Archiwa dla Marzec, 2009

2xo2

Ze względu na zapieprz promocyjny nie zdołałem wrzucić zajawek dwóch ostatnich tekstów zamieszczonych na o2.pl. Co niniejszym czynię.

Mickey Rourke. Życie prawie odzyskane.

(…)

Wszyscy oczekiwali, że właśnie Rourke zgarnie w tym roku oscarową statuetkę, lecz nagroda Akademii Filmowej powędrowała do Seana Penna. Wybór Obywatela Milka był po części polityczny, po części społeczny (Penn gra polityka geja zamordowanego w latach siedemdziesiątych), po części zaś słuszny ze względów artystycznych. Rourke szarżuje, nie boi się przerysowania, gra samym sobą i minimalizuje wrażenie, że mamy do czynienia z rolą, jest to raczej odgrywanie samego siebie. Penn to perfekcyjny rzemieślnik i drugi Oskar w dorobku na pewno się mu należy, triumfalny pochód Rourke’a zatrzymał się na nominacji. I dobrze. Oznacza to po prostu szansę na więcej.

Powrót Rourke’a na szczyt stanowi ogromne zaskoczenie, a zarazem rodzi pytanie, czy facet ten ma szansę zostać normalnym aktorem? Wątpię, by poszedł na dno ponownie: miał dość kobiet, wziął wszystkie możliwe dragi, wypił morze wódki i ma dość rozumu w głowie, by wiedzieć, że trzeciej szansy nie będzie. Sens pytania jest inny: dziś Rourke grywa zbirów, bokserów, łotrów i zatraceńców, zaszczepiając każdej roli przynajmniej okruch swojego życia. Widz zaś wychodzi temu naprzeciw: chce oglądać na ekranie człowieka obitego, poranionego, pijanego w sztok i osuwającego się w przepaść.

Prawdziwym zwycięstwem Rourke’a będzie zerwanie z tym wizerunkiem, zachwycający występ w filmie obyczajowym, kostiumowym, fantastycznym, w baśni. Brad Pitt, Jack Nicholson, Sean Penn, De Niro, słowem aktorzy, którym Rourke może dorównać, grają różne role, pozostając odklejonymi od swojej biografii. Ile Nicholsona jest w pisarzu z Lepiej być nie może, a Pitta w Benjaminie Buttonie – nie mamy pojęcia, zaś Rourke, by wrócić na szczyt, musiał zagrać siebie, przypomnieć swoją klęskę i obnażając się, pozwolić, by widz delektował się jego upadkiem. W jednej ze scen Zapaśnika Randy pracujący akurat w spożywczaku zostaje rozpoznany przez fana. Skonfundowany specjalnie kaleczy się w palec i ucieka przed wstydem na zaplecze. Podobne wydarzenie miało miejsce w życiu samego aktora. Takich nawiązań jest więcej.

reszta w dozie kultury

oraz o tym, co naprawdę ludzi interesuje, czyli o ruputupu:

Po ilu randkach seks?

Jestem straszliwie stary, więc pamiętam jeszcze te dziwne czasy, kiedy ludzie chodzili na randki. To znaczy, randki zdarzają się i teraz, natomiast zmieniła się ich funkcja. Stają się bowiem ozdobnikiem, miłym drobiazgiem, a nie centralnym elementem ludzkich zwyczajów godowych.

Kiedy sam jeszcze chodziłem na randki, istniał poważny problem: na której to należy pójść ze sobą do łóżka. To ważne pytanie oznacza po prostu, jak dobrze muszą znać się ludzie, by użyć siebie do miłości, rozpusty, a nawet sprośności – problemu tego nie mają bywalcy dark roomów i klienci prostytutek, uznający, być może słusznie, że seks należy uprawiać z nieznajomymi.

