tydzień z głowy (33)
Wydaje mi się, że kiedyś opisałem już swój dzień, ale trudno, co robić. Wstaję między siódmą a ósmą, budzik mam nastawiony na ósmą właśnie, ale z reguły budzę się wcześniej. Robię kawę i odpowiadam na maile. Potem robię sobie śniadanie i siadam do prozy, przed pierwszym słowem zdarza się pierwszy papieros. Wedle południa powinienem być już po pisaniu i mogę zająć się zarabianiem pieniędzy, czyli redaguję teksty (ostatnio coraz rzadziej, nudzi mnie redaktorstwo), piszę publicystykę i questy do gry „Gilfors tales”, premiera wkrótce. Tak schodzi mi do czwartej, piątej, wychodzę z domu, wsuwam obiadek i idę na trening, co może nie jest zbyt rozsądne, przerzucać ciężary z pełnym brzuchem. Siłka zajmuje godzinę z kawałkiem, choć powinna więcej, prócz treningu siłowego powinienem trochę się rozruszać, zapisać się na boks czy coś podobnego, rękawice, w odróżnieniu od wolnego czasu już posiadam. Wieczory spędzam z synem. Bawię się z nim. Kąpię, usypiam i w rejonach dziesiątej mogę wracać do siebie. Kolacja. Nie mam czasu na film, więc, najczęściej, pogram sobie, przejdę etap w GTA i przed dwunastą jestem w łóżku, oczywiście muszę poczekać na Prezesa, który prędzej czy później na mnie wskoczy, rozmruczy się i poczeka z własnym snem na mój, rozwalony z łapkami do przodu, niczym sfinks. Nie wiem o czym śnię, nie ma żadnych demonów, tylko twarda ciemność.
Oczywiście, niekiedy ten rytm ulega zaburzeniu, czasem odwiedzę \Julka przed południem, czasem zdecyduję się do niego jednak nie wpaść, albo i odwiedzić dwa razy, czasem znów, zamiast pokornie wrócić do siebie wpadam w łapy kolegów, przyjaciół, wznoszę kielichy, rozmawiam, rozmawiam. Nie umiem, nie chcę uwierzyć w to, że w pewnym wieku stosunki z ludźmi ulegają schłodzeniu, że przyjaźń staje się elementem kalkulacji, nie umiem zwyczajnie tego przyjąć i cieszę się z tego stanu, ze świadomości, że nigdy nie byłem z kimś blisko dla pieniędzy.
Jeśli czegoś w swoim życiu nie lubię to drogi powrotnej do domu. Tak akurat się składa, że od przystanku tramwajowego mam jeszcze dziesięć minut na butach, chuj z dziesięcioma minutami, ale sceneria przytłacza: lezę pod wiaduktem kolejowym, mijam nasyp oraz zimne znicze, zostawione na pamiątkę tych, którzy jednak do domu nie doszli, albo nie dojechali. Jest to smutna, przestrzenna trasa bez żadnej nadziei, wędruję sobie z rękami w kieszeniach, w uszach tłucze mi się stary metal albo i książka audio (ostatnio Poe czytany przez Christopera Lee) i mgłoby być całkiem dobrze, tyle, że nie jest, mdli mnie przy każdym kroku. Nie wiem dlaczego. Może przez to, że nie ma żadnych świateł? Tylko auta furczą. A może dlatego, że w tym swoim dreptaniu nie mam jak uciec, ludzie często umykają w robotę, w sprzątanie, w rodzinę, w sztukę, w kumpli, co nawet się sprawdza, a ta droga pod wiaduktem, te upiorne dziesięć minut skazuje mnie na mnie właśnie.
Mój dzień jest zorganizowany co do piętnastu minut, już teraz wiem dokładnie jak będzie wyglądał najbliższy czwartek, a każdą wolną chwilę spędzam z przyjaciółmi.hej, kochani, jeśli to czytacie, wybaczcie mi, że nie mogę dać wam tyle czasu ile byśmy chcieli. To co było rozrywką, staje się pracą, ludzie, na przykład czytają książki dla przyjemności, rozluźniają się oglądając filmy, a ja, nawet kiedy sięgam po płytkę, książkę z intencją zabawy to nie wiem, czy przypadkiem to czytanie/oglądanie nie przełoży się na robotę. Bo jeśli coś mi sę spodoba, to o tym napiszę.Innymi słowy, cały dzień, życie nawet, skorelowało mi się z robotą, czasem przeraża mnie myśl, że żyję dziwnie tylko po to, by móc dziwnie pisać. Ale zmierzam do tego, że dziś to wszysto, na jeden dzień, uległo przełamaniu i nie robię nic. To takie dziwne. Z nikim się nie umówiłem, nic nie napisałem. Pilnuję kota Jarka i Asi Urbaniuków, siedzę w ich małym mieszkanku, śpiąc pod samym słońcem. Od rana czytam Jerofiejewa, oglądam horrory i zaraz, gdy tylko skończę pisać te słowa, wezmę butelkę whisky, wylezę przez okno w suficie na dach, będę siedział i patrzył na miasto.