Archiwa dla Wrzesień, 2009

dwa razy ja w Nowej Fantastyce

raz, czyli opowiadanie “Głowa węża”

(…)

Belladonna. Dosłownie “piękna kobieta”. Wilcza jagoda. Schronienie.
Maks garbił się nad planami i zdjęciami. Było ciepło, więc zabrał od ciotki plastikowy stół, krzesło i usadowił się na trawniku, w gardle budynku. Mury Belladonny otaczały go z czterech stron, słońce odbijało się w ekranie laptopa. Zamknął komputer. Czytał. Z kubka parowało.
Belladonnę wzniesiono dokładnie siedem miesięcy temu, w lesie za wsią. Budynek zaprojektował Robert. Robert skoczył. To wiedział. Wykupiono tereny w promieniu trzech kilometrów, ogrodzono, w lesie ponoć znajdowali się ochroniarze, których Maks nie dostrzegł. Budynek ma cztery kondygnacje, dwanaście mieszkań plus apartament na poddaszu. Własność Roberta.
Na trawniku pojawiła się ciotka. Tym razem przyniosła ciastka. Talerz ozdobiony był esem-floresem, sama ciotka wskoczyła w bluzę i sukienkę w kratę, światło obnażyło plamistą brzydotę tej kobiety: guzy na szyi, sterczący nos, przebarwienia na dłoniach i policzkach.
- Porozmawiają z tobą – oświadczyła. – Pytałam i wszyscy się zgodzili. Basia i Szczepan nie, ale wiadomo, jak to z nimi. Mówiłam ci o nich? Straszne nieszczęście.

Za Belladonną jest kryty basen, kort tenisowy, pusta siłownia, garaże na wielkie samochody, osobliwy rodzaj sklepu, skąd po prostu towary się bierze, niczym z lodówek hotelowych: chleb kosztuje dwadzieścia złotych, butelka piwa ponad pięć. Papierosy normalnie. W Belladonnie obowiązuje zakaz palenia.
Mieszka tu siedem osób, jeśli nie liczyć dziwek Karola.
Maks przypomniał sobie o Robercie. Zaznaczył. Sześć głów plus dziwki.
- Co właściwie z tym Robertem, ciociu?
Pomógł rozłożyć jej leżak.
- Wiedziałam, że tak będzie. Zalazł tu ludziom za skórę, nie ma co. Nie mówię tylko o Karolu, który nikogo nie lubi. Albo o Szczepanie z żoną, którzy, wiadomo, mają swoje trudności. Tłukł się. Wrzeszczał po nocy. Ale nie miał gości. Basię to chciał stąd wyciągnąć. Od Szczepana. Mało Szczepan go nie zabił. To dobrze. Nie miał. Myślę, że gdyby… Wybudował ten dom i dom go rozczarował – ciotka zamilkła.
Znalazł wyciąg z regulaminem, sięgnął po czerwony marker.
- Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Wyszedł na dach i skoczył. W gruncie rzeczy uderzył tutaj, metr od miejsca, gdzie siedzisz.
Na Maksie ta wiadomość nie zrobiła wrażenia. Czytał.
“Nikt nie może zamieszkać w Belladonnie bez zgody wszystkich mieszkańców”.
- Długo tu mieszkasz, ciociu?
- Pół roku. Prawie co do dnia.
- A dlaczego się tu przeniosłaś?
- To już wywiad?
- Powiedzmy.
“Każdy mieszkaniec może zostać usunięty z Belladonny jednomyślną decyzją pozostałych”.
“Z tego powodu mieszkań nie można kupić. Ludzie wynajmują”.

i dwa, czyli felietonik, tym razem o “Grace”

O tym filmie zrobiło się głośno w horrorowym światku, głównie za sprawą doskonałego plakatu. Widzimy na nim butelkę ze smoczkiem, wypełnioną krwią, co dobrze zwiastuje temat “Grace”. Madeline to młoda dziewczyna uwikłana w zimne małżeństwo; ma za sobą intensywny epizod lesbijski i terroryzuje męża wegańską dietą. Facet wsuwa te zdrowe obiadki (trudno o większy dowód miłości), momentami buntuje się, podkładając jej mięso na steka w kopercie, w cieniu ich związku funkcjonuje opresyjna teściowa, wyraźnie niezadowolona, że jej jedynak poślubił taką dziewczynę. Po wielu próbach i dwóch poronieniach Madeline zachodzi w ciążę, poddając się potem wszelkim możliwym obsesjom młodej matki. Dochodzi jednak do nieszczęścia, czyli wypadku samochodowego, niezbędnego w każdym filmie tego rodzaju. Ginie mąż i dziecko w jej łonie. Ona, wbrew wszystkim, decyduje się dotrwać do rozwiązania i urodzić trupa.

