Nowa płyta w drodze, po nieudanym koncercie w Spodku obawiam się rozczarowania. Ekstremalny metal, którego Slayer jest przedstawicielem trudno grać w pewnym wieku, formacje łagodniejsze, w rodzaju Ironów czy Saxon mają łatwiej w tym względzie. Nie zmienia to potężnego wrażenia, jakie ekipa Toma Aray’i zrobiła i robi swoimi pierwszymi kilkoma płytami. Nawet teraz, gdy się starzeją, zostawiają w tyle większość młodych kapel. W ogóle, bardzo lubię Toma Aray’a, uwielbiam ludzi potrzaskanych formacyjnie: katolików bedących zwolennikami reinkarnacji, feministki nie dające zgody na aborcję, czy wegan zatrudnionych w rzeźni. Araya, jako katolik wywrzaskujący sataniczne treści doskonale wkomponowuje się w ten schemat. Kolega Twardoch rzucił kiedyś, że wokalista w ten sposób szykuje sobie pewne miejsce w piekle. Może i szykuje, ja tam nie wiem, wiem za to, że jego przypadek jest jedyną znaną mi, współczesną i autentyczną sytuacją faustowską. Czy nie jest to wielki wybór, pomiędzy Bogiem i chwałą? Żyć tak jak nakazuje wiara, czy grać w największym zespole metalowym, jaki kiedykolwiek istniał?