Archiwa dla Kwiecień, 2009

Nominacja do Donga

za www.powergraph.pl Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat Łukasza Orbitowskiego wydane przez Powergraph otrzymały nominację do nagrody Donga – „Dziecięcy Bestseller Roku 2009”  Nagroda przyznawana jest przez jury dziecięce (Mały Dong) i jury profesjonalne (Duży Dong). Więcej o nagrodzie i pozostałych nominacjach na www.ibby.pl

Swoją drogą, losy tej książki trochę mnie zdumiewają

blogaski

Koledzy pozakładali sobie blogi, o czym należy donieść.
I tak. Pod adresem http://emigrant-uk.blogspot.com znajduje się dziennik Jana Krasnowolskiego, autora dwóch znakomitych, nazbyt rzadko komentowanych książek: “Dziewięciu łatwych kawałków” oraz “Klatki”. pamiętam, że lata temu z Janem odbyliśmy nawet trasę po Polsce, on  promował rzeczoną “Klatkę”, ja “Horror show”, promocja może nie wyszła,  ale koleżeństwo owszem. Teraz Jan jest za granicą, wraca powoli do pisania, mam nadzieję, że nie tylko po sieci. Jest mocno, szczerze, lewacko jak należy oczekiwać po muskularnym Krasnowolu i tylko szkoda, że nasze grille na trupach raczej nie wrócą, chyba, ze skoczę sobie za kanał.
Przymuszony przez czynniki wyższe, obiekt uwielbienia kobiet, bankowiec, oraz tytan pracy pisarskiej realizuje się sieciowo o w tym miejscu:  http://jakubmalecki.pl/, jeśli akurat nie robi pompek. Bardzo miło wspominam pracę przy debiutanckich “Błędach” i późniejszym “Przemytniku cudów”, opowiadanie w “Nowe idzie” było po prostu świetne i coś mi czule szepta, że jeszcze chwila, a Małecki stanie się kimś wielkim, tytanicznym nawet i będzie pluł sobie w brodę, że nazwisko Górecki jest już zajęte. Do poczytania.
Jeśli czekam w tym roku na jakiś horror to chyba na zbiór opowiadań Pawła Palińskiego “Cztery pory mroku”. Paliński błysnął nowelkami w antologiach dla Red Horse i wykonuje rzecz niemal niemożliwą, to znaczy pisze o Ameryce, co nie miało prawa się udać, a jednak – jest najbardziej amerykańskim z polskich autorów i wprost trudno uwierzyć, że jego, pięknie napisane kawałki narodziły się nad Wisłą, a nie w jakimś Bostonie czy Bangor. Anyway, mr Palinsky jest również człowiekiem mylącym, gdyż wypowiadał tytuł swego przyszłego debiutu wielokrotnie w mojej obecności, a ja zawsze, uwarunkowany tradycyjną zbitką słowną, myślałem, że to pory roku są i Paliński wreszcie przełamie zimową dominantę polskiej fantastyki (Lód, Pan Lodowego Ogrodu, Tracę ciepło)  na rzecz całorocznej syntezy. Oto jego blogasek: http://czteryporymroku.blogspot.com/
Poza tym nagrałem dziś program z Kazią Szczuką.

o Annie Kańtoch

Wyobraźmy sobie, że możemy się zmienić.

Nie w ten sposób do którego przywykliśmy i który, z tak bolesnym oporem jest z rzadka realizowany – kiedy na przykład próbuję wykonywać porządnie swoją pracę i nie wrzeszczeć na najbliższych. Mowa o śnie, który ćmi się tuż za rogiem: o modyfikacjach genetycznych dzieci jeszcze w łonach matek i majstrowaniu przy wyglądzie człowieka daleko wykraczających poza botoks. I jeszcze dalej.

