Archiwa dla Luty, 2010

Tydzień z głowy (72)

Coś się udało, mianowicie, spotkanie w Pauzie. Byłem zaskoczony: ilością zgromadzonych, kierunkiem, w którym pobiegła dyskusja (dowiedziałem się, że jest Młody i Stary Orbitowski), wreszcie pytaniami. Jedno zapadło mi w pamięć. Dotyczyło bloga, konkretnie tego kącika: podobno odszedłem od pisania o swoim życiu na rzecz tematyki historycznej. W gruncie rzeczy to nieprawda, wydaje mi się nawet, że „nadchodzi” jest najbardziej osobistym kawałkiem, który popełniłem. Ale wróćmy do pytania. Skoro teraz historia a nie Orbitowski, czy to znaczy, że funkcję terapeutyczną zaczął spełniać „tydzień z głowy”? Piszę przecież po to, żeby z czymś się uporać, no i zarobić kaskę. Blog jednak jest niedochodowy. Cos w tym jest, bo to coniedzielne pisanie przypomina nieco znaną z filmów wizytę na kozetce psychoterapeuty. Nie zastanawiam się, po prostu piszę. Tak samo jest z książkami, tyle, że książki poprawiam, a jeśli mnie pamięć nie myli, to w życiu nie przeczytałem niczego, co tu naknociłem. Czy to możliwe, że blog zabrał mi coś ważnego, z zupełnie innego miejsca? Zagospodarował? Nie, ale to niepokoi jako perspektywa. Piszę serduchem, wywalam flaki, może dlatego nie lubię sam takiego pisania czytać (garbus nie lubi garbatych), uwolniony za to od ciężaru serca mógłbym sadzić przerażające, pięknie napisane książki, z wycyzelowaną fabułką, do tego w jakiś sposób mądre – wolałbym uniknąć takiego losu i mam nadzieję, że jeśli nie uniknę, to ktoś mnie kopnie w dupę i powie, daj sobie spokój. Zawsze mogę być pisarzem eseistą, czyż nie?
Tu chyba trzeba by było zaznaczyć, że nie mam żadnego kryzysu, „Widma” idą dobrze, a głowa aż puchnie od nowych pomysłów. Dzwonią mi przynajmniej dwa filmy, które chciałbym zrobić jako współscenarzysta (nie pytajcie o szczegóły), opowiadania, proszę, proszę, też dwa wymyślone i tylko czekają na moje paluszki. Wreszcie sprzedam swoje wspomnienia z Ameryki! Znalazłem jak to chwycić. Więc prę sobie do przodu, a ponieważ jestem zadowolony z życia, psuję to sobie pytając, teraz samego siebie. Bo z sobą się spotykam. Mam dar. Zachowuję się jak gość, co znalazł walizkę z forsą, następnie popędził do knajpy, stawia wszystkim i pilnuje, by każdej dziwce w mieście wsunąć stówkę za dekolt. Forsa może się skończyć. Lub wróci właściciel. Myślę wyłącznie podczas pisania, najdłuższy mój konspekt zmieściłby się na ramce fajek, pomysły po prostu przychodzą. Miało to ten walor, że mogłem koncentrować się na technicznym aspekcie pracy literackiej. Dar, jak nazwa wskazuje, jest czymś, co może zostać odebrane. Natychmiast, w każdej chwili. Pomysły przestaną się pojawiać, nie będę mógł ich składać i przywoływac ludzi w głowie. Jak będę umiał bez tego żyć? Nie wiem. Pewno sobie poradzę. Te rzeczy skądś się biorą. Dar został gdzieś znaleziony. Tylko nie wiem gdzie i tak serio, boję się szukać tego miejsca, choć czasem bardzo chcę.
Niezwykle radują mnie sukcesy naszych sportowców. Jak ta dziewczyna ślicznie się cieszy! Klops w tym, że nawet dziesięć kolejnych medali nie wyrówna mi mojej krzywdy, a nawet ją pogłębi. Podobnie miałem z Małyszem, może życie polepszyło się, gdy przestał tak daleko skakać. Przywykłem już do tego, że Polakom idzie wyłącznie w śmiertelnie nudnych sportach, przynajmniej od czasu, kiedy to Gołota okazał się palantem. Korzeniowskiego jeszcze mogłem znieść, zresztą, pokazywali go umiarkowanie. Nie wyobrażam sobie niczego nudniejszego od sportów zimowych, nie musze tego robić, bo jestem bombardowany nimi zewsząd. Skoki sa jak flaki z olejem, wolałbym już borowanie zęba, już lepiej czytać Żiżka albo, nie wiem, Putramenta, niż patrzeć na takie dziadostwo. Teraz biegi. Co jest już kompletnie nie do wytrzymania, lecą ludzie przez ten śnieg i to kawał czasu, wiem, imponujące i dla radości zwycięstwa, że naszym wreszcie cos wyszło, ale przecież na tym się nie skończy. Nieustannie, na całym świecie są te biegi i skoki, znam i takich, którzy chcieliby aby zima trwała okrąglutki rok z tego powodu. I teraz telewizor będzie nadawał to w kółko, skoki i bieg na nartach, pewno jeszcze strzelanie na każdym możliwym kanale, jak znam życie zawody są nawet w Pernambuko i tam też można wysłac tego sympatycznego, skromnego Małysza, możemy teraz brać w dupę od wszystkich okrągłą dekadę, ramówka jest ustawiona. Nawet wiadomości są o tym. Pomysł, żeby facet interesował się sportem jest zupełnie pomylony (głupsze jest tylko interesowanie się samochodami, o prawie jazdy nie wspomnę), lecz, skoro trzeba, to czy Urbaś nie mógłby biegać szybciej? Czemu nie boks? Nasi piłkarze nieszczęśni… Pudzianowski jest ciekawy, czemu jego nie pokazują non stop, jak dźwiga? Albo, skoro tak wszyscy lubią, żeby było biało, to chociaż hokej poproszę, wygrajmy ze Szwecją czy inną Kanadą. Cokolwiek. Tylko nie sporty zimowe. To niszczy mi życie, odbiera zdrowie, czekam tylko, aż wypadną zęby. Właściwie nie wiem czemu tak tutaj bredzę, mogłem po prostu napisać, że po raz pierwszy w życiu mam kablówkę i się dziwuję jak małpa bateryjce.
Poza tym dostałem album z rysunkami Mike’a Mignolii, z Hellboyem jako głównym tematem. Wielki i śliczny. Dzięki! Dziś przyszła wiosna. Trzeba się wydziarać.

