Archiwa dla Maj, 2009

słowo na sobotę

“edyta górniak z bliska wygląda jak andrzej żuławski z daleka”

zapraszam do krakowa

na spotkanie autorskie. Jutro, czyli w piątek, 22. V. O 18.00 w Śródmiejskim Domu Kultury na Mikołajskiej. Prowadzi Marcin Baniak.

greg

Istnieje wiele sposobów na życie: można zostać nauczycielem, sportowcem, autorem tekstów w internecie albo nawet potworem. Przemiana siebie w monstrum jest zadaniem dość karkołomnym i długotrwałym ze względu na osiągi konkurencji. Michael Jackson na przykład nie nagrał od dawna żadnej piosenki, funkcjonując w popkulturze jako zboczeniec i dziwadło zawieszone gdzieś pomiędzy płciami i rasami. Jackson może mieć poczucie klęski, gdyż runął z samego szczytu prosto w błocko oskarżeń sądowych i rozpadu ciała, w czym teraz się tapla. Inni postanowili zmienić własną potworność w drogę do kariery.

Jestem pewien, że Denis Avner, słynny człowiek-kot, może żyć dostatnio z pokazywania się fotoreporterom i z występów w talk-show. Może nawet zdołał już oszczędzić na nowy organiczny ogon (ten, którego używa, jest mechaniczny). Jocelyn Wildenstein miała już mniej szczęścia; chcąc zatrzymać przy sobie męża, poddała się sekwencji operacji plastycznych mających nadać jej twarzy cechy kocie. Małżonek, ujrzawszy, co ze sobą nawyczyniała, zwiał najzwyczajniej w świecie i tylko przesłał szalonej żonie papiery rozwodowe. Seks z potworem ma w sobie sporą nutę perwersji, niestety nie dla wszystkich jest to do zniesienia. Na filmach porno z Lolą Ferrari, aktoreczką o biuście większym od siebie, widzimy facetów z biednym wzwodem, na granicy mdłości, najwyraźniej nie wiedzących, jak tu się zabrać do tego stwora. Zresztą cyc ów wpędził Lolo do grobu. Strach zapytać, jak wyglądała jej trumna, ale do dziś po sieci krążą rentgenowskie zdjęcia biustu wielkiego jak piłki lekarskie.

Gregory Valentino dobiega pięćdziesiątki, cieszy się największymi ramionami na świecie oraz statusem pajaca w kulturystycznym światku. Zdaje sobie z tego sprawę: Wiem, że budzę wstręt – mówi. Wiem, że jestem pośmiewiskiem dla kulturystyki. Zdaję sobie z tego sprawę, ale wszystko jest ze mną w porządku. W dzisiejszych czasach zawodowy paker musi przypominać monstrum, lecz pan Valentino przebił wszystkich. Jego ramię liczy teraz 25 cali w obwodzie, a i tak zmniejszyło się na skutek pobytu za kratkami. W koszulce na ramiączkach sprawia surrealistyczne wrażenie, jakby jego łapska miały zaraz pęknąć, ochlapując wodą wszystkich wokoło.

reszta na dozie kultury

metal na dziś (1)

Morbid Angel, “Immortal rites”

oj, jest wiele kapel death mniej-lub-bardziej metal i dziś ten gatunek jest czymś zupełnie normalnym, niczym strzelanina. Ale pamiętam jak miałem 12 lat i zwyczajnie nie wierzyłem, że można grać jak Morbidzi na jedynce, nie chodzi nawet o stężenie agresji w tym kawałku, bo łatwo można zagrać mocniej. prędzej o jakąś dziką siłę, o tę potworną, diabelska nawet artykulację wokalisty. to są granice muzyki, przynajmniej z perspektywy zwyczajnego słuchacza. sam klip, zarejestrowany na koncercie dość dobrze pokazuje czym był metal dwadzieścia lat temu, to se ne vrati, a ja rozumiem, czemu Tipper Gore, rodzice w Ameryce bali się tej muzyki.