Natura pozbawiła mnie, powiedzmy, wszelkich talentów związanych z muzyką, śpiew mój przypomina charkot duszonego garrotą lub wycie pędzonego bydła, Mozarta od Britney odróżniam z ledwością, kierując się wątłą poszlaką, że w jednym ktoś śpiewa a w drugim nie, zaś jedynym rytmem który umiem odtworzyć jest walenie pijanym łbem o ścianę. Ten rodzaj upośledzenia nie jest szczególnie dokuczliwy, czasem jednak przykry, zwłaszcza, że sprowadza mnie do roli małpki salonowej (Eeee, Orbit! Zaśpiewaj coś!). I byłoby dobrze, gdybym mógł pójść do genetycznego czarodzieja, żeby sprokurował nowego, umuzykalnionego Orbitowskiego, dodałbym sobie też ciut silnej woli oraz skorzystał z promocji na wyobraźnię, słowem, tylko pieniądze wyznaczyłyby moją, nieskrępowaną drogę ku doskonałości.

W „Przedksiężycowych” Anna Kańtoch oferuje taką możliwość swoim bohaterom. A nawet dużo więcej, można bowiem ulepszyć sobie nie tylko talenty z dziedzin artystycznych, ale i rozwinąć umiejętności magiczne, w rodzaju telepatii. Istnieją reguły tych przeobrażeń, obmyślane w myśl zasady, że za wszystko trzeba zapłacić w walucie twardszej niż moneta – rzeczeni telepaci są więc najczęściej idiotami, a niejaka Jaina wzięła talent animatorki, godząc się na głębokie blizny, oszpecające jej twarz.

Takie rozwiązania są znane literaturze fantastycznej: deformacja, fizyczna lub psychiczna jako konsekwencja użycia magii to standard od czasów, gdy Saruman użył palantira i się skorumpował, a straszenie genetyką należy, u takiego Koontza do dobrego tonu. Pomysłowość Kańtoch ujawnia się więc nie w samym pomyśle, ale w wyjaśnieniu dlaczego ludzie robią sobie to co robią.

Otóż, dlatego, że muszą.

Dalszy ciąg

btw, nagrałem właśnie polecankę dla TVP II, oczywiście “Przedksiężycowych”

Tydzień z głowy (28)

