Archiwa dla Grudzień, 2008

Tydzień z głowy (11)

 

W wojnie pomiędzy Christmas a Bożym Narodzeniem sprzyjam raczej pierwszej opcji, może dlatego, że obserwowanie smutnych ludzi, przejętych tym, że siądą do stołu z tymi, na których towarzystwo nie mają ochoty (a tych, których by chcieli widzieć, akurat nie ma) jakoś mi się na mózg rzuciło. A Christmas przynajmniej gospodarkę nakręca-tu pytanie, czy Chrstmas może trwać bez Bożego Narodzenia. Nie może, lecz wymaga pełnej kontroli, Boże Narodzenie musi pozostawać w kondycji właściwej opozycji demokratycznej za Polski Ludowej, czyli infiltracja winna sięgnąć liturgii. Osąd to co najmniej naiwny, Boże Narodzenie i Christmas należą do krajobrazu polskiego grudnia, strzeżone pilnie przez Kościół i koncerny, trudno więc liczyć, że się wyniosą, że choinek oraz neonów nagle nam braknie. Mam nadzieję, że napięcia będą rosnąć i porodzi się z nich coś ciekawego. Swoją drogą podoba mi się, popularny na Zachodzie, a w Polsce kiełkujący, pomysł wigilii podwójnej, kiedy to młodsze pokolenia nażarłszy się, nagadawszy z rodziną, odrywa się od sianka i białych obrusów, ciążąc ku własnemu towarzystwu, do dymu papierosowego, do wódki, imprez, uścisków, słowem, towarzystwo wigilijne staje się wyborem, a nie koniecznością.

Za to Kraków w wigilijny wieczór jest miastem niezwykłym, albowiem czarnym. Szedłem do ojca w rejonach szesnastej i wszędzie było ciemno, jakby, w wyniku wielkiego spisku alterglobalistów szlag trafił światła we wszelkich witrynach, gasną nawet szyldy knajp, ćmy barowe nie mają swych lamp, błądzą więc w mroku i trzeźwości. Mimo tramwaju z samochodem, pojawia się przemożne wrażenie wędrówki przez jakąś skamielinę, przez miasto, które śpi i tylko raz na czas może zadrżeć, strzepać z siebie popiół ludzi, sklepów, siłowni, innych miejsc rozrywki, miasta co lubuje się w ciszy i w czerni, innymi słowy, takiego od którego warto się odpieprzyć. Tylko psów wigilijnych brakowało, może dobrze, bo nie wiem co by mi powiedziały.

Wigilię, tę drugą, miałem przedziwną, wcale nie dlatego, że wywróciłem się przy własnej mamie (niniejszym, dziękuję człowiekowi, który niedawno mnie gościł, za pouczającą pogadankę w zakresie spożywania win wytrawnych). Bałem się jak cholera, tymczasem wyszło świetnie, po części dlatego, ze zszedł się nieprawdopodobny kwiat ludzki, z łąk najróżniejszych i jakoś się dogadali, zeszli w słowach i uśmiechach, choć każdy przecież chciał być w jakimś wymyślonym miejscu. No, ale lepsze zdarzyć się nie mogło, przy okazji, potwierdziła się stara prawda, że Polak ma cudowną zdolność do znoszenia podziałów: w pewnych warunkach każdy dogada się z każdym bez względu na poglądy, wiek, ścieżki życia, którymi dobiegł, doczłapał, lub dowywracał się do wigilijnego stołu.