Tydzień z głowy (31)

Strasznie lubię Dni Fantastyki, odbywające się co roku we Wrocławiu, a konkretnie w Leśnicy, osobnym miasteczku złączonym z Wrockiem administracyjnie i przy pomocy linii tramwajowej. Jest tam wszystko, co znaleźć się powinno, czyli zameczek, niedrogi browar, oraz masa, naprawdę masa atrakcji dla każdego, kto interesuje się fantastyką. Ja oczywiście jestem zbyt stary i nudny, by radować się konkursami i prelekcjami, ale z radością obserwowałem wyraźnie widoczne przeobrażenie się formuły konwentu w kierunku zachodnim. Na przykład jakość strojów poszła wyraźnie w górę i zamiast przaśnych wampirów oraz wojów widziałem stormtroopersów pięknych jak ta lala. Na marginesie tego wydarzenia, obserwując listę gości nabrałem przekonania, ze najlepiej na świecie mają aktorzy, którzy załapali się na trzy sekundy czasu ekranowego w jakimś wielkim hicie, na przykład w “Gwiezdnych wojnach”. taki trzydzieści lat temu zagrał puszkę do kawy, kolbę karabinu lub też stwora, w skutek czego do dziś ma się nieźle, obskakując konwenty na całym świecie, pisząc wspomnienia i firmując sobą najróżniejsze cudeńka, z figurkami włącznie.
Przypomniało mi się też dość szczególne, wówczas kompromitujące, a teraz budzące śmiech wydarzenie. Jakieś cztery lata temu, jeśli nie dłużej, miałem przyjemność uczestniczyć w leśnickim konwencie po raz pierwszy i dałem wyraz swej radości bawiąc się, ucztując ze świeżo zapoznanymi pisarzami. Obcowanie z wszystkimi świętymi polskiej fantastyki sprawilo, że udając się na swoją własną prelekcję, gdzieś  o 21.00 miałem ogromne trudności w zakresie utrzymania pionu. Czujny ochroniarz odmówił mi wstępu i pozostał nieczuły na wszelką, zdroworozsadkową argumentację. Na przykład: “ale proszę pana, ja jestem na plakacie.” – “Przykro mi. Tam są dzieci.”. Musiałem zawrócić. Rozumiejąc, że nie mogę, w interesie całego fandomu, dopuścić, by prelekcja poległa, obszedłem zamek i przelazłem przez mur. Do dziś nie wiem w jaki sposób dokonałem tego cudu, mur bowiem miał ze trzy metry i nie było jak się chwycić, stan umysłu w momencie przechodzenia nie pozwolił mi zarejestrować szczegółów tej czynności. Korzystając z okazji, dziękuję tajemniczejmu człowiekowi, który najprawdopodobniej posdadził mnie albo podał rękę.
Myślę też ostatnio o tym, co chciałbym pisać, w książkach, nie na blogu. I dochodzę do wniosku, ze interesują mnie tematy nieaktualne, na przykład, prawda, dobro i piękno. Chcę pisać o niemożliwości doświadczenia wszelkiej stałości, czy transcendencji, innymi słowy, o budowaniu domów bez Boga, by, mimo wszystko, były wygodne i piękne; O piekle białego światła w głowie, o chwilach gdy cały świat śledzi, szepcze i skrzeczy; O rozdrapywaniu strupów, szukaniu nadziei w swoich własnych ranach. O umieraniu i rozpadzie, lecz nie o starości, o tym raczej, jak to jest, gdy wszystko co znamy rozwiewa się w łapkach jak kupka sadzy; o sposobach i cudach sprawiających, że jednak nie można się poddać. O smugach cienia, gapieniu się w wieczność, własną skończoność, o trudnej, narkotyczniej wręcz relacji pomiędzy człowiekiem a jego marzeniem, a także o tym, kim my, Polacy, naprawdę jesteśmy, o sensie wydarzeń historycznych, społecznych, które uczyniły z nas te miękkie bryłki, które mijam, spotykam. Oczywiście, przyjaźń, miłość, zakochanie.