Kłopot zasadza się oczywiście na stereotypie. Z niepojętych przyczyn, facet sypiający z dużą ilością przypadkowych kobiet budzi zazdrość i szacun, wydaje się figurą sukcesu, jakby co najmniej z ust spływało mu żywe srebro, a łeb zdobiła korona. Nawet moraliści, co wyklinają takiego Casanovę, piorunują nań z mieszaniną zazdrości i zażenowania, przypominając w tej smutnej czynności pinczera, ujadającego na wilka, że ten taki jest wielki, biega sobie luzem i do tego nie szczeka. Powszechna ocena kobiet, uprawiających nieskrępowaną miłość jest zasadniczo inna, faceci jęczą o puszczalskich, piętnują, a w każdym razie nie traktują poważnie, czego zwyczajnie nie można zrozumieć, zwłaszcza że są to ci sami faceci, zainteresowani wyłącznie zaciągnięciem na swe barłogi wszystkiego, co nie ucieka na przysłowiowe drzewo. Kobieta otwarta na wszelką rozpustę w oczach zawodowego sercołamacza winna być skarbem, złotym cielcem, wysadzanym kruszcem w strefach erogennych, słowem jej pęd do miłości powinien spotkać się z aprobatą, a nie potępieniem.

ciąg dalszy oczywiście w Kafeterii

Tydzień z głowy (24)

Powoli dobiegają końca działania promocyjne związane ze “Świętym Wrocławiem”, jeszcze tylko parę nagrań, wywiadów i wrócę, z wielką radością, do tego, czym powinienem się zajmować, czyli do pisania. Nic bowiem bardziej w pracy nie przeszkadza niż działania około pisarskie, różnego rodzaju rauty i plebiscyty, choć, przynajmniej mnie, w podróży pracuje się nieźle. Odwiedziłem Wrocław, gdzie spotkałem się z dziennikarzami i czytelnikami, których, co bardzo miłe, na spotkanie do Literatki przyszło całkiem sporo. Zobaczyłem też trochę starych, znajomych twarzy, których właściciele mają miejsce w moim życiu, mniej lub bardziej ważne i po prostu przypomniałem sobie, jacy fajni ludzie to są. A z Wrocławia, zahaczywszy o Oławę popędziłem na Pyrkon do Poznania, czyli jeden z tych nielicznych konwentów, na które naprawdę warto przyjechać. Właściwie nie umiem wyróżnić składników, które złożyły się na sukces poznaniaków: w końcu prawie 3000 uczestników imprezy to nie byle jaka sprawa – sama kolejka po akredytację w piątkowe popołudnie miała ze sto metrów, co na tle gierkowskiego chyba budynku szkoły sprawiało wrażenie migawki z epoki minionej. Więc czemu tak to wyszło? Być może w Poznaniu istnieją jakieś tajemne prądy, zdolne aktywizować co mądrzejszych, bardziej zdolnych ludzi i zwracać ich ku fantastyce, może to tez kwestia lokacji (do Poznania jest w miarę blisko i z Warszawy i z Wrocławia i z Gdańska), a przede wszystkim żelaznej konsekwencji, budowania pozycji przez lata. Wiele imprez fantastycznych posiada spory urok: jak alkoholowy szał Nordconu, uczta z dzikiem w Nidzicy, wrocławski kącik zamkowy na Dniach Fantastyki, ale w wymiarze ogólnym, w zakresie zdobywania zainteresowania ludzi i wychodzenia naprzeciw ich potrzebom Pyrkon jawi się jako najlepszy konwent w Polsce.
