zapraszam jutro, czyli w sobotę do Torunia, na prelekcję i spotkanie ze mną. szczegóły pod tym adresem
a w NF tym razem o “Phantasm”:
Nie należę do ludzi przesadnie hołdujących tradycji: próbuję nie obchodzić żadnych świąt, uczę się nie pić w piątek (wychodzi niedobrze), nie uczestniczę w żadnych marszach i z premedytacją unikam wszelkich rodzinnych zwyczajów. Może dlatego, że te ciekawe, jak czuwanie przy trupie, do mojego domu nie zawędrowały. Znajdzie się też kilka wstydliwych, o których nie godzi się wspomnieć. Ale jeśli mam pomyśleć o moim prywatnym zwyczaju, takiej tradycji na miarę moich możliwości, tylko jedno przychodzi mi do głowy: każdy kto odwiedza mnie na dłużej niż chwilę musi obejrzeć film “Phantasm”. A że życie – miast zdrowia, pieniędzy czy rozsądku – obdarowało mnie przyjaciółmi, widziałem to dziełko niezliczoną ilość razy.
Nie sposób też ogarnąć ogromu mojej miłości do tego skromnego filmu, nie pojmuję tego drżenia serca – jest poza mną, niczym uczucie nastolatka. Tak miłujemy koleżanki w szkole średniej i wcale nam nie przeszkadza, że są brzydkie, głupie i mają nas w czterech literach. Tak niektórzy mogą kochać wyprawy na drugi koniec świata, gotowanie, dobre wino, nawet własne dzieci. Słowem, odnajduję w sobie głęboki stan zakochania, wymykający się wszelkiemu rozsądkowi. I zawsze, kiedy kończył się miesiąc, przychodził czas pisania do “Nowej Fantastyki” o kolejnym filmie, myślałem sobie: chciałbym teraz napisać o “Phantasm”. Ale jak napisać? Jakie słowa z siebie wydobędę, skoro w tym miłosnym stanie ledwo się rozpoznaję. Spróbujcie na przykład powiedzieć ukochanemu, ukochanej jak wiele dla was znaczy. Nie ma przebacz. Leżysz i kwiczysz.
(…)
całość w numerze
kawał mojej mlodości umarł wraz z Jacko, ale jakos nie tęsknię
Widziany znad Wisły, Chuck Palahniuk ma postać literackiego giganta, kogoś, kto rozdaje karty przy stoliku nowoczesnej prozy, obrazoburcy na miarę Hullbecque’a i faceta równie istotnego, co Phlip Roth. Dwudziestoletni czytelnicy poszukują jego klonów, dziwując się, czemu autor “Opętanych” nie dostał nagrody Nobla, a najlepiej dwóch, literackiej i pokojowej. Tymczasem, Palahniuk wypełnia definicję pisarza kultowego, związanego silnie ze środowiskiem fanowskim i średnio popularnym poza tym kręgiem. Tułał się bardzo długo, pierwszej powieści nie wydał wcale, a film Finchera poniósł komercyjną klęskę, by odżyć dopiero wydany na płytce. Niemniej, właśnie dzięki niemu Palahniuk zyskał sławę większą niż klatka schodowa i dzisiaj jest gdzie jest.
To nowy typ pisarza, zrodzony ze zrozumienia, że książki już nie starczają i trzeba robić wokół siebie szum. Palahniuk śle swym wielbicielom dziwaczne prezenty, a ci odwdzięczają mu się, mdlejąc gromadnie na spotkaniach autorskich kiedy ich ulubieniec przeczyta coś szczególnie obrzydliwego. Ostatnio, promując nową książkę „Snuff” kazał nakręcić kilka fałszywych trailerów do filmów porno, a także machnął „wywiad” z bohaterką tejże powieści, starą gwiazdą filmów dla dorosłych, która zamierza pobić i tak wyśrubowany seksualny rekord świata (600 partnerów pod rząd). Rzecz można obejrzeć na sieci – fikcyjną pornogwiazdę gra oczywiście facet.
Póki co, zamiast tłumaczenia “Snuff” otrzymujemy polskie wydanie “Opętanych”, wypuszczone, jak zwykle, przez Niebieską Studnię.
