Opowieść o “Szeregowcu Ryanie”.. Z przyczyn zawodowych musiałem przypomnieć sobie ten film, więc, kierowany zaskakującym odruchem przyzwoitości postanowiłem go kupić. Oblazłem budy, stoiska z oryginałami, na próżno jednak, sieć, owszem, oferowała, ale nie istnieje przecież takie dzieło sztuki, dla którego warto iść na pocztę. Już lepiej do Beverly Hills i rzeczywiście, w którejś z kolei Ryan był. Przy okazji, przyglądnąłem się półkom z filmami by ze smutkiem stwierdzić, że pan, gromadzący płytki z gazet na turystycznym stoliku ma więcej do zaoferowania. Więc pożyczyłem, wróciłem do domu i co? Film nie działał, co wyczerpało moją cierpliwość. Dziś jestem już po seansie, zdobywając wojenną opowiastkę Spielberga w jedyny możliwy sposób.
Obawiam się trochę, że w Polsce ruszy antypiracka krucjata. Wskazuje na to skandaliczny wyrok na ludzi z Pirate Bay w Szwecji i cykl artykułów Gazety Wyborczej odnośnie zjawiska, będący najpewniej preludium do czegoś większego. Nie chce mi się już rozwijać przytaczanych wcześniej argumentów: piractwo nie jest kradzieżą i nigdy nie było, ceny filmów, gier, są w Polsce wyższe nawet niż na zachodzie no i przecież (jak słusznie zauważa Jarek Lipszyc) dostęp Polaków do kultury jest ważniejszy niż interesy koncernów medialnych, którym rząd Polski jest nadwyraz przyjazny, z niepojętych dla mnie przyczyn.
Nie wdając się w moralną ocenę zjawiska – jak zwykle, w wypadku wyroku na wojowniczych Szwedów, zrobiono dokładnie odwrotnie niż zrobić należano, czyli penalizować wyłącznie czerpanie zysków z piractwa. W tym sensie, popieram gonienie wymierających już handlarzy stadionowych. Ale ściągać, udostępniać ludzie, na mocy prawa, powinni móc do woli. Dalej, takie rozwiązanie prawne powinno sprawiać wrażenie trwałości. Co wówczas by się stało? Otóż rzeczone koncerny i inne Microsofty musiałyby wreszcie pojąć, że mają trwałego konkurenta i funkcjonować w nowej rzeczywistości. Czyli, czynić swoją ofertę atrakcyjną. Oczywiście, coś co jest darmowe zawsze będzie miało swój walor, ale gadanina, jak to całą branżę szlag trafi przypomina majaczenie. Bo ludzie chcą kupować, sam chcę, tylko może nie po 250 pln za grę na Xboxa. Oryginały są wygodne, oczywiście, jeśli nie założono na nich dziesięciu kłódek najróżniejszych zabezpieczeń, no i zwyczajnie lubię mieć na półce pudełeczko. Plik mi się zawieruszy, pirackiej płytki szanować nie sposób, szukanie plików z napisami jest zwyczajnie nudne, więc proszę, do jasnej cholery, dajcie mi szansę na bycie uczciwym i niech nie muszę biegać z wywieszonym ozorem za jakimś Spielbergiem, a buląc dwie dychy za wizytę w kinie wolałbym nie obrywać w ryj półgodzinnym blokiem reklamowym. Zwracam też uwagę, że ostra penalizacja piractwa zamknie – wbrew temu, co mówiono – szansę na spadek cen. A przecież się da. Niezależne wytwórnie sprzedają kompakty po piętnaście złotych. Tyle właśnie powinna kosztować płyta. I błagam, nie pytajcie mnie, jakbym się miał, gdyby moją książkę wrzucono w neta. Przecież ona tam jest, a ja jakoś nie umieram z głodu.
Do tego, mam prawdziwy dylemat moralny. 29 maja do kin wchodzi “Antychryst” Larsa von Thiera. Zapewne zajebisty. Ale dystrybutorem jest Gutek, ten sam, który wytoczył wojnę stronom z napisami do filmów, potrzebnej i sympatycznej inicjatywie. Doniósł na ludzi. Czy, w tej sytuacji, zapłacenie za bilet nie będzie czymś niemoralnym?