Jestem antyklerykałem tyleż zapiekłym, co stereotypowym: znaczy to, że wizja kleru jako wielkiego biznesu zorientowanego wyłącznie na dojenie duszyczek jest mi bliska. Z jednym zarzutem tylko nie mogę się zgodzić, a mianowicie, czemu odmawia się kapłanom do wypowiedzi na temat seksu i relacji damsko męskich, kwestionując ich doświadczenie w tej delikatnej kwestii. Otóż, mają pełne prawo, a gdybym miał kłopoty z tym akurat, niezawodnie popędziłbym po radę do przedstawiciela kleru. Nie tylko dlatego, żeby posłuchać o czasach przedkoloratkowych. Któż lepiej zna kobiety od faceta, co przez całe życie musi ukrywać kochanki, nie tylko przed najbliższymi, lecz i całą parafią (jest przecież w wymiarze lokalnym osobą publiczną), urabiać te nieszczęsne kobiety, by nie wdzierały się tam, gdzie im nie wolno, nie rozsadzały życia, słowem, ustawiać je tak dokładnie, jak nie zdołałby tego uczynić facet jakiejkolwiek innej profesji. Do tego dochodzą metody na skuteczny podryw i jeszcze skuteczniejszą antykoncepcje, słowem, jeśli laicyzacja będzie postępować, przyszłość księży-renegatów widzę ogromną: jako ekspertów, doradców postępowania z kobietami.

Niemal cały czas świąteczny zszedł mi na pisanie „Widm”, książka się rozrasta proporcjonalnie do ogromu pracy stojącej przede mną (postęp geometryczny, napisana strona generuje konieczność przeczytania trzydziestu, plus odkrycie w jakiej książce te trzydzieści znajdę), co powoduje pewien niepokój, oraz prostą złość związaną z brakiem czasu. Widziałem niewiele, nic też godnego uwagi, za to zabrałem się ostro za Dead Space, horror-grę w przestrzeni kosmicznej, ostro przypominający Alien vs Predator, w który ciupałem jeszcze w czasach peceta. Ludzie odpadli przy tej grze, miały być wrzaski z strachu i klimat jak na urodzinach Hitlera w ‘45tym, a ja zaciąłem się już na pierwszej lokacji. Co świadczy tylko o tym, że konsolowiec ze mnie żaden, przeczytałem więc instrukcję i wchodzę jak w masło, w ciemną puszkę kosmicznego wraka, strzelając mutantom w nogi, łapki i co tam jeszcze panowie z Electronic Arts mutantom przypisali.

“Tancerz” drugi raz na polter.pl

Każdy Polak (mam przynajmniej taką nadzieję) zna Adama Mickiewicza, nie każdy jednak wie o jego powiązaniach z “nawiedzonym” mistykiem Andrzejem Towiańskim, który spowodował niemałe zamieszanie w życiu naszego wieszcza. To są fakty, jakie znajdziemy w każdym podręczniku. Orbitowski i Urbaniuk zdecydowali się nieco ubarwić życiorys autora Dziadów, nadając mu raczej złowrogi charakter. Co by było, gdyby Mickiewiczowi udało się zawrzeć w swoich dziełach moc pozwalającą na zdobycie ponadludzkich zdolności? Gdyby istniała piąta część arcydzieła polskiego romantyzmu? Część, która po rozszyfrowaniu mogłaby zmienić swego czytelnika w istotę zdolną władać innymi ludźmi? W anioła…?

Te pytania pojawią się w trakcie śledztwa prowadzonego przez komisarza Enka i księdza Gila. Obaj bohaterowie ponownie spotkają się w sprawie bardzo makabrycznych morderstw, które wstrząsają Krakowem. Jedyny trop to znalezione przy każdym ciele dziwaczne zapiski: fragmenty wiersza i rozrysowany na kroki taniec. Śledztwo prowadzi od Krakowa, przez Paryż, aż po Stambuł: miejsce śmierci Mickiewicza. Niespodziewanym sojusznikiem “psa” i “klechy” staje się nawiedzony Ślązak, “boży szaleniec” Rajmund Cnota, obdarzony mocą wieszczenia założyciel Towarzystwa Wiedzy Ezoterycznej Jezus Maria. Bohaterom przyda się ten niecodzienny pomocnik, gdyż i wróg w tym przypadku jest potężny – na tyle, by kilkakrotnie zagrozić życiu naszej bohaterskiej dwójki.

Całość tutaj

Planeta kobiet, planeta mężczyzn. Świątecznie.

