Archiwa dla Styczeń, 2010

Ludzie jak motyle. SFFH.


Mniej więcej rok temu byłem w trakcie dopinania powieści „Ludzie jak motyle”, pomyślanej jako następną, po „Świętym Wrocławiu”. Tekst wykluł się z opowiadania, przybrał całkiem spory rozmiar, a pozwalałem mu rosnąć, urzeczony prostotą samego pomysłu wyjściowego. Oto książka co się zowie, romans i horror w prawdziwie nowoczesnym wydaniu myślałem sobie, a potem przeczytali to ludzie. Usłyszałem dokładnie to, co przeczuwałem, napisałem mętną i nienajlepszą książkę, o przeskoczeniu siebie w ogóle nie było mowy. Zupełnie niepotrzebnie wrzuciłem masę wątków związanych z knajpą, gdzie robił wówczas Urbaniuk, dałem powierzchowne świadectwo własnym stosunkom post-małżeńskim. Główny zarzut jest inny. Pomysł, którym tak się zachwycałem nie ujawnił pod moimi palcami nawet jednej czwartej swojego potencjału, „…motylki” wymagały jakichś ośmiuset stron, wielkiego świata, zamaszystej akcji. Nie byłem gotowy na takie pisanie, no i sam pomysł, co prawda urokliwy, nie dość jednak by poświęcić mu jeszcze półtora roku pracy. Ale ale, usłyszałem, jak nie chcesz się biedzić nad poszerzaniem tekstu to go obetnij. Miało być opowiadanie. Do opowiadania wróć. Tak zrobiłem. Wyrwałem motylkom skrzydełka, dopisałem co nieco i mamy zupełnie sympatyczny tekst, do poczytania w najnowszym numerze Scence Fiction Fantasty&Horror. Wiąże się z tym jeszcze jedna historia. Mianowicie, pierwszy raz zdecydowałem się ocenzurować własne opowiadanie. Dlaczego? O tym już niedługo. Bo, kiedy przygotowywałem tę edycję, nie zdołałem zmienić zdania o książce, za to znalazłem wiele fragmentów, które uważam za nienajgorsze. Więc wytnę je, wrzucę w PDF i dam tutaj, w jakichś sensownych interwałach. Żebyśmy się w miesiąc wyrobili z tym szajsem, dobrze?

o “lifeforce” w nowej fantastyce

Lubię ludzi, którym wyszło, ale prawie – takich zawieszonych pomiędzy chwałą wiekuistą, a niezgulstwem i przemilczaniem. Pierwsi są śmiertelnie nudni – cóż mnie obchodzi taki Peter Jackson, któremu w życiu wszystko wyszło i jeszcze kręci cudne filmy? Drudzy za to wprawiają mnie w głębokie przygnębienie, dowodzą bowiem, że ani talent, ani pracowitość na miarę muła, ani nawet spartański charakter nie uchronią jednostki przed roztrzaskaniem sobie twarzy o własny niebyt.

Taki Tobe Hooper. Zadebiutował genialną, wstrząsającą “Teksańską masakrą piłą mechaniczną”, pracował ze Spielbergiem przy “Duchu”, a dziś szarpie się w filmowym piekiełku, rozrywany łańcuchami kolejnych niskobudżetowych horrorów i odcinków seriali, które kręci dla kasy. Jeszcze w latach osiemdziesiątych istniała szansa, że ten facet, ze swoją niepodrabialną, surową reżyserią stanie się złotym cielcem gromadzącym dolary i Oskary. Hoopera jeszcze ktoś tam pamięta, zresztą to aktywny twórca, więc istnieje szansa, że jeszcze coś pokaże. Nie można tego powiedzieć o Danie O’Bannonie, zmarłym w grudniu scenarzyście i okazjonalnym reżyserze. O’Bannon popełnił scenariusz do pierwszego “Obcego”, rzecz, na której przykładzie można się uczyć pisarskiej roboty. Patrzę teraz na jego zdjęcie w Wikipedii: za okularami oczy młode i żywe, zdradzające wyraźny ślad obłędu, ale twarz wygląda na starszą niż sześćdziesiąt sześć lat. Cóż, O’Bannon niemal oszalał od pracy w środowisku filmowym, wiadomo – szołbiznes nie oszczędza (uwaga, oto Pierwsze Prawo Orbitowskiego: na jednego żywego Keitha Richardsa przypada stu martwych Jimów Morrisonów). Straszna szkoda. A skoro śmierć, to przypomniałem sobie “Lifeforce”, wysokobudżetowy horror SF, do którego O’Bannon napisał scenariusz. Reżyserował Tobe Hooper. Koledzy sprokurowali jedną z bardziej efektownych klap lat osiemdziesiątych.

całość w numerze lutowym, tu trailer

a tu całość z tubka

Horror, horror (10)


