Archiwa dla Listopad, 2009

tydzień z głowy (59)

Oglądam bajki. Julkowi niezwykle się podobają. Pokazałem mu przygody Toma i Jerry’ego, dzięki czemu mały zyskał szansę dowiedzieć się na czym polega przemoc. Mam wyrzuty sumienia związane, że pozwoliłem mu się zachwycić tym akurat filmem, jednak nie ze względu na okrucieństwo weń wmontowane (scenarzyści, maltretując kota kładą szczególny nacisk na wybijanie mu zębów), w końcu nie będę okłamywał własnego dziecka udając, że przemoc nie istnieje, a przynajmniej nas nie dotyczy. Nie pokażę ja, to dowie się w przedszkolu. Demoralizacyjny aspekt tej kreskówki zasadza się na czymś innym, czyli, że nie warto. Pojedynek, powiedzmy, Bugsa i Elmera jest starciem dwóch równorzędnych inteligencji, starciem wybitnych pomysłowości, jednostek aktywnych aktywnych nawet przebojowych, ujawniających, oczywiście dwa różne rodzaje przebojowości. W wypadku Toma i Jerry’ego relacja jest zasadniczo inna. Tom wydaje się jednostką zasadniczą, lecz pełną zalet i talentów, na przykład muzykuje z dość dużym powodzeniem, opiekuje się domem, dbając o ordung, a jego dzień wypełniony jest szeregiem różnych aktywności. Mysz z kolei jest typem utracjusza dzielącym swój czas pomiędzy spanie oraz kradzież, przecież ich konflikt zaczyna się najczęściej od prób rabunku. Kot staje w słusznej obronie cudzej własności, za co zbiera gigantyczny łomot – w tym sensie jawi się bohaterem polskim, a nawet romantycznym, niesłychanie mi go szkoda, w końcu jeśli ja się za nim nie ujmę, kto to uczyni? A dziecko, konkretnie mój synek oglądający wszelkie jego krzywdy, wpadający w dziką radość na widok kolejnych klęsk tego dzielnego zwierzęcia, zacznie sobie przyswajać prostą informację że w życiu nie warto, że trzeba kombinować taak, by leżeć do góry brzuchem, ukraść a potem się przebiec. Zwycięża mysz.
Oczywiście piszę to wszystko dla hecy, nie do końca jednak – skoro traktujemy poważnie własne dzieci, to bajki, które te dzieci oglądają domagają się również poważnego traktowania. Sam chyba nie umiałbym już napisać bajki, ale umiem o nich myśleć, konkretnie, o przestrzeni pozabajkowej. Przecież, prawem statystyki któreś z nich umrze, Tom albo Jerry. Albo, czym jest miejsce do którego zmierza Struś Pędziwiatr. Przecież nie chcę uwierzyć, że gania sobie tak bez sensu po tym cholernym Teksasie, wolę przyjąć, że poznajemy go w wielkiej podróży, której cel nie został jednak nam ujawniony. Pielgrzymuje do Mekki, czy co? Nie wiem co to za miejsce, chciałbym jednak zobaczyć film w tym właśnie miejscu osadzony. Może to eldorado dla bohaterów kreskówek, magiczne miasto gdzie spełniają się marzenia wszystkich, tam skunks wreszcie spiknie się z kotką, Elmer zje Bugsa, a Tom wymierzy Jerry’emu sprawiedliwość.
Nie wiem jak mają inni pisarze, ale dla mnie szalenie istotnym jest problem ściany. Tej, która wyrasta w najbardziej nieoczekiwanym miejscu, mało tego wygląda na taką ścianę, którą można przebić głową, wręcz zachęca do tej czynności. Tymczasem, próżny trud, tylko guzy rosną. Specyfika pracy, nieregularnego przepływu honorariów (o gospodarce cudów już tutaj pisałem) sprawia, że człowiek odczuwa potrzebę robienia raczej więcej niż mniej, co, w pewnym momencie owocuje niezdolnością to zrobienia czegokolwiek. To z kolei rodzi ogromne niezadowolenie, z którym przynajmniej ja nie umiem nic zrobić, w tym sensie, że namówienie mnie do odpoczynku jest równie trudne co nauczenie słonia fruwać. Więc siedzę, gapię się w kompa. Niekoniecznie teraz, zyję jednak w poczuciu realnego zagrożenia. Bo jest to kwestia, która za rzadko przychodzi mi do głowy. Nigdy nie koncypowałem moich książek, nigdy nie ułożyłem konspektu, zwyczajnie pewne rzeczy pojawiały się w głowie i domagały się napisania. Jedną książkę piszę, mam pomysł na następną, tylko co będzie, jeśli pewnego dnia coś we mnie zamilknie? Przecież tego nie wywołam, nie umiem upominać się o pisanie. No to się nie upomnę. Zostanę sobie eseistą, albo, kto wie, zabiorę się za zupełnie inną aktywność, bo jeśli czegoś nauczyłem się przez te lata to własnie tego, że życie bez przymusu jest jednak możliwe.

