Archiwa dla kategori 'obejrzane'

Polański


Moje ukochane filmy Polańskiego to „Śmierć i dziewczyna” oraz „Dziewiąte wrota”. „Ghostwriter” żywo przypomina obraz z Johnnym Deppem. Wystarczy zamienić rzeczywistość demoniczną na świat polityki, a że utożsamiono je już w „Omenie”, różnica zaiste żadna. Oczywiste podobieństwo rozwiązań. Bohater samotny, ciut potrzaskany i popijający, lukratywne zlecenie związane, a jakże, z książką, dalej, zagadkowa śmierć, dziwne miejsca, podróż od człowieka do człowieka, oraz intensywny seks z MILFetką, tu, niestety, niezbyt atrakcyjną. Nawet kod ukryty w książce, kluczowy dla fabuły! Dodajmy do tego rozczarowujące zakończenie i będzie. Ewan McGregor gra oszczędniej niż Depp, mniej tu ciar, niesamowitości i rozbuchanych lokacji, „Ghostwriter” to surowy film, wyróżniający się rzadko spotykaną dzisiaj sprawnością realizacyjną. Właśnie staranność wykonania sprawiła, że „…wrota” są takie cudowne, ten film można oglądać dwadzieścia razy i wciąż odkrywać coś nowego. Drobiazg, szczegół, kino pełne tajemnic. Czy „Ghostwriter” jest również tak pozaszywany? Jeszcze nie wiem. Za to wiem, że w sposób niezamierzony wyszedł film o trudnościach walki z terroryzmem, temat potraktowano niemal hasłowo, co sprawiło, że jeszcze łatwiej mogłem utożsamić się z Adamem Longiem.

horror, horror (1): Dorothy Mills

Słyszałem dużo dobrego o „Dorothy Mills”, nadrobiłem zaległości i jestem prawie nie zawiedziony. Towarzyszy mi tylko wrażenie marnowania dobrego materiału. Zwraca uwagę senna atmosfera irlandzkiej wyspy, a nade wszystko rewelacyjny debiut Jenn Murray, wcielającej się w kilka różnych postaci. Czemu się wciela? Dorothy poznajemy, gdy w niesłychanie brutalny sposób karmi dziecko, którym miała się opiekować, sprowadzona na prędce pani od głowy ma sprawdzić co jest grane. W dziewczynce siedzą duchy trojga młodych ludzi, zmarłych, a jakże, w skutek podejrzanego wypadku samochodowego: dokładnie wskazanie winnych tego wydarzenia zamyka filmową intrygę. Murray odgrywa te postacie z klasą dojrzałej aktorki którą niewątpliwie jest, wszystko inne także znajduje się na miejscu, składając się na standardową fabułę dobrego horroru. Jest tylko jedna krótka scena, kiedy matka jednego z zabitych mówi, że nie może stracić Dorothy bo ta oferuje jej kulawy, ale jednak kontakt z jej dzieckiem. Nie pociągnięto tego wątku, a mnie w głowie wystrzeliła opowieść, horror totalny: oto mieszkańcy wioski przetrzymują w ukryciu tę opętaną dziewczynkę, nie godzą się na lekarza i egzorcystę, bo dzięki niej dostają na powrót swoich zmarłych. Niech pani psychiatra walczy o nią teraz. I ze sobą. Też kogoś pochowała. W dobrych rękach mielibyśmy, coś tak czuję, prawdziwe arcydzieło, film graniczny i wychodzący poza gatunek. Nie rozumiem, czemu nie pociągnięto „Dorothy…” w tę właśnie stronę, czemu uporczywie trzymać się zasad poskładanych jeszcze w latach siedemdziesiątych dla celów innego kina. Sam bym o tym pisał, ale nie mogę. Scenarzysta zrobił rzecz najstraszniejszą: miał doskonały pomysł i wypowiedział jego połowę. 

metal na dziś (13)

Nie tak dawno wywołałem nowe video Behemoth jako rzecz spełniającą wszelkie oczekiwania względem metalowego teledysku, więc teraz inny, nowy i absolutnie metalowy teledysk. Czyli U.D.O. Nigdy nie byłem jakimś wielkim wielbicielem Accept, jeśli nie liczyć pierwszego kontaktu z tą muzyką, kiedy to kłóciłem się z samym sobą, czy najwspanialszym zespołem na świecie jest Helloween czy może jednak Running Wild. O, ci:

