Tydzień z głowy (11)
W wojnie pomiędzy Christmas a Bożym Narodzeniem sprzyjam raczej pierwszej opcji, może dlatego, że obserwowanie smutnych ludzi, przejętych tym, że siądą do stołu z tymi, na których towarzystwo nie mają ochoty (a tych, których by chcieli widzieć, akurat nie ma) jakoś mi się na mózg rzuciło. A Christmas przynajmniej gospodarkę nakręca-tu pytanie, czy Chrstmas może trwać bez Bożego Narodzenia. Nie może, lecz wymaga pełnej kontroli, Boże Narodzenie musi pozostawać w kondycji właściwej opozycji demokratycznej za Polski Ludowej, czyli infiltracja winna sięgnąć liturgii. Osąd to co najmniej naiwny, Boże Narodzenie i Christmas należą do krajobrazu polskiego grudnia, strzeżone pilnie przez Kościół i koncerny, trudno więc liczyć, że się wyniosą, że choinek oraz neonów nagle nam braknie. Mam nadzieję, że napięcia będą rosnąć i porodzi się z nich coś ciekawego. Swoją drogą podoba mi się, popularny na Zachodzie, a w Polsce kiełkujący, pomysł wigilii podwójnej, kiedy to młodsze pokolenia nażarłszy się, nagadawszy z rodziną, odrywa się od sianka i białych obrusów, ciążąc ku własnemu towarzystwu, do dymu papierosowego, do wódki, imprez, uścisków, słowem, towarzystwo wigilijne staje się wyborem, a nie koniecznością.
Za to Kraków w wigilijny wieczór jest miastem niezwykłym, albowiem czarnym. Szedłem do ojca w rejonach szesnastej i wszędzie było ciemno, jakby, w wyniku wielkiego spisku alterglobalistów szlag trafił światła we wszelkich witrynach, gasną nawet szyldy knajp, ćmy barowe nie mają swych lamp, błądzą więc w mroku i trzeźwości. Mimo tramwaju z samochodem, pojawia się przemożne wrażenie wędrówki przez jakąś skamielinę, przez miasto, które śpi i tylko raz na czas może zadrżeć, strzepać z siebie popiół ludzi, sklepów, siłowni, innych miejsc rozrywki, miasta co lubuje się w ciszy i w czerni, innymi słowy, takiego od którego warto się odpieprzyć. Tylko psów wigilijnych brakowało, może dobrze, bo nie wiem co by mi powiedziały.
Wigilię, tę drugą, miałem przedziwną, wcale nie dlatego, że wywróciłem się przy własnej mamie (niniejszym, dziękuję człowiekowi, który niedawno mnie gościł, za pouczającą pogadankę w zakresie spożywania win wytrawnych). Bałem się jak cholera, tymczasem wyszło świetnie, po części dlatego, ze zszedł się nieprawdopodobny kwiat ludzki, z łąk najróżniejszych i jakoś się dogadali, zeszli w słowach i uśmiechach, choć każdy przecież chciał być w jakimś wymyślonym miejscu. No, ale lepsze zdarzyć się nie mogło, przy okazji, potwierdziła się stara prawda, że Polak ma cudowną zdolność do znoszenia podziałów: w pewnych warunkach każdy dogada się z każdym bez względu na poglądy, wiek, ścieżki życia, którymi dobiegł, doczłapał, lub dowywracał się do wigilijnego stołu.
