Archiwa dla Grudzień, 2009

horror, horror (6)


Udana czkawka po „Bastionie” Kinga, wyprana z wszelkiego mistycyzmu. Nie sprecyzowany bliżej wirus wytrzebił ludzkość. Dwóch braci w towarzystwie kobiet przemierza wyludnioną Ameryką, konkretnie, jej prowincję ze względu na ograniczenia budżetowe. Zarażonym nie da się pomóc, zostają z tyłu. Obawiałem się więc seansu, bo informacja, że każde pęknięcie cywilizacyjnych szwów budzi bydlę w człowieku nie jest tym, na co miałbym już ochotę. W zamian dostałem wariację na temat i jestem zadowolony. Drogi przetrwania mamy dwie, pierwsza to zbydlęcenie, druga – oddanie się pod opiekę komuś, kto chroniąc swoich nie zawaha się zabić bezbronnego. Nie wiadomo co gorsze z punktu widzenia moralności, chyba bramka numer dwa, w końcu, żeby być draniem w czasach zarazy też trzeba odznaczać się jakimiś przymiotami charakteru, a jak człowiek ma jakąś świadomość wartości, to już całkiem – zbydlęca się by chronić najbliższych. Ci z kolei mogą czynić mu wyrzuty, nadając przymioty Samsona i Azazela. Zrealizowane nieźle, zagrane tak sobie, bez zgrzytów, a ludzie psioczą na ten film. Mało horrorowi w sensie struktury, przerażający pozagatunkowo. Ech. I tak o nim zapomnimy.

lśnienie nr 2. felieton i słuchowisko.


jest drugi numer czasopisma “Lśnienie” redagowanego przez Łukasza Śmigla. a w nim, mój felieton, oraz dźwiękowa wersja opowiadania “Rzeczy i cuda”. wersję bezdźwiękową (pozadźwiękową) macie Państwo tu.

horror, horror (5)


Lubię tę serię – dostarcza mi krwawej, bezpretensjonalnej rozrywki. Tym razem, paskudnolicy kanibal poluje na więźniów, którzy nawiali z transportu i przejęli kontrolę nad strażnikami. Jednemu twarz utnie, drugiego zaplącze w drut kolczasty i powlecze za autem, na deser mamy posiłek w stylu Hannibala Lectera. A jednak, nie nasyciłem się i właściwie nie wiem czemu: anemiczne to dziełko, nakręcone bez polotu. Prowadzi to do pytania, czemu sequele tego rodzaju są gorsze od pierwowzorów. W wypadku, powiedzmy, „Egzorcysty” nie mam takich wątpliwości, trudno jest dwa razy nakręcić arcydzieło, a dom spłacić jednak trzeba. Tu jednak wiele się nie wymaga, starczy paru przeciętnych aktorów i weekend, pzez który obmyślmy finezyjne sceny mordowania, czyli – utrzymanie poziomu tych wszystkich serii („Piątek 13go”, „Koszmar z ulicy Wiązów”) nie powinno nastręczać kłopotu. A nastręcza. To tak, jakbym dostał zimne frytki. To samo i nie to samo. Więc czemu, do diabła i nie piszcie teraz, że ludzie są durni i wsuną wszystko co im się da pod ryj.

tydzień z głowy (63)