Solowych produkcji byłego pana z Accept słucham raz na czas, a ostatniej płyty nawet z przyjemnością, co jeszcze nie ma znaczenia, a już na pewno nikogo, poza mną nie interesuje. Klip do „Black and white” doskonale ilustruje to czym jest heavy metal w wersji niemieckiej, jest topornie i podniośle, dziewczęta niewątpliwie spełniają kanon urody byłego dedeeru, a wartość dodaną stanowi rzeczony Udo, bez wątpienia najbrzydszy człowiek jaki kiedykolwiek stanął za mikrofonem. Nie wiem czy ta choroba ma jakąś nazwę, czy są inni tacy, tak samo jak nie mam pojęcia w jaki sposób można generować z siebie takie dźwięki z gardła, bezboleśnie i przez trzy dekady z kawałkiem. Well, stay heavy, jak mówi inny senior, a ja tylko jeszcze mruknę, że właśnie tak ma być, przaśnie, głupkowato i naiwnie, nie wyobrażam sobie realizowania muzyki metalowej na serio, przykładania wartości najwyższej miary. Głupkowatość, zamierzona lub nie także jest wartością, zwłaszcza w dzisiejszej popkulturze, gdzie każdy jest na siłę poważny, wesoły na grandę i nawet uprawia seks grupowy tylko po to, by napisali w tabloidzie.

O “Long weekend” w Nowej Fantasyce

Sam długo unikałem obrazu Colina Egglestona, zwiedziony informacją, że mamy do czynienia z horrorem ekologicznym. Taki rodzaj straszenia kojarzy mi się, w najlepszym razie, z radosnymi bzdurami o potworach zrodzonych z nuklearnych odpadów, w najgorszym z tanim moralizowaniem o przyrodzie, co się wścieknie, jeśli nie zacznę selekcjonować śmieci. Większość starszych filmów, które tu przywołuję, obejrzałem jako chłopak; “Długi weekend” dopadł mnie po trzydziestce i natychmiast przemienił w nastolatka. Siedziałem, nie mogąc oczu oderwać; oczy te z pewnością wybałuszałem, momentami gapiłem się przez palce, tuptałem nogami i tylko taniego wina brakło, bym w pełni zanurzył się we własnej młodości. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z filmem dziecinnym – przeciwnie, Eggleston sprokurował dzieło kompletnie serio, zdolne do przywołania tych uczuć, które towarzyszyły mi, gdy odkrywałem prawdziwe kino grozy, debiuty Hoopera, Cronenberga.

W Australii nie wiedzie się pewnemu małżeństwu. Marcia nieustannie drze się na Petera, a ten celuje do niej po kryjomu ze strzelby, ona jest zimna i wredna, on wyraźnie zdziecinniały, skupiony na gadżetach i wszystko wskazuje na to, że powinni się rozstać. Na ich nieszczęście, a ku radości widza, tak jednak się nie dzieje, para daje sobie szansę, następnie zasuwa na mało uczęszczaną plażę, by tam między morzem a krzakiem odnaleźć siebie na nowo. Już po drodze przejeżdżają kangura,
a potem dzieje się tylko gorzej: depczą, śmiecą, kradną orle jajko i zabijają krowę morską – słowem, na harcerzy raczej się nie nadają. Powoli ujawnia się prawdziwe źródło konfliktu. Kilka miesięcy wcześniej Marcia poddała się aborcji i zmaga się ze stosownym syndromem, Peter najchętniej by o wszystkim zapomniał, złości go odstawienie od łóżka, nie umie ani nie chce pomóc żonie. Wyjazd nie przynosi ulgi, para na zmianę trwa w stanie chwiejnej równowagi, by zaraz skoczyć sobie do oczu. Decydują się wracać, ale jest już trochę za późno.

(…)

tydzień z głowy (46)