Do Palahniuka chyba dotarło, że przez dekadę pisał w kółko jedną książkę i postanowił coś zmienić. Zamiast jednego, zagubionego i zafiksowanego bohatera mamy ich prawie dwudziestu, do tego zamkniętych na małej przestrzeni. Jest tam kucharz – seryjny morderca i inny przyjemniaczek, który nie zawahał się zabić człowieka by mieć temat na artykuł, są szantażyści, erotomani, zwyczajni wariaci, brak za to kogokolwiek, kogo chcielibyśmy widzieć u siebie na kolacji. Cała ta zwariowana banda ląduje pod kluczem w szczególnym domu pracy twórczej – mają tam siedzieć i płodzić arcydzieła. Palahniuk nie kryje, że pomysł nawiązuje wprost do wydarzeń nad jeziorem Genewskim, kiedy Shelley i Byron nurzali się w rozpuście, a Mary Shelly tworzyła “Frankenstaina”. Przebrzmiewają echa “Dekameronu” i opowieści Szeherezady, z czego autor czyni jeszcze jeden element zabawy
Do kościoła chodzę jedynie na śluby i pogrzeby (nie wiadomo co bardziej przepełnia mnie smutkiem), wczoraj zaś kolega nie umarł, ale się ożenił. Stałem więc w ławie, słuchałem mszy i rozmyślałem o tym, czemu nie jestem katolikiem, czemu w ogóle średnio podpinam się pod człowieka wierzącego. Pomijam już to, że nie umiem przyjąć za prawdę istnienia jakiegoś bytu, który zdradza żywotne zainteresowanie moją osobą, więcej, bytu który zadał sobie trud by mnie przeniknąć na wylot i w pełni rozpoznać. Zwyczajnie nie potrafię, choć wiara by się przydała, choćby z tego względu, że łatwiej żyć z myślą, że opatrzność czuwa. Tymczasem odczuwam zawstydzenie. W chrześcijaństwie męczy mnie bardzo wiele rzeczy, od podwójnej moralności, przez swoiste handlowanie dobrym uczynkami w zamian za miejsce w Niebie (dobro nie wymaga nagrody i uzasadnienia), aż po autyzm, zamknięcie się na świat. Nie o tym teraz, stałem bowiem na tej mszy i czułem irytację pomieszaną z rozbawieniem, tak, zawodzący ksiądz, jego sztywne ruchy, ludzie wstający, klękający wydali mi się trochę smętni, za to bardzo zabawni. Nie polubiłem tego uczucia, w tym wewnętrznym ubawie z liturgii znalazłem coś wyjątkowo niestosownego. Wielu moich przyjaciół to ludzie wierzący, nawet bardzo i świetnie zdaję sobie sprawę, że msza, odprawiana nawet na odwal się przez głupiego księdza jest dla nich szalenie ważna, może nawet stanowi oś lub ośkę ich zycia, powtarzalny przez lata element nadający znaczenie pozostałym przejawom życia. A zarazem nic z tym nie zrobię, ten rodzaj rytuału bawi mnie niezmiernie, zwłaszcza w najpodnioślejszych momentach. Czemu mi z tym źle? Czemu czuję, że samym, nie okazanym przecież rozbawieniem robię ludziom przykrość, tym samym ludziom, którym tłumaczyłem z przykładami, przez wiele godzin, jaki to katolicyzm jest przykry bez sensu, z którymi żarłem się do krwi jak na wojującego ateusza przystało? I jeszcze to machanie łbem na metalowych koncertach… Anyway, byłbym zupełnie dobrym katolikiem, biorąc pod uwagę deficyt ozdobnych grzeszników w Kościele, zarazem, jeśli nie moralność, to estetyka powstrzymuje mnie przed nawróceniem.
W przyszłym tygodniu dokonają się dwa ważne wydarzenia. Mój synek ma urodziny. To już dwa lata! I myślę trochę o sobie i trochę o nim. O sobie w sensie rozliczeń, co zrobiłem dobrze, a co zrobiłem źle, czy mogłem poświęcać mu więcej czasu i czy ten czas, który poświęciłem został właściwie wykorzystany. Odpowiedź na tak postawione pytania zawsze jest przecząca i dobrze, że tak się dzieje, nigdy nie chciałbym usiąść sobie i pomyśleć, Łukasz, jakim ty jesteś fajnym tatą, wolę się gryźć i widzieć w sobie niedobrego ojca, ojca z daleka, ojca, który odszedł i nie budzi się przy tym chłopcu, a gryźć się chcę dlatego, że zawsze mogę coś poprawić, coś zmienić, myślenie o sobie w tej sytuacji jest przecież myśleniem o dziecku. No i on, te proste pytania, kim będzie i w jaki sposób zdołam mu pomóc, czy będzie człowiekiem zdolnym do marzenia, do rozpoznawania swoich marzeń i podążania za nimi tak, by nikogo nie stratować? Czy ten jego zachwyt światem, totalny w swej cudowności, może zostać zachowany? Czy będzie mi ufał? Czy usłyszę kiedyś, „tato, mam dobre życie”?
