Archiwa dla Listopad, 2008

Tydzień z głowy (7)

O nieszczęściu. Na biurku leży mi gra-marzenie, gra cud, wyczekane, wytęsknione Dead Space, które wyniosłem z redakcji Engarde. I leżeć będzie, gdyż xbox mi nieodwołalnie zdechł, pozbawiając podstawowej radości w przysłowiowe jesienne wieczorny. Spoczywa sobie teraz, niezmiennym w kształcie i barwie, a jednak pozbawiony życia, niedawny życia dawca: wyłaniał z siebie, xbox mój prześliczny, tabuny wrogów do zastrzelenia, ludziki lego, zrujnowane miasta, ulice, po których można by pędzić samochodem oraz złowrogą pustkę przestrzeni kosmicznej – był prawdziwym stwórcą na mój pokój. Tymczasem zmarł, lub przynajmniej kona, gdyż płyta DVD czasem na nim pójdzie. Gra nie. Cała nadzieja w tym, że jedynym jasnym punktem Microsofftu – oprócz samego xboxa w wersji działającej – jest ichniejszy serwis, który przywróci mojemu życiu barwy i kształty, które utraciłem.

O rozmawianiu. Na zaproszenie Roberta Ostaszewskiego odwiedziłem redakcję Dekady Literackiej, by wziąć udział w dyskusji poświęconej młodej literaturze, a raczej młodości jako takiej. W opinii Roberta, z młodością wciąż mam coś wspólnego. Więc posiedziałem, posłuchałem gadających głów i krakałem jako one – było, w gruncie rzeczy było przemiło i kształcąco, tylko nie potrafiliśmy w żaden sposób tej młodości ugryźć. Co sprawia, że młodzi są młodzi? Jak oni siebie rozpoznają, biorą za swoich, a starców, tylko ufarbowanych, słusznie odtrącą? Jakie jest ich nawet nie przeżycie pokoleniowe (nawet ja takiego nie mam), ale podstawka bycia – jak, w moim wypadku, mgnienie komuny w agonii? Można tak pytać w nieskończoność i do niczego się nie dojdzie, więcej, kategoria młodości może zmienić, nim skończą się pytania. Więc, możemy definiować młodość przez opozycję do starości, jako rzecz definicji się wymykającą, albo po prostu stwierdzić, że młody to taki jegomość, co regularnie korzysta z youtube i programów p2p. Czyżbyśmy mieli teraz Pokolenie YP2 (youtube p2p)? Jak ktoś chce używać, proszę bardzo, pod warunkiem przypisania sobie autorstwa. Żywotność takich pokoleń ma siłę muchę jednodniówki – nie mam pojęcia, gdzie teraz siedzi „pokolenie JP2” oraz „pokolenie 1200 brutto” ale z pewnością nie w tej części widzialnego wszechświata.

O Polsce. Czytam Rymkiewicza, który w „Kinderschenen” wyraźnie próbuje być Mickiewiczem i pisze swoje „Księgi pielgrzymstwa polskiego”. Czytam też Twardocha, który na szczęście, w swych najśmielszych nawet zamierzeniach, planuje być Twardochem właśnie. Obaj usiłują wydestylować sens swojej, naszej tożsamości (odpowiednio, Polaka i Ślązaka), z tym, że sędziwy poeta czyni to w drodze obróbki węzłowych punktów naszej historii ze wskazaniem na powstanie warszawskie, zaś młody prozaik, publicysta oraz szermierz wychwytuje swoje sensy ogólne, ekstrakty w ważnych drobiazgach – wystarczy poczytać, jak opisuje kobiety, czekające przed kopalnią, bo walnęło coś na przodku, albo krzyże przydrożne, by wiedzieć o co chodzi. Instynktownie zwracam się przeciwko nim. Instynktownie, bo rozum, być może, pożeglowałby przyjacielsko w ich stronę. Otóż, wedle mego instynktu, nasza historia jest krwawym zamętem bez wewnętrznego porządku, otóż instynkt mi rzecze, że krzyże nikną we mgle. Zapominamy. Tym co świadczy o Polsce, co pokazuje czym Polska jest w swojej istocie jest owszem, bezsens, ale zaklęty w drobiazgu, coś zupełnie nieważnego, niepotrzebnego, zbędnego nawet, co mogłoby narodzić się chyba tylko nad Wisłą.

