tydzień z głowy (46)
Polkon 2009 się skończył. Nie jestem najlepszym konwentowiczem – nie chodzę na żadne prelekcje poza własnymi, okupując jakies sympatyczne miejsce, piję piwo, tu akurat na chwałę Kosika, który wreszcie doczekał się Zajdla. Nie umiem więc ocenić, udało się czy nie udało, w końcu fakt, że wyłączyli mi prąd w akademiku nie jest winą organizatorów, podobnie jak deszczowa pogoda. Ale jakos wyszło, wspomnienia są przyjemne. O tym konwencie krążyła masa upiornych plotek, miał się nie odbyć lub zrealizować si w formie niepełnej, organizatorzy mieli uciec lub zwariować w skutek stresu, do niczego takiego nie doszło i jeśli ktoś szalał to na piętrach, których nie raczyłem odwiedzić. Za to z kolegami zaobserwowaliśmy coraz wyraźniejszą separację tych co grają od tych, co czytają, w wypadku Polkonu wyrażona rozmieszczeniem ludzi w dwóch osobnych budynkach. I dobrze, tyle, że sensem jakiegokolwiek konwentu są własnie spotkania graczy, w końcu zycie literacko-towarzyskie kwitnie w wielu innych miejscach, sam czekam na coś w rodzaju salonu dla twórców, gdzie artyści będą uzynać się, na przykład co czwartek, wsuwając ciasteczka (Kasia? Co ty na to?). I tak to chyba się skończy, gracze będą rzucać kostkami, a my, piszacy, przycupniemy sobie z czytelnikami przy jakimś stoliku i nawet nie zauważymy, że konwent, ten czy inny, już nie jest dla nas.
Prawie zrealizowałem plany pisarskie, trzecie opowiadanie jest na ukończeniu, a Nowa Fantastyka zapowiada moją „Głowę węża” w numerze październikowym. Trochę obawiam się tego opowiadania, nie mam wątpliwości, że tekst ten wycisnął ze mnie co tylko mogłem dać najlepszego, nie wiem tylko czy ludzie chwycą – pisząc takiego „Popiela” miałem przekonanie, że trafiam w bardzo czułe punkty, a to opowiadanko tak sobie przeszło, radując głównie Twardocha z przyległościami. Może dlatego, że temat tak banalny jak historia nie rusza już ludzi? Zwłaszcza jeśli odrze się ją z elementów przygodowych. Anyway, „Głowa węża” jest współczesna i chyba wzięła się, w pierwszym rzędzie, z lektury Huellbacque’a i Palachniuka (oraz Biblii, ku mojemu zaskoczeniu), w drugim z przebywania w moim domu, na pustym osiedlu na końcu świata, gdzie od miesięcy nie widziałem sąsiada i czasem myślę, że nikt prócz mnie tam nie mieszka, że sam siedzę gdzie indziej i tylko śnie o czerwonych dachach, zimnych schodach i huśtawkach między blokami, gdzie nie ma żadnych dzieci.
Obejrzane. Na swoim blogu Guru zdradza lekkie rozczarowanie filmem „Grace”, chyba najbardziej oczekiwanym horrorem tego roku. A ja się nie zawiodłem, film jest mocny i skrojony serio, bez żadnej umowności, jest też kawałkiem „okołowampirycznym” podejmującym temat w nieco nowy sposób. Jeśli coś mi się nie podoba, to lenistwo scenarzystów, którzy doskonały pomysł wyjściowy (niemowlak żywiący się krwią) rozgrywają w ramach starych schematów, w konsekwencji czego doskonale wiadomo, jak „Grace” się skończy. Jednak warto, zwłaszcza, że film jest doskonałym komentarzem weganowego szaleństwa, które z wolna opanowuje świat.
„Wątpliwość” z Meryl Streep i Philipem S. Hoffmanem. Jakby ścisnąć tę opowieśc wyszłoby, że jest sobie zachowawcza zakonnica i postępowy ksiądz, ona jest wredna a on kochany i musi odejść w skutek niejasnych pomówek. Tyle. I dużo więcej. Nie mam pojęcia, jak Streep to robi, z wesołej „Mamma mia” przeskakuje w lata sześćdziesiąte, w habit i ponury grymas, dając koncert aktorski, na który patrzy się jak na dzieło sztuki. Hoffman to wiadomo, nie znam drugiego aktora, który tak znakomicie operuje głosem, koncert tych dwojga zasysa mimo miałkości samej historii. I mała perełka, rozmowa Streep z matką czarnoskórego chłopca, na ulicy, wśród liści targanych wiatrem należy do najlepszych, najmocniejszych dialogów jakie kiedykolwiek widziałem w kinie.
A ja zaraz odbieram mojego synka z lotniska. Przejdziemy się chwilę. Przecież się przyjaźnimy. A potem zrobię to co zawsze robię każdego dnia, czyli siądę z laptopem, będę pisał opowiadanie, felieton, coś poprawię, pójdę na trening i mam jeszcze nadzieję, że pomogę perskiemu księciu przeskoczyć nad paroma rozpadlinami. w związku z tym, że lato dobiegło końca obiecuję zwiększyć aktywność na blogu. Jesień idzie, naród przesiada się z piwa na wódę i niedługo będzie tutaj nie do wytrzymania.,
.jpg)
Wit Szostak: No, panowie, tym razem zapraszam na wycieczkę w nieznane: Vladimir Nabokov, „Ada albo żar”. W nieznane, bo w naszych dyskusjach nigdy nie sięgaliśmy po literaturę z tej półki.