Drugim ważnym wydarzeniem jest fakt, że jadę na wakcje. Już za tydzień, nad morze. Zupełnie nieprawdopodobne, na wakacjach nie byłem od lat, nie wiem, sześciu? Nie mam pojęcia co robi się n takich wakcjach, każdy mój dzień jest wypełniony od rana do nocy, nie umiem nie pracować, a odpoczywanie jest dla mnie abstrakcją, więcej nawet, uważam, że w wieku 32 lat nie powinno się jeszcze odpoczywać. Cały tydzień bez komputera, bez pisania! Jak to możliwe! Tak po prostu, nie pracować, tylko leżeć sobie na plaży z browarkiem w łapie? Chodzić po Gdańsku? Ostatni raz byłem tam kiedy z kolegą Jarkiem pojechaliśmy do Szwecji szukać roboty, wiele lat temu, roboty oczywiście nie było. Spaliśmy w lesie, w nocy otoczyły nas dziki, zrobiliśmy wtedy pospieszne ognisko z butli gazowej, żeby je odpędzić, w dzień zaś szokowaliśmy miłych Szwedów myjąc jaja w publicznej toalecie, no a gdzie w tym Gdańsk? Okazało się, że roboty nie ma i nie będzie, postawieni przed alternatywą przeznaczenia całej kasy na pociąg do Sztokholmu i przykrym powrotem, wybraliśmy powrót. Było nam wstyd przed naszymi dziewczynami, więc dzwoniliśmy codziennie, opowiadając, jak to ciężko nam z szukaniem pracy, jak chodzimy od farmy do farmy w tej jebanej Szwecji, a potem, odłożywszy telefon, tuptaliśmy solidarnie pić piwo na plaży w Sopocie.
Obejrzane. „P2” czyli producentka fucha Ala Aja, czyli człowieka, którego sukcesu do końca nie rozumiem (tak jak nie pojmuję sukcesu Eli Rotha), „Wzgórza mają oczy” to jeden z lepszych remake’ów, już „Lustra” były okropne, zapowiadanej „Piranii” raczej się obawiam. W wypadku „P2” Aja zlecił reżyserię komuś innemu, może po to, żeby jednak nie firmować dziełka swoim nazwiskiem. Rzadko zdarza się film tak kompletnie pozbawiony sensu i zarazem tak konsekwentnie poprowadzony. Fabułę podporządkowano dwóm walorom Rachel Nichols, odtwarzającej rolę główną, a zamiast standardowych zwrotów akcji mamy, odpowiednio, prezentację ślicznej bohaterki, wsadzenie jej w wydekoltowaną sukienkę, następnie zaś, polanie wodą. W pewien sposób pojmuję tę nową filozofię kina, w myśl której cycki znoszą każdy nonsens i przydają znaczenia dowolnej bzdurze scenariuszowej.
Przypomniałem sobie jeden z filmów młodości, czyli „Wstrząsy”. Aj, jakie to fajne! Prawdziwy monster movie, do tego niezwykle starannie zrealizowany. Ciekawa sprawa, z jednej strony rzecz tkwi jeszcze w latach osiemdziesiątych (scenariusz, fryzury), z drugiej bezapelacyjnie wieszczy nowe czasy, a dialogi w pierwszej połowie żywo przypominają to, czym stara się nas teraz zachwycić Tarantino. Pewno napiszę o tym do Nowej Fantastyki, takie filmy nie mają szczęścia – ludzie pamiętają o „Piątku 13”, „Carrie” i „Cmentarzu zwierząt”, o „Wstrząsach” zaś nie wiedziałbym sam, gdybym nie zobaczył tego filmu dawno temu, w złotej erze pirackich kaset wideo.
Zaciąłem się w GTA i gram w Call of Duty: World at war i jestem zachwycony, podobno „Modern warfare” jest jeszcze lepsze, czego nie umiem sobie wyobrazić, tak jak nie umiem sobie wyobrazić wojny, ta gra sprawiła, że w wojnę uwierzyłem. Jestem dopiero na początku, tłukę się z Japończykami, nieustannie biorąc kęcki, czyl jestem tym żołnierzem który ginie. Najczęściej głupio i niepotrzebnie, chyba tak nawet ma być, przechodzenie każdego etapu po dziesięć razy, aż człowiek chce padem cisnąć, niemniej, siedzę, kule świszczą mi koło głowy, a ja boję się o swojego bohatera, o jego oddział, żeby nic im się nie stało, żeby wyszli cało z piekła, ech. Zachwyciłem się po szczeniacku, rzadko się zdarza, by dystans pomiędzy graczem a światem gry był tak mały, a środek pomiędzy realizmem i dobrą zabawą odnaleziony.
Wakacje oznaczają również, że w przyszłym tygodniu, “Tygodnia z głowy” nie będzie.
Stare gwiazdy rocka powinny odchodzić na swoje cmentarzysko i tam konać z przegrzania, ewentualnie można by ustanowić jakiś komitet odstrzeliwujący rockmanów w wieku chrystusowym lub wyższym. Jedyny wyjątek warto uczynić dla Lemmy’ego który ma miliard lat lub więcej, grał jeszcze z Hendrixem, uczył Sida podstaw basu (nie wyszło) i tłucze się do dziś. cos jest w tym facecie, w przepitym głosie, w tym pysku paskudnym, w pozornej prostocie muzyki Motorhead, a ja jak zwykle nie mam pojęcia co, zostaję bezradny wobecj jego urżniętej wielkości i mam nadzieję, że pociągnie jeszcze długie lata aż w końcu szlag go trafi na scenie.
Tu jeszcze taki fajny blues, aj, jakie to proste, ładne, źródłowe.