Eksperymentalna metoda porodu, zaaranżowana przez byłą kochankę Madeline przynosi nieoczekiwane rezultaty i mała Grace ożywa na dłoniach matki. Rozpoczyna się macierzyństwo niełatwe i obfitujące w niespodzianki.

dwa dalsze ciągi w numerze październikowym

tydzień z głowy (50)

Jestem bardzo niezadowolony, bo w ostatniej chwili dowiedziałem się, że nie jadę na Hard Rocker fest, gdzie, wedle mej najlepszej wiedzy, miałem pomagać kumplowi przy stoisku, pić piwo i słuchać zespołów na które w życiu bym się nie wybrał gdyby nie okazja szerzenia dobra tkwiąc na stoisku z winylami. Mekong Delte jeszcze jakoś zarejestrowałem jako fajny skład z lovecraftowskimi inklinacjami, ale już taki Wild Knight zwyczajnie nie mieści mi się w głowie ze względu na samą ich historię, otóż, chłopaki, jeśli tak można mówic o zacnych pięćdziesięciolatkach rekrutowali się z ruin grupy X-wild, rekrutującej się natomiast z byłych członków Running Wild, tych samych co przebierali się za piratów, niedawno zagrali ostatni koncert i poszli się jebać razem z papugą i Jolly Rogerem. Boję się myśleć, co będzie, gdy w Wild Knight nastąpi jakiś rozłam, na szczęście mam inne problemy, na przykład taki, że nawet ich sobie nie posłucham, a nie posłucham dlatego (o czym chcę napisać od pierwszej linijki), że obudziłem się z zapaleniem torebki stawowej w kostce, wiec o machaniu  głową dla Szatana mogę zapomnieć, w gruncie rzeczy samo kiwnięcie nogą przywołuje łzy. Przyjmijmy więc, ze są to łzy za grzechy.

Ból w nodze uprzytomnił mi pojęcie komfortu, o którym ładnie pisze Tyrmand w dziennikach i zorientowałem się, że komfort oznacza dla mnie tę tylko sytuację, kiedy nic mnie nie napierdala, kiedy gnam przez miasto, klepię w kompa z obłędem w oczach, siedząc na twardym krześle mam poczucie jasnej komfortowości.  Mieszkam bez żadnych wygód, co nawet sobie chwalę, choć niejasno przeczuwam konieczność jakichś porządków, choćby zawalczenia z agresywną kulturą pajęczyn. Co ważniejsze, nie pomyślałem nigdy, żeby to zmienić. Gdyby w skutek cudownego zdarzenia nagle wylądowałbym na miękkiej kanapie w przestronnym mieszkanku, przede mną pyszniłby się wielki telewizor a na ścianach wisiała sztuka, wyraziłbym pewno jakiś rodzaj zadowolenia ze zmiany mojego losu, nie znajduję jednak w sobie nic, co pchnęłoby mnie do czegokolwiek, poza wyczekiwaniem cudu właśnie. Jest we mnie jakieś głębokie poczucie, że tak właśnie jest dobrze, że może nie zasłużyłem, a w życiu trzeba walczyć o to, co ważne i nic więcej.

