Chyba każdy, kto sięga po horror w postaci książki zastanawia się, czy książka może wystraszyć, czy może wzbudzić autentyczny lęk. Wierzysz w taką moc literatury?

- Mam nadzieję, że to jest możliwe, aczkolwiek moje dotychczasowe doświadczenia wskazują, iż jest to bardzo trudne. Nie myślę o tym, jakie emocje chciałbym wywołać w czytelniku. Chciałbym natomiast, żeby on tę książkę po prostu wziął do siebie i jakoś przeżył. Nie siadam do pisania z intencją “O rany boskie, ale Was teraz przestraszę!”. Mam co prawda pomysł na horror totalny, ale użyję go w przyszłości, jeszcze nie teraz. Kiedyś książka rzeczywiście mogła przerażać, ale żyjemy w trochę innych czasach. Mamy te wszystkie filmy grozy zmontowane w konwencji prawie że teledysku i skaczemy w fotelu oglądając takie rzeczy. Są gry takie jak “Dead Space”. Ja sobie w to pograłem siedząc w ciemnym mieszkaniu i rzeczywiście serce miałem gdzieś tak w rejonach karku, tłukło mi się przy kręgach. Konkludując: przy grach skaczemy w fotelu, przy filmach to samo, przy książkach nie bardzo. Próbowałem swego czasu wprowadzać do tekstów literackie ekwiwalenty gościa wyskakującego zza węgła z siekierą, co bardzo ładnie grało u Kubricka, ale nie sądzę, żeby u mnie to miało aż taką siłę. Natomiast my pisarze zajmujący się ludzkim paskudztwem możemy w czytelniku zasiać głębokie poczucie dezorientacji i jeszcze głębsze poczucie niepokoju. To jest ten kierunek, który wydaje mi się w trudnych wizualnych czasach właściwy.

- Nadchodzi to zbiór pięciu opowiadań. W polskiej fantastyce już tak jest, że opowiadania piszą przede wszystkim młodzi, debiutujący pisarze. Opowiadanie to po prostu najlepsza droga do zaistnienia. Fantastyczne czasopisma organizują konkursy na opowiadanie, młodzi ludzie je piszą, wysyłają i wchodzą w ten sposób w literacki obieg. Ty już debiutantem nie jesteś, masz swoją pozycję, kilka cenionych powieści na koncie, a mimo to nadal tworzysz opowiadania. Dlaczego? Co Tobą kieruje? Opowiadanie to wyzwanie, czy może jeszcze coś innego?

- Jedno i drugie. To coś innego ze względu na odmienność formy. Opowiadanie ma swoje dosyć sztywne rameczki i trzeba opowieść między te ramy wepchnąć. Z reguły jest po prostu tak, że niektóre tematy, niektóre historyjki nadają się na opowiadanie, a niektóre na powieść. Czasem jest to kwestia umiejętności i chęci autora. W tym zbiorze znajduje się opowieść zatytułowana “Zatoka Tęczy”. Jest to historia o tym, jak to Ruskie poleciały na Księżyc, jeszcze przed Amerykanami i co tam znaleźli. Zacząłem do tego zbierać materiały i to było straszne, dlatego, że nie potrafię wytłumaczyć, jak działa śrubka, a tu musiałem opanować choćby w skrótowej formie, jak działały te wszystkie kosmiczne pojazdy. Zacząłem w to wsiąkać, temat zaczął mi się podobać. Rosjanie robili tym swoim kosmonautom straszne rzeczy – podczas jednego startu rakiety zginęło stu ludzi! Z jednej strony zacząłem nabierać ochoty na zrobienie z tego powieści, a z drugiej, jak sobie zdałem sprawę ile pracy musiałbym włożyć w przygotowanie takiej książki, to pomyślałem sobie, że może ten temat nie jest do końca wart tego, bo jest tematem na opowiadanie. A może zwyczajnie mi się nie chciało i się wystraszyłem? To dziwnie brzmi, ale są zagadnienia w sam raz na opowiadanie i są tematy powieściowe. Z reguły ciekawe powieściowo są te historie, które można przedstawiać z różnych stron. W Twoim pytaniu ukryte jest również zapytanie o pisarskie umiejętności. Jakiś czas temu połapałem się, że nie potrafię pisać opowiadań. Powrócę na moment do Rosjan. Była taka historia o facecie, który dzwonił do Radia Erewań. Facet pracował w fabryce rowerów, a w radiu powiedział, że marzy o rowerze. Prowadzący zapytał go wprost, dlaczego sobie tego roweru nie wyniesie w częściach z fabryki? Słuchacz odpowiedział, że próbował, ale zawsze mu czołg wychodził. Ze mną było podobnie. Zasiadałem do opowiadania wymyślonego na czterdzieści stron, a wychodziła nowela. Zresztą jedna z tych nowel znalazła się w tym zbiorze. Musiałem się straszliwie napocić, żeby na nowo nauczyć się pisania opowiadań. Mam nadzieję, że jakoś mi to wyszło.