Od dziś powracam do czynności dla mnie niewyobrażalnej, niby lot na Księżyc – wybieram się do biblioteki. Będę znów siedział, przeglądal gazety z lat pięćdziesiątych, garbił się nad mapkami, czytał socrealistyczne powieści i anegdotki na temat obyczajowości polskiego literata pod Bierutem. Wszystko do “Widm” i bardzo, bardzo bym chciał, żeby sfrunął mi tu aniołek i lejem wpakował mi do łba te mądrości. To chyba, z mojego punktu widzenia, najtrudniejszy etap pisania: zbieranie materiałów. Jak dotąd nie zdarzał się często, bo materiały zbierały się same, w toku wydarzeń będących udziałem moim lub najbliższych. Lubię też, jak książka się klei, jak, na przykład, wracam sobie do domu, jest ciepły wieczór, targam jakieś zakupy albo pranie i nagle, człowiek, przygoda, o której myślałem zyskuje towarzysza. Mam wówczas poczucie doświadczenia prawdziwej magii, bo nie znajduję powodu, dlaczego te dwie, potem cztery, dwadzieścia różnych drobiazgów spotyka się ze sobą, do tego w mojej głowie. Robienie konspektu “na zimno”, również jest przyjemne, w trochę autoerotyczny sposób: oto siadam przed pustym ekranem, mając pod czaszką tylko fruwające farfocle pomysłów, zaczynam pisać – myślę niemal wyłącznie pisząc – by po godzinie, dwóch, pojawił się na stronie zarys książki, opowiadania, mniej więcej odpowiadający efektowi końcowemu. Wówczas zachwycam się sobą, że jestem taki błyskotliwy, zdolny do błyskawicznej syntezy.
Ale nie biblioteka. Wszystko, tylko nie ona. Tam nawet palić nie można, ze o kubku kawy obok bezcennych zbiorów nie wspomnę, nie odbiorę telefonu i muszę siedzieć w krępującej ciszy – nie znam milszego tła do pracy, jak kawiarniany szum. Są też szare, ponure  bibliotekarki o oczach konfidentów, a nade wszystko, stara kadra biblioteczna, goście przychodzący ćwierć wieku do takiej Jagiellonki, bez zębów, o siwych brodach i zapadniętych policzkach, siedzą sobie z niewiadomych przyczyn, od rana do nocy i przerzucają stare gazety palcami żółtymi od papierosów. Kiedy muszą zbierać się do domu ogarnia ich niewysłowiony smutek, może dlatego, że stara żona jest równie atrakcyjna co wolumin z przedwojnia, lecz, w odróżnieniu od tegoż woluminu umie tak wrzasnąć, że fiszki się trzesą. Patrząc na tych nieszczęśliwych ludzi mam podobne wrażenie, co parę lat temu, kiedy, dobiegając  trzydziestki, wciąż włóczyłem się po knajpach: widziałem wówczas duchy zalanego Krakowa, starsze ode mnie o dekadę z kawałkiem, patrzyłem na nich tak jak patrzę na dziadków bibliotecznych i chce mi się prosić nieistniejącego Boga: nie pozwól, Panie, bym skończył tak jak oni.
Biblioteka generuje w sobie środowisko nieprzyjazne i opresyjne, pomijam już to, że pracownicy kończą, jestem pewien, roczne kursy opryskliwości. Mówię raczej o długim oczekiwaniu na książki  i paranoicznie drogim ksero i to w czasach, keidy Amerykanie pakują dziedzictwo swej literatury i publicystyki bezpośrednio do netu. Czasem zdarzy się jednak cos zabawnego. Pamiętam, jak lata temu poszedłem do Jagiellonki szukac materiałów do własnej magisterki (o Janie Stachniuku) i zetknąłem się z nowo wprowadzonymi środkami bezpieczeństwa. Miało to związek z jubileuszową już, kradzieżą jakichś starodruków. Postawiono ochroniarza, tak mocarnego, że pierwszy podmuch wiatru wybiłby mu wszystkie zęby, oraz piszczące bramki. Baby w szatni miały zaś wydobywać od czytelników informację, dokąd ci zmierzają. Więc podchodzę, składam kurtkę na blacie, babina kończy rzuć i pyta:
-Gdzie?
-Na wieszak – odpowiedziałem, przesuwając kurtkę w jej stronę.
Nigdy nie widziałem tak głupiej miny, jak wtedy.
Co prawda idę do biblioteki w Warszawie, więc mam nadzieję, że tu jest inaczej, bardziej europejsko, ochroniarze mają piękne mięśnie, bibliotekarki głębokie dekolty i wyglądają jak Lady GaGa no i wszystko jest ze szkła. Oczywiście, nie mam na tyle czasu, by załatwić tutaj wszystko i reaserch dopełni się w Jagiellonce. W zamian, obiecuję, że “Widma” powstaną tam, gdzie powinna powstawać książka, w knajpianym gwarze, w parku, w pokojach hotelowych, w autobusie i pociągu, nad morzem albo i w Bieszczadach, przy łóżku mojego śpiącego synka i tych wszystkich pałacach, norach, przestrzeniach, których istnienie jeszcze nie mieści mi się w głowie.
Wszyscy zachwycają się “Doktorem Who”, dobijam do końca pierwszego sezonu i zaczynam rozumieć o co ludziom chodzi – co nie znaczy, że jestem zachwycony. Doktor jest ciut przaśnym serialem o kilkudziesięcioletniej tradycji, realizujący wątek podróży w czasie pod batem znacznych ograniczeń budżetowych. Wychodzi z tego sympatyczne retro, gdzie oszczędności na efektach i lokacji stają się jeszcze jednym elementem zabawy, lepszych seriali mógłbym wymienić ze dwadzieścia, ale żaden nie niesie tak jasnej, pozytywnej energii, jakoś, po odcinku albo dwóch orientuję się, że ponurych myśli jest we mnie mniej, że w jakiś sposób, te durne, kończące się dobrze przygody są ekwiwalentem przygód Myszki Mickey tylko dla dorosłych. Albo dla nastolatków, w każdym razie dla tych, którzy bardzo chcieliby pozostać dziećmi, ale już nie mogą – zwłaszcza, że przykład Jacko jest średnio zachęcający.
Za to gry rozczarowują – pykam naprzemiennie w Left4Dead i GTA4. Pierwsza to zrobiona za średni szmal strzelanina z zombie w tle, jest bezładnie i szybko, hordy nieumartych zwalają się calymi falami, a ja strzelam jak głupi, ginę albo nie, a wszystko jest bliźniaczo do siebie podobne i wyrugowane ze wszelkich emocji – już lepiej bawiłbym się przy jakiejś fajnej, pradawnej strzelaninie w stylu “idziesz w prawo’, takiej Contrze na przykład. Z GTA jest już chyba lepiej, z tym, ze ja nie nabieram się na skandaliczną warstwę atrakcyjności tej zabawy: może, gdybym miał osiemnaście lat i musiał codziennie być w domu o dwudziestej pierwszej, jąłbym się zachwycać wirtualną szansą podwiezienia dziwki, lub zastrzelenia policjanta. Gdy odejmiemy tę złowroga radość, zostaje durne jeżdżenie samochodem i wysługiwanie się przestępcom drobniejszym ode mnie, nawet radość szalonego rajdu przez miasto (na zasadzie-ile zdołam narozrabiać, nim mnie zastrzelą) jest umiarkowana. Jestem jednak na początku, więc może wsiąknę, póki co rozumiem konieczność zainwestowania  w jakieś “Call of Duty”. No i kolorowe platformówki, czas trenować, przecież, mam nadzieję, za parę lat Ju zacznie ogrywać mnie jak nic.

