Uświadomiłem sobie, że za dwa, trzy lata zaleje nas ciemność. Mam na myśli wymianę żarówek na energooszczędne, czyli po prostu droższe. Polska rodzina jakoś wysupła te parę stówek na oświetlenie całego mieszkania, najwyżej mama nie kupi sobie szminki, tatuś piwka a dziecko lalki czy tam czegoś. Momentami odnoszę wrażenie, że cały ten ekologiczny cyrk sprokurowano tylko po to, by żyło się ciut gorzej, kanalizując przy okazji nienawiść społeczeństwa ku pokoleniom przyszłym, a więc nieistniejącym. Lepiej nienawidzić czegoś, czego jeszcze nie ma. Skąd mrok? Gdzie mrok? Ano w windach, na klatkach schodowych, w szkołach i kiblach knajpianych. Ciemność wygeneruje ten prosty fakt, że energooszczędna żarówka kosztuje od dwóch dych w górę, czyli jest dobrem, które opłaca się ukraść. Tę zdolność naród polski opanował na piątkę z plusem. Student, jadący na garnuszku rodziców woli przeznaczyć te dwadzieścia złotych na obiad lub butelczynę, następnie wsiądzie do windy jasnej by zostawić ją pogrążoną w ciemności. Żeby tylko studenci i inni zapobiegliwi, przecież ujawnią się gangi złodziei żarówek, pędzlujące w obłędnym tempie całe bloki, szkoły, szpitale. Dwie dychy wiszące u sufitu to dobro, którym wprost nie sposób wzgardzić, zwłaszcza, że każdy z dziką rozkoszą taką żarówkę kupi za pół ceny. Bo taniej i jeszcze antysytemowo. Okradzione instytucje mogą stawać na częściach intymnych, wkręcać te żarówki i trzy razy dziennie, nic to nie da, student i złodziej błyskawicznie się zorientują i będą kraść jeszcze intensywniej. Następnie, pojawią się żarówkowe milicje, zastępy ochroniarzy oddelegowani wyłącznie do tego jednego celu. Pilnowania światła. Naród oczywiście się nie podda, a nawet zaskoczy wyobraźnią. I nie mogę tylko zrozumieć, czemu nikt nie zadumał się nad tą perspektywą kradzieży, a może przeciwnie, skalkulował i liczy na zyski. Wyglądam więc mroku, pocieszając się myślą, że przynajmniej młodzi będą mieli gdzie się kryć ze swoją miłością. Ciemnej.
Przeżyłem te święta bez strat własnych, cieszę się, że dobiegły końca. Przedziwne są te ostatnie dni, takie zawieszone przed Nowym Rokiem. Niby normalne, ludzie przecież śmigają do pracy, a jednak, cały kraj osuwa się w odrętwienie. W sklepach inwentaryzacje, szkoły puste i nawet chorować nie wypada. Dziś pewno dzieci odbierają rodziców ze szpitali, gdzie ulokowali ich na święta, bo tak jest najprościej, czyli dopiero niedziela eksploduje nam rodzinnością. Zwłaszcza, że od jutra wszyscy będą się rozjeżdżać, wracać do życia i do siebie. Dzieci targają prezenty przez Polskę. O właśnie. Dziś odbieram małego z dworca i nie mogę się zdecydować, co mu kupić (kierowany tradycją biernego oporu odpuściłem sobie wizyty w markecie). Smok albo taki pindol z kółeczkami, nie umiem jaśniej określić tej rzeczy. Przypomina powyginane liczydło i mały, z jakiś przyczyn wariuje na punkcie tej zabawki. Ale smoki też lubi, tak bardzo, że bajkę o tym wawelskim potargał na strzępy. Więc może to i to? Przejdę się pustą galerią a potem pomarznę na peronie.
Może teraz o książkach? Niesamowita sprawa, bo istnieje realna szansa, że tym razem zrealizuję swoje plany. Trzeci rozdział „Widm” jest prawie ukończony, powinienem go zamknąć przed Nowym Rokiem. Obawiam się tej książki, bo jestem zadowolony z tego, co mam do tej pory. Dziwne, bo wyobrażałem sobie tę rzecz zupełnie inaczej, marzyła mi się ponura, powolna analiza rozpadu wieloletniej miłości, plus satyra na środowisko literackie w tle. Gdzie tam! Jest kolorowo i hałaśliwie, z wątkiem kryminalnym, który zaczyna poważnie dominować nad warstwą romantyczną i fantastyką. Podoba mi się ta moja Warszawa, której mogłem przedłużyć życie. O dwanaście lat, ale zawsze. I naprawdę, szczerze i od serca, chciałbym wyrobić się z pisaniem do wakacji, jest to w miarę realne, nawet jeśli przyjmę dwumiesięczną przerwę po czwartym rozdziale. Pisanie książki ciurkiem jednak ciut mnie przerasta, ot co. Nigdy tak nie umiałem, o, znów, z jednym wyjątkiem: mowa o „Nadchodzi”. Rzecz wychodzi w lutym. To opowiadania znane z prasy i antologii, plus kawałek tytułowy, rozmiarów krótkiej powieści. Krótkiej, to znaczy, że niektóre wydawnictwa podzieliłyby ją na tomy. Miałem zgryz z tą książką – podparty słowem beta czytelników nabrałem przekonania, że „Nadchodzi” jest najlepszą rzeczą jaką napisałem. Tekst petarda, jak cios w ryj. Jestem strasznie zadowolony z efektów swojej pracy. Może powinienem puścić go samodzielnie? Ale komponuje się z opowiadaniami, dotyka tych samych tematów, czyli potem druk opowiadań nie miałby sensu. A szkoda. Może ten tekst nie zginie. Zabawne i zastanawiające, w jaki sposób książki korespondują z życiem. „Horror show” i „Wigilijne psy” to wspomnienie po czasach wybitnie używkowych. „Tracę Ciepło” z kolei przypominają mi moją Amerykę, powrót do kraju i wielkie nadzieje związane z budowaniem nowego życia. Prywatnego, i zawodowego. W tym sensie „Święty Wrocław” jest zapisem krachu tych marzeń, właściwie, książka ta trwała przy mnie przez cały niemal czas rozpadu mojego małżeństwa. A teraz „Nadchodzi”, jedyny tekst tych rozmiarów napisany w miesiąc z kawałkiem. Pamętam. Znalazłem się na nowym mieszkaniu, nie miałem jeszcze netu ani telewizora, do którego mógłbym podpiąć konsolę. Roboty nie było, za to długi, owszem, więc siadłem i pisałem non stop, waliłem w tę klawiaturę jakby mnie diabeł opętał, wyrzygiwałem z siebie kolejne zdania a potem czułem się, jakbym zebrał centralny wpierdol. Nie pamiętam też ani sekundy z tego pisania. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, nigdy wcześniej nie pisałem bez żadnego planu, pędząc radośnie w ciemność. No i jest. I będzie. W lutym.
Dopisane. Kupiłem dinozaura. Konkretnie, jest to tyranozaur, który ryczy.