Żyjemy w najlepszych możliwych czasach, a istnienie hobby jest tego dowodem. Dawniej człowiek zwyczajnie nie miał czasu na tego rodzaju fanaberie, chyba, że był biskupem albo księciem – prostaczkom coś takiego jak czas wolny nie przyszłoby do głowy, łatwiej wierzyło się bowiem w diabła, niż godzinę tylko dla siebie. Kobieta siedziała w domu, próbując opanować gromadkę rozwrzeszczanego potomstwa, a facet zapylał w pocie czoła na polu, w fabryce albo sklepie, by zarobić na rodzinne szczęście. W sobotę wieczór użynał się w trupa, niedziela schodziła na Mszy Świętej i leczeniu kaca.
A teraz, fiu fiu, zmierzamy w stronę marksowskiej trójpolówki. Osiem godzin pracy, osiem snu i odpoczynku.
Kiedy byłem dzieckiem, zwyczajnie nie mogłem uwierzyć, że piękne kobiety się wypróżniają i w wizji takiej Geeny Davis siadającej na klozecie znajdowałem coś absurdalnie niestosownego. Z hobby jest podobnie, można nawet pomyśleć, że przypisano je do konkretnych narządów płciowych. Moi koledzy, na przykład zbierają nałogi, stracone lata i płyty winylowe, sklejają modele, robią zdjęcia, zakładają rękawice by okładać się po pyskach lub przynajmniej ściągają porno z Internetu, katalogując je potem pod względem tematycznym. Kobiety nie wykonują żadnej z tych czynności, ani innych podobnych, nigdy nie spotkałem dziewczyny – modelarki (nie mylić z modelką) lub takiej, która by coś zbierała, co prowadzi do wniosku, że płeć piękna, pozornie chaotyczna, wykształciła sobie odporność na wszystko, co bezsensowne.
Kiedy na redakcyjnym forum padła prośba o zgłaszanie się chętnych na zrecenzowane książki Łukasza Orbitowskiego, jako zdeklarowana miłośniczka kotów nie mogłam odmówić sobie przyjemności opisania wrażeń z lektury, która dotyka w tak wyjątkowo bliski sposób życia wewnętrznego kotów.
Pozycja ta ucieszy zapewne wszystkich posiadaczy domowych mruczków, jak i wiecznych marzycieli, wciąż niezdecydowanych na przygarnięcie tego magicznego zwierzaka ? jakim z pewnością kot jest. Obie te grupy zawsze przychylnie i ciepło przyjmą pod swój dach literackie kocie osobistości – a dwie nowe narodziły się nam właśnie w rodzimej literaturze. Dzięki serwisowi internetowemu bromba.pl otrzymałam książkę nieznanego mi autora, ale wystarczyło jedno spojrzenie na sylwetki dwóch zwierząt na okładce, by po sercu rozeszło się miłe ciepło, a uśmiech zakwitł na twarzy. Znowu koty? – mógłby zapytać jakiś zgryźliwiec znudzony tak wyeksploatowanym już literackim tematem. Owszem, było ich jak dotąd sporo, powstają nawet specjalne strony internetowe opisujące najsłynniejsze literackie kocie postacie, publikuje się książki o mruczących bohaterach, jak choćby pięknie opracowanie pani Anny Bańkowskiej pt. My mamy kota na punkcie kota z ilustracjami Andrzeja Tylkowskiego (Wydawnictwo Znak). Łukasz Orbitowski dokonał rzeczy niezwykłej – napisał uniwersalną książkę w formie zbioru opowiadań/baśni/przypowieści filozoficznych o kotach, która poruszy czytelnika w każdym wieku. Dla mnie to wyczyn nie lada, a efekt jest naprawdę doskonały! Łatwo bowiem wyznaczyć sobie potencjalnego odbiorcę i napisać potem pod określoną grupę wiekową zbiór historyjek. Od razu wiadomo, co można, a czego nie, jaki obrać styl i sposób narracji, aby nie zboczyć z wyznaczonej sobie trasy. Ale Prezes i Kreska nie pozwolą na takie kategoryczne przypisanie do literatury dziecięcej, młodzieżowej lub dla dorosłych.