Makabryczne to trochę: uwięziona kobieta musi jeść zgnile mięso, choć boi się śmiertelnie nawet świeżego i wypieczonego. Macha sobie siekiera. Mamy też zapowiedź kanibalizmu w końcówce i seks z paskudnie oszpeconą kobietą. A wszystko dlatego, że studenci pod przewodnictwem faceta który ma kuku postanowili zrobić sobie studium o lęku. Ludzie przyłażą, gadają jak boją się lalek, zimna, narośli na ciele, komuś kogoś zabili a potem sprawa wymyka się spod kontroli. Kolejny film o torturowaniu, tym razem nakręcony na podstawie tekstu speca, czyli Clive’a Barkera. Nie pamiętam tego opowiadania, zresztą, mało Barkera w Barkerze. Ten „Dread” nie jest znowu tak koszmarnie zły, tylko zupełnie niepotrzebny, do tego jedzie Freudem, co można jeszcze wybaczyć, nudy jednak wybaczyć się nie da. Ten specyficzny przecież rodzaj kina psychologicznego wyraża się w długich, bełkotliwych rozmowach pozorujących sens, szczęśliwie przedzielanych przez ładne biusty. Te jednak znikają na rzecz krwi, dobrze nawet, myślę sobie, niech się tną do woli, ale to pitolenie o docieraniu do źródeł lęku jest zwyczajnie nie do zniesienia.

Tydzień z głowy (67)