czarownice na onecie

Jednym z najżywotniejszych mitów współczesności jest mit utworzony wokół umiarkowanie wesołego duetu: czarownicy i człowieka, który na nie poluje. Ten tandem funkcjonuje w niezliczonej ilości książek, komiksów i filmów: “Imię róży” jest najwybitniejszym przykładem z wielu. Zdumiewające, bo temat wydaje się zupełnie przebrzmiały. Dziś w czary nie wierzą nawet namiętni czytelnicy horoskopów, traktując je jako rodzaj zabawy, miejsce wiedźmy na upartego zajął bioenergoterapeuta, homeopata, ewentualnie wróż na usługach policji, rozgrzewający w ten sposób fabułę średniobudżetowych filmów sensacyjnych. Na czarownice poluje się dzisiaj jedynie w teledyskach zespołów metalowych, istnieją kanały telewizyjne poświęcone jedynie wróżbom i co najwyżej raz na czas trafi się ksiądz, grzmiący o szkodliwości czarów na jakimś portalu internetowym.

Niemniej, o polowaniu na czarownice mówi się nieustannie.

Istnieją dwa stanowiska przeciwstawne. Pierwsze łączy radykalnych antyklerykałów w typie niezapomnianego Karlheinza Deschnera, którzy starają się udowodnić, że między XIII a XVIII wiekiem dokonał się prawdziwy holocaust czarownic, bredzą wiec o dziesięciu milionach zamordowanych i budują obraz Europy ogarniętej terrorem, przy którym totalitaryzmy XX wieku to mały pikuś. Zresztą, chyba chodzi właśnie o próbę włączenia Kościoła katolickiego w łańcuch wielkich, zbrodniczych tworów, obok Związku Sowieckiego i Trzeciej Rzeszy. Drugie stanowisko to oczywiście kler, poniekąd spadkobiercy dawnych inkwizytorów: ci rozkładają ręce, dając do zrozumienia, że to nie oni, bo sądy cywilne, bo banda radykałów, próbująca dorobić się na paleniu stosów, a tak w ogóle to wszystko wina protestantów. Trudno stwierdzić, kto tak naprawdę ma rację, dokumenty zaginęły lub ich nie było i każdy może napisać co mu się żywnie podoba.

W świetle faktów, jakim jest brak faktów, książka Dietera Breuersa “W imię trzech diabłów” jest lekturą przynajmniej zajmującą. Weryfikacja poszczególnych danych jest utrudniona poprzez brak bezpośrednich odwołań do źródeł i fabularyzowane wstawki w każdym niemal rozdziale – ten ostatni zabieg przybliża pracę Breuersa do znakomitego “Stulecia detektywów” Jurgena Thornwalda, gdzie zgrabnie sklecona historyjka wprowadzała nas w gęstą strukturę faktów historycznych. Breuers na tych ostatnich nie zamierza poprzestać, cos tam konfabuluje, coś wyolbrzymi, ale intencją jego pracy wydaje się próba pogodzenia dwóch sprzecznych stanowisk, klerykalnego i antyklerykalnego. To jednak w tle.

dalej

dekadę po wiedźmie z blair


Świat niedawno oszalał na punkcie “Paranormal Activity” – skromnego horroru, który na ten moment osiągnął status najbardziej dochodowego, niezależnego filmu wszech czasów. Cudowność polega na dysproporcji między tysiącami dolarów włożonymi do budki, a milionami, które z tej budki wypadają. Wytwórnia już zapowiada sequel, twórcy taplają się w glorii i chwale, a już niedługo poznają wszelkie brudne mechanizmy, maltretujące młodych zdolnych w Hollywood. Co z nimi będzie – trudno stwierdzić.