Nie mam pamięci do nazwisk, a wraz z nogą popsuło mi się wyszukiwanie w kompie, więc będzie bez konkretów. Najpierw przeczytałem rozpaczliwy artykuł o tym, że wściekły naród połapał się, że nie musi płacić bandyckich składek ubezpieczeniowych w ZUSie, wystarczy zatrudnić się na jedną setną etatu w UK (załatwiają to odpowiednie firmy) i haracz ponad ośmiu stówek kurczy się o połowę. Wypowiedzi urzędników wyższego szczebla zdradzały strach z trudem maskowany oburzeniem, było coś o ABW, bezpieczeństwie państwa z cudowną puentą, że jak to, bo co, przecież nie można składek nie płacić. Podobne przerażenie może odczuwać wampir, zaskoczony przez świt. Furtkę dla spryciarzy otworzyła dyrektywa Unii, a taka dyrektywa jest jak słonce, niewiele można z nią zrobić – stąd paniczny strach. Zaraz potem jaki facet orzekł, że ZUS niedługo trafi szlag, co właściwie należy uznać za potwierdzenie opinii wyrażanej gdzieś od dekady z kawałkiem. Oczywiście, można nie płacić składek, sam, jako artycha, jestem tego dobrym przykładem. Mógłbym, skruszony perspektywą biednej starości zacząć bulić, mam jednak świadomość, że choćbym wpłacał tysiąc złotych dziennie, to prędzej Christina Ricci wpadnie do Krakowa kibel mi przepchać niż ja cokolwiek zobaczę z odkładanych pieniędzy. W cieniu każdego wydarzenia, czy nawet ujawnienia słabości naszego tytana ubezpieczeń podnoszą się głosy oburzenia, że ZUS kupił sobie nowa siedzibę, ma tam złote klamki i tym podobne. Każda nowa nieruchomość nabyta przez tę instytucję, choćby był to garaż na merole zarządu budzi mą radość, wynikającą z troski o starzejące się społeczeństwo, pragnę, by tych nieruchomości było jak najwięcej i cieszyły me oko rozmachem nowoczesnej architektury. Uważam zresztą, że ZUS czyni to z rozmysłem i gdybym sam wylądował na stołku prezesa postąpiłbym podobnie. Zawsze to jakaś inwestycja, nieruchomości raczej nie tanieją i gdy system ubezpieczeń wreszcie szlag trafi znajdzie się przynajmniej coś, co będzie można zlicytować, sprzedać, wynająć, dać najbardziej oszukanym, najbardziej potrzebującym na margarynę i bełta, w ostateczności w dawnych gabinetach powstaną przytułki i noclegownie, co brzmi teraz zupełnie nieprawdopodobnie czyli najpewniej doczeka się spełnienia.

Pisałem już o mojej drodze do domu (awaria nogi wyłącza mnie z przykrej konieczności spaceru pod wiaduktem, choć, jak znam swe szczęście, zaraz jakieś ważne wydarzenie zmusi mnie do kuśtykania). Za to nie wspomniałem o zniczach. Znicze przydrożne najczęściej mijamy w samochodzie i wówczas myślimy o sobie. Jak to dobrze, że żyjemy. Ja nie jeżdżę tylko chodzę, więc mogłem choć raz pomyśleć o innych. Często zdarza mi się wracać koło dziesiątej, jedenastej i wówczas się palą, to znaczy, mogą palić się i wcześniej, ale w słońcu nie umiem ich zobaczyć. Dwa albo trzy, zmieniane nieregularnie. Czasem, pod wiaduktem nic się nie świeci przez długie tygodnie i muszę schylić się, by zobaczyć zimne szkło. Zeschłe kwiaty. Ktoś je jednak wymienia na nowe. I tak sobie stoją. Miedzy mocnymi słupami podpierającymi wiadukt. Zacząłem się zastanawiać, co tam się stało i w jaki sposób ktoś umarł. Przyglądałem się miejscu. Najpierw myślałem o zderzeniu dwóch samochodów. Tylko jak to możliwe, skoro albo sa ta korki na całą długość albo luz, nie ma po co wyprzedzać? No i kto by wyprzedzał na ostrym podjeździe? Chyba nie. Skoro znicze błyszczą po lewej stronie, jak idę do mojego domu, to może jakiś kierowca stracił panowanie nad samochodem, zwyczajnie zasnął i walnął w słup wiaduktu? Albo spieszył się do domu? I też walnął z pośpiechu. Musiał mieć sakramenckiego pecha, bo można tam uderzyć głównie w te słupy, jakby prasnął w skarpę to chyba by przeżył. Jakby nie, to znicze stałyby gdzie indziej. Nie przy słupie. Czyli słup jednak. Bez śladu na żelbecie. Wydaje mi się, ze po uderzeniu samochodu coś by pozostało. Musiałem wreszcie pomyśleć o sobie i zrozumiałem. Raz na jakiś czas przechodzę w poprzek ulicę, żeby szybciej wrócić do domu, światła są daleko i musiałbym robić kółko. Nie zawsze się chce. Człowiek, zapewne młody i pijany zrobił podobnie, tylko nie popatrzył, zapewne też wyłonił się spomiędzy słupów (padało?), będąc niewidocznym dla kierowcy. Wyskoczył pod koła, trach. Tu uspokajam wszystkich, zazwyczaj chodzę jednak na około, a jeśli przejdę na rympał to rzeczywiście ostrożnie. Nie o mnie jednak, o tym człowieku miało być – nie mam pojęcia kim był, kto mu te znicze pali. Domyślam się, że mieszkał na moim osiedlu, no bo gdzie indziej? Może szedł, wracał, do pracy w KFC? Tego już się nie dowiem, nie widziałem nikogo, kto by te znicze zapalał, nie miałbym zresztą odwagi zapytać. Ale, kierowany dziwnym impulsem poszedłem do sklepiku osiedlowego, kupiłem dwa znicze i postawiłem obok starych. Pomyślałem, że jeśli ktoś we mnie wjedzie, teraz właśnie, w momencie zapalania to będzie niezła heca i zaraz pokrzepiłem się innym wyobrażeniem. Nikt tam nigdy nie umarł, nie pod moim wiaduktem, zwyczajnie, jakiś gówniarz zapalił znicz dla zgrywy, a może żeby ostrzec kierowców przed rozwijaniem nadmiernej prędkości i tak to już się kręci, ktoś kto tak jak ja drepta tą najsmutniejszą trasą w całym Krakowie znicze te zauważy, zżyje się z nimi i nie wytrzyma, jeśli zgasną.

