Archiwa dla Maj, 2009

tydzień z głowy (33)

Wydaje mi się, że kiedyś opisałem już swój dzień, ale trudno, co robić. Wstaję między siódmą a ósmą, budzik mam nastawiony na ósmą właśnie, ale z reguły budzę się wcześniej. Robię kawę i odpowiadam  na maile. Potem robię sobie śniadanie i siadam do prozy, przed pierwszym słowem zdarza się pierwszy papieros. Wedle południa powinienem być już po pisaniu i mogę zająć się zarabianiem pieniędzy, czyli redaguję teksty (ostatnio coraz rzadziej, nudzi mnie redaktorstwo), piszę publicystykę i questy do gry „Gilfors tales”, premiera wkrótce. Tak schodzi mi do czwartej, piątej, wychodzę z domu, wsuwam obiadek i idę na trening, co może nie jest zbyt rozsądne, przerzucać ciężary z pełnym brzuchem. Siłka zajmuje godzinę z kawałkiem, choć powinna więcej, prócz treningu siłowego powinienem trochę się rozruszać, zapisać się na boks czy coś podobnego, rękawice, w odróżnieniu od wolnego czasu już posiadam. Wieczory spędzam z synem. Bawię się z nim. Kąpię, usypiam i w rejonach dziesiątej mogę wracać do siebie. Kolacja. Nie mam czasu na film, więc, najczęściej, pogram sobie, przejdę etap w GTA i przed dwunastą jestem w łóżku, oczywiście muszę poczekać na Prezesa, który prędzej czy później na mnie wskoczy, rozmruczy się i poczeka z własnym snem na mój, rozwalony z łapkami do przodu, niczym sfinks. Nie wiem o czym śnię, nie ma żadnych demonów, tylko twarda ciemność.

Oczywiście, niekiedy ten rytm ulega zaburzeniu, czasem odwiedzę \Julka przed południem, czasem zdecyduję się do niego jednak nie wpaść, albo i odwiedzić dwa razy, czasem znów, zamiast pokornie wrócić do siebie wpadam w łapy kolegów, przyjaciół, wznoszę kielichy, rozmawiam, rozmawiam. Nie umiem, nie chcę uwierzyć w to, że w pewnym wieku stosunki z ludźmi ulegają schłodzeniu, że przyjaźń staje się elementem kalkulacji, nie umiem zwyczajnie tego przyjąć i cieszę się z tego stanu, ze świadomości, że nigdy nie byłem z kimś blisko dla pieniędzy.

Jeśli czegoś w swoim życiu nie lubię to drogi powrotnej do domu. Tak akurat się składa, że od przystanku tramwajowego mam jeszcze dziesięć minut na butach, chuj z dziesięcioma minutami, ale sceneria przytłacza: lezę pod wiaduktem kolejowym, mijam nasyp oraz zimne znicze, zostawione na pamiątkę tych, którzy jednak do domu nie doszli, albo nie dojechali. Jest to smutna, przestrzenna trasa bez żadnej nadziei, wędruję sobie z rękami w kieszeniach, w uszach tłucze mi się stary metal albo i książka audio (ostatnio Poe czytany przez Christopera Lee) i mgłoby być całkiem dobrze, tyle, że nie jest, mdli mnie przy każdym kroku. Nie wiem dlaczego. Może przez to, że nie ma żadnych świateł? Tylko auta furczą. A może dlatego, że w tym swoim dreptaniu nie mam jak uciec, ludzie często umykają w robotę, w sprzątanie, w rodzinę, w sztukę, w kumpli, co nawet się sprawdza, a ta droga pod wiaduktem, te upiorne dziesięć minut skazuje mnie na mnie właśnie.

Mój dzień jest zorganizowany co do piętnastu minut, już teraz wiem dokładnie jak będzie wyglądał najbliższy czwartek, a każdą wolną chwilę spędzam z przyjaciółmi.hej, kochani, jeśli to czytacie, wybaczcie mi, że nie mogę dać wam tyle czasu ile byśmy chcieli. To co było rozrywką, staje się pracą, ludzie, na przykład czytają książki dla przyjemności, rozluźniają się oglądając filmy, a ja, nawet kiedy sięgam po płytkę, książkę z intencją zabawy to nie wiem, czy przypadkiem to czytanie/oglądanie nie przełoży się na robotę. Bo jeśli coś mi sę spodoba, to o tym napiszę.Innymi słowy, cały dzień, życie nawet, skorelowało mi się z robotą, czasem przeraża mnie myśl, że żyję dziwnie tylko po to, by móc dziwnie pisać. Ale zmierzam do tego, że dziś to wszysto, na jeden dzień, uległo przełamaniu i nie robię nic. To takie dziwne. Z nikim się nie umówiłem, nic nie napisałem. Pilnuję kota Jarka i Asi Urbaniuków, siedzę w ich małym mieszkanku, śpiąc pod samym słońcem. Od rana czytam Jerofiejewa, oglądam horrory i zaraz, gdy tylko skończę pisać te słowa, wezmę butelkę whisky, wylezę przez okno w suficie na dach, będę siedział i patrzył na miasto.

