Pierwsza kwadra trwa…
Październik 31st, 2009
Zastanawiając się, jaki temat poruszyć w tym wpisie, nie zamierzałem bynajmniej ponownie narzekać. Naprawdę. Nie lubię narzekania. Najbliżej mi do amerykańskiego sposobu bycia, gdzie na pytanie: How are you? choćby się nawet paliło i waliło, na ostatnim wydechu rzęzi się w agonii: Fine!
Tymczasem sprawa, która sama mnie dopadła, nakazuje mi raz jeszcze ponarzekać. Dotyczy ona może bardziej życia codziennego, niż samej grozy, ale jest też z nią nierozerwanie związana. Chodzi mianowicie o zatarcie naszych własnych tradycji i przyswajanie na ich miejsce wzorów obcych. Nie ma chyba lepszego ku temu dnia, jak właśnie trzydziesty pierwszy października. Halloween.
Jako nastolatek znałem Halloween jedynie z filmów i seriali, najczęściej zza wielkiej wody, których bohaterowie jeśli nie biegali w przebraniach za cukierkami, to oglądali w telewizji nocny maraton horrorów. Przyznaję, wtedy im tego nawet zazdrościłem (nie do wyobrażenia wręcz w naszej telewizji zagęszczenia filmów grozy, rzecz jasna, nie słodyczy). To było jednak niemal dwie dekady temu. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Walentynki, które gdy uczęszczałem do pierwszej klasy technikum jedna z nauczycielek próbowała nam zareklamować jako nowość i miły zwyczaj, stały się już niemalże naszym świętem narodowym. Mamy na ich punkcie nie mniejszego hopla niż Amerykanie. To samo dotyczy imprezy z przeciwległego bieguna, będącej tematem dzisiejszych rozważań.
Bo kto dziś pamięta o Dziadach, zwanych też czasem nocą zaduszkową? Znamy jedynie Halloween. Gdyby przeprowadzić sondę uliczną, zwłaszcza wśród osób młodszych, co dziś obchodzimy, jak sądzicie – jaka zwyciężyłaby odpowiedź? Chyba nie muszę podpowiadać… Jeszcze trochę, a pierwszy listopad przestanie kojarzyć się nam z zadumą nad grobami bliskich, a jedynie z leczeniem kaca po upojnej, poprzedzającej go nocy.
Czy zbyt wiele nie utraciliśmy, czy ponownie się nie sprzedaliśmy, złapaliśmy na lep, może lepki i słodki, ale obcy? Sami sobie na to odpowiedzcie, ja nie będę zagłębiał się w temat, nie to ma sensu. Wspomnę jedynie, co skłoniło mnie, by o tym napisać. Trzy drobiazgi. Impreza halloweenowa (może to trochę określenie na wyrost, ale jednak…) mojej córki w przedszkolu, zawód drugiej, nieco starszej, że nie dane jej będzie przejść się po bloku w przebraniu czarownicy, głosząc nieśmiertelne amerykańskie hasło: Cukierek albo psikus, oraz pomysł ich obu, by wystroić sypialnię rodziców w wycinane dynie, nietoperze i duchy. Co też, ku uciesze nas wszystkich, zrobiły.
To przez nie piszę te słowa. Bo one żyją już w innym świecie. Ani lepszym, ani gorszym – innym.
Witajcie w globalnej wiosce.
I wesołej zabawy podczas Dziadów… tfu… Halloween!
Filed under: Bez kategorii | 1 Comment »
Pierwsza kwadra, a więc pora na pierwszy prawdziwy wpis…
Październik 24th, 2009
Zamierzam sobie dziś ponarzekać. Jesteśmy narodem, który uwielbia się zamartwiać i szukać dziury w całym, więc spełniając mój patriotyczny obowiązek, pomarudzę nieco. Gdzieś w głębi ducha jestem i byłem konserwatystą, więc wszyscy zwolennicy rewolucji, zmian i nowości mogą poniższego wpisu nie czytać, z góry wpisując w komentarzu, że się z nim nie zgadzają.
Jednak do rzeczy, bo zaczynam już czwarte zdanie, a wciąż nie wiadomo, co tak zaległo mi na wątrobie, że postanowiłem skrobnąć o tym słówko (a właściwie słówek kilkaset). Mianowicie chodzi o laicyzację horroru, co chyba najlepiej widać na przykładzie wampirów.
Za starych ponurych czasów, jeszcze przed Stokerem, gdy spod piór Polidoriego, Hoffmanna, czy Le Fanu wychodziły postacie wampirów (a także wcześniej, gdy mniej lub bardziej ciemny lud strugał kołki i obcinał głowy swym niedawno zmarłym członkom rodzin, by nie powracali w upiorne noce) nieumarte stwory były nierozerwalnie związane z religią chrześcijańską. Bardziej od czosnku, luster i srebra nienawidziły krzyża i wody święconej. Były złem, które jawiło się jako Zło z wielkiej litery, odwiecznym wrogiem, tyleż nienawidzącym człowieka, co Boga.