Klasyfikowanie bardzo często zabija dobrą literaturę. Co z tymi naprawdę wielkimi książkami, których nie da się wcisnąć w schematy? Czy stają się przez to gorsze? Czy wkładanie ich do określonej szuflady nie pozbawia radości z poszukiwań ich przesłania i prób odkrycia prawdziwej intencji autora? W przypadku książki Orbitowskiego trudno jest jednoznacznie określić, do kogo jest ona skierowana. Zbiorek historii o dwóch sympatycznych kotach został zadedykowany dziecku (synkowi autora), lecz lektura 38 rozdziałów silnie oddziałuje również na wyobraźnię i przemyślenia osób dorosłych. Zbiór może być traktowany jak książeczka dla dzieci, ale jest w rzeczywistości czymś więcej, czymś bardziej wartościowym niż słowne kołysanki na dobranoc.
Niedawno świat dowiedział się, że Boy George wciąż ma fanów. Skazany za dręczenie norweskiego pracownika agencji towarzyskiej były wokalista Culture Club spotkał się ponoć z entuzjastycznym przyjęciem wśród współwięźniów oraz strażników. Ci ustawiali się w kolejce po autografy, pomagali odnaleźć się pod celą, w konsekwencji czego gwiazdor trafił na blok o złagodzonym rygorze. Najwyraźniej gwałciciel cieszy się mirem wśród podobnych sobie. Powstaje tylko pytanie, jak długie wyroki dostali pozostali osadzeni, skoro pamiętają go po tylu latach. Gwiazdy mają to do siebie że spadają. W gruncie rzeczy gwiazda, która upadła, wydaje się bardziej interesująca od tej, która wciąż świeci, a trzeba przyznać, że mało kto zleciał z parnasu równie kolorowo jak Boy George. Większość popularnych wykonawców poprzedniej dekady zwyczajnie nie żyje lub odgrzewa stare dania. Limahl z Kajagoogoo grywa na prywatnych imprezach, próbując zachować resztki dawnej urody. Ronnie James Dio dorabia do emerytury, wykonując z kolegami stare kawałki Black Sabbath. Sabriny, SamanthyFox grają okazjonalnie dla małej publiczności, a DieterBohlen (ModernTalking) stracił majątek życia za sprawą swojego menedżera; dziś pisze książki, doczekał się też filmu o sobie. Nie ma źle. Czasem przypomnimy sobie o kimś, z powodu jego nieszczęścia, najczęściej o skutkach śmiertelnych. Na tle konających kolegów BoyGeorge wypada barwnie, nie tylko ze względu na strój.
Nie pamiętam swoich znów, jakieś pół godziny po obudzeni szlag je trafia i tylko opowiedzenie je komuś – choćby przez komunikator – daje szansę na ich ocalenie. Więc w poniedziałek śniło mi się że oślepłem, konkretnie jakiś nieżyczliwy mi człowiek wsadził kciuki w moje oczy i wypchnął je z oczodołów. W moim śnie, chodziłem po Krakowie, po znanych mi miejscach – byłem u kumpla na Stradomiu, przechodziłem koło teatru Bagatela i odwiedziłem bank, w którym mam konto – a zaciekawienie nową sytuacją przechodziło w grozę niemożliwą do opanowania, dość powiedzieć, że gdy się zbudziłem, myślałem, że właśnie zasnąłem i w moim śnie jednak mam oczy. Najciekawsze jednak jest to, skąd, śniąc wiedziałem, że w istocie nie widzę, przecież, równie dobrze mogłem pomyśleć, że człowiek, co mi oczy wydłubał naprawdę zamknął mnie w jakimś ciemnym miejscu. A już na pewno, będąc new-born-niewidomym nie wiedziałbym, że akurat idę przez Stradom. Wiedziałem jednak, bo oglądałem siebie w third person, Orbitowskiego z białą laseczką i przewiązanymi oczyma, jak odbija się od ludzi, psów i budynków. Ze snów należy czerpać mądrość co najmniej taką jak z jawy i rację ma kolega Urbaniuk, który wysłuchawszy tej opowieści powiedział, że powinienem odstawić na jakiś czas konsolę.
