Archiwa dla Wrzesień, 2008

Z Jackiem i Witem o MacLeodzie

 

Dom burz jest opowieścią ściśle osadzoną w świecie Wieków światła. Natomiast fabuła i bohaterowie nie zazębiają się w istotny sposób z poprzednią powieścią. Czytelnik porusza się więc swobodnie po gęstej strukturze hierarchii cechowych, drabin społecznych, eterowego przemysłu itd. Z jednej strony więc jest już w świecie tym zadomowiony (dzięki czemu może skoncentrować swoją uwagę na losach bohaterów), z drugiej – książka traci pewien walor ciągłego zaskakiwania, podniecenia, jakie przynosi eksploracja nowych lądów

Ian MacLeod postanowił po raz drugi wejść do tej samej rzeki. W znane z Wieków światła uniwersum eteru, cechów i przesyconego magią przemysłu wrzucił nową opowieść. Pewnie skacze po leżących na dnie kamieniach. Podstawowe pytanie może brzmieć: czy stopy opływa mu wartki nurt, czy też znajduje się – a czytelnik razem z nim – w spokojnej, nagrzanej sadzawce?

Poprzednia powieść MacLeoda została w Polsce przyjęta bardzo życzliwie, będąc jedną z jaskółek fali New Weird. Obok Chiny Mieville’a stał się więc w naszym kraju MacLeod prorokiem nowej ery fantastyki. I, jak na proroka przystało, w swojej kolejnej książce konsekwentnie głosi przesłanie dla grzęznącego w konwencjach gatunku.
Przy okazji lektury warto zapytać o kilka spraw. Po pierwsze – o sam Dom Burz, po drugie – o specyfikę New Weird.

1. Historia pewnego pęknięcia (fabularnego)

Wit Szostak: Tak więc po pierwsze. Dom burz jest opowieścią ściśle osadzoną w świecie Wieków światła. Natomiast fabuła i bohaterowie nie zazębiają się w istotny sposób z poprzednią powieścią. Czytelnik porusza się więc swobodnie po gęstej strukturze hierarchii cechowych, drabin społecznych, eterowego przemysłu itd. Z jednej strony więc jest już w świecie tym zadomowiony (dzięki czemu może skoncentrować swoją uwagę na losach bohaterów), z drugiej – książka traci pewien walor ciągłego zaskakiwania, podniecenia, jakie przynosi eksploracja nowych lądów.

To oczywiście w fantastyce nic wyjątkowego, wszak dylemat ten – nowość czy swojskość – towarzyszy każdemu cyklowi spojonemu światem przedstawionym. W takiej sytuacji warto jednak zapytać, czy autor wykorzystuje fakt, że wysiłek kreacji ma już za sobą, by pogłębić struktury opisywanego świata, czy też – niczym Stwórca siódmego dnia – robi sobie wolne? Albo też – czy w gotowym świecie przędzie fabułę na tyle kunsztowną i bogatą, by rekompensować swe demiurgiczne lenistwo?

MacLeod konsekwentnie składa hołdy literaturze angielskiej XIX wieku. To powinowactwo, widoczne choćby w warstwie fabularnej, znakomicie dopełnia mu sur-wiktoriański obraz świata eteru. I warto przyznać, że idzie tu interesującą drogą, tak nietypową dla całej fantastyki, w której króluje konwencja literatury przygodowej. Podobnie jak w poprzedniej powieści mamy więc obyczajową epikę o losach ludzkich, o całościowych projektach życiowych bohaterów, które – ukazane w perspektywie wielu lat – próbują pokazać człowieka  całokształcie jego życiowych wyborów, słabości i triumfów.

Wszystko to wpisane jest w dzieje zmieniającego się świata. Przemiany, które dokonują się na oczach bohaterów, kwestionują lub potwierdzają zasadność ich osobistych rozstrzygnięć. W ten sposób MacLeod daje głębokiego nurka w czasy Dickensa. Intrygi, napięcia między bohaterami, stopniowe odsłanianie się skrywanych tajemnic jako żywo przypomina ludzkie dramaty widziane oczami samego Dickensa, ale też Balzaca czy Wiktora Hugo. Taka metoda pozwala zobaczyć ludzi w ich codziennych relacjach, budowanych w rodzinie, pomiędzy bliskimi.
Ale znów rodzą się pytania. Mamy bowiem z jednej strony szlachetne odejście od konwencji przygodowej, z drugiej jednak – korzystanie z metod literackich nienaruszonych przez wiek XX. Czy MacLeod wymykając się jednej pułapce, nie pędzi ochoczo do innej? Czy taka opowieść może być wiarygodna dla dzisiejszego czytelnika?