Świat graczy uległ wewnętrznemu poruszeniu, a to za sprawą akcji Microsoftu „Nie przerabiam-nie kradnę”. W dużym skrócie chodzi o to, by zwalić na głowę naszych dzielnych policjantów ściganie żuczków przerabiających Xboxa 360, tak by hulały na tym piraty. O piractwie już się napisałem aż palce spuchły, więc krótko, piractwo nie jest kradzieżą, lansowanie tego skojarzenia uważam za wynik histerycznego pomieszania pojęć – no bo co ukradziono? Jeśli ściągam grę, nie ginie ona z żadnego magazynu czy półki sklepowej. Dalej, ważniejszy od interesu artysty jest swobodny dostęp do kultury, zwłaszcza w sytuacji polskiej, gdzie gra, film, książka wciąż ma cechy dobra luksusowego, wreszcie nie chcę, nie życzę sobie, by gliniarze ganiali za piratami, bo jeszcze zabraknie ich w tej ciemnej uliczce, gdzie oczekuje mnie trzech gości, ich noże i pałki. Tu jednak chodzi o coś innego, nawet nie o straszliwą zbrodnię pojmania czyjejś intelektualnej własności, ale właśnie – o przerobienie. Możliwość włożenia płytki w konsolę, tak, by zagrało. Ten rodzaj obawy można dalej ślicznie ciągnąć, obetnijcie mi proszę ręce bo jeszcze komuś dam w pysk, wybaczcie, że plotę rzeczy oczywiste, ale skoro gra kosztuje dwie stówy to lepiej zostawić ją w pudełku i śmigać na kopii. Jasne, to margines, większość po prostu pojedzie na piratach, co ma ten walor, że forsa zostaje w kieszeni, w dalszej perspektywie zarobi sobie kto inny. Pieniądz pokrąży i dobrze. Niezadowoleni z tego cyrku internauci przypomnieli sobie, że w Polsce nie ma usługi xbox Live. Dla tych, co nie wiedzą, chodzi o możliwość załogowania się w sieci, ściągania (za opłatą lub bez) nowości, łatek, dodatkowych leveli i tym podobnych. Microsoft, tak chętny do angażowania naszych organów ścigania nie zaoferował chamom z Polski tej usługi, więc wiara musi kombinować jak za okupacji, logując się gdzieś po świecie. Kwiatek przy kożuchu pachnie tak oto: wiele gier w tym momencie wymaga downloadingu, wiele też, jak dwójka Modern Warfare powstała z myślą o zabawie z ludźmi w sieci. A tu wała, nie jesteśmy godni, natomiast można nas, biednych durni, nazwać złodziejami, zwyczajnie opierdolić i zawezwać do uczciwości względem molocha, który ma wyraźnie nas w czterech literach. Co zwyczajnie złości, nawet mnie, choć to nie mój interes, kupuję oryginały, choć teraz, jak o nich pomyślę, czuję się jak skończony frajer. Pozornie związek nie istnieje, brak xbox live i walka z przerabianiem konsol, a jednak: koegzystencja polskich graczy z Microsoftem przypomina nieudane małżeństwo, w którym jedna strona zajmuje się wrzeszczeniem na tyle intensywnym, że zapomina o dopełnieniu tak istotnych, przyjemnych przecież obowiązków.
W ogóle, myśląc w duchu punkowskim, całą tą hecę z piractwem w Polsce rozegrano głupio i bez sensu. Po prostu, wprowadzono restrykcje, w skutek czego dostęp do kultury (tak, gry są częścią kultury, podobnie jak książki, komiksy i filmy) zaczął sobie kaszleć, trzeba było go przetkać dopiero upowszechnieniem stałego łącza. To był 1994 rok, kiedy weszła ustawa, prawda? A ja bym zrobił to tak. Objął ochroną twórców rodzimych, następnie, wezwał na rozmowę pana, powiedzmy, z Microsoftu i powiedział: obejmiemy cię ochroną, ale daj nam coś niecoś w zamian, choćby bezpłatne staże za oceanem dla naszych młodych zdolnych, pierdolnij, proszę jakieś cudne centrum informatyczne w Budzigniewie, dostarcz programy dla szkół. Odmówi, to wała, niech ludzie piracą do woli. I tak z każdym, z wytwórniami płytowymi i filmowymi, co byłoby z nielichą korzyścią dla społeczeństwa, teraz posądzanego o złodziejstwo, nie wiem po jaką cholerę polski podatnik ma finansować ochronę jakieś firmy ze Stanów, w gruncie rzeczy jednak głupio mi, jak oglądam tych wszystkich ludzi z magazynów branżowych, programów o grach, jak się produkują, plotą androny do kamerki, a miny mają takie, jakby kto wbił im lufę między żebra. Nie zapominajmy. Z każdej oryginalnej gry konsolowej ściągany jest haracz, który frunie sobie do M$, a mi coś czule dzwoni, że gdyby każdy, łącznie z babcią nieboszczką, popędził teraz do Empiku i kupił wszystkie gry jakie tam są, to dalej mielibyśmy, panie kochany, psinco, a nie xbox live.
No i tu dochodzimy chyba do tego, że albo nie chcę się zestarzeć, albo moje rozumienie wolności zawiesiło się gdzieś na pierwszych płytach Dezertera, jest bowiem punkowskie, prymitywne, a ja, siedząc w tramwaju złoszczę się, że ten nie jedzie szybciej. Chciałbym, żeby można było palić na poczcie, podrywać koleżanki w pracy i vice wersa, żeby Nergal targał Biblię na scenie, a w kościele obok ludzie modlili się w spokoju i jeszcze poszli na procesję, niech będzie sobie Sierak z Korwinem i tak dalej, niech księża jednak nie złoszczą się na Madonnę a femnstki na księży, słowem, dziecko we mnie wierzy, że świat jest wielki jak karuzela i zmieścimy się w nim wszyscy.
Był Zamiastkon i się udał. Zebraliśmy pełną salę, lało się piwo, ludzie rozmawiali do późna w każdym razie, dużo dłużej niż ja zdołałem ustać. To już trzeci raz pod rząd impreza wypaliła. Pamiętam, że na pierwszej było chyba największe stężenie pisarzy na metr kwadratowy. A trzeba tak niewiele, wystarczy wrzucić linka na forum, wysłać ze trzy maile, zarezerwować salę, potem już sama radość. Dzieje się to równolegle z moją rosnącą niechęcią względem konwentów, nie one się zmieniły, za to ja owszem, po części dlatego, że nie daję rady siedzieć do świtu nad szklaneczką. Woła mnie ciepły sen. Rozumiem coraz lepiej, unikając fałszywej skromności, że czasem jest tak, że moje słowa mają większą wagę dla ludzi niż dla mnie. Chyba dotyczy to też książek i tego bloga, tu jednak mogę skasować, zmienić, tego co powiem nie bardzo i nie wiem też, jak sobie z tym radzić.
Cholera, spakowałem się. większość moich rzeczy pojechała dzisiaj do Warszawy, nie ma kotów, nie ma prawie wszystkich książek, zniknęły filmy, gazety, wyjechała nawet biblioteczka literatury klozetowej, a ja siedzę tutaj, w moim domu, który niedługo przestanie być domem. Jeszcze trzy noce chyba. Potem pojadę. Oczywiście, jeszcze przyjadę tutaj posprzątać, oddać klucze, żeby właścicielka była, koniec końców, zadowolona ze mnie. Ale to już koniec. Patrzę sobie na te puste ściany, z których zleciały już obrazy i czuję się dziwnie. Jeszcze dziwniej było mi podczas pakowania, nigdy nie lubiłem rzeczy i trzymałem przy sobie tylko te ważne. Co ja poznajdowałem! Stare metalowe ziny, w których maczałem łapki, jakieś tomiki poetów sprzed dekady, ci ludzie już nie piszą a nawet nie żyją, płyty z muzyką, którą kiedyś lubiłem, fotografie co kiedyś stały mi na biurku poszły do kosza, wszystko inne do pudeł i będę to rozkładał. Nic z tych rzeczy nie jest naprawdę potrzebne. Większości pewno nie otworzę. Nie zerknę. Ale są. Nie umiem wytłumaczyć dlaczego, tak samo jak czasem, często, nie umiem wyjaśnić lęków, które mną targają. Albo tego, że idę sobie i się śmieję do własnych myśli. Nastrój jest w rzeczach, w rzeczach się rodzi. Nie w ludziach. My zasysamy.

Klip promujący “Nadchodzi”

Następna strona »