Archiwa dla kategori 'obejrzane'

Niezniszczalni

Urbaniuk nie wierzył, że ten film istnieje. A jednak. Początek nie mógłby chyba być gorszy, niemrawa, dziwna strzelanina na początku, potem zupełnie bezsensowna, nakręcona tylko dla eventu scena z Bruce Willisem i chudym jak krzesło Arniem, niepotrzebny wątek damski, a potem wszystko ładnie rusza i strzelają się niemal do końca. W odróżnieniu od innych twardzieli starej daty, martwolicy Stallone radzi sobie nad wyraz dobrze, ostatni „Rambo” był pyszny, udał się nawet tak paradoksalny pomysł jak stareńki Rocky powracający na ring. Tutaj dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem. Wiadomo, przy natłoku postaci niektóre zginą w sensie widoczności na ekranie, niekoniecznie od kuli. Dziury w scenariuszu jak po strzale z pancerfausta. W porządku. Kłopot z „Niezniszczalnymi” polega na tym, że ten rodzaj wskrzeszania marzeń zawsze rodzi rozczarowanie. Nawalanki z lat osiemdziesiątych są częścią dzieciństwa, które, jak to dzieciństwo, zmienia się u dorosłych w szereg ikon, ulega mitologizacji. W konsekwencji, nie odczuję pełnego zadowolenia, ponieważ uwspółcześnienie tej formuły, wyciągnięcie jej za uszy z trumny daje wrażenie obcowania z czymś nie w pełni udanym. Marzenia, wspomnienia są zawsze ładniejsze. Najpiękniejsze dziewczyny były w ogólniaku. Trawa po drugiej stronie. Młodzi z kolei wskażą i to słusznie, że przygody Bourne’a z Damonem mają o wiele więcej energii i sensu. Z tego klinczu Sly już się nie wyrwie. Jednak, przywołał zapomnianych herosów, te ludzkie klocki tułały się w większości przypadków na marginesie kina. Był nawet Eric Roberts. Bawiłem się pysznie przez większość senasu, zapomniałem jakie to głupie – inni, stękający na ten film wyraźnie musieli sobie przypomnieć, co jest o tyle dziwne, że ci sami ludzie z reguły godzą się na mdły komentarz do tego samego okresu w historii kina, który serwuje Quentin Tarantino.

Incepcja. spojlery.


Skoro wszyscy o tym, rozmawiają, czy raczej rozmawiali, dorzucę swoje grosze. Byłem w kinie i dostałem mniej więcej to, czego oczekiwałem – sprawnie zrobiony blockbuster pozbawiony głębokich treści. Nolan dostał więcej swobody, jest perfekcyjny jak zawsze, ale „Incepcja”, zapewne ze względu na autorski charakter pomysłu jawi się filmem mniej bezdusznym niż jego Batmany. No i nie ma Christiana Bale. Znakomita końcówka sennego odcinka fabuły. Niemal zawsze, gdy reżyser stawia pytanie „czy bohaterowie zdążą?” ziewam, w tym wypadku obgryzałem palce. I znów, niemal zawsze, kiedy nie rozumiem filmu, który zrobił na mnie wrażenie próbuję obejrzeć go ponownie w domowym zaciszu, wyłapując sensy i na stopklatce. Tu też tak zrobię, sprawdzając jednak czy czegoś nie przeoczyłem. „Incepcja” wydaje mi się klarownie nakręcona, jasna i prosta, bez żadnych tajemnic. Gdyby nie wcześniejsze głosy w internecie i rozmowa z A. zaraz po wyjściu z kina w życiu nie przyszłoby mi do głowy istnieje jakiejś zagadki, wynikającej z niej konieczności poszukania odpowiedzi. Bohater grany przez Leo wykonał swoje zadanie i odzyskuje swoje dzieci w prawdziwym świecie, nie we śnie. Bączek zwalnia i wywraca się – to następuje już po ściemnieniu. Kiedy kochankowie razem opadają na łóżko, także mogę domyśleć się, co dalej będzie. Ten zabieg ma wprowadzić pozór niejednoznaczności, oszukać widza zmuszając do dyskutowania na temat, który w ogóle nie podlega dyskusji. Zabełtano wodę w stawie, poderwano muł z dna, dzięki czemu woda w bajorku uzyskuje pozór morskiej głębi. Przyjmijmy jednak, że Leo śni w ostatniej scenie. Co z tego wynika? Na płaszczyźnie fabuły nic, znaczy to, ze śnił od początku, całe azjatyckie zlecenie i ambaras z dziedzicem leżały w pudełku będącym własnością kogoś innego. Kogo, tego się nie dowiemy, chyba, że nakręcą sequel. Z punktu widzenia widza takie rozwiązanie nie ma sensu, cała „Incepcja” jest niepotrzebna, zmarnowano 160 milionów dolców tylko po to, żeby nakręcić film o tym, że czegoś nie było. Żadnego przekrętu, żadnego składu fajnych łotrów prowadzonych przez zacnego milionera, to wszystko bzdura, rzędy cyfr. Niepotrzebnie przejmowałem się i kibicowałem przez dwie godziny. A jednak potrzebnie. Tylko nie rozumiem tak wysokich ocen. „Incepcja” jest znakomitym filmem rozrywkowym, czystą zabawą nieobrażającą inteligencji widza, nawet takiego jak ja, levelem zero w kinie. Potem zaczynają się sny-windy, w górę, w dół i w bok.