Wkurwiam się trochę, bo powoli przestaję być pisarzem – najlepszy dowód na to, że zamiast tłuc prozę, zajmuję się tym oto blogiem. Tydzień minął mi na robieniu rzeczy najróżniejszych, felietonów, esejów jakichś, fragmentów scenariuszy, recenzji, które, owszem, pisze się zacnie, ale nie najlepiej kończy, człowiek doświadcza jakiegoś intelektualnego kaca, łeb ciąży, huczy w nim coś jak tamtam w pustej hali, do tego, masa czasu schodzi na działania czysto techniczne: maile, telefony, załączniki i inne draństwa, zdolne zapaskudzić każdy dzień. W konsekwencji, przemieniam się w maszynę żującą informacje i wydalającą słowa, to jeszcze nie jest najgorsze, natomiast ujawnia się zjawisko, o którym wspominał nieoceniony doktor Kajtoch. Gospodarka cudów.
Normalnie, mamy poczucie zależności pomiędzy wykonaną pracą a wynagrodzeniem – pretensje rodzą się, najwyżej, w zakresie dysproporcji pomiędzy robotą a szmalem. Mogę kwestionować wysokość mojego wynagrodzenia, a są też szaleńcy którzy widzą w sobie bumelantów i złoszczą się, że dostają pieniądze za zwykłe machnięcie palcem. Nauczyciel wie, że dostaje swe grosze w zamian za syzyfowa katorgę kształcenia niewdzięcznych bachorów, barman za polewanie i mielenie ozorem, pracownik banku za splatanie kredytowych stryczków na karki klientów. Gospodarka cudów którą uprawiam, dotyczy najczęściej wolnych zawodów, artystów zwłaszcza a polega na zachowaniu wyżej wzmiankowanej zależności. Wykonuję jakieś czynności: piszę książki, eseje, opowiadania, a nawet plotę dyrdymały przed publicznością, by na koniec powędrować do swych nieszczęść, które, co nieskończenie smutne, nie są opłacane. Równolegle na moim koncie pojawiają się jakieś pieniądze, w domyśle będące wynagrodzeniem za katorgę żywota artychy, niemniej, po latach takiego życia nie sposób stwierdzić jakiejkolwiek zależności pomiędzy tymi dwoma światami.
Najpierw zanika związek psychiczny. Nie mam bowiem poczucia, że moje bogactwo lub nędza i chleb czarny mają swoje źródła w błyskotliwości mych tekstów, czy może ich biedzie intelektualnej i mym ogólnym nieróbstwie. Mogę, na przykład, przez trzy lata pisać książkę by potem obserwować jej przemijanie i przemielenie na drobne, a z drugiej strony wyklepać na klawiaturze jakiś drobiazg, o którym nie warto nawet wspomnieć i nagle ocknąć się w miłej perspektywie przepuszczania zacnych pieniędzy. Nie umiem, choć chciałbym, przełożyć konkretnego wysiłku na zapłatę, a potem przychodzi etap drugi. Robię sobie wyciąg z konta i raptem widzę listę dobrodziei, którzy, z nieznanych mi przyczyn, zdecydowali się uszczuplić swój stan posiadania na mą korzyść, te przyjazne nazwy firm, instytucji, osób prywatnych nie mówią mi jednak za wiele, zgoła nic nawet – po prostu są i równie dobrze mogą stanowić echo jakiegoś białego spisku, opracowanego z intencją polepszenia mego losu. Widzę to tym dobitniej w ostatnim miesiącu, kiedy to otrzymuję PITy w kopertach pełnych nazw, nazwisk, adresów wyrażonych w sekretnym języku czarodziei biznesowych.
Narzekam, że nie piszę, a mam co pisać – intensywność ostatnich tygodni spowolniła pracę nad „Widmami”, akcja przenosi się do 1954 roku i siedzę w źródłach, właściwie udaję, że siedzę, bo czytanie „Złego” z przyległościami trudno nazwać solidnym zbieraniem materiałów. Za to piszę pierwszą nowelkę współczesną od jakiegoś czasu, trochę starych klimatów: Kraków, knajpa, duchy. Próbuję zachować tam wrażenia z odwiedzania dziecka, koncepcyjnie, rzecz może troszkę przypominać „Tracę ciepło”. Roboczy tytuł „Ludzie jak motyle”.