Zastanawiam się, ile razy musiałem odpowiadać na idiotyczne pytanie: czemu Wrocław? Co prawda można znaleźć tę nazwę w tytule mojej książki, oczywiście pod warunkiem, że ktoś zdoła przeczytać go do końca. No ale jeśli nawet popełniłem powieść o miejscu (choć prywatnie sądzę, że dotyczy ona raczej ludzi) to nawet ten trop jest bez sensu, bo Święty Wrocław nie jest przecież Wrocławiem, ale jedynie osiedlem w tym mieście, tak samo, jak Azory nie są całym Krakowem, a Żoliborz Warszawą. Za to pozostałe pytania mi odpowiadały, a te, których się obawiałem nie padły. Gadałem o książkach, o filmach, muzyce, a nawet o grach video, złapany nagle przez młodych ludzi z kamerą, innymi słowy, były to tematy sensowne i bliskie. Gdzieś koło mnie dokonuje się zjawisko niezrozumiałe i smutne, oto dziennikarze dają artystom miejsce do wypowiedzi na najróżniejsze tematy, artyści zaś ku temu lgną, paplając dyrdymały o polityce, społeczeństwie, aborcji oraz Unii, jakby w samej funkcji twórcy leżało prawo do gadania o wszystkim. Każdy może wypowiadać się na dowolny temat, dziwię się jednak dziennikarzom i tym, którzy dziennikarzom płacą: nie widzę w zawodzie pisarza, rzeźbiarza lub reżysera niczego, co dawałoby mu prawo do wypowiadania się na tematy ogólne większe niż to, którym cieszy się kioskarka, policjant albo student. Mógłbym poględzić o polityce, tylko nie ma sensu pytać mnie o to, jak i o znakomitą większość rzeczy dziejących się na świecie. A jeśli znalazłbym, na upartego, jakąś przyczynę dla której artysta jest nieustannie indagowany o kwestie społeczne (polityczne, historyczne) to chyba tylko tę związaną z wprowadzaniem elementów komicznych. Artysta: pisarz, muzyk, aktor i tak dalej ma bowiem rzadki dar bredzenia, żeglugi w nonsens, ujawniający się wówczas, gdy zagada się takiego o cokolwiek nie związanego z jego specjalizacją.
Okazało się również, że termin premiery książki nie jest, przynajmniej w moim wypadku, tożsamy z obecnością książki w księgarniach i Empikach. “Święty Wrocław” jest już obecny w kilku miejscach, dość szybko te miejsca się mnożą i pewno, w połowie tego tygodnia, powieść dotrze wszędzie tam, gdzie powinna być. Jeśli ktoś jej jeszcze nie znalazł, powinien, niestety, poczekać dzień lub dwa.
Paradoksalnie, w podróży oglądam więcej niż żyjąc w domu. Przypomniałem sobie trochę staroci: znakomity “Skowyt” Joe’a Dante (scena erotyczna przy ognisku była chyba w ogóle pierwszą taką, jaką widziałem, miałem może jedenaście lat, rozpalała wyobraźnię), zabawne “Opowieści z krypty”, oraz trafiłem na prawdziwą perełkę, czyli “Saunę”, horror, uwaga, finlandzko-czeski (czyli tzw. nurek, pięćdziesiątka zanurzona w piwie, razem z kieliszkiem), w kostiumach historycznych. Pewno napiszę o tym do “Nowej Fantastyki”, tylko muszę zobaczyć ponownie, bo na razie nie do końca wiem, jak ten film użrec: w każdym razie, klimat północnych pustkowi, wioska nieśmiertelnych, a wszystko to przycięte do konwencji niemal baśniowego moralitetu, z bardzo gorzkim, choć widowiskowym zakończeniem.