I byłoby zupełnie znośnie, nawet to przykre przeświadczenie, iż te grupy problemów uważa się raczej za zużyte, ewentualnie godne jedynie hollywoodzkiego filmu – to jeszcze można dźwignać. Ale tak samo, równie mocno co te trudne, może nawet bełkotliwe wątki chciałbym chwycić zimne piwko, wypite w ogródku z przyjaciółmi, zgrabne nóżki i krągły tyłeczek kołyszący się nad brukiem rynku, stare małżeństwo w tramwaju, widok z okna wysokiego domu, oddech miasta, te fajne chwile, gdy siedzę sobie wieczorem z przyjaciółmi, słuchamy starego metalu na płytach winylowych. Jedno, cenne zdanie uchwycone  w przelocie a nawet na komunikatorze, minięcie człowieka, otarcie się o niego, ostatni papieros przed snem, omyłkowy telefon, kawę u sąsiada, jazdę do innego miasta i rozmowę podczas tej jazdy – z kimś bliskim lub obcym. Takie  muśnięcia dłoni, albo nawet zawieruszenie się, kiedy wracam wieczorem do domu i zatrzymuję się, żeby popatrzeć na jakis drobiazg, na kłócącą się parę, albo pijaczków zbierających na wino, nawet, chciałbym pisać o powtarzalności drogi, tych setkach metrów tej samej trasy, którą przemierzamy codziennie idąc do pracy lub od rodziny; o moim synu w chwili gdy pokazuję mu burzę.
Nie mam pojęcia jak pogodzić te dwa światy, choć mam głębokie przekonanie, że jest to w pełni wykonalne. A całe to, powyższe ględzenie ma dość przykre źródło – miesiąc temu skończyłem nową książeczkę i teraz nie mam już wątpliwości, jak bardzo zawaliłem sprawę. Innymi słowy, “Ludzie jak motyle” zostali przeze mnie koncertowo spieprzeni, nie znajduję w tym żadnego dramatu, ani tez współwinnych, mogę mieć żal tylko do siebie. A dramatu nie ma, gdyż w zamian znajduję dużą niedogodność. Będę musiał po prostu popracować, przepisać, dopisać, skrócić, namieszać i tekst powykręcać, zgodnie ze stałą zasadą, że każda moja książka musi być nie tylko lepsza, ale i inna od poprzedniej.
Póki co niewiele piszę, prozy nic. Siedzę nad kawałkami do nadchodzącego zbiorku, coś w nich dłubię, ale tak leniwie, jakby już był lipiec. Trochę publicystyki, więcej niż trochę bieżączki, niestety, znów niewiele oglądam choć chciałbym. Wbrew zdrowemu rozsądkowi planuję wyprawę na Star Treka, choć dystrybutor nie zrefundował mi jeszcze strat psychicznych związanych z obejrzeniem ostatniej, kinowej odsłony “X-files”. Wciąż Doktor, i to udanie: wczoraj obejrzałem słynny “Blink” z trzeciego sezonu, odcinek który dostał nawet jakaś tam nagrodę, nevermind, lubię ten serial ze względu na sympatycznych bohaterów i pozytywny klimat, tym razem jednak gapiłem się w ekran z wywalonym ozorem i bijącym sercem; Niesamowity pomysł wyjściowy, doskonałe dialogi, a całość sklecona w ten sposób, że ani jeden kadr, ani jedna linia dialogu nie wydaje się zbędna, nie może też zostać zmieniona. “Blink” stanowi dowód na to, że serial kręcony z intencją rozerwania widza może wbić się w rejony zarezerwowane, powiedzmy, dla debiutów Finchera lub Carpentera, ostatni raz takie wrażenie miałem zresztą oglądając “Cigarette Burns” tego ostatniego. A, i jeszcze jedno. “Blink” można oglądać bez znajomości innych odcinków i właściwie nic nie wiedząc o świecie serialu.
Tu trailer:

I fajna scena z aniołkiem

Podjąłem również majowe zobowiązanie i zamierzam wzbogacić tego bloga o nowy, stały dział, opatrzony tytułem “Metal na dziś”.  To jednak jutro, a dziś Lily Allen, zachwycam się estetyką jej klipów, ta piosenka jest po prostu świetna i momentami mogę zapomnieć, że głupota pani Allen wyróżnia się nawet na tle innych, niezbyt rozumnych przecież gwiazdek świata zmienionego przez Britney Sperars.