Prawie nie oglądam. Nie gram. Prawie nie chodzę po sieci. Za to, jak już zerknąłem w neta zaraz znalazłem najgorszy kawałek w historii metalu i jeśli sił mi starczy, będę wklejał takich więcej, bo jak wiemy, najgorszych kawałków czegokolwiek mamy akurat zatrzęsienie.
Przypominam o Zamiastkonie, słuchajcie, to jak gwałty i rzezie na bezdomnych, albo przynajmniej ruchanie pisarza tworzącego w Polsce – wszyscy są zaproszeni. Będzie na pewno Rafał Kosik, Jarek Urbaniuk, Wit Szostak, Kazek Kyrcz (oczywiście junior), Robert Szmidt, Jakub Małecki, walczymy o innych, Fabryka Słów obiecała kosz nagród, mam już fanty z Prószyńskiego, rzeczy z Wydawnictwa Dolnośląskiego jadą, sam zamierzam uszczuplić moją kolekcję gratisów książkowych. Oficjalna część w pubie Lokator, Krakowska 23 w Krakowie (dom Norymberski), 28 lutego o 18.00, w piątek będzie jakiś prequel, w niedzielę afterkonanie. Uprasza się o niezrzucanie jakiekolwiek odpowiedzialności na organizatorów.
Na pisanie wpływa także to, na czym i jak się pisze, a raczej, to na czym się pisze, wpływa na to, jak. Żeby mniej mętnie, w dawnych pięknych czasach sama cena papirusu nadawała wagę każdej kartce i nie można było marnować słów, potem przyszedł papier i nośniki cyfrowe, w konsekwencji czego słowo potaniało i dalej, leci na pysk. Nośnik determinował też miejsce, pisarze tworzyli w pociagach, knajpach i burdelach, zapełniając kolejne kartki, a potem, w imię wygody własnej (a nade wszystko, wygody wydawcy) przesiedli się na nieprzenośne kląkry: maszyny do pisania i komputery stacjonarne. Era tanich, przenośnych komputerów zwraca twórcy jakąś cząstkę wolności, którą utracił, dając się usadzić za biurkiem – zaraz przychodzi mi do głowy Przybyszewski, mordujący kolejne, bezduszne dramaty w domu, za szklankę wódki i cierpki uśmiech Jadźki, którą na własne nieszczęście podprowadził Kasprowiczowi. Wydaje mi się, że zwiększenie mobilności twórcy, za sprawą notebooka polepszy jakość literatury jako takiej, gdyż pisarzyna będzie mógł wreszcie wystawić nos ze swojej kanciapy. A piszę to wszystko, ponieważ właśnie wracam z Pragi, na kolanach trzymam notebooka, a siedzę w pociągowym kiblu, do drzwi dobijają się Czesi. Jedyne gniazdko znajduje się właśnie tutaj, chcę podładować baterię i chyba nie mam innego wyjścia – w odróżnieniu od kibli, którymi szczyci się tabor PKP, ten przynajmniej nie śmierdzi, no i piję piwo Koźlak.
Tajemnica piwa czeskiego leży w jego procentach, otóż, stężenie alkoholu jest gdzieś o dwa promile mniejsze, niż w naszym, polskim, podejrzewam, że dodatkowo, to w knajpach jest rozcieńczane, w konsekwencji czego można siedzieć, sączyć i nie być pijanym – widywałem na ulicach, w praskich knajpach masę ludzi podchmielonych, za to nikt chyba się nie urżnął, a jak się urżnął, to przynajmniej opanował. Niezapomniana pozostaje figura czeskiego barmana, nieodmiennego w każdej kolejnej knajpie: jest to człowieczyna wysoki na metr siedemdziesiąt, z wielkim tyłkiem, brzuchem i fryzurą, którą upodabnia go do umorusanego Palikota. Pali taki mnóstwo fajek i kolibie się nieustannie, od stolika, do stolika, zbierając kufle i donosząc nowe, jak tylko zobaczy, że jakiś uległ opróżnieniu. Ma wąskie ślepia i takie też usta, w które lubi wtykać papierosa, pali go z taką miną, jakby chciał przypalić turystę żarzącą się końcówką. Postać barmana, znosząca z pewnym wysiłkiem, w poczuciu konieczności obecność turysty, zwłaszcza mówiącego po polsku wpisuje się w praski krajobraz tak samo jak zamki na wzgórzach, złota uliczka, wszędobylskie portrety Szwejka, świadcząc, że bycie czechofilem nie jest tak proste, jak się wydaje.