Uświadomiłem sobie, że za dwa, trzy lata zaleje nas ciemność. Mam na myśli wymianę żarówek na energooszczędne, czyli po prostu droższe. Polska rodzina jakoś wysupła te parę stówek na oświetlenie całego mieszkania, najwyżej mama nie kupi sobie szminki, tatuś piwka a dziecko lalki czy tam czegoś. Momentami odnoszę wrażenie, że cały ten ekologiczny cyrk sprokurowano tylko po to, by żyło się ciut gorzej, kanalizując przy okazji nienawiść społeczeństwa ku pokoleniom przyszłym, a więc nieistniejącym. Lepiej nienawidzić czegoś, czego jeszcze nie ma. Skąd mrok? Gdzie mrok? Ano w windach, na klatkach schodowych, w szkołach i kiblach knajpianych. Ciemność wygeneruje ten prosty fakt, że energooszczędna żarówka kosztuje od dwóch dych w górę, czyli jest dobrem, które opłaca się ukraść. Tę zdolność naród polski opanował na piątkę z plusem. Student, jadący na garnuszku rodziców woli przeznaczyć te dwadzieścia złotych na obiad lub butelczynę, następnie wsiądzie do windy jasnej by zostawić ją pogrążoną w ciemności. Żeby tylko studenci i inni zapobiegliwi, przecież ujawnią się gangi złodziei żarówek, pędzlujące w obłędnym tempie całe bloki, szkoły, szpitale. Dwie dychy wiszące u sufitu to dobro, którym wprost nie sposób wzgardzić, zwłaszcza, że każdy z dziką rozkoszą taką żarówkę kupi za pół ceny. Bo taniej i jeszcze antysytemowo. Okradzione instytucje mogą stawać na częściach intymnych, wkręcać te żarówki i trzy razy dziennie, nic to nie da, student i złodziej błyskawicznie się zorientują i będą kraść jeszcze intensywniej. Następnie, pojawią się żarówkowe milicje, zastępy ochroniarzy oddelegowani wyłącznie do tego jednego celu. Pilnowania światła. Naród oczywiście się nie podda, a nawet zaskoczy wyobraźnią. I nie mogę tylko zrozumieć, czemu nikt nie zadumał się nad tą perspektywą kradzieży, a może przeciwnie, skalkulował i liczy na zyski. Wyglądam więc mroku, pocieszając się myślą, że przynajmniej młodzi będą mieli gdzie się kryć ze swoją miłością. Ciemnej.
Przeżyłem te święta bez strat własnych, cieszę się, że dobiegły końca. Przedziwne są te ostatnie dni, takie zawieszone przed Nowym Rokiem. Niby normalne, ludzie przecież śmigają do pracy, a jednak, cały kraj osuwa się w odrętwienie. W sklepach inwentaryzacje, szkoły puste i nawet chorować nie wypada. Dziś pewno dzieci odbierają rodziców ze szpitali, gdzie ulokowali ich na święta, bo tak jest najprościej, czyli dopiero niedziela eksploduje nam rodzinnością. Zwłaszcza, że od jutra wszyscy będą się rozjeżdżać, wracać do życia i do siebie. Dzieci targają prezenty przez Polskę. O właśnie. Dziś odbieram małego z dworca i nie mogę się zdecydować, co mu kupić (kierowany tradycją biernego oporu odpuściłem sobie wizyty w markecie). Smok albo taki pindol z kółeczkami, nie umiem jaśniej określić tej rzeczy. Przypomina powyginane liczydło i mały, z jakiś przyczyn wariuje na punkcie tej zabawki. Ale smoki też lubi, tak bardzo, że bajkę o tym wawelskim potargał na strzępy. Więc może to i to? Przejdę się pustą galerią a potem pomarznę na peronie.
Może teraz o książkach? Niesamowita sprawa, bo istnieje realna szansa, że tym razem zrealizuję swoje plany. Trzeci rozdział „Widm” jest prawie ukończony, powinienem go zamknąć przed Nowym Rokiem. Obawiam się tej książki, bo jestem zadowolony z tego, co mam do tej pory. Dziwne, bo wyobrażałem sobie tę rzecz zupełnie inaczej, marzyła mi się ponura, powolna analiza rozpadu wieloletniej miłości, plus satyra na środowisko literackie w tle. Gdzie tam! Jest kolorowo i hałaśliwie, z wątkiem kryminalnym, który zaczyna poważnie dominować nad warstwą romantyczną i fantastyką. Podoba mi się ta moja Warszawa, której mogłem przedłużyć życie. O dwanaście lat, ale zawsze. I naprawdę, szczerze i od serca, chciałbym wyrobić się z pisaniem do wakacji, jest to w miarę realne, nawet jeśli przyjmę dwumiesięczną przerwę po czwartym rozdziale. Pisanie książki ciurkiem jednak ciut mnie przerasta, ot co. Nigdy tak nie umiałem, o, znów, z jednym wyjątkiem: mowa o „Nadchodzi”. Rzecz wychodzi w lutym. To opowiadania znane z prasy i antologii, plus kawałek tytułowy, rozmiarów krótkiej powieści. Krótkiej, to znaczy, że niektóre wydawnictwa podzieliłyby ją na tomy. Miałem zgryz z tą książką – podparty słowem beta czytelników nabrałem przekonania, że „Nadchodzi” jest najlepszą rzeczą jaką napisałem. Tekst petarda, jak cios w ryj. Jestem strasznie zadowolony z efektów swojej pracy. Może powinienem puścić go samodzielnie? Ale komponuje się z opowiadaniami, dotyka tych samych tematów, czyli potem druk opowiadań nie miałby sensu. A szkoda. Może ten tekst nie zginie. Zabawne i zastanawiające, w jaki sposób książki korespondują z życiem. „Horror show” i „Wigilijne psy” to wspomnienie po czasach wybitnie używkowych. „Tracę Ciepło” z kolei przypominają mi moją Amerykę, powrót do kraju i wielkie nadzieje związane z budowaniem nowego życia. Prywatnego, i zawodowego. W tym sensie „Święty Wrocław” jest zapisem krachu tych marzeń, właściwie, książka ta trwała przy mnie przez cały niemal czas rozpadu mojego małżeństwa. A teraz „Nadchodzi”, jedyny tekst tych rozmiarów napisany w miesiąc z kawałkiem. Pamętam. Znalazłem się na nowym mieszkaniu, nie miałem jeszcze netu ani telewizora, do którego mógłbym podpiąć konsolę. Roboty nie było, za to długi, owszem, więc siadłem i pisałem non stop, waliłem w tę klawiaturę jakby mnie diabeł opętał, wyrzygiwałem z siebie kolejne zdania a potem czułem się, jakbym zebrał centralny wpierdol. Nie pamiętam też ani sekundy z tego pisania. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, nigdy wcześniej nie pisałem bez żadnego planu, pędząc radośnie w ciemność. No i jest. I będzie. W lutym.