Imp w wydaniu specjalnym nowej fantastyki

zaczyna się tak:

T e r a z  widzisz, że te wszystkie rzeczy są możliwe tylko we śnie. Widzisz, że są chłopięcym szaleństwem, głupimi tworami wyobraźni nieświadomej swoich wybryków, jednym słowem, że są snem i to ty jesteś ich twórcą. Znaki snów są widoczne, powinieneś był wcześniej je dostrzec.
Mark Twain, Tajemniczy przybysz

Imp, tak właśnie się nazywał, mówili, właściwie nie wiadomo skąd takie dziwne imię. Trudno też powiedzieć, co lubił, czego nie, wyglądało tylko na to, że nie dążył do szczęścia i nie unikał cierpienia.
Lubił siedzieć w kącie i patrzeć na człowieka, jego oczy robiły się wówczas węższe, poruszał też ustami, jakby coś żuł. Lecz jadał niewiele, za to świdrował wzrokiem, nieodgadnionym w swej czerni, jego mocne dłonie splatały się w przestrzeni, cisnęły o niewidzialną barierę, o kark do skruszenia, który widział tylko on.
Śmiał się tak po swojemu; coś pomiędzy dziecięcą radością a jękiem naprężonego sznura, skakał wtedy tak śmiesznie, kolana zbliżały się ku sobie, a potem opadał nisko, przekrzywiał głowę. Plecy gięły się w garb. Nikt nie rozumiał, co go bawi, czasem cieszył się tak w pustym pomieszczeniu, nie dawał się też rozbawić i chyba nie rozumiał żadnych żartów. Miał swoje.
Niektórzy twierdzili, że wcale nie sypia i nawet jak leży, jedno oko ma uchylone i obserwuje. Ale pod powiekami gałki ruszały się intensywnie, można pomyśleć, że coś tam widzi, biegnie nawet, dłońmi znów coś chwyta, kłapie ustami. Czasem płacze.
Uwielbiał mówić i opowiadałby całe historie, gdyby poznał więcej słów. Może nawet je mówił, ci którzy ich wysłuchali, nie opowiedzą, bo nie żyją lub nie mają ochoty. Była w nim wówczas jakaś pasja, jakby zanikał i stawał się niczym więcej ponad słowo, ale to słowo rosło, płynęła w nim krew i rosły soczyste drzewa.
Imp, tak właśnie się nazywał. Był małpą i miał sześć lat.

Następna strona »