Od dziś powracam do czynności dla mnie niewyobrażalnej, niby lot na Księżyc – wybieram się do biblioteki. Będę znów siedział, przeglądal gazety z lat pięćdziesiątych, garbił się nad mapkami, czytał socrealistyczne powieści i anegdotki na temat obyczajowości polskiego literata pod Bierutem. Wszystko do “Widm” i bardzo, bardzo bym chciał, żeby sfrunął mi tu aniołek i lejem wpakował mi do łba te mądrości. To chyba, z mojego punktu widzenia, najtrudniejszy etap pisania: zbieranie materiałów. Jak dotąd nie zdarzał się często, bo materiały zbierały się same, w toku wydarzeń będących udziałem moim lub najbliższych. Lubię też, jak książka się klei, jak, na przykład, wracam sobie do domu, jest ciepły wieczór, targam jakieś zakupy albo pranie i nagle, człowiek, przygoda, o której myślałem zyskuje towarzysza. Mam wówczas poczucie doświadczenia prawdziwej magii, bo nie znajduję powodu, dlaczego te dwie, potem cztery, dwadzieścia różnych drobiazgów spotyka się ze sobą, do tego w mojej głowie. Robienie konspektu “na zimno”, również jest przyjemne, w trochę autoerotyczny sposób: oto siadam przed pustym ekranem, mając pod czaszką tylko fruwające farfocle pomysłów, zaczynam pisać – myślę niemal wyłącznie pisząc – by po godzinie, dwóch, pojawił się na stronie zarys książki, opowiadania, mniej więcej odpowiadający efektowi końcowemu. Wówczas zachwycam się sobą, że jestem taki błyskotliwy, zdolny do błyskawicznej syntezy.
Ale nie biblioteka. Wszystko, tylko nie ona. Tam nawet palić nie można, ze o kubku kawy obok bezcennych zbiorów nie wspomnę, nie odbiorę telefonu i muszę siedzieć w krępującej ciszy – nie znam milszego tła do pracy, jak kawiarniany szum. Są też szare, ponure bibliotekarki o oczach konfidentów, a nade wszystko, stara kadra biblioteczna, goście przychodzący ćwierć wieku do takiej Jagiellonki, bez zębów, o siwych brodach i zapadniętych policzkach, siedzą sobie z niewiadomych przyczyn, od rana do nocy i przerzucają stare gazety palcami żółtymi od papierosów. Kiedy muszą zbierać się do domu ogarnia ich niewysłowiony smutek, może dlatego, że stara żona jest równie atrakcyjna co wolumin z przedwojnia, lecz, w odróżnieniu od tegoż woluminu umie tak wrzasnąć, że fiszki się trzesą. Patrząc na tych nieszczęśliwych ludzi mam podobne wrażenie, co parę lat temu, kiedy, dobiegając trzydziestki, wciąż włóczyłem się po knajpach: widziałem wówczas duchy zalanego Krakowa, starsze ode mnie o dekadę z kawałkiem, patrzyłem na nich tak jak patrzę na dziadków bibliotecznych i chce mi się prosić nieistniejącego Boga: nie pozwól, Panie, bym skończył tak jak oni.
Biblioteka generuje w sobie środowisko nieprzyjazne i opresyjne, pomijam już to, że pracownicy kończą, jestem pewien, roczne kursy opryskliwości. Mówię raczej o długim oczekiwaniu na książki i paranoicznie drogim ksero i to w czasach, keidy Amerykanie pakują dziedzictwo swej literatury i publicystyki bezpośrednio do netu. Czasem zdarzy się jednak cos zabawnego. Pamiętam, jak lata temu poszedłem do Jagiellonki szukac materiałów do własnej magisterki (o Janie Stachniuku) i zetknąłem się z nowo wprowadzonymi środkami bezpieczeństwa. Miało to związek z jubileuszową już, kradzieżą jakichś starodruków. Postawiono ochroniarza, tak mocarnego, że pierwszy podmuch wiatru wybiłby mu wszystkie zęby, oraz piszczące bramki. Baby w szatni miały zaś wydobywać od czytelników informację, dokąd ci zmierzają. Więc podchodzę, składam kurtkę na blacie, babina kończy rzuć i pyta:
-Gdzie?