horror, horror (12)


Zdaje się już robią remake. Czy nawet zrobili. Nigdy nie słyszałem o tym filmie, nie widziałem nawet fragmentu, a tu ludzie gadają, że kult w ciapki. Rzecz polecił mi sam Guru, z którym wręcz uwielbiam się nie zgadzać (do niedawna twierdziłem, że rzeczony Guru jest bytem kolektywnym powołanym do życia przez chłopaków z Carpenoctem lub Danse Macarbe, ale się wycofuję), no to myślę, zobaczę. Psia kość, niezłe, nawet więcej – jeden z lepszych slasherów machniętych w złotej erze tego podgatunku. Tym razem, grupka uczennic postanawia zrobić kawał pewnej opryskliwej pani. Dowcip okazuje się zabójczy, więc dziewczyny – mimo obowiązkowych protestów jednej z nich – pakują trupa babiny do brudnego basenu i heja, na potańcówkę. Tam zaczyna się mordowanie. Trup ożył czy ktoś się mści? Cóż, slasher to ten rodzaj zabawy, której wyjątkowo trudno zaszczepić treści wyższe, chodzi o rozrywkęvdobrą i krwistą, co „House..” oferuje z naddatkiem. Konkretnie, naddatkiem tym jest Natascha McElhone, dziś muza Hanka Moody z „Californication”, wczoraj, agresywna i wyuzdana nastolatka, typ horrorowej suki, czyli jedynej rozsądnej osoby w tym bałaganie. W każdym razie, jak ją zabijali, zrobiło mi się żal.

