W tym tygodniu miały trzy ważne, z mojego punktu widzenia, wydarzenia.
Na Targach Książki, w sobotę zdarzyła się premiera „Tancerza”, co znaczy tyle, że z Jarkiem mamy już dwoje dzieci. No i co mogę napisać? Trzymanie własnej książki w łapkach jest zawsze dość niesamowitym wrażeniem, nie tylko dlatego, że coś się udało. Opowieści żyją, czasem mam wrażenie, że przenikają świat, łby i serca niczym fale radiowe. Nie widzimy ich, ale wystarczy pokręcić gałką w sobie i zaraz na nie natrafimy. Albo na biały szum. Historia spisana na kompie, w tekście literackim lub konspekcie, opowiedziana przy knajpianym stoliku, wyszeptana w ucho komuś, kogo kochamy zawsze pozostaje niedokończoną, można doń wrócić, stanąć po środku i skierować w inne dorzecze, choćby patykiem. Książka zamyka opowieść, definiuje ją w skamielinę: inaczej losy bohaterów już nie pobiegną, co może jest trochę smutne, a zarazem znaczy, że trzeba zabrać się za opowiadanie czegoś innego. Swoją drogą, czas zapieprza, jakieś trzy lata temu pisaliśmy „Żertwę”, pierwsze opowiadanie, nie mając pojęcia, jak ten cykl zarezonuje, a nawet czy będzie cyklem. Teraz są dwie książki, gotowy zbiorek i chyba będzie trzeba ciut zwolnić, co? Jarek odgraża się z debiutem (wiem, ale nie powiem), na mnie czekają „Widma” i kilka opowiadań, które po prostu muszą być napisane, także, jakby na to nie patrzeć, trzecia powieść cyklu powinna ukazać się za dwa lata. Albo i wcześniej, bo akurat tego co, jak, kiedy się pisze, przewidzieć nie sposób. Wiadomo za to, co jest pisane: nowe opowiadanie cyklu, pod roboczym tytułem „Więcej światła”. Tekst ukaże się w Science Fiction, Fantasty&Horror i będzie, jak zwykle, sporawy. Swoją drogą, przy dzisiejszych standardach powieściowych, rzecz mogłaby spokojnie ukazać się jako książka i to w czterech tomach.
Rzeczywiście, czas biegnie, czego nie odczuwam specjalnie, co chyba znaczy, że dziecinnieję – ale akurat tak wyszło, że w tym tygodniu skończyłem 31 lat. Nie zrobiłem się przez to specjalnie refleksyjny, za to dostałem pięciopak z filmami Dario Argento, zawierający jego mniej znane kawałki. Zabieg z pewnością ma charakter komercyjny, ale ja cieszę się jak diabli – średnio oszalały fan horroru zadba, żeby mieć na półce „Suspirię” albo „Głęboką czerwień”, za to o takiej „Phenomenie” zapomni i dopiero, zobaczywszy tytuł, uświadomi sobie, jakie to jest świetne i wcale mnie nie obchodzi, że facet kręci nieustannie jeden i ten sam film. Niemniej, siedzę, myśląc co wyszło, co nie wyszło przez te ostatnie trzy dekady, co doprowadza mnie do niewesołej myśli, że trzeba dalej pisać.
Na marginesie. Moje miasto usiłuje przeprosić się z państwem Pendereckich, to znaczy, jeśli wypluje z siebie odpowiednią ilość monet, godność pana Krzysztofa, a zwłaszcza Pani Elżbiety zostanie naprawiona. Przypomnijmy, że Pendereccy obrazili się, ponieważ Kraków nie posmarował na jakiś kolejny festiwal, w konsekwencji czego zagraniczni koledzy Mistrza nie mogli przyjechać, drapnąc kapusty i zaprosić w rewanżu do siebie. Teraz zbliżają się urodziny kompozytora (fakt posiadania urodzin niewątpliwie nas łączy), póki co, Majchrowski sypnął 100 tysięcy na „kameralny” koncert, podczas którego Mistrz raczy zadyrygować jednym utworem. Potem podobno zje kolację i jeśli rzadko jadę na tym blogu mięchem to tym razem nie mogę: kurwa mać, przecież mamy do czynienia ze starą, przebrzmiałą gwiazdą muzyki poważnej, której pitolenia nie wysłucha nikt o resztce zdrowych zmysłów i nie chodzi o to, że się nie znam czy zagospodarowałłbym lepiej tę kasę – po prostu myślę o innych imprezach, które nie dostaną dofinansowania, ponieważ Kraków wzięło na przepraszanie i które to imprezy może byłyby kompletnie do dupy, ale czy pod tym pięknym słońcem istnieje coś nudniejszego od koncertu Pendereckiego? Do tego, Pani Elżbieta wyraźnie ma gdzieś tę stówkę i chyba domaga się Majchrowskiego we włosiennicy: „Bardzo pięknie, że Kraków próbuje uczcić rocznicę urodzin mojego męża, ale naprawdę trudno to nazwać gestem pojednawczym. To wcale nie znaczy, że godzimy się z Krakowem. Poza tym nigdy nie otrzymałam od prezydenta Majchrowskiego listu, w którym tłumaczyłby zaistniałą pięć lat temu sytuację. To nas wygoniono z tego miasta i wciąż czujemy gorycz.” (Gazeta Wyborcza). Ludzie, nauczmy się czytać pomiędzy wierszami, wygoniono, czyli nie zafundowano kolejnej imprezy, a oczekiwanie, że prezydent miasta zacznie się kajać, słać listy i tym podobne świadczy tylko o tym, że na świecie są ludzie, których ego fruwa gdzieś w rejonach Saturna. Obrażają się, kręcą nosem, ale szmal wezmą. Zastanawiam się, co na to powiedziałby Wojciech Kilar.
A trzecim ważnym wydarzeniem okazały się trzy dni, które mogłem spędzić z moim synem. Były piękne.