Jestem antyklerykałem tyleż zapiekłym, co stereotypowym: znaczy to, że wizja kleru jako wielkiego biznesu zorientowanego wyłącznie na dojenie duszyczek jest mi bliska. Z jednym zarzutem tylko nie mogę się zgodzić, a mianowicie, czemu odmawia się kapłanom do wypowiedzi na temat seksu i relacji damsko męskich, kwestionując ich doświadczenie w tej delikatnej kwestii. Otóż, mają pełne prawo, a gdybym miał kłopoty z tym akurat, niezawodnie popędziłbym po radę do przedstawiciela kleru. Nie tylko dlatego, żeby posłuchać o czasach przedkoloratkowych. Któż lepiej zna kobiety od faceta, co przez całe życie musi ukrywać kochanki, nie tylko przed najbliższymi, lecz i całą parafią (jest przecież w wymiarze lokalnym osobą publiczną), urabiać te nieszczęsne kobiety, by nie wdzierały się tam, gdzie im nie wolno, nie rozsadzały życia, słowem, ustawiać je tak dokładnie, jak nie zdołałby tego uczynić facet jakiejkolwiek innej profesji. Do tego dochodzą metody na skuteczny podryw i jeszcze skuteczniejszą antykoncepcje, słowem, jeśli laicyzacja będzie postępować, przyszłość księży-renegatów widzę ogromną: jako ekspertów, doradców postępowania z kobietami.
Niemal cały czas świąteczny zszedł mi na pisanie „Widm”, książka się rozrasta proporcjonalnie do ogromu pracy stojącej przede mną (postęp geometryczny, napisana strona generuje konieczność przeczytania trzydziestu, plus odkrycie w jakiej książce te trzydzieści znajdę), co powoduje pewien niepokój, oraz prostą złość związaną z brakiem czasu. Widziałem niewiele, nic też godnego uwagi, za to zabrałem się ostro za Dead Space, horror-grę w przestrzeni kosmicznej, ostro przypominający Alien vs Predator, w który ciupałem jeszcze w czasach peceta. Ludzie odpadli przy tej grze, miały być wrzaski z strachu i klimat jak na urodzinach Hitlera w ‘45tym, a ja zaciąłem się już na pierwszej lokacji. Co świadczy tylko o tym, że konsolowiec ze mnie żaden, przeczytałem więc instrukcję i wchodzę jak w masło, w ciemną puszkę kosmicznego wraka, strzelając mutantom w nogi, łapki i co tam jeszcze panowie z Electronic Arts mutantom przypisali.
Mam „Wieszanie” Rymkiewicza i niedługo dowiem się, jakie to tam cuda są popisane, na razie fascynuje mnie sposób wydania, złożenia, oraz kretyńska okładka ze stryczkiem, co składa się na najgorzej wydaną książkę lat minionych. Twarda oprawa „Kinderschenen” stanowi tu dowód sukcesu naszego dinozaura (człowiek, który słucha Saxon i Iced Earth Rymkiewicza po prostu czytać musi). Za to zdarzyło mi się przeczytać dobry horror, co w Polsce, kraju bezwzględnej dominacji Grahama Mastertona wydaje się prawdziwym wydarzeniem. Mowa o „Obcym” Morta Castle wydanym przez Replikę. Dobra powieść grozy musi opierać się o autentyczny lęk, to jasne. Tymczasem banalny pomysł – główny bohater jest Obcym, potworem w ludzkim ciele, wypatrującym szczęsnego dnia, kiedy to z innymi Obcymi rozpocznie radosne czasy mordowania – bazuje nie na jednym, lecz na dwóch lękach. Pierwszym jest irracjonalne poczucie, że nasi bliscy są czymś innym, niż nam się wydaje, szczęśliwi ojcowie mają kochanki lub zgoła gwałcą dzieci, matki zjadają własne strupy lub są morderczyniami. To działa zawsze. Ale drugim lękiem jest przecież nasza własna, podskórna, najczęściej tylko przeczuwana w rzadkich spazmach intuicja, że nie chcemy życia, które mamy i dobrze by było, gdyby litościwy los łaskawie sprzątną najdroższych przyjaciół, kochaną rodzinkę, cudowną pracę i dzieci umiłowane, słowem, żeby wszystko co dobre w naszych życiach trafił szlag z oczywistym pożytkiem dla nas. Jest to głęboko fałszywe przeczucie, człowiek nie jest Obcym, żadną skończenie złą istotą, nosi jednak w sobie cień cienia, jakby kiedyś w naszych bebechach mieszkał potwór, zabrał się w cholerę, ale zostawił swój sen.