Myślę o ograniczeniach twórczych i tym, w jaki sposób z nimi sobie radzić. To niedzielne rozważanie nie ma wielkiego związku z sytuacją bieżącą, to znaczy, nie wyłożyłem się na niczym szczególnym. Ale, zajmując się profesjonalnie literaturą od kilku lat, nie raz i nie dwa dałem ciała – napisałem coś, co okazało się słabe, poległem wykonując określoną fuchę, powtórzyłem siebie, albo nie dorosłem do tematu. Nie zdarza się to często, niemniej, prowokuje do pytania: co mogę, a czego nie mogę? Pamiętam rozmowę Andrzeja Pilipiuka z Dawidem Brykalskim, w której autor “Kuzynek” tłumaczył, w odniesieniu do Dukaja i Huberatha, że wyżej wała nie podskoczy. Nie chodzi mi o coś takiego, ale o sytuację, w której, z niewiadomych, czy raczej zasłoniętych chwilowo przyczyn napotykam ścianę. I nie mogę. Walę kichę, niezgodną z oczekiwaniami odbiorcy, zamawiającego, albo zwyczajnie odpuszczam. Nie jest to przyjemne, nawet, jeśli praca zostanie przyjęta. A jak nie zostanie, to dopiero! Człowiek się gryzie i jest to problem, z którym każdy, kto pisze, kto w ogóle zajmuje się sztuką, musi się uporać. Można oczywiście uwierzyć, że jest się genialnym i świat się myli, można też posypywać łeb popiołem i znajdować przyjemność tarzając się w przekonaniu o znikomości własnego talentu. Obie drogi prowadzą do nikąd. Ale wiem, próbuję wiedzieć, że pewnych rzeczy jeszcze nie umiem, co nie znaczy, że zawsze pozostanę w kleszczach niemocy. Pięć lat temu nie byłbym w stanie napisać “Świętego Wrocławia”, tak jak teraz, wciąż, nie umiem napisać “Widm”. Więc, pisanie, to w jakiś sposób ciągłe sprawdzanie siebie i zgoda na niepowodzenie, chciałbym wiedzieć tylko, ilu ludzi o tym myśli w ten sposób. Mam nadzieję, że większość piszących. Jesteśmy ograniczeni przez przyzwyczajenia, manierę, stałą chęć do pójścia na skróty, bo przecież istnieje milion ciekawszych rzeczy, niż pisanie. A tu czasem nie można, albo pada: Orbitowski, spieprzyłeś. Albo Orbitowski siedzi, gapi się w ekran i wścieka się, że nie potrafi, że, cokolwiek wklepie, będzie to rozbieżne z oczekiwaniami własnymi i innych. Co z tym zrobić? Ano, banalnie, po prostu, przystać, zrozumieć, że jakieś 30% rzeczy, które robię zwyczajnie nie wyjdzie, artystycznie, technicznie, komercyjnie, co nie podważa wartości całej pracy. Tylko trzeba wiedzieć, że nie umiem i nie bać się tego nie umienia. Wracając do mojego ulubionego porównania literatury z siłownią: kiedy pierwszy raz przyszedłem na pakę, nie wierzyłem, że kiedykolwiek ruszę stówę na ławeczce prostej. A teraz proszę, od tego ciężaru zaczynam trening.
Konkretnie już – próbuję napisać co myślę o ograniczeniach twórczych, ale nie umiem tego jasno wyrazić, czyli ograniczenia ograniczają mnie dodatkowo. To dopiero problem!
Obejrzane. “Romasanta”, Hiszpania, sprzed paru lat. Zastanawiałem się, czy nie napisać o tym do NF, ale odpuszczam, więc będzie tutaj. Film opowiada historię rzeczonego Romasanty, waryjota mordującego ludzi na hiszpańskiej prowincji w połowie XIX wieku. W roli tytułowej Julian Sands. Prawdziwy Romasanta ganiał w wilczej skórze, twórcy pociągnęli motyw dalej, sugerując, że filmowy killer naprawdę jest wilkołakiem. Mamy tu powtórkę z tematyki, wielokrotnie podejmowanej przez Terry Gillama i Tima Bartona, tyle, że w kostiumie ponurego horroru. Dwie interpretacje wydarzeń: jedna racjonalna, wskazująca na chorobę umysłową bohatera, druga zasadzająca się na jego likantropicznej naturze i konsekwencji wymykająca się racjonalności. Reżyser unika jednoznacznych opinii, wskazując jednak na przemożną siłę mitu: nóż w sercu Romasanty okazuje się srebrny, obiektywna prawda się nie liczy, umierający morderca, przez sam sposób zgonu zaczyna przynależeć do porządku baśniowego. Choć krew jest banalna w swej czerwieni. Dobrze, że film, mimo swojej brutalności, odchodzi od horrorowych standardów, unikajacy widowiskowej konfrontacji w ostatniej sekwencji. Opowiadając “magiczną” wersję przygód Romasanty użyto narracji subiektywnej, co zupełnie nie przeszkadza się cieszyć znakomitą, bardzo efektowną, by nie rzec najlepszą jak dotąd sceną przemiany.

I najważniejsza wiadomość tygodnia. W sieci nowy trailer do „Brutal Legend”. Znamy też datę premiery.