-Na wieszak – odpowiedziałem, przesuwając kurtkę w jej stronę.
Nigdy nie widziałem tak głupiej miny, jak wtedy.
Co prawda idę do biblioteki w Warszawie, więc mam nadzieję, że tu jest inaczej, bardziej europejsko, ochroniarze mają piękne mięśnie, bibliotekarki głębokie dekolty i wyglądają jak Lady GaGa no i wszystko jest ze szkła. Oczywiście, nie mam na tyle czasu, by załatwić tutaj wszystko i reaserch dopełni się w Jagiellonce. W zamian, obiecuję, że “Widma” powstaną tam, gdzie powinna powstawać książka, w knajpianym gwarze, w parku, w pokojach hotelowych, w autobusie i pociągu, nad morzem albo i w Bieszczadach, przy łóżku mojego śpiącego synka i tych wszystkich pałacach, norach, przestrzeniach, których istnienie jeszcze nie mieści mi się w głowie.
Wszyscy zachwycają się “Doktorem Who”, dobijam do końca pierwszego sezonu i zaczynam rozumieć o co ludziom chodzi – co nie znaczy, że jestem zachwycony. Doktor jest ciut przaśnym serialem o kilkudziesięcioletniej tradycji, realizujący wątek podróży w czasie pod batem znacznych ograniczeń budżetowych. Wychodzi z tego sympatyczne retro, gdzie oszczędności na efektach i lokacji stają się jeszcze jednym elementem zabawy, lepszych seriali mógłbym wymienić ze dwadzieścia, ale żaden nie niesie tak jasnej, pozytywnej energii, jakoś, po odcinku albo dwóch orientuję się, że ponurych myśli jest we mnie mniej, że w jakiś sposób, te durne, kończące się dobrze przygody są ekwiwalentem przygód Myszki Mickey tylko dla dorosłych. Albo dla nastolatków, w każdym razie dla tych, którzy bardzo chcieliby pozostać dziećmi, ale już nie mogą – zwłaszcza, że przykład Jacko jest średnio zachęcający.
Za to gry rozczarowują – pykam naprzemiennie w Left4Dead i GTA4. Pierwsza to zrobiona za średni szmal strzelanina z zombie w tle, jest bezładnie i szybko, hordy nieumartych zwalają się calymi falami, a ja strzelam jak głupi, ginę albo nie, a wszystko jest bliźniaczo do siebie podobne i wyrugowane ze wszelkich emocji – już lepiej bawiłbym się przy jakiejś fajnej, pradawnej strzelaninie w stylu “idziesz w prawo’, takiej Contrze na przykład. Z GTA jest już chyba lepiej, z tym, ze ja nie nabieram się na skandaliczną warstwę atrakcyjności tej zabawy: może, gdybym miał osiemnaście lat i musiał codziennie być w domu o dwudziestej pierwszej, jąłbym się zachwycać wirtualną szansą podwiezienia dziwki, lub zastrzelenia policjanta. Gdy odejmiemy tę złowroga radość, zostaje durne jeżdżenie samochodem i wysługiwanie się przestępcom drobniejszym ode mnie, nawet radość szalonego rajdu przez miasto (na zasadzie-ile zdołam narozrabiać, nim mnie zastrzelą) jest umiarkowana. Jestem jednak na początku, więc może wsiąknę, póki co rozumiem konieczność zainwestowania w jakieś “Call of Duty”. No i kolorowe platformówki, czas trenować, przecież, mam nadzieję, za parę lat Ju zacznie ogrywać mnie jak nic.