Polkon 2009 się skończył. Nie jestem najlepszym konwentowiczem – nie chodzę na żadne prelekcje poza własnymi, okupując jakies sympatyczne miejsce, piję piwo, tu akurat na chwałę Kosika, który wreszcie doczekał się Zajdla. Nie umiem więc ocenić, udało się czy nie udało, w końcu fakt, że wyłączyli mi prąd w akademiku nie jest winą organizatorów, podobnie jak deszczowa pogoda. Ale jakos wyszło, wspomnienia są przyjemne. O tym konwencie krążyła masa upiornych plotek, miał się nie odbyć lub zrealizować si w formie niepełnej, organizatorzy mieli uciec lub zwariować w skutek stresu, do niczego takiego nie doszło i jeśli ktoś szalał to na piętrach, których nie raczyłem odwiedzić. Za to z kolegami zaobserwowaliśmy coraz wyraźniejszą separację tych co grają od tych, co czytają, w wypadku Polkonu wyrażona rozmieszczeniem ludzi w dwóch osobnych budynkach. I dobrze, tyle, że sensem jakiegokolwiek konwentu są własnie spotkania graczy, w końcu zycie literacko-towarzyskie kwitnie w wielu innych miejscach, sam czekam na coś w rodzaju salonu dla twórców, gdzie artyści będą uzynać się, na przykład co czwartek, wsuwając ciasteczka (Kasia? Co ty na to?). I tak to chyba się skończy, gracze będą rzucać kostkami, a my, piszacy, przycupniemy sobie z czytelnikami przy jakimś stoliku i nawet  nie zauważymy, że konwent, ten czy inny, już nie jest dla nas.

Prawie zrealizowałem plany pisarskie, trzecie opowiadanie jest na ukończeniu, a Nowa Fantastyka zapowiada moją „Głowę węża” w numerze październikowym. Trochę obawiam się tego opowiadania, nie mam wątpliwości, że tekst ten wycisnął ze mnie co tylko mogłem dać najlepszego, nie wiem tylko czy ludzie chwycą – pisząc takiego „Popiela” miałem przekonanie, że trafiam w bardzo czułe punkty, a to opowiadanko tak sobie przeszło, radując głównie Twardocha z przyległościami. Może dlatego, że temat tak banalny jak historia nie rusza już ludzi? Zwłaszcza jeśli odrze się ją z elementów przygodowych. Anyway, „Głowa węża” jest współczesna i chyba wzięła się, w pierwszym rzędzie, z lektury Huellbacque’a i Palachniuka (oraz Biblii, ku mojemu zaskoczeniu), w drugim z przebywania w moim domu, na pustym osiedlu na końcu świata, gdzie od miesięcy nie widziałem sąsiada i czasem myślę, że nikt prócz mnie tam nie mieszka, że sam siedzę gdzie indziej i tylko śnie o czerwonych dachach, zimnych schodach i huśtawkach między blokami, gdzie nie ma żadnych dzieci.

Obejrzane. Na swoim blogu Guru zdradza lekkie rozczarowanie filmem „Grace”, chyba najbardziej oczekiwanym horrorem tego roku. A ja się nie zawiodłem, film jest mocny i skrojony serio, bez żadnej umowności, jest też kawałkiem „okołowampirycznym” podejmującym temat w nieco nowy sposób. Jeśli coś mi się nie podoba, to lenistwo scenarzystów, którzy doskonały pomysł wyjściowy (niemowlak żywiący się krwią) rozgrywają w ramach starych schematów, w konsekwencji czego doskonale wiadomo, jak „Grace” się skończy. Jednak warto, zwłaszcza, że film jest doskonałym komentarzem weganowego szaleństwa, które z wolna opanowuje świat.

„Wątpliwość” z Meryl Streep i Philipem S. Hoffmanem. Jakby ścisnąć tę opowieśc wyszłoby, że jest sobie zachowawcza zakonnica i postępowy ksiądz, ona jest wredna a on kochany i musi odejść w skutek niejasnych pomówek. Tyle. I dużo więcej. Nie mam pojęcia, jak Streep to robi, z wesołej „Mamma mia” przeskakuje w lata sześćdziesiąte, w habit i ponury grymas, dając koncert aktorski, na który patrzy się jak na dzieło sztuki. Hoffman to wiadomo, nie znam drugiego aktora, który tak znakomicie operuje głosem, koncert tych dwojga zasysa mimo miałkości samej historii. I mała perełka, rozmowa Streep z matką czarnoskórego chłopca, na ulicy, wśród liści targanych wiatrem należy do najlepszych, najmocniejszych dialogów jakie kiedykolwiek widziałem w kinie.

A ja zaraz odbieram mojego synka z lotniska. Przejdziemy się chwilę. Przecież się przyjaźnimy. A potem zrobię to co zawsze robię każdego dnia, czyli siądę z laptopem, będę pisał opowiadanie, felieton, coś poprawię, pójdę na trening i mam jeszcze nadzieję, że pomogę perskiemu księciu przeskoczyć nad paroma rozpadlinami. w związku z tym, że lato dobiegło końca obiecuję zwiększyć aktywność na blogu. Jesień idzie, naród przesiada się z piwa na wódę i niedługo będzie tutaj nie do wytrzymania.,

Następna strona »