o “nadchodzi” na wp.pl

Najnowszy zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego zawiera tylko jeden tekst premierowy – monumentalne (objętościowo kwalifikowałoby się już na powieść) tytułowe Nadchodzi. Zarazem jednak są w tym przeglądzie dotychczasowej twórczości skupione, niczym w soczewce, stałe fascynacje autora. Nadchodzi to bolesna, przeprowadzona metodycznie i z premedytacją wiwisekcja polskiej duszy w pięciu odsłonach. Perspektywa historyczna miesza się ze współczesną, demony narodowe ze ściśle prywatnymi, zaś obraz, który się pod wpływem tego babrania w mrocznych rewirach ludzkiej psychiki wyłania, nie jest przyjemny, nie da się go kontemplować obojętnie, na chłodno, z dystansu. Jednocześnie gorzki smak stawianej diagnozy tonuje powracająca niczym refren wiara w istnienie pewnego rodzaju sprawiedliwości, która, choć długo każe na siebie czekać, w końcu przynosi jeśli nie namiastkę „szczęśliwego zakończenia”, to przynajmniej ulgę towarzyszącą zamknięciu uwierającej niegodziwością historii.

Elementy fantastyczne pełnią tutaj rolę dwojaką – służą podkreśleniu, uplastycznieniu, ale są też niezbędnym, swoiście łagodzącym wymowę tekstów „nawiasem”. Bo jeśli Julian Armeńczyk, król-duch, rzeczywiście jest Polską, to smutna jest ta Polska, zagubiona, niepewna, błądząca straszliwie mimo wiary w romantyczną misję, straceńczą wielkość własną, moralną wyższość. Przerażająca dużo bardziej w swym idealistycznym okrucieństwie niż trupożercy rodem z horroru, choć to oni pozornie straszyć mają. Niezwykłe jest zestawienie tekstu pierwszego z ostatnim, nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że Nadchodzi to alternatywa dla Popiela, ta sama problematyka ukazana z przeciwnej strony barykady. Literacko dużo dojrzalsza, poza tym bardziej rozbudowana, ale morał z opowieści o podstarzałym ubeku ściganym przez widmowy dom, reprezentujący wszystkie zdrady, jakich się w swoim życiu dopuścił, pozostaje taki sam. Żadna strona historiozoficznego sporu nie może być postrzegana jednoznacznie w kategoriach dobra i zła, żadnej też nie przysługuje racja. Alternatywy autor – poza uczciwym wobec bliźnich korzystaniem z życia – proponować nie śmie. Więcej, w Zatoce Tęczy wyraźnie (choć przekornie) przestrzega, że lepiej nie szukać odpowiedzi na kluczowe filozoficzne czy, szerzej, egzystencjalne pytania, bo prawda nie da ci (…) nadziei, tylko rozpacz. Polak jednak, filozof na dodatek, rozpaczy się nie lęka. To jego chleb powszedni. Nawet polski Humbert Humbert, którego spotykamy na kartach jednego z opowiadań, to skarlały padalec, niezdolny do poprzestania na urzeczywistnionym marzeniu o nimfetce. Słuszny jest prześladujący go gniew niebios. Mimo faktu, że nimfetka nie tak do końca niewinna i eteryczna, w wersji Orbitowskiego to wyniszczona nałogiem heroinistka, gustująca w menelach.

ciąg dalszy

wywiad i recenzja w “Dzienniku gazecie prawnej”

Wolisz dzień czy noc?

Łukasz Orbitowski: Mam kolegę, który też pisze, i na podobne pytania zawsze odpowiada tak samo: i tak, i nie. Wyślizguje się w ten sposób z każdej trudnej sytuacji. Ja tutaj nie mogę tak zrobić, bo mówię jasno i wyraźnie: dzień. W dzień wyraźniej widać – i dziewczyny, i demony. A czasem, jak wiemy, to jedno i to samo.


Pytam nie bez powodu, bo w twoich tekstach wszystkie najstraszniejsze koszmary przydarzają się za dnia.

