Jest koło siodmej wieczór, siedzę w póki co zaimprowizowanym gabinecie, na ósmym piętrze. Pali się lampa, ale kiedy ją zgaszę widzę panoramę miasta: świetlne, czerwone pstryczki uczepione dźwigów nad stadionem, nieruchawe uliczki bliżej, a dokładnie na wprost mojego pyska sterczy przystrojony w jasną kokardę Pałac Kultury. całe miasto jest tylko sennym migotaniem, domy i ludzie wlazły sobie w cień. Cisza jest zupełnie niewiarygodna, nawet nie teraz, ale kiedy szedłem sobie przez osiedle nikt nie wołał, nawet twardy śnieg pod butem. dominuje wrażenie bezładu i rozsypania, inne miasta wbiły się w ziemię lub z niej wyrosły, to zsunęło się chyba z jakiejś wielkiej szufli, jak kupa śmiecia po szampańskiej zabawie, domy jak potłuczone butelki, drogi niby niedopałki w to wszystko ciśnięto jeszcze wielkie, niebieskie reformy Wisły. Podoba mi się jak diabli, wolę, gdy coś, zamiast być nieustannie się dokonuje. Mieszkam już w Warszawie i zdążyłem już znielubić siebie samego za to teatralne, melodramatyczne potraktowanie całej przeprowadzki, jakbym nie zdawał sobie sprawy, że tak naprawdę nic wielkiego się nie podziało, a jeśli się balem to zupełnie niepotrzebnie. Można zasnąć, rozkołysać się w wielkomiejskim rwetesie, pochwytać błyski, urżnąć się jak trzeba samym kolorem (niech będzie to barwa Jamesona) i pomyśleć sobie o tak: niczego chłopie nie przewidzisz, żadne, dobre czy złe wydarzenie nie zostało wcześniej dostrzeżone, ono strzeliło lub znikło, niczym stołek wyrwany spod tyłka, do tego, pchnęło cie tutaj, wcale nie po temu, że roi ci się kariera we łbie, bo nie roi, na modern party wytrzymasz może kwadrans, nie istnieją wielkie oczekiwania, po prostu, facet, tu i teraz jest twoje miejsce.
Różnice pomiędzy Krakowem a Warszawą można wymieniać do nocy, prędzej Internet by się skończył. Zwracam uwagę na jedną, wydaje mi się, o randze generalnej. Chodzi o zwrot. Określony wektor miasta. Zdaję sobie sprawę, że Krakowowi zawdzięczam rzeczy niewymierne, a z wymiernych odrobinę kapusty, ofiarowanej mi za sam fakt mego szczęsnego istnienia, więc może tak, bez wartościowania. Jednym odpowiadają inne miejsca, innym nie. Warszawa jest zwrócona ku mieszkańcom i ludziom, którzy przyjeżdżają tutaj pracować i żyć. To przecież dla nich są te wszystkie cudne firmy oraz metro, tu skoncentrowały się media, a jak kto chce, może się wylansować bez większego kłopotu. Albo znaleźć się z przetrąconym karkiem. W każdym razie, bajka warszawska polega na tym, żebyś przyjechał, osiadł, polakował, by następnie, na stare lata wyniósł się na wieś, zostawiając dzieci w batkeryjnym środowisku metropolii. Temu celowi służy wiele drobiazgów, od atrakcyjności życia nocnego, które dla mnie odpada, po, w gruncie rzeczy, niewysokie ceny wynajmu, komunikacji miejskiej oraz żarcia. Kraków odwrotnie, jest otwarty i zwrócony ku weekendowym przyjezdnym, nawet zamieszkałe tam dziewczyny ten rodzaj otwartości zdołały sobie przyswoić. Do Krakowa cudownie jest przyjechać, pogapić się na zabytki, a potem zabalować na Kaziku, dobrze też jest studiować, bo piwo niedrogie, Kraków leży na uboczu i rodzice przyjadą z rzadka. Ale życie, normalne takie, wydaje się, więcej, jest szalenie trudne z tego względu, że krakowianina bonus bycia częścią turystycznej atrakcji raczej nie popieści, jeśli oczywiście nie ma knajpy, nieruchomości lub, chociaż nie jeździ na dryndzie. Przeciwnie, są tylko z tym kłopoty, przecież ci turyści jednak doprowadzili do wzrostu cen, no i zabalować trochę trudniej. To jeszcze można zrozumieć, w końcu władze miasta maja prawo do prowadzenia określonej polityki, w sytuacji Krakowa, gdzie z przemysłem średnio, zaś liczne uniwersytety produkują rok