Trudno powiedzieć, czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa, fakt jednak – jesteśmy bytami międzyplanetarnymi. Wystarczy uprzytomnić sobie gigantyczny wysiłek programu kosmicznego, by zrozumieć, jakim cudem musi być spotkanie osobników płci przeciwnej, przecież od lat pięćdziesiątych, po miliardach rubli oraz dolców wysłanych dosłownie w kosmos nawet nie dostaliśmy się na tego nieszczęsnego Marsa i prędko to nie nastąpi, ludzkie kolonie na Księżycu możemy sobie co najwyżej narysować, a prawdziwy lot poza galaktykę jest równie prawdopodobny jak to, że Marilyn Manson zastąpi Świętego Mikołaja. Tymczasem zakochani wciąż się pojawiają, co prowadzi do wniosku, że miłość pomiędzy Marsjaninem a Wenusjanką wychodzi lepiej niż fruwanie w próżni, do tego koszt kolacji czy nawet weekendu w multigwiazdkowym hotelu jest zasadniczo niższy niż wysłanie najmniejszej nawet sondy. Same plusy.

Jesteśmy dla siebie tajemnicą, podobnie, jak wciąż nie znamy zawiłości planet, zasadniczo mogę stwierdzić, że poznałem się z kobiecą powierzchnią, wciąż jednak niewiele umiem powiedzieć o zawiłościach kryjących się pod nią, o gorących jądrach wewnątrz, o tajemnicach atmosfery, gazów, pierwiastków uczuć i pragnień, o biegunach i małych cudach skrytych w fałdach kobiecego gruntu. Kobiety są czasem ogromnymi gazowymi olbrzymami, niekiedy drobnym, zimnym ćwiekiem gdzie z rzadka dochodzi światło, spotykamy kobiety Ziemie oraz Jowisze a co najważniejsze, jest na nich życie, albo go nie ma. Z mężczyznami podobnie.

reszta w Kafeterii

Przy okazji: wesołych świąt, dobrego Nowego Roku dla wszystkich wielbicieli konsol, horrorów, metalu (oraz Britney Spears i Pink), przyjaciół Prezesa i Kreski, Psa i Klechy, reszty światów, które przywołałem, czytelników, czytelniczek Lampy, Kafeterii, SFFH, Nowej Fantastyki, wreszcie, dla wszystkich dobrych, porządnych, lub zwyczajnie fajnych ludzi, których, póki co, na tym świecie jest całkiem sporo.

Tydzień z głowy (10)

Przykry fakt starzenia rozpoznaje się po dwóch objawach – nie tyle, że człowiek przestaje się interesować muzyką, ale nie może tego robić, choćby śledził listy przebojów, właził na fora internetowe i strony z teledyskami nic nie osiągnie, zbudzi się po prostu w chaosie dźwięków i twarzy, których zwyczajnie nie potrafi rozpoznać, zakorzenić w sobie, a złączenie ich z muzyką pozostaje niewykonalne. Prędzej czy później łapiemy się na tym, że wystarcza radio, albo playlista sklecona z byle czego w winampie, w rzeczy samej, muzyka staje się czymś nieco mniej godnym, nie oferuje tych emocji, co kiedyś, co najwyżej stanowi okazję do powrotu w krainę nastoletniości, dokonującą się w ramach jakiegoś kulturalnego wydarzenia. Świetnie widać to na metalowych koncertach, zwłaszcza długowłosych dinozaurów, jadących ku emeryturze na chwale jeszcze z lat osiemdziesiątych. Widzimy pod sceną czterdziestolatków, ubranych w stare, skórzane kurtki, w koszulki kupione na stoisku promocyjnym, w tym samym klubie, tylko rok temu, widzimy dawnych kumpli, którzy na moment zrzucili garnitury lub swetry kupione przez żony – tylko brzuchów nie zdołali zrzucić. Jest w tym coś smutnego i pocieszającego zarazem, znaczy to też, że najprawdopodobniej wybiorę się na koncert Saxon i Iced Earth w Warszawie.

