Być może w pewnym wieku słuchanie Iron Maiden zwyczajnie nie przystoi, ale co tam – to chyba najbardziej rodzinny metalowy zespół świata, widziałem ojców, synków i dziadków, tłoczących się na stadionie Gwardii i wrzeszczących heaven can’t wait zgoła międzypokoleniowo. Poczułem się jakbym znów miał lat szesnaście, przez chwilę nawet miałem ochotę walczyć z jakimś smokiem i chyba na tym polega funkcja tego bandu, przenosi widza/słuchacza w krainę fikcji profesjonalnie i kompleksowo. To jak bajka opowiadana na dobranoc po raz pięćdziesiąty, gdzie znamy każde słowo i wydarzenie, zarazem, jakoś nie sposób wysłuchać jej bez szklistych oczu i wywalonego jęzora. Niby wszystko znamy: Eddie, zmieniające się dekoracje, biegający Dickinson, a zarazem jest w tych gościach jakaś cholerna świeżość, radość grania i zabawy, odróżniająca ich od innych, starzejących się zespołów.

Wyszło na to, że obejrzenie nowego Batmana jest już obowiązkiem, więc zobaczyłem. Świetne, choć bajdurzenie o najlepszym filmie świata można sobie wsadzić, tak samo jak nieustanne porównania Legera z Nicholsonem. Joker Nolana jest kimś zupełnie innym niż ten Burtonowy, wymagał więc innych środków i tyle. Tak jak ta rola wycisza inne, tak sam film zapewne stanie się cokołem dla legendy przedwcześnie zgasłego aktora, a szkoda, bo ujawnił się nowy pomysł na ekranizację komiksu – bezkomiksowość mianowicie. Trudno o większe oddalenie od kolorowego pierwowzoru, Dark Knight opowiada o policjantach i złodziejach, więcej, obroniłby się świetnie bez nietoperzej maski i krzykliwego make-upu, a już na pewno bez Christiana Bale’a, który charczy, zaciska szczękę i sprawia wrażenie, jakby drżał w oczekiwaniu na ciosy.