- W opowiadaniach w tomie Nadchodzi da się zauważyć pewne wątki i tematy, które zdają się być tutaj najważniejsze. Takim tematem jest polska historia – II wojna światowa, działalność partyzancka, czasy komunizmu… opowiadasz o tym opowiadaniu tytułowym i w tekście Popiel Armeńczyk. Dotychczas nie poruszałeś tych tematów. Z czego to wynika? Doszedłeś do wniosku, że metoda fantastyczna to najlepszy sposób, aby z najnowszą historią Polski w końcu się rozprawić? Fantaści czasem podejmują próbę poszukiwania sensu naszych dziejów, twórczość Jacka Dukaja może być tutaj przykładem.

- Na każde pytanie można odpowiedzieć na dwa sposoby. Odpowiedź numer jeden brzmi w ten sposób, że nasza historia, powiedzmy od lat dwudziestych XX wieku, jest czymś żywym i dyskutowanym. Pojawia się naturalne pytanie, jak temat wykańczania leśnych dziadków po wojnie przez służbę bezpieczeństwa zaszczepić na polu popkultury. Bez żadnych kłopotów mógłbym napisać opowiadanie, jak partyzanci siedzą sobie w lesie, a UB ich goni. Mnie natomiast chodziło o to, żeby pokazać, jak te rzeczy żyją dzisiaj, może nie ogólnie, ale w świadomości dwóch, trzech osób jakoś z tym związanych. W opowiadaniu tytułowym interesowało mnie, jak człowiek, który likwidował partyzantów, myśli o tym po latach, jak to w nim kamienieje, bo w moim opowiadaniu jego stanowisko się utwardza, jak jego syn się z tym męczy. Z drugiej strony mamy mit polskiego września i tych naszych, jakby na to nie patrzeć, dzielnych żołnierzy. Z mitem tym łączy się mit Hubala – pierwszego partyzanta. Zderzyłem to z gnozą wywiedzioną ze Słowackiego, czyli myślą, że człowieka, kraj, świat zbawia się poprzez krew. I to jest odpowiedź numer jeden. Odpowiedź numer dwa jest następująca – na strychu u ojca znalazłem wspomnienia niejakiego Stanisława Wałacha. Straszliwy pułkownik Wałach był szefem UB w Krakowie i przepięknym językiem prozy raportowej spisał, jak tych leśnych dziadków, między innymi “Ognia” wykańczał. Jak ja to przeczytałem, to byłem pod wrażeniem, nie tylko ze względu na opisywane wydarzenia, ale i ze względu na osobistą perspektywę autora. Pomyślałem sobie “Wow, jakoś muszę to ruszyć”. W przypadku “Popiela Armeńczyka” siedziałem sobie z przyjaciółmi w miłej, nieco zadymionej atmosferze, brzęczały kieliszki i oglądaliśmy “Labirynt Fauna”. Pomyślałem sobie “A gdyby coś takie stało się w Polsce?!”. I tak to się dzieje. Pomysły, które wydają mi się fajne, wychodzą ze strasznie prostych sytuacji. Potem dopiero człowiek myśli, jak to osadzić, jak to wkręcić, jak to umiejscowić w kontekście, ale to wszystko zaczyna się od pierwszego spojrzenia.

- Nie wiem, czy się zgodzisz, ale te dwa opowiadania są chyba najlepsze w Twoim dorobku, w pewnym sensie przełomowe?

- W tym, co do tej pory naknociłem, to chyba tak. Mógłbym jeszcze wymienić kilka tekstów, które darzę niezwykłą sympatią, ale nie pasowały one do zamysłu książki. Były one o czymś tak odmiennym, napisane innym językiem, dzielił je też nastrój kilku lat, bo powstawały wcześniej, tak więc w tym tomie ich nie ma.

- Mówiłeś już o opowiadaniu Zatoka Tęczy. To rzecz niezwykła, bo napisana w stylu science-fiction..

- Trochę tak…

- Nigdy wcześniej nie poruszałeś tej tematyki, nie kreowałeś takiej scenerii. Jak podchodzisz do science-fiction? Chciałeś tym tekstem udowodnić, że Ty też potrafisz? To takie modne ostatnio w fantastyce, żeby skakać z gatunku do gatunku, żeby bawić się konwencją…

- Nie myślę w ten sposób. Pomysły po prostu przychodzą do głowy i niektóre zostają na dłużej. Ten wątek biednego Rosjanina na Księżycu strasznie się we mnie wrył. Może to zabrzmi buńczucznie, ale mam taką zasadę, że piszę teksty, których w momencie startu nie jestem w stanie napisać. To tak jak z biegiem na setkę, albo wyciskaniem sztangi. Najpierw wyciskasz setkę, potem sto dziesięć, przy stu dwudziestu najpierw Ci ktoś pomoże, a potem popchniesz sam. W toku pisania, poprawek, zbierania materiałów, doczytywania, nagle orientujesz się, że możesz. Że potrafisz, przynajmniej według własnej opinii, taki tekst stworzyć. Potem jeszcze jest opinia beta-readerów bliskiego zasięgu, w konsekwencji czego pięćdziesiąt procent mojej roboty ląduje w koszu. Bo że tu są moje opowiadania, że w prasie ukazują się czasem jakieś teksty, nie oznacza, że wypuszczam wszystko, co napisałem. Wypuszczam mniej więcej połowę.

rozmawiał Marcin Baniak