“nadchodzi”. Początek

Premierowa nowelka do przygotowywanego zbiorku. zaczyna się tak. a wrzucam fragment po to, żeby za pół roku sprawdzić, co zostanie z tych słów.

“Nadchodzi” ma 340 tys. znaków.

1996
Czasem śnię o zmarłych w wilgotnych jamach i czerwonych rzekach. O patroszeniu i cięciu, o szarych kolumnach anonimowych armii i łunach za nimi. Są jak noże, wykręcone. O taborach i dzieciach, o kudłach zlepionych krwią, drągach nabitych kamieniami i rozprutych brzuchach matek. Wstawaj, mówię sobie i rozlepiam własne oczy.
Leżę, w tej chwili i jakoś nie mogę się podnieść. Nic mnie nie boli, chyba nie.
Teraz czekam już w kuchni, aż woda się zagotuje, wbijam jajka, zaraz, białawy kożuch rozlewa się na powierzchni. Nie słodzę już kawy, ale nie zaczęła mi smakować, piję małym łykami. Jajka są gotowe. Jem.
Lubię te poranne pół godziny, kiedy świat jeszcze śpi a ja wcale, mogę rozwalić się przed telewizorem wyciągający wygodnie nogi; jest mi obojętne co nadają, właściwie, obraz mógłby uwolnić się od dźwięku albo, jeszcze lepiej, zmieszać z innym, tak żeby na wiadomościach brzmiał głos z telezakupów. Myślę, czy nie zadzwonić do taty. Tato sobie radę da.
Człowiek w pewnym wieku nie śmierdzi, a przynajmniej ja myślę o sobie jako o kimś pozbawionym zapachu, zupełnie jak telewizor, wydaję dźwięki, mam jakąś barwę i swoje własne nasycenie, jednak nie pachnę a gdyby mnie polizać, okazałbym się zupełnie bez smaku. Ruszam się też niemrawo.
Boże, jakie bzdury przychodzą do człowieka o świcie, śmieję się, wstaję.
Jestem już ubrany; koszula rozpięta pod szyją, brązowa marynarka, dobrze, gotowy do drogi. Zegarek. Nie ma jeszcze siódmej, zastanawiam się co robić, skoro orka zaczyna się o dziesiątej, jakbym nie poszedł, będę za wcześnie. Nie lubię się spóźniać, ale i w czekaniu nie znajduję nic przyjemnego. Zerkam w kalendarz, nic nie wyskoczyło, żadna niespodzianka nie wylazła spomiędzy kartek, czego trochę żałuję.
Po ósmej dzwoni telefon.
-Cześć – słyszę.
-No witam.
-Będziesz?
-Acha. Idę.
-To wpadnij. Wiesz co się stało?
-Nie, nie wiem.
-Barciszak chce cię uwalić. Nie sądzę, żeby to przeszło, nawet na pewno nie przejdzie. Mirek będzie za tobą na mur, no a Raczyk wiadomo.
-Chuj z Raczykiem – mówię – chuj z nim – robię pauzę, dodaję – czy on się kiedyś ode mnie odpierdoli?
-Nie wiem, stary. Twój ojciec.
-Mój ojciec szcza pod siebie, człowieku. Mało im? Mało mu zaszkodzili?
-No wiesz…
-Powiem ci tak. Mój ojciec ma mnie w czterech literach i to tak głęboko, że nie wiem jak wygląda słońce. Jeśli Barciszak z resztą chcą mnie uwalić, to zrobią mu tym przyjemność. Powie jeszcze, że to moja wina.
Odkładam słuchawkę.
Zastanawiam się, czy jestem zadowolony czy nie zadowolony, czytam książkę, której nie rozumiem.

