Udana czkawka po „Bastionie” Kinga, wyprana z wszelkiego mistycyzmu. Nie sprecyzowany bliżej wirus wytrzebił ludzkość. Dwóch braci w towarzystwie kobiet przemierza wyludnioną Ameryką, konkretnie, jej prowincję ze względu na ograniczenia budżetowe. Zarażonym nie da się pomóc, zostają z tyłu. Obawiałem się więc seansu, bo informacja, że każde pęknięcie cywilizacyjnych szwów budzi bydlę w człowieku nie jest tym, na co miałbym już ochotę. W zamian dostałem wariację na temat i jestem zadowolony. Drogi przetrwania mamy dwie, pierwsza to zbydlęcenie, druga – oddanie się pod opiekę komuś, kto chroniąc swoich nie zawaha się zabić bezbronnego. Nie wiadomo co gorsze z punktu widzenia moralności, chyba bramka numer dwa, w końcu, żeby być draniem w czasach zarazy też trzeba odznaczać się jakimiś przymiotami charakteru, a jak człowiek ma jakąś świadomość wartości, to już całkiem – zbydlęca się by chronić najbliższych. Ci z kolei mogą czynić mu wyrzuty, nadając przymioty Samsona i Azazela. Zrealizowane nieźle, zagrane tak sobie, bez zgrzytów, a ludzie psioczą na ten film. Mało horrorowi w sensie struktury, przerażający pozagatunkowo. Ech. I tak o nim zapomnimy.