Czasy jednak się zmieniają. Zwłaszcza dwudziesty wiek wraz ze swym postępem i rozpowszechnieniem wiedzy wcześniej nawet w zarysach zarezerwowanej jedynie dla wybranych, sprawił, że więzy łączące społeczeństwo i Kościół zostały porządnie nadszarpnięte. Nie bójcie się, nie zamierzam was ewangelizować (nie mam ku temu ani ochoty, ani powołania), stwierdzam jedynie fakt oraz pragnę napomknąć o jego wpływie na fantastykę, a szczególnie jej skrawek zajmujący się horrorem, a więc i wampirami. Bękarty, wyklęci z kościoła, nikczemnicy, nieochrzczeni, krzywoprzysięzcy, samobójcy i cała masa innych osób, które według ludowych wierzeń nieodmiennie czekał los spragnionego krwi upiora, mogły odetchnąć z ulgą, w świecie, gdzie ateizm jest równie rozpowszechniony co wrzody, utracili swój status przeklętych. Religia i zabobony przestały grać główne skrzypce w tak nośnym temacie, jak nieumarli, i coś musiało zająć ich miejsce.
Zajęło wszystko i nic. Mamy obecnie do czynienia ze światem wampirów, w którym czasem sama wiara jest ważniejsza, niż to, w co się dokładnie wierzy, gdzie ksiądz z krucyfiksem, ale i wątpliwościami, zdziała mniej niż głęboko wierzący rabin dzierżący w garści własne symbole religijne (ach, ta skleroza, kto mi przypomni, w jakim filmie bądź książce spotkałem się z podobnymi scenami?). W świecie, gdzie czasem zupełnie odrzuca się religię, zmieniając wampiryzm w chorobę genetyczną lub jedynie zaraźliwą, na kształt wścieklizny przenoszoną poprzez ugryzienia. Obawę przed czosnkiem i srebrem tłumaczy się uczuleniem, a każdy krwiopijca może spacerować w pełnym słońcu, byleby tylko nałożył na skórę odpowiednio grubą warstwę kremu z porządnym filtrem. Czy to nie obrzydliwe?! Czy wampiry naprawdę muszą utracić swe upiorne cechy?!
Nieumarli w literaturze, filmie i komiksie stali się dziwną hybrydą starych przesądów i nowoczesnej świadomości, która nie pozwala właśnie wierzyć w przesądy. To musiało doprowadzić do absurdów. W jednej z najbardziej znanych i cenionych książek z wampirem jako bohaterem w roli głównej, nasz przedmiot zainteresowania co kilka stron skomle swe retoryczne pytania o sens życia (a właściwie nieżycia) i snuje wątpliwości dotyczące istnienia stwórcy. Czy to nie paranoja autora, a dokładnie rzecz biorąc autorki? Stwór, który musi spać w trumnie, którego zabija słońce (lecz już nie krzyże, na które, jak mówi w filmie opartym na wspomnianej książce – o ile nie myli mnie pamięć – lubi spoglądać) i który do przeżycia swego zawieszonego w wiecznej młodości życia potrzebuje regularnych dostaw krwi, właśnie ten stwór ma wątpliwości, czy istnieje moc, która go stworzyła! Nie! Wyskoczył z próbówki albo nadleciał z Marsa, gdzie jak wiadomo powstawanie wampirów jest rzeczą zwyczajną, wywołaną niskim ciśnieniem atmosferycznym!
Kończę moje narzekania, mając nadzieję, że ktoś się do mnie przyłączy, jak ja dostrzegając, że horror, od którego dla chwilowej poprawności politycznej odsączy się religię, staje się zbyt często nieporozumieniem.
Już zupełnie na ostatek, by przenieść moje dywagacje na wyższy poziom marudzenia, zawrę narzekanie na własne narzekania – ile jeszcze moglibyśmy znieść opowieści o tradycyjnych wampirach, wstających z grobu, wysysających dziewice i ostatecznie pokonanych przez cnych młodzieńców uzbrojonych w krucyfiks i kołki…?
Hm… jak prawdziwy schizofrenik odpowiem na własne pytanie. Sądzę, że niejeden z nas, w tym ja, jeszcze wiele…
Filed under: Bez kategorii | 4 Comments »
Nów. Księżyc się rodzi, to chyba dobra chwila, by rozpocząć…
Październik 18th, 2009
Nów. Księżyc się rodzi, to chyba dobra chwila, by rozpocząć…
A więc…
Witam wszystkich, którzy tu zbłądzili; rozmyślnie, pragnąc obejrzeć nowopowstały blog, lub przypadkiem, przekierowani niecelnym kliknięciem w złośliwej przeglądarce. Pierwszy wpis nie powinien być, jak sądzę, zbyt długi, bym nie zanudził was i nie zniechęcił do ponownych odwiedzin już na wstępie.
Przyznaję się bez bicia, nie planowałem prowadzenia blogu, jednakże tak się złożyło, że zaproponowano mi taką możliwość, a ja bardzo chętnie się zgodziłem. Rozwijamy się poprzez nowe wyzwania i jeśli tylko nie uśpię was mimo nocnej oprawy tej strony, będzie to z pożytkiem dla obu stron, dla mnie i dla was.
Dla was, bo – mam nadzieję – znajdziecie tu coś, czego przeczytanie uznacie za warte poświęconego na to czasu. Dla mnie, bo jak już podkreślałem, mogę tylko zyskać, robiąc coś nowego.
Zakończę może na tym, co i tak każdy z was widzi. A więc króciutko: klikając na odpowiednie zakładki na górze strony, możecie przeczytać kilka słów o mnie, obejrzeć spis książek i opowiadań, które ukazały się drukiem, a także na ostatniej zakładce przesłać mi bardziej prywatną wiadomość niż możliwe to jest, umieszczając komentarz do aktualnego wpisu. Na razie wszystko może dość skromnie, lecz liczę, że strony będą się rozwijać…
I to chyba tyle na dziś.
Mam nadzieję do zobaczenia!
Filed under: Bez kategorii | 7 Comments »