***
Wychodzę, jest dziewiąta. Z domu do Instytutu dzieli mnie pięć przystanków, ale lekarz poradził mi chodzenie. Więc chodzę, dobrze, że jest ciepło jak na taką porę, dobrze, że ludzi wielu nie ma, mało mijam, wcale nie trącam. Zegarek znowu, zwalniam, przysiadam na ławce. Czuję się w tej chwili starszy niż powinienem, przyglądam się swoim dłoniom, zaciskam w pięści. Są chude. Mam włochate nadgarstki.
Myślę sobie, że to dobrze, że nie mam żadnych problemów ze zdrowiem. Koledzy mają a ja nie. Kilka lat temu bolało mnie w krzyżu i to tak, że nie mogłem się schylić, tato akurat zjechał do Krakowa, było z tym masa cyrku, użerania się, schylania i ledwo dawałem radę. Oblewam się potem w najmniej spodziewanych sytuacjach: w środku wykładu, w sklepie, albo tuż przed zaśnięciem. Cięli mi hemoroidy na wiosnę zeszłego roku, miałem w dupie małą rurkę, ale zakleszczyła w sobie złośliwą żyłkę i odpadła.
Inni, myślę, to co innego. Taki Urbański habilitował się dwa lata przede mną, młody facet, wylało mu się coś w głowie i teraz chodzi o dwóch laskach. Albo wcale. Pech chciał, studentkę wziął sobie, dwadzieścia trzy lata, ładna jak cholera, po co jej półtrup. Uświadamiam sobie nagle, ze chyba nie prześpię się już z młodą kobietą. Przepełnia mnie smutek. A może się prześpię. W życiu nigdy nic nie wiadomo.
Barciszak też jest chory, nie wiem nawet co mu. Taki żółty troll, z samej skóry. On ma szkielet? Nie wiem czy ma. Chyba ma. Kiedyś miał, to był kawał faceta i zawsze trzymał się prosto. A Raczyk, nie wiem jakim cudem w ogóle on żyje, dwa metry, brzuch jak bęben, a młodszy ode mnie. Czterdzieści osiem lat. Zawał jak nic. Niech zdycha, mówię sobie, wstaję, dwadzieścia po, niech zdycha.
Mam ręce w kieszeniach, wieje chłodny wiatr, muszę mrużyć oczy.
Gdybym, na przykład, miał działkę, mógłbym tam jeździć co weekend, mało tego, mógłbym zapraszać tam tych wszystkich sukinsynów, żeby widzieli, że nie wiedzie mi się źle. Wracam do nich myślą i jestem wściekły, to żaden splendor być szefem instytutu, choćby to był instytut badań prasowych, ale  zawsze, ale można, ale przecież – czemu nie ja. Co to znaczy, że zabrać? Przegłosować? No mogę.
Mijam kobietę w eleganckim płaszczu, przesyła mi spojrzenie. Takie dziwne.
Pewno jej się nie podobam, bo jestem niski.
Ale sprawdzam, nic mnie nie ochlapało, koszula nie wychodzi ze spodni, jestem zapięty pod szyją. Można wrócić do sukinsynów, wracam szybciej niż zdołałem o wracaniu pomyśleć, zdumiewa mnie taka mała zazdrość, bo rozumiem, ukraść milion dolarów, skręcić kark milionerowi, ministrowi, lecz czemu, u diabła, ludzie szarpią się za drobne? Jak te robale te. Chcecie ten fotelik, bierzcie, mi to pasuje, więcej czasu dla mnie.
Braciszek, suchy, papierowy, oczka złe, a łapki mu krążą jakby próbował coś zwędzić, zawsze tłucze łyżeczką.
Raczyk. Olbrzym bez cienia gracji, ponury drab o oczach jakby w nie naszczać, dudni a nie gada, kołysze się nie chodzi, tępy, ograniczony, wyczyszczony z wyobraźni tłuk.
Teraz gapi się na mnie starsze małżeństwo, ona siwa, on grzyb. Chwyta ją mocniej, nie umie wzroku ode mnie oderwać.
Braciszek, Raczyk. Jak oni czytać się nauczyli?
Skurwysyny. Skurwysyny.
Preclarka podnosi głowę, nagle pojmuję, przyspieszam, bo mi wstyd. To nie były myśli, ja gadałem do siebie, szedłem przez miasto, na Filipa, i przez całą drogę mówiłem na głos: skurwysyny, skurwysyny.