horror, horror (1): Dorothy Mills

Słyszałem dużo dobrego o „Dorothy Mills”, nadrobiłem zaległości i jestem prawie nie zawiedziony. Towarzyszy mi tylko wrażenie marnowania dobrego materiału. Zwraca uwagę senna atmosfera irlandzkiej wyspy, a nade wszystko rewelacyjny debiut Jenn Murray, wcielającej się w kilka różnych postaci. Czemu się wciela? Dorothy poznajemy, gdy w niesłychanie brutalny sposób karmi dziecko, którym miała się opiekować, sprowadzona na prędce pani od głowy ma sprawdzić co jest grane. W dziewczynce siedzą duchy trojga młodych ludzi, zmarłych, a jakże, w skutek podejrzanego wypadku samochodowego: dokładnie wskazanie winnych tego wydarzenia zamyka filmową intrygę. Murray odgrywa te postacie z klasą dojrzałej aktorki którą niewątpliwie jest, wszystko inne także znajduje się na miejscu, składając się na standardową fabułę dobrego horroru. Jest tylko jedna krótka scena, kiedy matka jednego z zabitych mówi, że nie może stracić Dorothy bo ta oferuje jej kulawy, ale jednak kontakt z jej dzieckiem. Nie pociągnięto tego wątku, a mnie w głowie wystrzeliła opowieść, horror totalny: oto mieszkańcy wioski przetrzymują w ukryciu tę opętaną dziewczynkę, nie godzą się na lekarza i egzorcystę, bo dzięki niej dostają na powrót swoich zmarłych. Niech pani psychiatra walczy o nią teraz. I ze sobą. Też kogoś pochowała. W dobrych rękach mielibyśmy, coś tak czuję, prawdziwe arcydzieło, film graniczny i wychodzący poza gatunek. Nie rozumiem, czemu nie pociągnięto „Dorothy…” w tę właśnie stronę, czemu uporczywie trzymać się zasad poskładanych jeszcze w latach siedemdziesiątych dla celów innego kina. Sam bym o tym pisał, ale nie mogę. Scenarzysta zrobił rzecz najstraszniejszą: miał doskonały pomysł i wypowiedział jego połowę. 

gdzie jestem? Zdjęcia Piotra Derkacza z Pyrkonu 2009

nie ma to jak pół roku opóźnienia, wynikłego z mojej winy. Pytanie zadane w tytule wpisu pozostaje, oczywiście, aktualne i nawet ja nie znam odpowiedzi. reszta zdjęć z serii: tutaj

metal na dziś (666)

Nowa płyta w drodze, po nieudanym koncercie w Spodku obawiam się rozczarowania. Ekstremalny metal, którego Slayer jest przedstawicielem trudno grać w pewnym wieku, formacje łagodniejsze, w rodzaju Ironów czy Saxon mają łatwiej w tym względzie. Nie zmienia to potężnego wrażenia, jakie ekipa Toma Aray’i zrobiła i robi swoimi pierwszymi kilkoma płytami. Nawet teraz, gdy się starzeją, zostawiają w tyle większość młodych kapel. W ogóle, bardzo lubię Toma Aray’a, uwielbiam ludzi potrzaskanych formacyjnie: katolików bedących zwolennikami reinkarnacji, feministki nie dające zgody na aborcję, czy wegan zatrudnionych w rzeźni. Araya, jako katolik wywrzaskujący sataniczne treści doskonale wkomponowuje się w ten schemat. Kolega Twardoch rzucił kiedyś, że wokalista w ten sposób szykuje sobie pewne miejsce w piekle. Może i szykuje, ja tam nie wiem, wiem za to, że jego przypadek jest jedyną znaną mi, współczesną i autentyczną sytuacją faustowską. Czy nie jest to wielki wybór, pomiędzy Bogiem i chwałą? Żyć tak jak nakazuje wiara, czy grać w największym zespole metalowym, jaki kiedykolwiek istniał?

Następna strona »