Człowiek starzejący się – choć wolę jakże przyjemne słowo „dojrzewanie” – zużywa masę energii by wkurwiać się na drobiazgi. Na przykład, mając lat dwadzieścia nie zwracamy uwagi na zjawisko pogody, tej nie ma w naszym świecie, nie myślimy o niej, nie mówimy, nasze emocje ciążą ku intensywniejszym doznaniom, aż trzask prask, mija dekada i budzimy się wściekli, smutni, lub przynajmniej melancholijnie rozczarowani grudniowym deszczem, tym, że trzeba weń wejść i gdzieś tam dreptać. Albo tramwaje. Rzecz dla mnie szalenie istotna, odkąd zostałem ojcem pielgrzymującym, spędzam w nich masę czasu, czytając książki, ocierając się o społeczeństwo, dodając do jego smrodu swój własny smród. Nie chodzi nawet o to, że komunikacja miejska w Krakowie jest kompletnie do dupy, bowiem komunikacja miejska, z punktu widzenia użytkownika do dupy będzie zawsze, nawet gdyby tramwaj przyjeżdżał co minutę, odwoził pasażera wprost do wyra, a w środku były drinki, hostessy, telebimy. Tym, co wyróżnia krakowskie MPK od innych tego typu instytucji jest niewiarygodna bufonada i samozadowolenie właściwe podstarzałym amantom, którzy sądzą, że nawet draska na reformach jest sexy. Czyli surrealizm: ponoć słynny szybki tramwaj, skonstruowany z krwawicy samego Majchrowskiego jeździ wolniej niż jego mniej sławny poprzednik. Jeszcze większe wrażenie robi kampania reklamowa – zawieszony pod sufitem telewizorek wyświetla na okrągło stłoczonym pasażerom spoty wychwalające rozkosze związane z korzystaniem z komunikacji zbiorowej. Pełno tam uśmiechniętej młodzieży, rozwalającej się w horrendalnie wręcz pustych, bezkresnych przestrzeniach autobusu, zadowolonych z życia motorniczych i oszalałych z radości turystów, wpinających rowery w zewnętrzny bagażnik. Co najlepsze, wymalowano również drzwi tramwajów. Teraz, widnieją na nich rozradowani, młodzi ludzie, szykujący się do wysiadania, następnie, drzwi się rozsuwają, ukazując wściekły, zmęczony, szary, zasmarkany tłum, znajdujący się za tą potiomkinowską młodzieżą. Daje to niesamowite wrażenie Orwella dla ubogich, drobiazgu, co bawi i złości jednocześnie.

Mam „Wieszanie” Rymkiewicza i niedługo dowiem się, jakie to tam cuda są popisane, na razie fascynuje mnie sposób wydania, złożenia, oraz kretyńska okładka ze stryczkiem, co składa się na najgorzej wydaną książkę lat minionych. Twarda oprawa „Kinderschenen” stanowi tu dowód sukcesu naszego dinozaura (człowiek, który słucha Saxon i Iced Earth Rymkiewicza po prostu czytać musi). Za to zdarzyło mi się przeczytać dobry horror, co w Polsce, kraju bezwzględnej dominacji Grahama Mastertona wydaje się prawdziwym wydarzeniem. Mowa o „Obcym” Morta Castle wydanym przez Replikę. Dobra powieść grozy musi opierać się o autentyczny lęk, to jasne. Tymczasem banalny pomysł – główny bohater jest Obcym, potworem w ludzkim ciele, wypatrującym szczęsnego dnia, kiedy to z innymi Obcymi rozpocznie radosne czasy mordowania – bazuje nie na jednym, lecz na dwóch lękach. Pierwszym jest irracjonalne poczucie, że nasi bliscy są czymś innym, niż nam się wydaje, szczęśliwi ojcowie mają kochanki lub zgoła gwałcą dzieci, matki zjadają własne strupy lub są morderczyniami. To działa zawsze. Ale drugim lękiem jest przecież nasza własna, podskórna, najczęściej tylko przeczuwana w rzadkich spazmach intuicja, że nie chcemy życia, które mamy i dobrze by było, gdyby litościwy los łaskawie sprzątną najdroższych przyjaciół, kochaną rodzinkę, cudowną pracę i dzieci umiłowane, słowem, żeby wszystko co dobre w naszych życiach trafił szlag z oczywistym pożytkiem dla nas. Jest to głęboko fałszywe przeczucie, człowiek nie jest Obcym, żadną skończenie złą istotą, nosi jednak w sobie cień cienia, jakby kiedyś w naszych bebechach mieszkał potwór, zabrał się w cholerę, ale zostawił swój sen.

