W pisaniu, jak w życiu, piękne są tylko chwile.
A więc, mój drogi pamiętniku, dziś o męce tworzenia, choć tak naprawdę jeszcze niewiele wiem na ten temat. Dwie książki za mną: Plagi tej ziemi i Psalmodia (13 kwietnia), i Chichot – na ukończeniu, uprawniają mnie wyłącznie do kilku luźnych uwag. Lekki ton wpisu uzasadniam tym, że to Pan D. sili się na wielkie myśli, nie ja.
Ale skradnę Panu D. pomysł. Opiszę związane z moją pracą niebezpieczeństwa i pokusy za pomocą siedmiu grzechów głównych (a może przy okazji wymyślę i zdradzę ósmy):
Pycha.
Przepełniony tym grzechem uwierzyłem, że ktoś przeczyta to, co napisałem. Ustawicznie dziergałem literki na papierze – większość makulatury szła do szuflady, ale zdarzyło mi się też podesłać coś do redakcji jednego z tzw. czasopism branżowych. Też zgrzeszyli, bo nie przyjęli.
A jak już mi wyszło to bycie pisarzem, a choćby nawet i pisarczykiem to – tak czy inaczej – ten fakt zwiększył do niebotycznych rozmiarów moje ego. Inaczej się teraz czeszę i chodzę wyprostowany. To chyba wszystko.
Chciwość:
Zanim cokolwiek napiszę, wpierw myślę, w ilu egzemplarzach to coś się sprzeda. Ale najbardziej jestem łasy na egzemplarze autorskie, te wystawiam na allegro za ogromne pieniądze. Nikt jeszcze żadnego nie kupił.
Nieczystość:
Plugawy jestem, to pewne. Ale, wybaczcie, odsyłam choćby do artykułu na fantazmatach, bo nie będę się tu powtarzał.
Zazdrość:
Z tym się urodziłem. Chcę po prostu jak inni autorzy, stać (nie dosłownie) na półkach dziesiątków Empików w nieskończonej liczbie egzemplarzy. Pragnę, żeby mój nieco zmęczony ryjek był na plakatach i na forach internetowych, bo nasza klasa mi już nie wystarcza.
Łakomstwo:
To akurat pokusa, która towarzyszy mi przy pisaniu. Musze mieć jakiś nałóg, żeby pomógł mi oderwać się od pisania, pozwolić odsapnąć. Więc kiedyś paliłem, teraz piję kawę, aż do bólu głowy. Wiem, że wielu z Was skojarzyłaby ten grzech w jedzeniem, ale ja nie jadam, bo zbyt długo trwa przygotowanie kanapki. Tutaj jest pewien plus, bo otyłość odpada, jako skutek tej niewdzięcznej pracy.
Gniew:
Klawiaturę straciłem, dwie myszki straciłem… Więcej wyznać się wstydzę.
Lenistwo:
Aj, to jest dopiero grzech. Zniewala. Wybrałbym go na miss grzechów głównych.
Najbardziej mnie boli, gdy nie piszę, choć mam czas. Tracę wtedy godziny na patrzenie jak zamiast sroki cholerne wróbelki za oknem żrą słoninę zawieszoną na drzewie albo przyglądam się klientom w kawiarni. Piszesz? Pyta znajoma kelnerka. Tak, piszę, odpowiadam. A co piszesz? Książkę? Nie, znów pada odpowiedź, piszę, na blog jakieś pierdoły, ale tylko to, co Pan D. mi podpowiada.
Tuż niedaleko jest Kościół Mariacki. Przejdę się tam i wyspowiadam.

Fot: Karolina Nowak