I jeszcze jedno: pewien miły człowiek, który już czytał moją nową książkę, pochwalił mnie dodał: napisałeś tyle słów, żeby wypowiedzieć dwa. No i miał rację, co zrobię, ale przecież czasem jest tak, że wiele dźwięków prowadzi do określonej, właściwej nuty, tak też czasem trzeba wiele słów ze sobą splatać, by dostrzec te dwa, między nimi.

klip promujący “święty wrocław”

Okrucieństwo nie do przyjęcia. O prozie Morta Castle

Castle zna wielkich współczesnych horroru ale im się sprzeciwia. Rozumie już, że gadżety Stephena Kinga zestarzały się podobnie jak gotyckie, nawiedzone domy i potrzeba mocniejszych doznań. Dokonał tego w najprostszy z możliwych sposobów, poprzez redukcję. King pisząc o demonach zabrał je z nawiedzonych zamków i wprowadził w słońce amerykańskiej prowincji, gdzie zajmowały się wyciąganiem zła z człowieka. Castle pojął, że demon nie jest potrzebny, więc go sprzątnął – my sami doskonale, by czynić okropności.

Horror ma na celu wywoływać u czytelnika poczucie strachu i obrzydzenia – nie oszukujmy się, że chodzi o coś więcej. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z zadaniem błahym, w końcu wstrząśnięcie czytelnikiem pokolenia youtube to poważne wyzwanie.

Metoda przyjęta przez pisarzy pulpowych – Jamesa Herberta, Guya Smitha, Grahama Mastertona wydaje się dość prosta i polega na nieustannym atakowaniu tonami makabry. Nie ma co tu się krzywić, umiejętne operowanie wyprutymi flakami również może być sztuką, a użyte we właściwy sposób, działa. Każdy robi to po swojemu, Smith przyjął formę najprostszą, epatując pornografią przemocy i budując fabuły niby sznurek, na który nawleka kolejne koraliki okrucieństwa i seksu. Herbert wydaje się daleko bardziej finezyjny, łączy sadyzm z niemal gotycką atmosferą grozy i niepewności, uzyskując przy tym pewien suspens – w końcu, gdy wchodzimy do nawiedzonego domu, oczekujemy raczej ducha dziadka, staroświecko dzwoniącego łańcuchami, nie zaś psychopaty, który odetnie nam co trzeba, na tyle powoli, że zdołamy wcześniej wyliczyć wszystkich świętych. Herbert, jako jedyny wydaje się szukać dla hektolitrów krwi, zaklętych w literki na kartach jego książek, tłumaczy, że jest moralistą i chce pouczać – rzeczywiście, gdyby z Innych, Ocalonego, Dawno temu zedrzeć monstrualną oprawę, pozostaje naiwna, kościółkowa bajeczka o tym, że trzeba być dobrym, a zło zostanie ukarane.

reszta na onet.pl

recenzja na katedra.nast.pl

Święty Wrocław to nic innego, jak przemienione osiedle, czarne monolity bloków emanujące energią; zwiastun apokalipsy. Kto do nich wejdzie, już ich nie opuści. Dla mnie osobiście jego natura jest kwestią drugorzędną, liczy się przede wszystkim jako symbol, bodziec, na który reagują ludzie. A reagują różnie, tak jak rozmaici są ludzie. Miastem, ba, całą Polską, wstrząsa fala nawróceń i religijnych przeżyć, pojawiają się szaleni prorocy, a pod Świętym Wrocławiem wyrasta miasteczko zamieszkane przez pielgrzymów. Jest to jednak również szansa na ubicie interesu, zaspokojenie osobistych ambicji. Orbitowski pokazuje zarówno mroczne, jak i piękne zakamarki duszy. Podłość sąsiaduje z podniosłością, nadzieja z bezwzględnością.

„Święty Wrocław” jest jednak przede wszystkim powieścią o uczuciach i o małych, osobistych tragediach. W ich obliczu zawierane są niespodziewane sojusze, animozje zostają odsunięte na bok, dzięki przyświecającemu wspólnemu celowi. To również opowieść o przemianie, która staje się udziałem bohaterów za sprawą uczuć, przeżyć i wydarzeń, której katalizatorem jest górujący gdzieś w oddali Święty Wrocław.

Utarło się klasyfikować Łukasza Orbitowskiego jako pisarza horroru, choć takie określenie w dużym stopniu spłyca jego obecną twórczość. Autor oczywiście nie unika typowych narzędzi literatury grozy: nie raz i nie dwa czytelnikowi przejdą ciarki po plecach na myśl o krwawych scenach czy niepokojących wizjach opisywanych w „Świętym Wrocławiu”. Jednakże to nie paleta „strasznych” chwytów, ale umiejętność pokazania ludzkiego wnętrza w obliczu koszmaru, niekoniecznie utożsamianego ze zwizualizowanymi za pomocą słów strasznymi scenami, sprawia, że odbiorca ma poczucie prawdziwej grozy płynącej z kart książki. Z pisarza horrorów w moich oczach Orbitowski przemienia się w celnego obserwatora relacji międzyludzkich i twórcę historii, powiedziałbym, obyczajowych. Warto się więc zastanowić, czy niebawem groza – zamiast stanowić wartość dodaną – nie stanie się dla prozy Orbitowskiego zbytecznym obciążeniem.

 

tu całość