Trzydzieści lat temu podobny sukces odniósł John Carpenter swoim “Halloween” – facet oszczędzał do tego stopnia, że aktorzy grali we własnych ciuchach, a sztuczne liście zbierano po każdym ujęciu. Film zarobił miliony, reżyser nakręcił jeszcze kilka wybitnych dzieł, by teraz walczyć o pieniądze na kolejne produkcje i szukać pocieszenia w fanowskim kulcie swojej wąsatej osoby. I znów – dekadę temu niewysłowione przerażenie siała wiedźma z Blair. Zrealizowany w formie dokumentu film jest dziś raczej ciekawostką niż czymś, co warto sobie włączyć, ale zarobił krocie w porównaniu do poniesionych kosztów, otwierając dwóm młodym reżyserom drzwi do wielkiej kariery. Aż strach zapytać, bo to w końcu horror: gdzie oni teraz są? Nie kręcą już wspólnie.

“Seventh Moon” w reżyserii Eduardo Sancheza opowiada o młodym małżeństwie, któremu nie wyszła wycieczka po Chinach. Podstępnie zwabieni lądują w spowitej nocą wiosce, nawiedzanej przez humanoidalne potwory, zgodnie zresztą z miejscowymi zwyczajami. Przygoda młodych zawęża się do nieustannego uciekania, przejeżdżania żywych i umarłych, a wszelkie ich wysiłki prowadzą, na przekór, do nieuchronnej przemiany: toż wiadomo, że każda bestia rodzi się człowiekiem. Strukturę historii znamy, więc Sanchez koncentruje się na intensywności jej opowiadania: wymachuje kamerą i każe krzyczeć. Zarazem dobrze rozumie reguły horroru, umiejętnie operując hałasem i wyciszeniem, potwory naprawdę przerażają, a atmosfera Orientu – zwłaszcza w pierwszej połowie filmu – została znakomicie wygrana.

reszta w grudniowym numerze “Nowej Fantastyki”

james bond i ja


(…)
Podobno Słońce Korei, Kim-Dzong Ill Bondy ogląda pasjami; seria znalazła grono wielbicieli wśród wysokich funkcjonariuszy KGB. Paradoksalność tej sytuacji jest jedynie pozorna i gdybym ja, na przykład, odnalazł się w sowieckich służbach, śledziłbym przygody agenta 007 jako hołd wobec potęgi, której przyszło mi służyć.
Z „Tylko dla twoich oczu” – jak i innych filmów – wyłania się KGB jako instytucja niemal wszechmocna, zdolna do inicjowania zbrodniczych zdarzeń w każdym zakątku globu, jej interesom służą wszelkie ciemne siły i organizacje, posiada też zdolność korumpowania geniuszy oraz milionerów. Śni o władzy odważniej niż zawiadowcy demokratycznych struktur, a skradzione, rzeklibyśmy dziś spiracone technologie lądują w rękach generałów pozbawionych skrupułów. W odniesieniu do „Tylko dla twoich oczu” Wykrycie obernowoczesnej łodzi przebranej za kuter nie stanowi wielkiego problemu, wystarczy zwerbować lokalną szajkę łotrów, następnie, żeby przechwycić nowoczesny gadżet z dna morza sowieccy mocodawcy nie muszą się nawet zamoczyć – ta przykrość spada już na agenta Jej Królewskiej Mości.
Siłom ciemności rezydującym w Moskwie może przeciwstawić się jedynie nowoczesny superman, tu zdradzający już objawy zmęczenia. W sekwencji cudów, wśród których znajdziemy brawurową ucieczkę kruchym citroenem przed nowoczesnymi maszynami oprawców, bijatykę na skoczni narciarskiej, podwodne starcie we wraku z ucieczką przed rekinem włącznie i efektowna wspinaczkę do górskiego klasztoru, nasz bezlitosny agent udaremnia spisek, wymieniając uprzejmości z sowieckim generałem. Ten skłania się i rozbawiony odchodzi z niczym dziadzio, któremu ukochany wnuczek spłatał niegroźnego figla; oczywiście, gdyby nie Bond, nad Londynem łopotałby czerwony sztandar, na Harvardzie wykładano by wyłącznie marksizm, uzasadniając kolektywizację McDonaldów. KGB jest bowiem tak potężne i wszechobecne, że zwyczajny człowiek nie zdoła go powstrzymać, ba, armia ludzi zwyczajnych powinna natychmiast się rozwiązać i iść na smutnego drinka: tylko Bond, cudotwórca i nadczłowiek potrafi przekreślić plany rosyjskich służb. Tyle film – w życiu KGB istniało naprawdę, za to o Bondach niewiele wiadomo.
(…)
tom pod redakcją Romana Książka

tydzień z głowy (58)

