Podobno przed śmiercią się polepsza. Włączyłem radio, pokręciłem od szumu do szumu, aż znalazłem dziwną audycję, na wpół słyszalną. Ludzie coś mówili, wsłuchałem się i zrozumiałem, że rozmawiają o mnie. Brzęczało szkło, ktoś się śmiał, kobieta płakała, zaraz, jaka kobieta, to przecież Kamila, nikt inny, nie wiedziałem, czemu jej smutno. Za chwilę inny głos. Mówiono przez trzaski.
- To nie było tak, że każdemu zaraz pomógł, ale, mi się wydaje, że jak widział autentyczną krzywdę, potrzebę, to ruszał. Dyskretnie. Czasem przy wódce opowiadał, kogo pchnął, wokół kogo się zakręcił. Jakby ktoś mi teraz powiedział bydlę, w mordę bym dał, w mordę normalnie. Długo żył. Nagle umarł. Długo.
Trzask, szur.
- A wiecie, że kiedyś dawał radę? Pamiętam, jak oknem skakał, kiedy żona przyszła. Albo jak robiliśmy czujki, (szuru, szuru), bo on akurat robił taką studentkę kiedyś, jeszcze na obozie, a że był z narzeczoną, to tamci poszli ją urżnąć, tę narzeczoną, a on wywijał w krzakach i w deszczu. Nie powinienem tego mówić. No ale co?
Szrrrrrrra. Przykręcam.
- To tak się mówi, kochał kobiety. Wszystkie kobiety świata. Ale jako kobieta powiem, że to dziwkarz był. Fiut i dziwkarz. Uroczy.
Truuuuu…
- Był kiedyś u mnie, raz. Na wódkę. Już nie bardzo mógł, ale pił. Nogi mu siadały i tak śmiesznie człapał. Wypiliśmy prawie wszystko, a on wrócił spod drzwi, przyszedł i jeszcze się stuknęliśmy w progu. Zszedł po schodach i już go nie widziałem.
Jeszcze ruszyło.
- Nie wyobrażam go sobie, jak był młody, wiesz? Nie umiem. Takim bezradnym był człowiekiem, co chce, a nie może. Złoszczę się na niego, choć nie powinnam.
Słuchałem audycji z własnej stypy.

Całość w numerze lipcowym