Największym błędem wyprawy okazala się wizyta w knajpie “Pod kielichem”, tam, gdzie ożywione pięknym piórem Jaroslawa Haska muchy obsrywały portret Najjaśniejszego Pana. Miałem pełną świadomość, że największe turystyczne atrakcje są najczęściej najwyżej średnie, wie to każdy, kto widział poznańskie koziołki albo zawędrował do Wierzynka, zarazem, wydawało mi się, że Czesi ze swoim piwnym spokojem okażą się mniej sprawni w uśmiercaniu własnych legend. A skąd, tętniąca życiem knajpa za Haska, dziś jest ponurym grobowcem, gdzie snują się nachalne duchy kelnerów. Powitały mnie rzędny pustych stołów i paskudne obrazki namalowane na ścianach, mające, w zamyśle, nawiązywać do literackiego wymiaru tego miejsca. Pal sześć, że piwo jest drogie i takie jak wszędzie, w końcu nikt nie musi ruinować swojego portfela zamawiając cokolwiek do żarcia z karty dań, za to obsługa jest po prostu nie do zniesienia, obłapia człowieka i próbuje wcisnąć jakieś dziwne fanty: czapki, kufle i tym podobne, zachowując się niczym domokrążca, który nasra najpierw komuś na dywan a potem zaoferuje płyn do wywabiania plan. Zapalniczka, warta złotówkę w kiosku, tam kosztuje piętnaście razy tyle, a dałbym więcej, byleby przegnać trupi zaduch z tego miejsca i sprowadzić wesołych, pijących Czechów.
Za to inne knajpy są po prostu cudowne, dopowiadam, że bywałem raczej w mordowniach, co prowadzi do wniosku, że Polacy – naród posiadający w prowadzeniu mordowni wielkie doświadczenie – są daleko w tyle. Na przykład, “pod Niedźwiadkiem” siedzi się w ogromnej sali, piwo leje się strumieniami, dają pyszny, smażony ser, talerze wędlin, a jak przyjdzie do rachunku, płacimy sumę, za jaką w Krakowie nie dojechalibyśmy taksówką do rynku. Kluczowe pozostaje wrażenie braku jakiejkolwiek kreacji (być może mylne), knajpa ta nie została wykoncypowana, ani nawet wymarzona, ona zrodziła się z czeskiego przyzwyczajenia, czeskim manier i oczekiwań względem życia towarzyskiego, żarcia, picie i miejsca, w którym te czynności się łączą.
Przykrą zmianą ostatnich lat jest wprowadzenie wysokich płatności na zwiedzanie co fajniejszych miejsc, na przykład za złotą uliczkę i mam tylko nadzieję, że część kasy z biletów wraca do Habsburgów, którzy w końcu fundnęli miastu to miejsce. Oczywiście, opłaty za wstęp są czymś sensownym, o budynki trzeba dbać, co przekłada się na monetę, niestety, Czesi zdecydowali się na sprzedaż wiązaną i żeby iść w jedno miejsce, należy wkupić bilet na dziesięć, w wysokości kilkuset koron, co niekoniecznie wydaje się dobrym pomysłem – zwłaszcza, że najfajniejsze rzeczy są za darmo.