metal na dziś (2)

nie kupuję Satyricon, już przesławne “Mother north” to była wiocha, ze o cymesach w rodzaju groźnych zdjęć z wypchanym orłem nie wspomnę. Nowa płyta nadaje się pod walec, image chłopaków jest głupkowaty, a najbardziej złości nieustanne przeskakiwanie własnego rzekomego profesjonalizmu, czego wyrazem jest nagrywanie krążka przez trzy lata w studiu Bryana Adamsa czy czymś podobnym. No i co z tego? po co to piszę? “K.I.N.G” wyszedł im jak mało co, kopie, wali w pysk i jeszcze ma znamiona hitu. Enjoy.

o “god told me to” w nowej fantastyce

(…)
Jest dziwnie
Skoro już przy chrześcijaństwie. Nie podejrzewam Cohena o wyszukane życie religijne, ale w “God Told Me To” znajdujemy ślady dość szczególnej interpretacji zjawiska UFO, bardzo rzadko występującej w kulturze popularnej. Zdaniem niektórych teologów, latające spodki to nic innego jak kolejna manifestacja diabła, tego z piekła, który skroił nową postać pod przyjazne kształty znane z filmów SF. Niewiele mnie obchodzi UFO, obie wykładnie – kościelna i kosmiczna – wydają się bezsensowne, ale odmienne podejście do problemu zwyczajnie cieszy, choć tutaj służy do zbudowania kolejnej kondygnacji udziwnień.

“God Told Me To” stanowi najbardziej udany przykład filozofii filmowej Larry’ego Cohena. W nakręconym na początku lat siedemdziesiątych “To żyje!” przywołał morderczego niemowlaka, a w “Substancji”, wydanej także w Polsce, mamy do czynienia ze specyficzną, dobywającą się z gruntu mazią o wyjątkowych walorach spożywczych, morderczej też w swojej zasadzie.

Larry Cohen dziś jest przede wszystkim scenarzystą – ostatnio podpisał się, między innymi, pod średnio udanym “Sadystą”. Ostatni raz stanął za kamerą jako uczestnik telewizyjnego przedsięwzięcia “Mistrzowie horroru”. Jego “Autostopowiczka”, opowieść o dwóch seryjnych mordercach (autostopowiczu i kierowcy ciężarówki) rywalizujących ze sobą, zaskakuje świeżością i bez wątpienia należy do najciekawszych odcinków serii.

GOD TOLD ME TO (AKA Demon). Reżyseria: Larry Cohen. Występują: Tony Lo Bianco, Deborah Raffin. USA 1976, IMDB rating: 6,4

całość w numerze

tydzień z głowy (32)

W oczekiwaniu na „Brutal Legend” sięgnąłem po „Tenacious D: Kostka Przeznaczenia” uzyskując rzadką możliwość pełnej identyfikacji z tematem i bohaterem. W dużym skrócie, film jest przezabawnym dowodem miłości do hard rocka i metalu, z nienachalnym podśmiewywaniem się z maniaków tej muzy, którzy – jak sam Jack Black – dobijają czterdziestki, lecz ani im w głowie odłożenie gitary, czy nawet, broń Szatanie, wystąpienie z Kiss Army. Dla widza lubującego się w innych dźwiękach film może zyskać wartość jako zapis stanu umysłu pokolenia wyrosłego w latach osiemdziesiątych, tych ludzi, którzy dwie dekady temu zakotwiczyli swoje marzenia i ukształtowali wyobraźnię. Ale „Tenacious D: Kostka Przeznaczenia” to przede wszystkim prezent dla dojrzałych-niedojrzałych, takich, co nie umieli wywalić muzyki ze swojego życia, choćby było to tylko wspominanie dźwięków młodości. A w tym torciku masa wisienek, na przykład cudowna rozmowa o diable pod sam koniec, drugie plany Tima Robbinsa i Bena Stillera, wreszcie, genialne, drobne rólki żywych legend: Ronniego Dio oraz Meat Loafa. O tutaj:

i jeszcze prawie najlepsza piosenka świata

Jakiś rok temu laliśmy z Urbaniukiem z „szkoły Wiedemanna”, tymczasem literackie środowisko weszło w fazę drżenia, oczekując na nowy nr „Twórczości” z dziennikiem rzeczonego autora. Blog kumple cytuje fragmenty, z których możemy się między innymi dowiedzieć, że jednym z przedmiotów w rzeczonej szkole jest uprawianie miłości francuskiej pomiędzy facetami, za to w miłym otoczeniu nagrobków. Plus trailer klasycznych napierdalanek środowiskowych. Jestem jak najdalszy od moralizowania, więcej, wydaje mi się, że świat w którym ktoś robi komuś laskę jest piękniejszy od świata z którego wyrugowano tę prostą czynność, zastanawiam się jednak, czemu ma służyć przywołanie takiego wydarzenia. Witkowski już złożył opowieść o homoseksualizmie, wątpię by Widemann go przebił, czyli – zapis z życia? Tylko po co o tym wspominać, przecież ludzie ze sobą współżyją, nadając różne formy tym fikołkom, chyba, że dla pisarza w Polsce sam fakt uprawiania oralu urasta do rangi niezwykłego, rzadkiego wydarzenia. A może groby przydają głębi oraz sensu? Podejrzewam jednak, że chodzi o próbę wywołania szoku wśród zachowawczych moralne czytelników, o wstrząśnięcie tym potwornym aktem lubieżności, tu jednak Paris Hilton jest lepsza, o Tomie Sizemore nie wspomniawszy, czyli, żeby być na czasie, „Twórczość” powinna dołączyć płytkę z filmowym zapisem Wiedemannowej przyjemności. O co się złoszczę? Bo jeśli środowisko twórców ma być zdemoralizowane, to przynajmniej z przytupem, chcę wieści o orgiach z gwiazdami porno albo staruszkami, o piciu płynu do chłodnicy i wciąganiu kresek z wygolonej dupy dobermana, a nie, do jasnej cholery, smutnej relacji o plenerowym ssaniu, też pewnie smutnym bo władowanym w ramy ekstrawagancji. Rozumiem również, czemu anioły nagrobne są tak potwornie ponure, skoro pisarze prokurują im widoki takie a nie inne.
Przysiadłem ostro do zbiorku, myślę, że niedługo będę mógł podać listę utworów, które doń trafią. Układ pozostaje taki, jaki był zapodawany, czyli stare kawałki plus jeden nowy, długi, mam nadzieję, mięsisty. Dziwnie się wraca do starych rzeczy. Z reguły nie zastanawiam się nad sobą, ufam mięśniom serca, niech pchają galerę mojego ciała tam gdzie im się podoba, ale czasem staję wobec siebie nad sobą zadumanego. Bardzo trudno przywołać mi stan umysłu, który zrodził takiego „Popiela Armeńczyka”, ani nawet drobiazgowość związaną powstawaniem „Zatoki tęczy”, a jednak muszę, będę musiał to uczynić. Wtedy czuję się jakbym pisał wspomnienia, albo, jeszcze lepiej, jak aktor powracający do roli w sequelu. I problem praktyczny, zmieniać, czy nie zmieniać? Bo niektóre teksty widziałbym teraz inaczej. a przecież wszystkie mają swoje historie i pieszczę się myślą, że nie tylko dla mnie. To znaczy, że ktoś polubił takie a nie inne opowiadanie w określonym kształcie. Takim mu je dałem. Mam prawo odebrać? Nie wiem.
Minął rok od wydania „Prezesa i Kreski”. Uważam, że to bardzo dobra książka, a zarazem jedyna, którą boję się otworzyć, z czym mam pewien problem, za jakiś czas powinienem przeczytać ją mojemu synowi. Mam nadzieję, że będę umiał. Więc zamiast książki, będzie o pierwowzorach. Nieustannie podróżując, wyrządzam moim kotom przykrość, z czego zdaję sobie sprawę, wszyscy sobie zdajemy, w zamian drapiąc się i mrucząc. Zastanawiam się więc nad granicami zwierzęcości, każdemu kto miał psa, kota, kto psa, kota kochał uświadomienie sobie ich natury musi zdradzać pewną trudność. Bo to tylko zwierzę, kłębek neuronów. W co nie chce się wierzyć. I na tym też polega geniusz ewolucji, koty, będące zwierzętami przetrwały za sprawą szczególnej umiejętności udawania, że są czymś więcej niż są. Uczyniły znakomicie, w efekcie wiem, że kot to kot jedynie, a zarazem myślę o Prezesie i Kresce zupełnie wbrew tej wiedzy, tak samo, jak właśnie w tej chwili, wbrew sobie samemu pomyślałem, że przecież kiedyś zabraknie Prezesa, zasypiającego na moich barkach, albo w nogach, gdy gram na konsoli, że oszalałe z łakomstwa, poranne miauczenie skretyniałej Kreski zamilknie i koty znów okażą się tylko kotami, tyle że w czasie dokonanym.

Następna strona »