Jest to niewątpliwie celowy zamysł, wynikający w pierwszej kolejności z pewnego otrzaskania w gatunku. Rzeczywiście, horrory zwykły rozgrywać się w mroku, ale te rzeczy, które – jeśli chodzi o literaturę czy film – na mnie osobiście zrobiły największe wrażenie, dzieją się w świetle dnia. I tutaj się zwyczajnie troszkę zadłużyłem.

U kogo, na przykład?

Choćby u hiszpańskiego reżysera Narciso Serradora, który nakręcił jeden z najpiękniejszych filmów, jakie widziałem. Ten film nazywał się „Kto mógłby zabić dziecko?” – na pewnej wyspie, w ramach zabawy, dzieci wyrzynają wszystkich dorosłych. Wyspa jest skąpana w słońcu, piękna, strome uliczki, białe domki, po prostu cudo, a w tym krajobrazie grasują hordy roześmianych dzieci, które dokonują aktów niesłychanego okrucieństwa. Efekt piorunujący, nieporównywalny z żadną opowieścią grozy rozgrywaną w ciemnościach. Poza tym ludzie często mówią, że w tym gatunku ważne jest niedopowiedzenie. Jeśli niedopowiedzenie rozumiane jako tajemnica, to się zgadzam. Ale walor estetyczny horroru po prostu musi zostać wyeksponowany.


Czy lubisz się bać?

Oczywiście, że nie lubię. Lubię za to oglądać horrory właśnie ze względu na ich estetykę. Ona mi szalenie odpowiada. A gdy już mówimy o emocjach pokrewnych strachowi – jeśli film albo książka zdołają mnie przerazić, rozchodzi mi się po ciele przede wszystkim cudowne uczucie zaskoczenia. W przypadku mojej własnej twórczości – może zabrzmię jak wariat – ale rzecz ma się inaczej: istnieją lęki, których nie można nazwać, twarze, które nie są twarzami, głosy, które mówią bez słów. Przez budowanie fikcyjnych sytuacji jakoś to oswajam, nakładam kaganiec, maskę, łagodzę to, co nieznane.

dalej

a piszą o mnie tak:

“Po doświadczeniach z przeterminowaną postmoderną naszej współczesnej literatury czytanie Orbitowskiego jest jak miód na serce. Oto młody pisarz, któremu nie odbija się czkawką gombrowiczowska fraza, który nie stosuje szyku przestawnego, nie bawi się w autoerotyczne monologi, nie uprawia politycznej agitacji, nie odfajkowuje napęczniałych problemów społecznych, nie sili się na naiwną krytykę mediów. Jego proza jest wolna od tego doczesnego szlamu – a jednocześnie pozostaje klarowna, efektowna i zadziwiająco aktualna.

W notce biograficznej na okładce nowego zbioru opowiadań Orbitowskiego czytamy, że autor „terminował u fantastów, awangardzistów i realistów”. To widać – że terminował. Podoba mi się to określenie, świadczy o pokorze i świadomości własnego warsztatu. A że Orbitowski najlepiej w Polsce pisze horrory, ów warsztat często przypomina jatkę. Nigdy jednak nie jest to jatka pozbawiona sensu. ”

dalej

rozmawiał i recenzował Piotr Kofta.

Tydzień z głowy (71)