Na przykład Wyszehrad – ten kompleks budynków o niemal tysiącletniej historii leży poza ścisłym centrum i nie każdemu wpadnie do głowy, żeby tam pojechać – zwłaszcza, jeśli zawitał do Pragi na dzień lub dwa. Zapomnienie przekłada się na urokliwość, widok z murów pozwala zapomnieć nawet o wściekle lodowatym wietrze, można przejść się cmentarzem i podziwiać nowe pomysły w zakresie tworzenia nagrobków, wreszcie, pójść do pobliskiego kościoła i podumać. Zaraz przypomniała mi się maleńka cerkiew w Pradze i paryski kościół świętego Rocha, stare świątynie położone poza systemem turystycznych szlaków, gdzie, jakkolwiek by głupio to nie brzmiało, myśli się lepiej, a i człowiek czuje się mniej samotny. Obserwując – dość kiczowate – portrety na ścianach i słupach zrozumiałem po części, czemu jestem niewierzący, czy raczej, dlaczego katolicyzm wydaje mi się czymś organicznie nie do przyjęcia, jakby chciano mi rtęć z krwią w żyłach zmieszać. Zarazem rtęć jest ciekawa, katolicyzm też – nie ma sensu, bym pisał o tym teraz. Wydaje mi się jednak, że w mojej niechęci dużą rolę odgrywa estetyka skupiona na drobiazgu, tu konkretnie: na wizerunkach świętych. Otóż święci, których podobizny widywałem w polskich kościołach wydawali się smutni w histeryczny wręcz sposób, jakby ktoś całą rodzinę im zarżnął, albo nawet dawali czytelny sygnał, że bycie świętym to nic fajnego, że kto jak kto, ale właśnie święty ma szczególnie smutno, ciężko, źle i wiedzie żywot pod aureolą z jakiś trudnych do zrozumienia powodów – zabrnął w uświęcenie tak daleko, że powrót na cieplejsze łąki nie jest już możliwy. Tymczasem, święci w wyszehradzkim kościele sprawiają wrażenie miłych, pogodnych ludzi, najwyraźniej cieszących się z prostego faktu, że Bóg ich szczególnie umiłował. Stąd, nawet w ich strapieniu znajduję pogodę ducha, zwyczajną radość w klimacie jasnego “nie dam się” i to wrażenie zapamiętałem mocno, pamiętam nawet teraz, gdy przywołuję twarz świętego Rocha, tutaj też, w kiblu spieprzonego pociągu, gdy podmieniają lokomotywę.
Miejsce w którym mieszkałem także było niezwykłe: pałac kultury, taki jak w Warszawie tylko mniejszy, przerobiony na hotel zupełnie dobrej jakości, z szerokim łóżkiem i śniadaniem, po które wystarczyło zejść, czyli przykrości związane z porannym pitraszeniem były mi oszczędzone. Codziennie wyłaziłem stamtąd i wędrowałem aż po starcie zelówek, zatrzymywałem się w knajpach, pisałem, mieliłem ozorem, rozumiejąc coraz lepiej, że spokój to nie cień ani garnek złota, jest nie sposób poprosić, żeby przyszedł, ani wyciągnąć za kudły z jakiejś bramy, po prostu, pojawia się nagle, wędrujemy razem, a on potem chce zostać albo nie. Ja też mam cos do powiedzenia, ten sam wybór stoi przede mną, tylko trzeba być głupcem, żeby w taką pogodę wędrować samotnie.
Plusem wyjazdu jest też ograniczenie kontaktu z Internetem, dzięki czemu nie mam pojęcia co dzieje się w Polsce. Pojawiają się strzępy, z czego najbardziej przejmują mnie czarne chmury, gromadzące się nad lokalami dla palących, nadgryzłem tylko pudelka i stąd wiem, że człowiek czasem może się pomylić, a ja to już na pewno. Jakiś rok temu chwaliłem Dodę na łamach Dozy Kultury i wyszło, że chyba miałem rację, laska zawsze miała drętwe te kawałki, nowy jest po prostu straszny, co jeszcze nie jest niczym złym, straszne z definicji jest dziewięćdziesiąt procent czegokolwiek, ale wygląda na to, że szczęście kompozytorów się skończyło. “Rany” jako żywo przypominają “Słodki krem” Kata, czyli diamentowa suka rżnie z klasyki polskiego metalu który osobiście uwielbiam. Przynajmniej, zżynę imputuje Pudelek.pl. Słucham obu wersji, jest to co najmniej zbieżne, ale co mam powiedzieć, skoro siedzę dalej w pociągu, a nawet jak z niego wysiądę, dalej będę głuchy jak pień?
Skory przy Kacie – tego kawałka nigdy dosyć, zwłaszcza w podroży. Tabory, hej!