horror, horror (20): “Rojo sangre”

Ogromne rozczarowanie. Nigdy nie załapałem się na kult Paula Naschy. Przeczytałem w sieci: umarł Paul Naschy. No szkoda, po chłopie, ale kto to był? Taki hiszpański Vincent Price, etatowy wilkołak. Acha. Ale z „Rojo sangre” łączyłem pewne nadzieje, że względu na ciekawy pomysł: Stary aktor próbuje utrzymać się za wszelką cenę w zawodzie, aktora aktorzy Naschy, a cały film nawiązuje do jego wcześniejszych dokonań, otrzymujemy rodzaj autotematycznej zabawy, liczyłem na coś mocnego i autentycznego, jakieś podsumowanie życia lokalnego gwiazdora filmów klasy B. dostałem bezsensowną opowieści o gościu, którego smutek zmienia w seryjnego mordercę, jest w tym diabeł, filmy snuff, jakieś laski, wszystko fatalnie nakręcone, jeszcze gorzej zagrane i tak idiotyczne, że nie mogłem uwierzyć. Ciekawy był tylko wewnętrzny moment utraty wiary w dzieło. Oglądam, pełen dobrych przeczuć, trafia do mnie bzdura za bzdura, przyjmuję je jago grę konwencją, ukłon w stronę tego, co rzeczywiście Naschy robił, aż znajduję siebie w wilczym dole, otoczonego przez kretynizmy. Jest to tak potworne, że wstyd trailer wrzucic, dobrze, że go nie znalazłem. Za to składak z co piękniejszymi momentami kariery Naschy’ego skłania do stwierdzenia, że jednak chłopa szkoda. Jedyny znany mi aktor który grał wyłącznie włosami a zaczeską zwłaszcza.

horror, horror (19). “Zejście II”


Koledzy ostrzegali a ja nie wierzyłem – w końcu pierwsza części „Zejścia” dość jednoznacznie została oceniona jako najlepszy horror ostatniej dekady, z czym łatwiej się zgodzić niż zaprzeczyć. Sequel był kwestią czasu i chyba czas stanowił problem. Rzecz nakręcono niedbale, za szybko, starając się jakoś pozszywać kolejne sceny, w których ktoś na kogoś skacze. Do tego, toporne wykorzystanie dekoracji skazuje rzecz na umowność, co wypada nad wyraz rozczarowująco, nawet jeśli przywołamy dosłowny freudyzm/feminizm części pierwszej. Ale już sam scenariusz wskazuje, że wyjść nie mogło. „Zejście 2” dokładnie powtarza znane już rozwiązania, czyli wejście do jaskiń, tąpnięcie, oraz nierówne starcie ze stworami, które tam żyją, a którym tąpnięcia niestraszne. Przy tej okazji wychodzą niedociągnięcia zamysłu „jedynki”, tyle że tam magia kina lała się z ekranu, cała ekipa wraz z reżyserem Nilem Marshallem spisała się na medal – tu zostało nędzne wyrobnictwo. Poza tym, stwory z „Zejścia” doskonale nadają się, by przerzucić je na dowolną scenerie, chciałem zobaczyć je w metropolii, wieżowcu, na statku i w samolocie, teraz już oczywiście nie chcę, za to zapomnieć i owszem.

Polański


Moje ukochane filmy Polańskiego to „Śmierć i dziewczyna” oraz „Dziewiąte wrota”. „Ghostwriter” żywo przypomina obraz z Johnnym Deppem. Wystarczy zamienić rzeczywistość demoniczną na świat polityki, a że utożsamiono je już w „Omenie”, różnica zaiste żadna. Oczywiste podobieństwo rozwiązań. Bohater samotny, ciut potrzaskany i popijający, lukratywne zlecenie związane, a jakże, z książką, dalej, zagadkowa śmierć, dziwne miejsca, podróż od człowieka do człowieka, oraz intensywny seks z MILFetką, tu, niestety, niezbyt atrakcyjną. Nawet kod ukryty w książce, kluczowy dla fabuły! Dodajmy do tego rozczarowujące zakończenie i będzie. Ewan McGregor gra oszczędniej niż Depp, mniej tu ciar, niesamowitości i rozbuchanych lokacji, „Ghostwriter” to surowy film, wyróżniający się rzadko spotykaną dzisiaj sprawnością realizacyjną. Właśnie staranność wykonania sprawiła, że „…wrota” są takie cudowne, ten film można oglądać dwadzieścia razy i wciąż odkrywać coś nowego. Drobiazg, szczegół, kino pełne tajemnic. Czy „Ghostwriter” jest również tak pozaszywany? Jeszcze nie wiem. Za to wiem, że w sposób niezamierzony wyszedł film o trudnościach walki z terroryzmem, temat potraktowano niemal hasłowo, co sprawiło, że jeszcze łatwiej mogłem utożsamić się z Adamem Longiem.