Archiwa dla Październik, 2008

Hejtspicz (1)

Są tacy, którzy nie zdołają zasnąć, jeśli nie spróbują uczynić świata lepszym: wiercą się, jęczą i z oczyma przekrwionymi od bezsenności i zatroskania ruszają w miasto czynić dobro. Tym razem, Gazeta Wyborcza zamachnęła się potężnym piórem szefa działu krakowskiego, Rafała Romanowskiego. W swym artykule piorunuje na łażące reklamy, ludzi przebranych za kufle czy tam fałszywe babcie, a także ulotkarzy, w jego opinii psujący poetykę miasta, kryształową in spe. W niepodrabialnie pięknym stylu, Romanowski wyklina te zjawiska i inne potworności, słowem nie podoba mu się „Kraków, gdzie do ulicznego słupa czy ogrodzenia można przypiąć stary rower, przyczepę a nawet wrak samochodu i kpić sobie z miejskiego plastyka, konserwatora czy porządkowych służb.” Do tego dochodzi nudne już jojczenie na nielegalne szyldy, neony oraz płachty. Za wzór zaś robi burmistrza Madrytu, który kolorowych zbrodniarzy ze swego miasta wypędził.

Wprowadzenie zakazu odbierze forsę ludziom przebranym za reklamowe maskotki, u których raczej się nie przelewa, co właściwie redaktora martwić nie musi, skoro wygłupia się publicznie akurat na łamach prasy za dużo większe pieniądze. Mnie jednak rusza. Dochody pubów też sobie spadną – pal sześć. Z tym, że o pięknie miasta stanowi właśnie ruch, bezład, nieogłaskana feeria barw ganiająca po ulicach, pstrokatość kamienic i ogródków kawiarnianych. Laski rozdające ulotki, misie, babcie, są jak gołębie, być muszą. A jeśli ich skreślić, pozdzierać szyldy i płachty, raptem ockniemy się w mieście przeobrażonym w wielkie muzeum, jak muzeum martwym i cuchnącym trupem.

Mistyfikacje

W Obywatelu Kane jest cudowna scena, w której rzeczony Kane stwierdza, że jeśli coś napisano odpowiednio dużą czcionką, to z pewnością mamy do czynienia z wiadomością bardzo istotną. Współcześnie wszystko, co pojawia się w mediach, jest tak istotne i prawdziwe, że nie podlega dyskusji. Oczywiście są tacy, którzy na przekór dyskusję podejmą, sprowadzając ją do psioczenia na układ i lansowania swoich prawd. Tak czy inaczej na pierwszy plan wybija się kłamstwo.

Jaki jest jedyny zbudowany przez człowieka obiekt widoczny z przestrzeni kosmicznej? Każdy odpowie, że Wielki Mur Chiński, i oczywiście się pomyli, co nie przeszkadza tej kompletnej bredni powszechnie funkcjonować. Z niskiej orbity można dostrzec co większe autostrady, za to Muru Chińskiego za jasną cholerę, z wysokiej zaś widać głównie morza, kontynenty i cuda w rodzaju Sahary i zieleni Amazonii. Kłamstwo z Murem Chińskim jest niezamierzone, ale współcześnie wręcz mnożą się oszustwa i mistyfikacje tworzone celowo, z intencją przyciągnięcia odbiorcy i zrobienia go w konia.

reszta jak zwykle w dozie kultury

W strojach służbowych

W tle uśmiecha się Dawid Kain

Zamieszanie związane z premierą PiKa, a także przejściowy zgon tego bloga sprawiło, że zapomniałem o rzeczy bardzo ważnej. Po raz pierwszy przyznano nagrodę im. Żuławskiego, mi przypadło Złote Wyróżnienie za Tracę Ciepło. Dziękuję.

Tańczymy w Warszawie

Za naszym wydawcą, Fabryką Słów

Pies i klecha – “Tancerz” - premiera w Warszawie!
Res Publica Nowa  i Fabryka Słów serdecznie zapraszają na spotkanie z Łukaszem Orbitowskim i Jarosławem Urbaniukiem. Autorzy będą czytali fragmenty swojej najnowszej książki. Dyskusję poprowadzi Magdalena M. Baran.
Czas i miejsce - środa, 29 października,  godz. 18.00, redakcja kwartalnika „Res Publica Nowa”, ul. Gałczyńskiego 5.
Podczas spotkania będzie można kupić egzemplarz książki z autografami autorów. Po spotkaniu zapraszamy na lampkę wina!

Zapraszam również na wideoczata na Wirtualnej Polsce. Pytania można zadawać tutaj.

Tydzień z głowy (31)

W tym tygodniu miały trzy ważne, z mojego punktu widzenia, wydarzenia.