Jeszcze w górach zrobiłem sobie maraton filmowy, kilka rzeczy było co najmniej niezłych, jak niskobudżetowy „Malefique” z Francji czy ekranizacja „Iron mana”. Największe wrażenie zrobił jednak skandynawski „Pozwól mi wejść”, najciekawsza chyba historia wampiryczna od czasu „Cronosa” del Toro. Wszystkie elementy znamy, od samotnego nastolatka, po kingowską diadę krwiopijcy i jego opiekuna, tu jednak wsadzono je w ponurą, zaśnieżoną scenerię norweskiego miasteczka, opowiedziano środkami europejskiego kina obyczajowego i podsunięto widzowi pod nos w potrawce z pięknych kadrów i przemyślanych ujęć. Przyjemnie się ogląda niby zwykłą, fantastyczną opowiastkę, gdzie jednak każda minuta została głęboko przemyślana, Poza podstawowymi, wampirycznymi rekwizytami z horroru tu niewiele, no może dużo bloodu, jakby powiedział pewien wielki krakowski twórca literatury mówionej, brak jednak wyskakiwania zza węgła, standardów montażowych zaczerpniętych z serii „Piła” a przede wszystkim, finałowej walki z potworem. I dobrze, taka zniszczyłaby ten kameralny, piękny film. Amerykanie robią remake, tylko nikt nie wie po co.

a tu przypominam “Cronosa”

Zaczyna się tydzień świąteczny, czyli czas trudny dla ludzi o choćby minimalnym poziomie wrażliwości, właściwie to nie znam za wielu takich, co lubią święta, za to całą masę innych, którzy 24-go grudnia najchętniej zajęliby się czymś mniej heroicznym, niż próbą bycia miłym dla najbliższych. Za to w zasięgu ręki znajdzie się zawsze ktoś, kobieta najpewniej, dla której tradycja jest ważniejsza od niepodległości, w konsekwencji rokrocznie wsuwamy karpia, pod białym obrusem mamy sianko, a potem trzeba zasuwać na pasterkę. Będzie to oczywiście także moim udziałem, z tą różnicą, ze nade mną mieszka bardzo stara i bardzo głucha pani, która słucha mszy z taką głośnością, że piętro niżej człowiek czuje się, jakby siedział pod samą amboną. Innymi słowy, jest szansa, że w tym roku, zamiast iść na pasterkę, pasterka przyjdzie do mnie.

Esensja o “Tancerzu”

Powieść napisana jest z nerwem – nieraz miałem ochotę przyklasnąć ciętym one-linerom Enki, zaś komisarz Edward Grula stawał przed oczyma jak żywy, gdy śmiga na obrotowym krześle na kółkach po zapyziałym wnętrzu komisariatowej klitki i marzy o paryskich bagietkach. Wewnętrzne komentarze bohaterów, krótkie dobitne frazy nakreślają nie tylko obraz zdarzenia czy osoby, ale i dają kontekst całej skomplikowanej relacji. To samo z opisami rozterek Enki czy Gila – ci ludzie żyją, mają swe obsesje i słabości, ich realność aż wylewa się ze stronic. Dialogi potęgują tylko to wrażenie autentyczności, bo wszystko jest w nich jak trzeba: emocje, informacje, indywidualne manieryzmy. Umiejętnie i z umiarem zastosowana, soczysta „kurwa” pozwala osiągnąć tu efekt niemożliwy dla papierowych postaci rzucających przekleństwami w roli przecinków: efekt rozbawienia i zrozumienia.

pełny tekst tutaj

Następna strona »