W moim kulawym ojcostwie (kulawym, bo dochodzącym, a jak człowiek dużo chodzi to staje się chromy) mnie właśnie przypadła rola śmigania z małym do lekarza – innymi słowy, raczej nie zbieram sobie u niego punktów, kojarząc się z igłą i opukiwaniem. Zapylam również po recepty i kiedy pani doktor raczyła mi taką wypisać, zwróciłem uwagę na pewien badziew, zdobiący ścianę. Badziew wydaje się dobrym słowem: ani to obraz, ani plakat, ani kalkomania, po prostu kawał śliskiego, kolorowego papieru, wiszący na gwoździu. Takie rzeczy widuje się w przychodniach.

Bardziew wyobraża leśną szkołę, gdzie kształcą się oszalałe ze szczęścia trolle. Trwa chyba lekcja medycyny (oznaczałoby to, że mamy do czynienia z uniwerkiem dla trolli), na pierwszy plan wysuwa się wesolutki nauczyciel w lekarskim kitlu, na tablicy za jego plecami widnieje napis: SZKIELET CZŁ, to znaczy tyle tylko widać, bo belfer zasłania resztę sobą samym. Domyślam się jednak, ze chodzi o człowieka. Obok stoi rzeczony szkielet, czyli trup (chyba, że trolle sporządzają sztuczne szkielety), będąc, zapewne, źródłem rozradowania, towarzyszącego zajęciom. Wszyscy z niego się cieszą, na białym łbie przysiadł ptaszek, u stóp kościstych zgromadziły się zajączki, zza drzewa spogląda uśmiechnięty lisek. Sama sytuacja wydaje się już bezsensowna, po co bowiem, do jasnej cholery, trollom wiedza o ludzkim kośćcu? Powinny przecież poznawać zawiłości trollowej anatomii. Ale jeśli przyjrzymy się dobrze czaszce, dostrzeżemy dziwacznie wysuniętą żuchwę oraz cofnięte czoło, wyjdzie niechybnie, że, wbrew napisowi na tablicy, mamy do czynienia ze szkieletem małpy, dokładnie, ni mniej, ni więcej – małpy jebanej.

Oczywiście, dzieci się nie połapią, choć, jak je znam, wyczują, że coś jest nie w porządku (jeśli będą chciały patrzeć, badziew ów, oprócz innych ułomności, jest bardzo brzydki), a o ile dorosłego wolno okłamać, omamić, to dziecka pod żadnym pozorem. To jeszcze nieważne. Opuściłem gabinet w dziwnym przekonaniu, że badziew, wiszący w przychodni dla dzieci, na którym trolle uczą się ludzkiej anatomii na małpim szkielecie mówi o naszym kraju coś naprawdę istotnego.

Co gorsza, to przekonanie jest we mnie do dziś.

A co jest jeszcze gorsze, napisałem te słowa i uświadomiłem sobie, że właściwie to nie jestem pewien, czy Szczepan Twardoch pisał kiedykolwiek o kobietach, czekających w napięciu na swoich bliskich przed kopalnią, w której zdarzyło się nieszczęście, albo o jakimś krzyżu, pod którym ludzie się modlą. Może tylko mówił mi o tym, albo coś mi się ubrdało. Nieważne, bo w jego prozie te kobiety, te krzyże są, nawet jeśli nie wspomniał o nich nigdy, ani jednym zdaniem.

Tydzień z głowy (6)

O upływaniu czasu: z racji mojego zawodu odczuwam go trochę słabiej, w końcu nie wpadłem w kierat ośmiu godzin w robocie i nie muszę się wysilać, by utrzymywać kontakt z kulturą. Ale po trzydziestce człowiek dowiaduje się ciekawych rzeczy, które okazują się kompletną nowością. Na przykład tego, że jest coś, co nazywamy organizmem i to coś nie zawsze jest posłuszne, więcej, ten wredny łajdak okazuje się mieć wredne potrzeby w rodzaju śniadania oraz snu i potrafi zapalczywie dopominać się o nie. Na domiar złego, czyni to dość skutecznie, walka nie ma sensu, trzeba się poddać, spać i żreć – taka dziwna konstatacja, że nie jestem sam na świecie, bo on też jest. Pamiętam też, że jeszcze jak byłem w Stanach, czyli prawie cztery lata temu kompletnie nie interesowało mnie, co dzieje się z niebem i ziemią, czy jest zimno bądź ciepło, wystarczyło się ubrać w puchówkę i zasuwać wesoło na budowę. A teraz gapię się za okno, na mokry śnieg, myśl o wyjściu, człapaniu na przystanek pod jakimś pieprzonym wiaduktem budzi we mnie organiczną niechęć. Myślę o słońcu, koszulce na ramiączkach, sandałach i zimnym piwku w jakimś ogródku. Rozumiem też, że zmiana jest nieodwołalna i będzie jedynie gorzej, oto jestem sobie na początku ścieżki, która najczęściej prowadzi do bezzębnego mamrotania o pogodzie i tym, że znów przywaliło mrozem, więc nic nie wyrośnie. A z drugiej strony życie zatoczyło przedziwne koło: mam trzydzieści jeden lat, znów mieszkam na wynajętym i jeszcze zaczynam studia. Nieprzewidywalność zdarzeń jest czymś naprawdę cudownym, to ten układ, którego nie byłem w stanie przewidzieć choćby w tych nieszczęsnych Stanach, tak jak jeszcze cztery lata wcześniej nie uwierzyłbym w siebie jako robotnika. Słodko gorzkie to wszystko, ale w jakiś sposób cudowne, taka banalna prawda, że życie składa się z niespodzianek i chyba warto, nawet jeśli niespodzianka taka masakruje to co było wcześniej i do tego było dobre.