Na Targach Książki, w sobotę zdarzyła się premiera „Tancerza”, co znaczy tyle, że z Jarkiem mamy już dwoje dzieci. No i co mogę napisać? Trzymanie własnej książki w łapkach jest zawsze dość niesamowitym wrażeniem, nie tylko dlatego, że coś się udało. Opowieści żyją, czasem mam wrażenie, że przenikają świat, łby i serca niczym fale radiowe. Nie widzimy ich, ale wystarczy pokręcić gałką w sobie i zaraz na nie natrafimy. Albo na biały szum. Historia spisana na kompie, w tekście literackim lub konspekcie, opowiedziana przy knajpianym stoliku, wyszeptana w ucho komuś, kogo kochamy zawsze pozostaje niedokończoną, można doń wrócić, stanąć po środku i skierować w inne dorzecze, choćby patykiem. Książka zamyka opowieść, definiuje ją w skamielinę: inaczej losy bohaterów już nie pobiegną, co może jest trochę smutne, a zarazem znaczy, że trzeba zabrać się za opowiadanie czegoś innego. Swoją drogą, czas zapieprza, jakieś trzy lata temu pisaliśmy „Żertwę”, pierwsze opowiadanie, nie mając pojęcia, jak ten cykl zarezonuje, a nawet czy będzie cyklem. Teraz są dwie książki, gotowy zbiorek i chyba będzie trzeba ciut zwolnić, co? Jarek odgraża się z debiutem (wiem, ale nie powiem), na mnie czekają „Widma” i kilka opowiadań, które po prostu muszą być napisane, także, jakby na to nie patrzeć, trzecia powieść cyklu powinna ukazać się za dwa lata. Albo i wcześniej, bo akurat tego co, jak, kiedy się pisze, przewidzieć nie sposób. Wiadomo za to, co jest pisane: nowe opowiadanie cyklu, pod roboczym tytułem „Więcej światła”. Tekst ukaże się w Science Fiction, Fantasty&Horror i będzie, jak zwykle, sporawy. Swoją drogą, przy dzisiejszych standardach powieściowych, rzecz mogłaby spokojnie ukazać się jako książka i to w czterech tomach.

Rzeczywiście, czas biegnie, czego nie odczuwam specjalnie, co chyba znaczy, że dziecinnieję – ale akurat tak wyszło, że w tym tygodniu skończyłem 31 lat. Nie zrobiłem się przez to specjalnie refleksyjny, za to dostałem pięciopak z filmami Dario Argento, zawierający jego mniej znane kawałki. Zabieg z pewnością ma charakter komercyjny, ale ja cieszę się jak diabli – średnio oszalały fan horroru zadba, żeby mieć na półce „Suspirię” albo „Głęboką czerwień”, za to o takiej „Phenomenie” zapomni i dopiero, zobaczywszy tytuł, uświadomi sobie, jakie to jest świetne i wcale mnie nie obchodzi, że facet kręci nieustannie jeden i ten sam film. Niemniej, siedzę, myśląc co wyszło, co nie wyszło przez te ostatnie trzy dekady, co doprowadza mnie do niewesołej myśli, że trzeba dalej pisać.

Na marginesie. Moje miasto usiłuje przeprosić się z państwem Pendereckich, to znaczy, jeśli wypluje z siebie odpowiednią ilość monet, godność pana Krzysztofa, a zwłaszcza Pani Elżbiety zostanie naprawiona. Przypomnijmy, że Pendereccy obrazili się, ponieważ Kraków nie posmarował na jakiś kolejny festiwal, w konsekwencji czego zagraniczni koledzy Mistrza nie mogli przyjechać, drapnąc kapusty i zaprosić w rewanżu do siebie. Teraz zbliżają się urodziny kompozytora (fakt posiadania urodzin niewątpliwie nas łączy), póki co, Majchrowski sypnął 100 tysięcy na „kameralny” koncert, podczas którego Mistrz raczy zadyrygować jednym utworem. Potem podobno zje kolację i jeśli rzadko jadę na tym blogu mięchem to tym razem nie mogę: kurwa mać, przecież mamy do czynienia ze starą, przebrzmiałą gwiazdą muzyki poważnej, której pitolenia nie wysłucha nikt o resztce zdrowych zmysłów i nie chodzi o to, że się nie znam czy zagospodarowałłbym lepiej tę kasę – po prostu myślę o innych imprezach, które nie dostaną dofinansowania, ponieważ Kraków wzięło na przepraszanie i które to imprezy może byłyby kompletnie do dupy, ale czy pod tym pięknym słońcem istnieje coś nudniejszego od koncertu Pendereckiego? Do tego, Pani Elżbieta wyraźnie ma gdzieś tę stówkę i chyba domaga się Majchrowskiego we włosiennicy: „Bardzo pięknie, że Kraków próbuje uczcić rocznicę urodzin mojego męża, ale naprawdę trudno to nazwać gestem pojednawczym. To wcale nie znaczy, że godzimy się z Krakowem. Poza tym nigdy nie otrzymałam od prezydenta Majchrowskiego listu, w którym tłumaczyłby zaistniałą pięć lat temu sytuację. To nas wygoniono z tego miasta i wciąż czujemy gorycz.” (Gazeta Wyborcza). Ludzie, nauczmy się czytać pomiędzy wierszami, wygoniono, czyli nie zafundowano kolejnej imprezy, a oczekiwanie, że prezydent miasta zacznie się kajać, słać listy i tym podobne świadczy tylko o tym, że na świecie są ludzie, których ego fruwa gdzieś w rejonach Saturna. Obrażają się, kręcą nosem, ale szmal wezmą. Zastanawiam się, co na to powiedziałby Wojciech Kilar.

A trzecim ważnym wydarzeniem okazały się trzy dni, które mogłem spędzić z moim synem. Były piękne.

 

 

Następna strona »