Z Jackiem i Witem o MacLeodzie
Dom burz jest opowieścią ściśle osadzoną w świecie Wieków światła. Natomiast fabuła i bohaterowie nie zazębiają się w istotny sposób z poprzednią powieścią. Czytelnik porusza się więc swobodnie po gęstej strukturze hierarchii cechowych, drabin społecznych, eterowego przemysłu itd. Z jednej strony więc jest już w świecie tym zadomowiony (dzięki czemu może skoncentrować swoją uwagę na losach bohaterów), z drugiej – książka traci pewien walor ciągłego zaskakiwania, podniecenia, jakie przynosi eksploracja nowych lądów
Ian MacLeod postanowił po raz drugi wejść do tej samej rzeki. W znane z Wieków światła uniwersum eteru, cechów i przesyconego magią przemysłu wrzucił nową opowieść. Pewnie skacze po leżących na dnie kamieniach. Podstawowe pytanie może brzmieć: czy stopy opływa mu wartki nurt, czy też znajduje się – a czytelnik razem z nim – w spokojnej, nagrzanej sadzawce?
Poprzednia powieść MacLeoda została w Polsce przyjęta bardzo życzliwie, będąc jedną z jaskółek fali New Weird. Obok Chiny Mieville’a stał się więc w naszym kraju MacLeod prorokiem nowej ery fantastyki. I, jak na proroka przystało, w swojej kolejnej książce konsekwentnie głosi przesłanie dla grzęznącego w konwencjach gatunku.
Przy okazji lektury warto zapytać o kilka spraw. Po pierwsze – o sam Dom Burz, po drugie – o specyfikę New Weird.
1. Historia pewnego pęknięcia (fabularnego)
Wit Szostak: Tak więc po pierwsze. Dom burz jest opowieścią ściśle osadzoną w świecie Wieków światła. Natomiast fabuła i bohaterowie nie zazębiają się w istotny sposób z poprzednią powieścią. Czytelnik porusza się więc swobodnie po gęstej strukturze hierarchii cechowych, drabin społecznych, eterowego przemysłu itd. Z jednej strony więc jest już w świecie tym zadomowiony (dzięki czemu może skoncentrować swoją uwagę na losach bohaterów), z drugiej – książka traci pewien walor ciągłego zaskakiwania, podniecenia, jakie przynosi eksploracja nowych lądów.
To oczywiście w fantastyce nic wyjątkowego, wszak dylemat ten – nowość czy swojskość – towarzyszy każdemu cyklowi spojonemu światem przedstawionym. W takiej sytuacji warto jednak zapytać, czy autor wykorzystuje fakt, że wysiłek kreacji ma już za sobą, by pogłębić struktury opisywanego świata, czy też – niczym Stwórca siódmego dnia – robi sobie wolne? Albo też – czy w gotowym świecie przędzie fabułę na tyle kunsztowną i bogatą, by rekompensować swe demiurgiczne lenistwo?
MacLeod konsekwentnie składa hołdy literaturze angielskiej XIX wieku. To powinowactwo, widoczne choćby w warstwie fabularnej, znakomicie dopełnia mu sur-wiktoriański obraz świata eteru. I warto przyznać, że idzie tu interesującą drogą, tak nietypową dla całej fantastyki, w której króluje konwencja literatury przygodowej. Podobnie jak w poprzedniej powieści mamy więc obyczajową epikę o losach ludzkich, o całościowych projektach życiowych bohaterów, które – ukazane w perspektywie wielu lat – próbują pokazać człowieka całokształcie jego życiowych wyborów, słabości i triumfów.
Wszystko to wpisane jest w dzieje zmieniającego się świata. Przemiany, które dokonują się na oczach bohaterów, kwestionują lub potwierdzają zasadność ich osobistych rozstrzygnięć. W ten sposób MacLeod daje głębokiego nurka w czasy Dickensa. Intrygi, napięcia między bohaterami, stopniowe odsłanianie się skrywanych tajemnic jako żywo przypomina ludzkie dramaty widziane oczami samego Dickensa, ale też Balzaca czy Wiktora Hugo. Taka metoda pozwala zobaczyć ludzi w ich codziennych relacjach, budowanych w rodzinie, pomiędzy bliskimi.
Ale znów rodzą się pytania. Mamy bowiem z jednej strony szlachetne odejście od konwencji przygodowej, z drugiej jednak – korzystanie z metod literackich nienaruszonych przez wiek XX. Czy MacLeod wymykając się jednej pułapce, nie pędzi ochoczo do innej? Czy taka opowieść może być wiarygodna dla dzisiejszego czytelnika?
Łukasz Orbitowski: Żeby od razu o MacLeodzie. Czytanie Wieków światła dokonywało się u mnie w fazie dziecięcego zachwytu, jakby mi ktoś pierwszy raz klocki Lego pokazał. Może dlatego, że przygodę z New Weird zacząłem właśnie od tej książki. I może ten entuzjazm jest dziś przyczyną rozczarowania, najprostszego, jako czytelnika. Nie znajduję w tej książce zwyczajnie nic nowego, a obietnica zaskakiwania jest, jak mi się zdaje, wpisana w New Weird jako taki. Autor zwyczajnie wszedł jeszcze raz do tego samego świata, tyle że z nową fabułą. I ta jest świetna, tu nie mam wątpliwości. Tylko że klisze XIX-stowiecznej powieści obyczajowej nakładają się na znajomą już scenografię, otrzymujemy więc rzeczy podwójnie znane.
reszta na Onet.pl