Łukasz Orbitowski: Żeby od razu o MacLeodzie. Czytanie Wieków światła dokonywało się u mnie w fazie dziecięcego zachwytu, jakby mi ktoś pierwszy raz klocki Lego pokazał. Może dlatego, że przygodę z New Weird zacząłem właśnie od tej książki. I może ten entuzjazm jest dziś przyczyną rozczarowania, najprostszego, jako czytelnika. Nie znajduję w tej książce zwyczajnie nic nowego, a obietnica zaskakiwania jest, jak mi się zdaje, wpisana w New Weird jako taki. Autor zwyczajnie wszedł jeszcze raz do tego samego świata, tyle że z nową fabułą. I ta jest świetna, tu nie mam wątpliwości. Tylko że klisze XIX-stowiecznej powieści obyczajowej nakładają się na znajomą już scenografię, otrzymujemy więc rzeczy podwójnie znane.

 reszta na Onet.pl 

Bezimienni

Hiszpan Jaume Balagueró święci ostatnio sukcesy za sprawą wyśmienitego [Rec] a ja obejrzałem Bezimiennych, wcześniejszy film reżysera. No i jak, no dobrze, choć wielbiciele perfekcyjnej jatki znanej z późniejszych dokonań mogą być zawiedzeni. Bezimienni to klimatyczny horror do jakich przyzwyczaili nas Hiszpanie, wyróżniający się – charakterystycznym dla Balagueró – realizmem świata przedstawionego. Film można definiować jako dramat obyczajowy lub posępny thriller, nie ulega jednak wątpliwości, że scenarzysta konsekwentnie wykorzystuje klisze horroru. Mamy więc matkę, która straciła córkę, w konsekwencji, jej małżeństwo rozpadło się. Po kilku latach kobieta otrzymuje telefon, z którego wynika, że jej córka jednak żyje. Gorączkowe poszukiwania wiodą ku dziwnej grupie ezoteryków, pragnących wydestylować z człowieka czyste zło. Jak wszyscy źli mistycy znani kinu grozy, swe źródła mają aż w III Rzeszy.

Nie ma co kłamać, streszczenie fabuły nie wypada zachęcająco i na tej płaszczyźnie, Bezimienni wnoszą raczej mało. Baulero jest jednak mistrzem portretowania ludzi na krawędzi, dokładnie w tym momencie, kiedy punkt oparcia pęka i trzeba lecieć w dół. Pomaga mu znakomicie dobrany zespół aktorów i sugestywna praca operatora. Osobną wartością jest zakończenie, przełamujące gatunkowe stereotypy i pozostawiające widza – mnie przynajmniej – zdruzgotanego i oszołomionego.

Widziałem pięć filmów Jaume Balagueró i wszystkie prezentują równy, bardzo wysoki poziom. Dlatego też sukces [Rec] cieszy mnie i martwi zarazem. Reżyser zasłużył na laury i światową sławę. Obawiam się jednak, że jego droga skończy się w Hollywood, gdzie będzie musiał tańczyć do melodii wielkich studiów i producentów.

Bezimienni (Sin nombre, Los), scen. i reż. Jaume Balagueró, wyst. Jordi Dauer, Emma Vilarasau, Hiszpania 1999

Nowi święci w mieście

Osobiście uważam, że to jednak przegięcie. Zresztą, publicity Straży Miejskiej nie skoczyłoby nawet, gdyby zasilił ich sam Jezus, zaraz po drugim przyjściu.

Jubot

Zastanawiam się nad sensem istnienia konwentów, poza tym oczywistym – jest na ich, ogólnie rzecz biorąc, miło, co nie czyni jednak tych imprez niczym wyjątkowym. Z punktu widzenia autora, wartość polega głównie na spotkaniu z czytelnikami najwierniejszymi z wiernych, którzy z miłości, ciekawości lub hejta ruszyli na spotkanie z pisarzyną, blokując go w sali na godzinę lub dwie. Na sprzedaż nie ma to żadnego przełożenia, najwyżej publicity można sobie popsuć. Z pewną nutką nostalgii przysłuchuję się opowieściom fandomowych sierżantów sierżantów tym, jak to było wspaniale w latach osiemdziesiątych, kiedy to o ksiażakch dyskutowano do świtu i to z determinacją godną obrońców Stalingradu. Ale nie chcemy, żeby te czasy wróciły, prawda? Dziś dyskusje literackie przeniosły się do netu, konwenty mają sens głównie w oczach graczy, zdychają też pomalutku. W Krakowie nie ma ani jednego i trzeba będzie coś z tym zrobić.

Póki co, o tym co jest i bardzo dobrze, że jest. Zapraszam wszystkich na UBOT w pięknym mieście Łodzi, już w nadchodzący weekend. Będzie tam też NURSocon, na którym przyznają Nagrodę Nautilus, do której nominowano Jarka i mnie za „Pies i Klecha. Przeciwko wszystkim”. Także zapraszam serdecznie na panele, spotkania, pogaduszki przy bronku i inne różnorodne atrakcje, do których dojdzie, jeśli nie zabije mnie clubbing.

Program tutaj