Niewiele wiem o kotach, a o grubych już na pewno. Nigdy, przez Prezesem i Kreską nie miałem żadnego i nie przebywałem w kocim towarzystwie, jeśli nie liczyć zmasakrowanej przez wiek czarnej kotki, snującej się w towarzystwie własnego odoru po domu plenerowym ASP. Zresztą, prócz zapachu mam jedno tylko wspomnienie związane z tym zwierzęciem. I to post mortem. Kiedy kotka wreszcie wyzionęła ducha, odkryłem jej truchło za śmietnikiem i jako człowiek zaledwie dorastający poddałem się zdziwieniu. Jej ciało było tak sztywne – może od mrozu, może w skutek procesów pośmiertnych, zapewne to i to – że mogłem uchwycić je za ogon i utrzymać sterczące. Wyposażony w ten szczególny rekwizyt próbowałem nawet zaimprowizować jakiś rodzaj kukiełkowego monodramu, od czego jednak musiałem odstąpić w skutek protestów ówczesnej koleżanki. Moja niewiedza na temat kotów ujawniła się kilka dni temu z okazji kolegi. Kumpel zainteresował się kotką Kreską, drzemiącą niespokojnie, w oczekiwaniu na niesprecyzowane zagrożenie-jak to kotka Kreska ma w zwyczaju. Wiedział wcześniej, że posiadam grubego kota, jego kot też jest całkiem spory. W każdym razie, pogłaskał kotkę Kreskę i oświadczył, że poświadczyłem nieprawdę, nieumyślnie, lecz jednak. Kotka Kreska wcale nie jest gruba, rzekł, ona jest ubita a nawet muskularna. Dotknąłem jej. Przypominam, że nigdy wcześniej nie dotykałem grubego kota, więc trudno mi stwierdzić, jak miękki powinien być taki kot. Kotka Kreska nie jest miękka wcale, przeciwnie, wygląda na całkiem betonowe stworzenie, co wcześniej pozostawało dla mnie tajemnicą. Rety, muskularny kot. Przypomniałem sobie, z jaką siłą odpycha się łapkami, albo nimi się wczepia, dając słuszny opór: skacząc zmyślnie, obaliłaby mnie na ziemię. Ta moc ukryta w ciele stoi w sprzeczności z jej charakterem, dzielącym się na łagodnego ducha i niezbyt bystry umysł, co zresztą koreluje ze sobą. Łagodność ducha wynika z braku bystrości, kotka Kreska zwyczajnie nie umie rozeznać się w możliwościach wynikłych z jej muskulatury. To komplikuje trochę sprawę, bo dotąd uważałem, że kotka Kreska jest świnką morską zamkniętą w kocim ciele, teraz mamy trzecią zmienną. Kocie ciało jest kocie jedynie na zewnątrz, struktura mięśnia i kośćca przynależy do zupełnie innego zwierzęcia. Więc-w jednej trzeciej świnka morska, w jednej trzeciej kotka, w jednej trzeciej, bo ja wiem, pancernik? Rosomak?
Kłopot z tożsamościowym określeniem kotki (?) Kreski nakłada się szczególna jej wizja na planie kosmicznym. Kiedyś interesowałem się fizyką kosmiczną, było to na tyle dawno, że zdołałem zapomnieć wszystko, poza ogólnym skojarzeniem. Mam wrażenie, że dzisiejsza fizyka kosmiczna, nasza zdolność do badania kosmosu zatoczyła koło i jesteśmy mniej więcej na etapie filozofów jońskich. Nic nie wiemy, spekulując o pierwszej zasadzie, rozpalamy sobie wyobraźnię czarną dziurą, dwudziestym wymiarem i wielkim traktorem to i ja dorzucam. W mistycznym widzie dostrzegłem Kosmiczną Kreskę, której ta moja, jest tylko miniaturką. Kosmiczna kotka Kreska ma rozmiar bilionów galaktyk, a jej maska wynosi, mniej więcej, 90% masy całego wszechświata. W jej oczach płoną setki mgławic i wybuchają supernowe. Leniwie jednak. Kosmiczna Kreska nie zna ruchu, bo i po co on jej, jedynie spogląda sobie na całe stworzenie z przyległościami. Co najwyżej mlaśnie i stąd znamy kosmiczne wiatry. Nie sposób jej zobaczyć, gdyż przecież jest czarna i pochłania wszystko, łącznie ze światłem i obserwatorem, który je emituje. Kontaktu nawiązać też się nie da, skoro nie bardzo wychodzi mi z dużo mniejszą Kreską. Z jej totalną obojętnością czuję się nieco pewniej, co nie znaczy, bezpiecznie, ale w wizji gigantycznej, Kosmicznej Kreski, pozbawionej wszelkich zagrożeń, totalnie szczęśliwej w zapełnianiu bezmiaru dostrzegam coś pocieszającego.