Więc zacząłem studia – mowa o rocznym studium pisania scenariuszy, otwartym w tym roku w Krakowie, gdzie łażę sobie dzięki uprzejmości organizatorów. Może coś z tego będzie, bo film jest przecież moim największym marzeniem, zarazem zdaję sobie sprawę, jakie to będzie trudne, nie tylko ze względu na ogromną konkurencję ale i ułomną tradycję kinematografii polskiej w zakresie thrillera/horroru. No i przedziwnie mi studiować, jeszcze na filozofii konsekwentnie unikałem zajęć, a tutaj trzeba (tj. chcę), więc siedzę po siedem, dziesieć godzin na krzesełku, słucham, próbuję notować i rozumiem, jak bardzo zdziczałem, pracując w domu, nawykły do własnego rytmu i folgujący własnym dziwactwom. W każdym razie, biorąc pod uwagę rytm zajęć, gdzieś pod koniec wakacji powstanie mój scenariusz no i zobaczymy.

Za to rusza nowy magazyn poświęcony grom konsolowym, nerwowo dowodzony przez starego kumpla, Adama Wieczorka (świętej pamięci drużyna Bakemono), gdzie znalazłem sobie kącik – co miesiąc będą ukazywały się moje felietony, luźno związane z graniem właśnie. Ciekaw jestem jak to wyjdzie i co ludzie powiedzą, nowa to dla mnie materia, a do tego, jakby na rzecz nie patrzeć, do nastolatka trochę mi brakuje. Oczywiście pogląd, że konsole są dla gówniarzy jest kompletne pozbawiony sensu i mógł właściwie powstać jedynie w Polsce, ale bakcyla złapałem późno, nie mam konsolowego języka (niektóre wpisy na forach czytam niczym węgierski), konsolowej wrażliwości, czyli z tej pisaniny może urodzić się coś ciekawego.

A skoro już przy pisaninie, to do końca roku powstanie pierwszy rozdział nowej powieści, rzeczonych „Widm”, muszę jeszcze posiedzieć w czytelni Muzeum Powstania Warszawskiego, dookreślić pewne sprawy i zacząć klepać. Cieszę się na to, choć pisanie tej książki stanowi wyzwanie nieporównywalne z jakimkolwiek wcześniejszym, pisarskim doświadczeniem. Bezpośrednio po tym przykrym reaserchu zasuwam na Nordkon, gdzie mam nadzieję zająć się czymś zgoła innym, niż roztrząsaniem kłopotów tożsamościowych, historycznych, itp. Polaków.

 

Duchovny

Niedawno Dawid Duchovny znalazł się w centrum uwagi brukowców i portali plotkarskich, a to ze względu na kłopoty ze swym życiem erotycznym. Mianowicie, chłopa rozsadzało jak nastolatka, zdradzał żonę na prawo i lewo, a następnie trafił do kliniki odwykowej. Kuracja wyszła średnio – niedawno gwiazdora przyuważono, gdy kupował całą serię pornoli, rzekomo dla siebie i małżonki. Z facetem musi rzeczywiście być coś nie w porządku, skoro po długiej abstynencji potrzebuje tego rodzaju podniet, żeby zbliżyć się do własnej ślubnej. Na domiar złego Tea Leoni zechciała mu odpłacić za wszystkie zdrady i sama nawiązała romans, co komentowano publicznie (życzliwie dla niej). Wreszcie kobieta wzięła odwet, Duchovny zaś zbiera cięgi, choćby na Pudelku.