w rok rzesze bezrobotnych, których nic, ani rodzice, ani warunki życia nie przygotowały do dorosłości, mianowanie się Mekką dla pijanych Angoli oraz trzeźwych, za to starych Niemców wydaje się jedynym rozwiązaniem. To jasne. Ten wektor na zewnątrz, ku zwiedzającym , cała filozofia miasta ujawnia się w fakcie, że względny dobrobyt, kasa, zostawiona przez przyjezdnych nie buduje naszego malutkiego, zasranego dobrostanu. dobrostanku. Bo skoro turysta zostawia dolce i euro, to z tej fantastycznej kasy mogłoby cos sobie powstać, coś, co służyłoby mieszkańcom. Tymczasem nic, albo przeoczyłem. Przejście przez Sukiennice od lat zamknięte, za to w Podgórzu wzniesiono jakąś piramidalną francę za ciężkie pieniądze, komunikacja miejska to jakiś ponury dowcip co wie każdy kto choć raz widział prędziutkie, slicznutkie bombardiery stłoczone w rządku przed sennymi światłami, że o wstrząsającej lekturze rozkładów jazdy nie wspomnę, po prostu nie mogę pozbyć się wrażenia, że kasa, zostawiana w mieście gdzieś tam sobie frunie do ciepłych krajów, ciepłych kieszeni, choć prędzej zwyczajnie rozlewa się w dziwacznych inwestycjach, żeby wspomnieć tylko o intensywnej, przynajmniej do niedawna, obecności Pendereckiego. Nie wyjechałem dlatego, ze zwykła jazda tramwajem przywoływała mi mroczki przed ślepia, nikt mi tam nic złego nie zrobił, przyczyny przeprowadzki są zupełnie inne, pozamiejskie nawet, po prostu, tak mnie teraz tchnęło. Obecność i duchy, prędzej uwierzę, że miasto zmieni się w widmo niż człowiek.
Skoro przy Widmach, przeprowadzka wywołała opóźnienie, niemniej, jutro zaczynam z nadzieją zamknięcia w lutym czwartego rozdziału. potem przerwa dla beta-czytaczy, którą mam nadzieję wykorzystać na napisanie dwóch opowiadań – chcę po latach zsumować swoje amerykańskie wspomnienia, oraz naszykować, wybaczcie, pierwszy tekst pozbawiony fantastyki. Nie dlatego, że zmieniam front, po prostu cos przyszło mi do głowy, a z tym czymś proste pytanie, czy chciałbym czytać swoje własne książki. Każdy pisarz mówi: piszę to, co sam chciałbym czytać. na pewnym poziomie jest to prawda, przecież, zmieniając się w Orbitowskiego-Który-Nie-_Napisał-”Nadchodzi” (dalej OKNNNo) znalazłbym w tej książce same pokrewne myśli i pomysły, które uważam za elektryzujące, do tego walnięte taką polszczyzną, że czacha dymi. heh. Prócz książek, napisałem chyba kilkaset recenzji książkowych, plus eseje i felietony okołoksiążkowe i łapię się na tym, że jako czytelnik szukam, w pewnym sensie, czegoś zupełnie innego niż jako pisarz. Moje książki nie maja specjalnie wyszukanych fabuł, za to jako czytelnik wykręcam sobie ścięgna w stronę wielowątkowych opowieści z masą bohaterów i zagmatwana fabułą. Uwielbiam sadzić zdania na pół strony, odstawiam tę swoją klepaninę i zachwycam się prozą Twaina, Hemingwaya, Capote, McCarthy’ego (no dobra, tymi pierwszymi dawnom się nie zachwycał), nawet King, Barker, James Herbert pisza stylem jakby wykrojonym ze snopowiązałki. Podczas pracy nad tekstem najważniejszy jest dla mnie klimat i nastrój, jako czytelnik najchętniej utopiłbym wszystkich nastrojowych klimaciarzy w szambie, przywalił deklem i jeszcze przygniótł panzerwagonem niemieckiego gotyku, żeby dziadostwo przypadkiem znów nie wypełzło. Tak mogę dalej, prawie tak długo jak gadać o Krakowie, Warszawie i tak dalej, pójdę na miasto i poszukam szewca bez butów.
Powinienem zmobilizować się i poznać tajniki facebooka. Na razie akceptuję zaproszenia jak leci, w konsekwencji czego zostałem kumplem obcych i uczestnikiem wydarzeń mi obojętnych, groźnych i nienawistnych. Boje się, bo potem będzie twitter. Poza tym przenosił mnie kumpel i rzekł, że kotka Kreska wygląda jak Susan Boyle.