Oglądanie na ekranie swojej własnej historii zawsze jest dość dziwnym wrażeniem, nie mówię o tej wymarzonej opowieści, ale dokładnie takiej, jak się wydarzyła. Przypomniałem sobie „Amatora” Kieślowskiego, opadła mi szczęka. Przecież historia pana Mosza jest, w gruncie rzeczy odbiciem mojej, choć zakończenie jest inne, gdyby streścić, wyszłoby bez mydła, o tak – czyli losy ludzkie są jednak typowe i nie ma co podniecać się wyjątkowością własną i tego, co nam się przydarza. A jeśli coś jeszcze znajduję wspólnego to chyba to, ze w życiu, jak i w „Amatorze” wszystko, co najważniejsze dokonuje się poza kadrem, kiedy kamera zostaje wyłączona. To czego doświadczamy lub oglądamy stanowi wynik napięć, wydarzeń podskórnych, mrocznych, w każdym razie głęboko ukrytych w żyłach świata i naszych własnych.
Niewiele pisuję o swoim synu, choć może powinienem – albo głupio mi trochę, albo w ogóle niewiele miejsca tutaj poświęcam ludziom wokół mnie. Nawet tym najważniejszym. Nie mam też wielu cech, którymi wyróżnia się ojciec, na przykład mam serdecznie w dupie, jakie Julek słowo wypowie jako pierwsze. Za to w piątek się wzruszyłem, mój milczący synek rozpoznaje więcej niż sądzę. Czytaliśmy bajkę, z obrazkami, było tam wnętrze domku. Poprosiłem żeby pokazał okno, najpierw w książeczce, potem w domu. Lustro. To samo i tak dalej, pokazywał mi wyraźnie dumny, że już potrafi, a ja cieszyłem się, że kolejny fragment świata otworzył się przed nim i razem możemy go dzielić.
Czasem trzeba ująć się za tym, za którymi nikt się nie ujmie. Czytam sobie czasem o nowej etyce pracy, wyznaczonej przez zwalczanie mobbingu i molestowania seksualnego. Najpierw aspekt praktyczny, czyli czemu ludzie do pracy chodzą. Nie wędrują tyrać po osiem, dziesięć godzin żeby realizować siebie albo się nie nudzić, chodzi oczywiście o pieniądze, ale nie tylko o nie – gdyby tak było, zamiast pracować, zostalibyśmy złodziejami lub szantażystami. Oprócz forsy, ludzie dymają do roboty żeby jednych kolegów/koleżanki z pracy podrywać a innych dręczyć, innych przyczyn nie ma i raczej nie będzie (myśl tę zapożyczam od Jerzego Urbana), w konsekwencji czego próby rugowania zjawisk niszczą kompletnie motywację, a dalej, wydajność firmy. Być może – ja nie mam wątpliwości – całe szaleństwo związane z treningami asertywności, motywacji, autoprezentacji i innych czarodziejskich umiejętności stanowi komponent, łatę naklejaną na tę dziurę w przestrzeni, w której niegdyś szef podrywał sekretarkę, a ona rozważała, czy opłaca się jej być uwiedzioną. I moje współczucie biegnie właśnie ku niej, lub też ku niemu w każdym razie, ku dziesiątkom tysięcy pracowników, którzy budowali swoją karierę na dupie, w czym byli dobrzy, pożyteczni czy nawet zachwycający, teraz ta ścieżka kariery została im odjęta, snują się więc smutni bez planów na przyszłośc. Żal mi ich straszliwie i szczerze, jak żal każdego zmarnowanego talentu, w tym wypadku daru do flitru, podrywu, całej sztuki uwodzenia, co zostało wyrzucone ze świata pracy, czyniąc tę przestrzeń przygnębiającą, do tego, całe to wydarzenie dokonało się w trosce o tych ludzi właśnie, jakby nie wierzono, że człowiek sam o siebie może się zatroszczyć, obronić, nawet przed silniejszym.
A skoro już Urban to parę słów o nim. Otóż, Urbana zwyczajnie lubię zdając sobie sprawę, że jest to bydle i prosię, cóż, wielu moich serdecznych kolegów to również bydlęta zamieszkałe w chlewiku. W dniach ostatnich Polski Ludowej sprawdził się świetnie jako rzecznik, realizując polityczną wersję starożytnego paradoksu kłamcy, innymi słowy – czy jeśli ktoś, kto kłamie, wie że kłamie i wszyscy też to wiedzą, to wciąż pozostaje kłamcą. Casus Popiełuszki był tylko tego brutalną konsekwencją. Tygodnik NIE był zwyczajnie potrzebny, nie wiem jak jest dzisiaj, bo skręt w uliczkę gjowsko-feministyczno-ekologiczną jednak mi nie bardzo, zresztą, ten rodzaj sympatii przejawiany przez Urbana wydaje mi się raczej konsekwencją koniunktury. Podzielam pogląd, że Solidarność była ruchem w gruncie rzeczy zbudowanym na oczekiwaniach pieniężnych i gdyby komuchom kasy starczyło, wała byśmy mieli a nie zryw narodowy. Nie mogę tylko pojąć tego zakochania w Jaruzelu, w ogóle, pomysł miłowania kogoś tak w rodzaju Jaruzela wydaje mi się dziwny na gruncie ateizmu, jak i dowolnej religii. Jeśli coś Urbanowi – poza zaszczepieniem niechęci do księży – zawdzięczam, to tytuł niniejszej rubryczki, oraz masę warsztatowych spostrzeżeń. Ten cwaniak z uszami ma przecież jedno z najlepszych piór polskiej publicystyki, a już na pewno najbardziej błyskotliwym.
I właśnie w kontekście błyskotliwości patrzę sobie na tego gasnącego starca, na to tłuste sado-maso, rozumiem także jego dramat, gdyż nie mam wątpliwości, ze Urban swoją wrażliwość posiada i wie, co się z nim dzieje. Istnieje różnica pomiędzy mądrością a błyskotliwością. Tej pierwszej jakoś brak Urbanowi, mógłbym iść do niego po radę w sprawach konkretnych: jak tekst poprawić, dać sobie radę z dziewczyną, jaką tu wódkę kupić i gdzie szukać kasy. Mądrości zaś poszedłbym szukać gdzie indziej, właściwie nie wiem gdzie, coś mądrali ostatnio nam nie dowieźli. So what, mądrość jest takim dziwnym zjawiskiem, że wykształcona raz, minimalnie pielęgnowana nie zanika, można być trzęsącym się dziadem, niezdolnym do podtarcia się lub wypowiedzenia słowa, zarazem pozostając mądrym. W najprostszym sensie tego słowa. Tymczasem, błyskotliwość ma tę przykrą cechę, że przechodzi z wiekiem, człowiek durnieje na starość i z trudem zbiera słowa, ten przypadek dotyka Urbana, jego jedyna siła więdnie i zaczyna przypominać starego aktora porno, brandzlującego się do świerszczyków, by jeszcze ten jeden, no, przynajmniej jeden raz pingnął mu przed kamerą.