Lubię ten portal i nie wyobrażam sobie dnia bez niego, ale tym razem redaktorzy nie mają racji. Duchovny wydaje się bowiem jedną z najjaśniejszych figur Hollywoodu i to w podwójny sposób: jako człowiek i jako postacie, które grywa. Choć w paru przypadkach trudno znaleźć różnicę. Oczywiście pozytywny wizerunek Duchovnego wynika po części z dekadenckiego, przepełnionego rozpustą i wszelkiej maści używkami tła Hollywood.

Są przykłady jaśniejsze. Taki Ron Perlman, ustrzeliwszy kolejnego demona przed kamerą Del Toro, wraca sobie do żony, tej samej od lat kilkudziesięciu. Nie piszę jednak o bohaterach, lecz ludziach zwykłych, czyli złożonych z ułomności. W odróżnieniu od większości kolegów z branży filmowy agent Mulder nigdy nie miał większych problemów z narkotykami i alkoholem (czyli dawał w palnik jak każdy, bez przesadzania), nie wplątał się w żadne śliskie afery jak Jeffrey Jones (ostatnio grał dziennikarza w serialu Deadwood), któremu oskarżenie o pedofilię złamało karierę, nawet nie tnie na podatkach jak Wesley Snipes. A jeśli tnie, to robi to mądrzej, bo nie jest chciwy. Zwyczajnie straszliwie lubi seks, a nowe partnerki działają nań stymulująco.

ciąg dalszy na o2.pl

Polter o Tancerzu

Orbitowskiego i jego niepowtarzalny styl zna chyba każdy szanujący się fan powieści grozy. Najnowsza powieść, którą napisał wspólnie z Jarosławem Urbaniukiem, to kontynuacja książki Pies i Klecha. Przeciwko wszystkim. Jak można się było spodziewać, Tancerz, bo taki też tytuł nosi część druga, nie odbiega poziomem od swej poprzedniczki, aczkolwiek tom pierwszy był mi jednak nieco bliższy. Trudno nie zauważyć również, że nie jest to czysta powieść grozy, powiedziałabym raczej, iż jest to głównie thriller, choć pojawiają się elementy horroru.

Dosyć niecodzienna para znana z części pierwszej, policjant Enaka oraz ksiądz Gil, po raz kolejny natrafiają na spisek, który swój początek miał ponad 150 lat temu. Wszystko zaś zaczęło się od makabrycznego morderstwa i małej karteczki z fragmentem nieznanego tekstu, który może zabić czytającego. W poszukiwaniu prawdy przyjaciele przemierzą takie miasta, jak Kraków, Paryż czy Stambuł. Przyjdzie im się również zmierzyć z rosyjskimi psychotronikami oraz ludźmi zdolnymi zapłacić każdą cenę w zamian za władzę. Ujrzą w zupełnie nowym świetle romantyków, a przede wszystkim dane im będzie poznać Mickiewicza takiego, jakim znali go jedynie wtajemniczeni.

reszta tutaj

So what

Dużo wypisuję tutaj o muzyce metalowej, a przecież uwielbiam dobrze nagrane, śpiewające panie z czołówek list przebojów. Madonna to miłość jeszcze z podstawówki, przez jakieś Christiny Aquilery i inne Betonce/Rhianny się nie przebiłem, za Britney chodzi za mną od pierwszej płyty. Teraz przyszedł czas na Pink i jej „Funhouse”. Dziewczę to drażniło mnie niemal wszystkim, od wizerunku zbuntowanej gwiazdeczki, przez próby dokopania Bushowi, aż po zupełnie kretyńskie występy przeciwko prawdziwym futrom czy czemuś podobnemu. Obchodziłem tę dziewczynę, aż w końcu mnie dopadło – nowa płyta to esencja rockowych melodii w popowej aranżacji, takie kompendium muzycznych w staroci szatach nowoczesnego brzmienia, do tego zaśpiewane z mocno, z uczuciem i przytupem. Singiel trzyma jak imadło, i aż mi głupio pisać tę notkę, bo wygląda na to, że stoję w szeregu zdurniałych twórców po trzydziestce, którzy wklejają na blogi to co akurat zobaczą w telewizji. W każdym razie, prawdziwe emocje wrzucone w produkt dla mas nie trafiają się codziennie, Pink akurat się z mężem rozstawała więc nie dziwię się, że jest taka wściekła. Chłopa też rozumiem, bo kto jak kto, ale ta dziewczynka na co dzień musi być nie do zniesienia.