Tydzień pożegnań. Całkowicie i ostatecznie zamknąłem swoje mieszkanie w Krakowie, klucze oddane, rzeczy wywiezione. Nie ma już tego przedziwnego miejsca. Nie ma dla mnie, bo ktoś przecież tam kiedyś się zalęgnie. Co mu powiedzą te ponure ściany? Przyszedłem sobie, spakowałem graty w worki i ledwo odłożyłem ostatni, wpadł sąsiad na wódkę. To cholernie fajna sprawa mieć sąsiada, tę rzecz akurat utraciłem. Będziemy kolegami, przyjaciółmi, ale sąsiadami już nie. Pogadaliśmy sobie w warunkach naprawdę partyzanckich, z jednym kieliszkiem i dwoma szklankami, rzekłbym, po harcersku, tylko ogniska brakowało. Uwielbiam ludzi, którzy mówią sentencjami, zwłaszcza jeśli są to sentencje niewesołe, z tym facetem świat robi się czarny, no ale był pierwowzorem Wuja z „Horror show” więc czego oczekiwać.
Pożegnałem się również z moim synkiem. Tak się złożyło, że ja wyjechałem do Warszawy, oni jadą w inny kawałek Polski. Nie mam wątpliwości, że utrzymamy kontakt i tak naprawdę niewiele to zmienia, więc pewno tylko skłonność do lamentowania nad sobą skłania mnie, bym odczuwał tę zmianę. Miałem jednak mocne wrażenie pozegnania, czego nie umiałem w sobie zrozumieć. Czego nie rozumieliśmy we dwóch. Bo Julek też czuł, że coś się dzieje, może dlatego tak rozszarpywał pudła i worki, w które popakowano graty. A potem pożegnaliśmy się. Zwyczajnie, dałem mu cześć, bo nie jestem specjalnie czułym ojcem, zabrałem się i poszedłem. Teraz nie umiem zadzwonić, ale prędzej czy później, chwycę za telefon. Robię się chyba ckliwy i sentymentalny, więc pogadajmy o autorytecie, o zmuszaniu dziecka do czegoś, co powinno zrobić, a w czym nie jestem zbyt dobry. Mali ludzie, dzieci, widzą świat takim jaki jest naprawdę, stąd radosne okrucieństwo, którego my, dorośli, w jakis sposób się wyzbywamy. Jesteśmy okrutni przykro i smutno. Dzieci nie. Widzą jak jest. I mój chłopak kładzie się na środku chodnika w kałuży, ja się wściekam, a on wybucha śmiechem. Rozumiem go dobrze. Przecież jestem strasznie brzydki. Mam chude nogi (robie przysiady z setką na plecach, ale nie przybrałem w udach), gruby kark, wielki nochal i zęby jak u tej jednej wiewiórki od Disneya, Chipa albo Dale’a. Dorośli nie śmieją się ze mnie bo bym przypierdolił, istnieje groźba przypierdolenia od której Julek jest wolny, jemu świat ujawnia się prościej więc jak się wściekam, to ma ubaw jak cholera i nie bardzo wiem co z tym zrobić.
W zeszłym tygodniu ukazała się moja książka. Strasznie zazdroszczę młodym autorom, bo wrażenie trzymania debiutu w łapkach jest czymś, co nigdy w życiu nie zostanie powtórzone. To już dawno za mną, ale teraz po prostu, po ludzku – cieszę się. To najlepsza rzecz jaką zrobiłem, zresztą, mam stałą tendencję do myślenia w ten sposób: każda następna rzecz jaką wypuszczam musi być lepsza od poprzedniej – złośliwi powiedzą, że przy setnej książce będę naprawdę dobrym pisarzem. Ale w sobotę zrozumiałem, powiedziałem sobie, że piszę książki dla dorosłych, co znowu nie składa się tak rzadko. Używam słowa „dla dorosłych” bez wartościowania, bo książki dla dzieci jeszcze trudniej robić i wcale nie uważam, że inni są gorsi. Po prostu tak się złożyło, tak jak poskładało się, że dziewięćdziesiąt książek wydawanych dla dorosłych Nie wiem czemu. Może czytanie książek jest zajęciem dziecinnym, nie liczcie jednak, że sypnę nazwiskami. Tak jednak chyba jest, sceneria powieści, emocje bohaterów, ich motywy i tak dalej są czytelne dla przeciętnego dwunastolatka, taki młody człowiek, dziecko, rozpozna wszystko bez jednego strzału kulą w płot, nic nie będzie mu obce. Kiedy czytam, chcę dowiedzieć się czegoś, wejść w światy zupełnie mi nieznane, to samo dotyczy pisania, w ten sposób tłumaczę sobie pewne rzeczy. Pisać książki dla dorosłych. O, to jest coś. Pamiętam – jak miałem lat dwanaście marzyłem, żeby dorosnąć i móc kupować sobie „Detektywa”.
Zapraszam serdecznie na spotkanie. Jutro, czyli we wtorek promuję książkę i siebie w Pauzie, na Floriańskiej w Krakowie. Godzina osiemnasta. W dolnej Sali.