Jutro, po trzech tygodniach pomieszkiwania w Warszawie (oraz wizyty w Berlinie, Katowicach, kilku spotkań z synkiem) zawijam się z powrotem do Krakowa, do mojego mieszkania, które, lepiej lub gorzej służy mi za dom przez rok z kawałkiem. I chyba już niedługo, trzeba mi ruszać ku nowym przygodom. Będzie cudownie. Mam dobre życie. Ale w takich chwilach myślę o tych wszystkich miejscach, w których żyłem. O pierwszym mieszkaniu niedaleko Karmelickiej, właściwie małym pokoju, gdzie musiałem palić węglem w piecu i zawsze, przed snem, siedziałem gapiąc się na rozżarzone węgle. O dziwnej, podłużnej norze na Wrocławskiej, na czwartym piętrze, z którego spadł Prezes. Tam też próbowałem dostać się po piorunochronie, w konsekwencji czego powstała krótka powieść „Horror show”. O ogromnym mieszkaniu w centrum, gdzie mógłbym chyba jeździć na rowerze, gdzie wieczorem wychodziłem na papierosa i patrzyłem, jak, ledwo skryta plecionką na szybie, parzy się para sąsiadów z naprzeciwka. Strasznie smutno to robili. W tym miejscu (u mnie, nie u sąsiadów) znalazłem tyle haków w suficie, że można by tam powiesić reprezentację w piłce nożnej wraz z rezerwowymi. Dla sędziów pozostawała drewniana belka w kuchni. Kto tam teraz żyje? Albo mój pokoik w Ameryce, mały, z wrednym księdzem pod bokiem, w ogóle, był to do niedawna klasztor i może dlatego adres grzmiał: Dorchester Avenue, 666. Boston. Kto nie wierzy ten niech sprawdzi. Albo mój kącik w Domu Łaskiego. Ile tego jeszcze? Nie wiem. Nie umiem zliczyć i nie tęsknię. W tylu miejscach zasypiałem, kochałem, zwierzałem się albo i miotałem się na ciężkim wkurwie, zwymiotowałem w ogromną ilość kibli i wykokosiłem się na niezliczonej ilości krzeseł przed kompem. I chciałbym, co zupełnie niemożliwe, jeszcze raz odwiedzić te miejsca. Zobaczyć, kto tam żyje, jak się ma. ST wierzy, że historia zapisuje się w ziemi, w budynkach widzianych od zewnątrz i może ma rację, w końcu żyje w małej miejscowości. Ale ja wyrosłem w mieście, Kraków nie ma w sobie nic z historii, bo żeby było jakieś wczoraj musi być też i dziś, Warszawa, wiadomo. I całość wspomnień, jakie ma dla mnie wielkie miasto to cudze łóżko, które przejmuję wraz z wynajęciem ścian, sufitu, podłogi. Kto na nim leżał, co sobie śnił, czy żarł się z partnerem, partnerką, czy może kochał. Czy obok bawiło się dziecko? Może ktoś się wkurwił i pierdolnął butelką o ścianę. Stąd plama. Potem emocje biegną głębiej, można sobie dopowiedzieć, nie urodzi się z tego żaden konkret. Nie znajdziemy grobów, ani listów pod podłogą. Oby nie. Ale inne miejsca dla mnie milczą, więc pozostaje to.
Rzeczy czynią ludzi szczęśliwymi. Jakie rzeczy uszczęśliwiłyby mnie? Komputer Mac. Nie dlatego, że jest modny. Odpala się, podobno, natychmiast, więc nie wściekałbym się tak w próżnym oczekiwaniu (nie kupię, bo czymś go zaleję, a szkoda). Czajnik, gotujący wodę w dziesięć sekund. Czyli parę minut do życia. Sklep na dole, tak, bym mógł robić zakupy nie wychodząc na zewnątrz. I balkon. Mały balkon. Balkonik z widokiem na palmy Florydy.