Nie umiem znaleźć żadnej sensownej myśli, by to ogarnąć: czemu cierpię gdy piszę, czemu jednak sytuacja nie-pisania jest dla mnie dwadzieścia razy bardziej przykra? Nie rozumiem tego. I, jako dopowiedzenie, cień, taka kwestia: czy gdybym znalazł sposób na  usunięcie tego bólu, na przykład w drodze terapeutycznego wygrzebania kulki z mózgu, to czy poszedłbym na to? Co wtedy bym pisał? Bo pisałbym przecież choćby po to, żeby mieć na życie. Chyba, że poszedłbym do ochrony. I, psia krew, jakim bym był człowiekiem? Ale oczywiście tego nie zrobię, co najwyżej kiedyś ból sam zniknie, a ja przemienię się w tępego podróżnika-eseistę. Mam wrażenie, że te doświadczenia potrzebne są nie tylko mnie ale i innym, w końcu, my, ludzie, potrzebujemy także złych emocji, żeby żyć. A po co to piszę? Opowiadania są skończone (będę jeszcze poprawiał) i nic nie dzieli mnie od powrotu do „Widm”. Zaczynam w poniedziałek i mam nadzieję pisać bez większych przerw, aż książka zostanie ukończona. Przerasta mnie w każdą możliwą stronę, nie mam pojęcia, w jaki sposób to dźwignę. Kiedyś przyrównałem pisanie do wyciskania na ławeczce prostej. Chcę napisać „Widma” i wycisnąć 140 kilogramów. Recepta jest prosta: osiem godzin snu, dobre śniadanie, odżyweczka i asekuracja bliskich. Dam radę.

Teraz o rzeczach strasznych. Kiedy byłem w Stanach fakt, że jestem niewierzący budził podejrzliwość i zdumienie. Oczywiście, w niedzielę śmigałem do kościoła mając na względzie giełdę pracy, odbywającą się po nabożeństwie – niewierzący, niereligijny facet urastał w oczach polonusów do rozmiarów jakiejś amoralnej Godzili, takiego stwora który poważy się na wszystko, skoro dziesięć przykazań władował tam, gdzie słońce nie sięga. Pomijam to, że katolicyzm polskich emigrantów ma charakter formacyjny, zresztą, szlag już z tą Ameryką. Zrobiłem w życiu kilka złych rzeczy, ale chyba żadnej straszliwej – najwyżej doprowadziłem do sytuacji, w której straszliwość staje się koniecznością, nie wiedziałem jednak, że tak się może podziać. Niejasno rozumiem, że złe uczynki pokazują swoją prawdziwą naturę o zmierzchu, maski opadają w nocy, gdy drzwi za nami są zamknięte. Zupełnie jak w „Needful things” Kinga, gdzie handlarz fałszywych marzeń oczekuje tylko drobnego psikusa w zamian za cuda ze swego katalogu: psikusy te eskalują, doprowadzając do zagłady całego miasteczka. Nic się nie dzieje, a zarazem dzieje się wszystko, drobne gesty wywołują upiory i wsadzają mordercom noże w ich wielkie dłonie – no i co ja mogę, pytam. Poruszanie się w tym świecie wymaga zmysłu, który posiadam, którego często nie słucham i zupełnie nie chwytam zasad działania, momentami mam wrażenie, że ci mądrale od faktu moralnego mieli rację. Pewne rzeczy są złe. Pewne rzeczy są dobre. I nie ma na to żadnego uzasadnienia, wszelkie systemy moralności stanowią pustą próbę uporządkowania poszczególnych działań ludzkich, czego te zwyczajnie nie potrzebują. Czerwień będzie zawsze czerwienią, niezależnie od widm i pasm, widzialnych i nie widzialnych dla ludzkiego oka. Dobrze, źle, nie wiem dlaczego, czemu te kundle ujadają w psiarni mojej czaszki, wiem za to, że z nimi trudniej zbłądzić, a i wycie do księżyca, w takim towarzystwie zwyczajnie daje się znieść.