Dopisane. Kupiłem dinozaura. Konkretnie, jest to tyranozaur, który ryczy.

o “Ginger snaps II” w Nowej Fantastyce.


Wilkołaki mają przechlapane na całego.
W księżycowe noce cierpię na bezsenność i na pocieszenie wyobrażam sobie, że mogłoby być i tak: gną mi się kości, obrastam futrem i pędzę nie wiadomo gdzie, by obudzić się gołym w parku lub dostać srebrną kulkę. Seksualna wartość mojego kudłatego ciała wydaje się co najmniej wątpliwa. Przypuszczam, że wampiry śmiałyby się ze mnie (występowały przecież w dużo lepszych filmach), a wtórowałyby im zombie, jako że wilkołaki nie doczekały się swojego “Cronosa” czy “Świtu żywych trupów” (nawet Jack Nicholson im nie pomógł).

Obawiam się, że jeszcze jedna noc bez snu wzbudzi we mnie nieodparte pragnienie zmiany losu, choćby i na gorsze. Z chęcią poniosę to brzemię, czy raczej pobiegnę z tym brzemieniem i powyję. Mam tylko jedno zastrzeżenie. Jeśli już mam być wilkołakiem, to tym ze “Zdjęć Ginger”, konkretnie z drugiej części. Przynajmniej jak mnie ubiją, nie skonam z poczuciem obciachu.

Film, choć jest kontynuacją części pierwszej, bez kłopotu funkcjonuje jako samodzielne dzieło. Jedynka jest godna obejrzenia ze względu na wartości profetyczne, przewidziała bowiem pokolenie emo oraz żarty z nim związane. Stworzyła też rzadko spotykaną trudność w kręceniu sequela. Ginger, zakochana w gotyku i horrorach nastolatka, zginęła w finale, więc żadnych zdjęć robić nie może. Nawiedza za to swoją siostrę jako widmo. Tak je poznajemy w drugiej odsłonie.

Cześć, dziewczyny!
Siostra, Brigitte, nie ma lekko (w tej roli perfekcyjna Emily Perkins, dziw bierze, że nie zrobiła kariery). Ginger rozszarpana, a jednak gada. Sama Brigitte, zainfekowana likantropią, umyka przed włochatym prześladowcą. Ten nie chce jej schrupać, lecz posiąść, działając w zgodzie z instynktem podtrzymania gatunku. Ujawniają się inne aspekty sytuacji. Brigitte odkryła antidotum, które podawane dożylnie powstrzymuje przemianę. Wstrzykiwanie owego specyfiku łączy się z cierpieniem jak przy łamaniu kości, wskutek czego dziewczyna, targana bólem, wiecznie w drodze, zmienia się w strzęp o uroku wieloletniej użytkowniczki heroiny.

prócz kontynuacji, w nowym numerze nowy naczelny i nowy layout. strach się bać.