Mariusz Kaszyński

W czasie pełni wychodzą upiory…

Luty 28th, 2010

A teraz coś zupełnie odbiegającego od powyższego nagłówka :)

Blog ma to do siebie, że dobrze byłoby coś w nim stosunkowo regularnie zamieszczać, nawet gdy się nie ma nic do powiedzenia. Poszukując tematu zastępczego – zastępującego wieści z mojego warsztatu, w którym ostatnio niezbyt wiele się dzieje – zacząłem myśleć o adaptacjach filmowych książek.

Doszedłem do wniosku, że na przykład taki Peter Jackson powinien przez wieczność smażyć się w piekle. Nie dlatego, że jestem jakimś fanatycznym entuzjastą powieści Tolkiena, pomstującym, że w dwunastogodzinnym dziele (wersja reżyserska) zabrakło tego lub owego. Nie dlatego też, że film mi się nie podobał. Więc o co chodzi staremu marudzie?

O wolność.

Książki zawsze oznaczały dla mnie wolność. Jeśli byłem czymś krępowany, to jedynie granicami własnej wyobraźni. Jeśli moja głowa nie mogła czegoś przeskoczyć, to znaczy że tam właśnie była bariera mej mocy wtórno-twórczej. Wtórno, bo odtwarzałem danie przygotowane przez autora, jednak jak najbardziej twórczej, bo do każdej, nawet najpełniejszej historii można wnieść coś od siebie. Ba, nawet nie chcąc, wnosimy własne pierwiastki – wyobrażając sobie choćby bohaterów i miejsca, w których przyszło im toczyć bój z losem. Powiecie, że przecież wygląd bohaterów to też dzieło autora. I tak, i nie. Nie wierzę, by nawet najdokładniejszy opis mógł stworzyć w głowie każdego z nas identyczny obraz. To niemożliwe! Czytając rozwijamy wyobraźnię i poszerzamy naszą wolność.

A oglądając film?

To danie odgrzane w mikrofalówce. Niejednokrotnie ciepłe i apetyczne, ale główną zabawę skradł nam reżyser – spoglądamy na jego wersję, na to co wymarzył, wymyślił, a może nawet wyśnił. Żebyśmy tylko spoglądali… Najgorsze jest to, że im lepiej spisał się twórca obrazu, tym bardziej jesteśmy okradani. Kto z was ma na tyle prężną wyobraźnię, by sięgając teraz po książkę i zagłębiając się w jej karty nie mieć przed oczami Elijaha Wooda jako Froda? Kto teraz, zamykając oczy, widzi innego Gandalfa niż  przebranego Iana McKellena? Jeśli to potraficie, gratuluję – siła mojej wyobraźni jest zbyt słaba.

I to jest właśnie powód, dla którego Jackson powinien zgnić w czeluściach piekieł. Bo nas okradł i już na zawsze okaleczył, narzucając własną wizję. Nie on jeden rzecz jasna, przykłady można mnożyć niemal w nieskończoność. Żeby nie być posądzonym, że prześladuję biednego Petera J., kolejny przykład. Znacie Kubusia Puchatka? Wiecie jak wygląda? A może jedynie wam się tak wydaje…? Poszukajcie starszego wydania książki z oryginalnymi ilustracjami Ernesta Sheparda. Prawda, jego wizja Stumilowego Lasu i jego mieszkańców to też jedynie wizja jednego z odbiorców, można się kłócić, że wytwórnia Disney’a miała takie same prawo do swojej wersji miodowego łakomczuszka i jego przyjaciół, ale komu dziś przed oczami staje nieporadna maskotka Sheparda? Pamiętamy jedynie postać z dobranocek, która w najmniejszym stopniu jej nie przypomina.

Rozpisałem się, więc kończę. Chciałbym przestrzec was przed oglądaniem filmowych wersji książek, które lubicie i cenicie, ale ten apel nie ma sensu. Ciekawość zawsze będzie silniejsza, wiem to po sobie. A potem, cóż, zostaje tylko płacz i zgrzytanie zębów (naszej wyobraźni…).

Filed under: Bez kategorii | 6 Comments »

Kolejny nów…

Luty 14th, 2010

A więc – sądząc po komentarzach poprzedniego wpisu – mój blog na przynajmniej dwie stałe czytelniczki :-)

 

Wróciłem z wojaży, więc czas na obiecane rozważania na temat kryterium, które mogłoby nam pozwolić uznać ocenę dzieła – małego czy wielkiego – za obiektywną. (Jeśli ktoś nie czytał poprzedniego wpisu, który jest początkiem tych rozważań, zachęcam do cofnięcia się i zajrzenia do niego…)

 

Może mogłaby to być ilość osób, które się zachwycają danym dziełem (czy to obraz, rzeźba, film, komiks, książka, czy jeszcze coś innego…)? Brzmi logicznie, lecz… Musielibyśmy wtedy uznać za genialne na przykład przeboje muzyczne, których dziś słuchają miliony, a o których za dwa lata mało kto będzie pamiętać, i przeciwnie coś, co zaraz po ukazaniu nie zdobędzie sławy, natychmiast uznać za nic niewarte (no bo skoro Norwid żył i zmarł w nędzy, to by znaczyło, że jego pisanina była g. warta). Ponadto kryje się tu jeszcze jedna pułapka. W przeciwieństwie do innych istot żywych (pszczół, mrówek, itp.) człowiek w grupie głupieje, a nie staje się mądrzejszy. Tłum zazwyczaj rządzi się zasadą, ten ma racje, kto najgłośniej krzyczy, bo on znajduje najwięcej popleczników (a trudno stawiać znak równości między „najgłośniejszy” a „najmądrzejszy”). Nie zdziwiłbym się więc, gdyby szeroko zakrojone badanie opinii ujawniło, że więcej osób wyżej ceni filmową wersję „Władcy Pierścieni” nad książkę (gdy był największy boom na film, rzucały mi się w uszy podobne opinie, zasłyszane chociażby w autobusie) – co zapewne wam, jak i mnie, wydaje się czystą herezją.

To może inaczej. Oceniajmy dzieło ilością osób zachwycających się nim na przestrzeni dłuższego odcinka czasu. Wtedy rzeczywiście Chopin bije wreszcie na głowę Dodę, ale samo to kryterium opiera się na braku obiektywizmu, bo Chopin przez to, że żył blisko dwieście lat wcześniej, ma nieuczciwą przewagę. Idąc tym tropem należałoby uznać, że dowolne dzieło można oceniać nie wcześniej niż 50 lat po jego powstaniu. Tyle że o tym, co będziemy pamiętać 50 lat po powstaniu, często w dużej mierze decydują dzisiejsze oceny.

 

Może więc zapomnijmy o szarej masie pospólstwa i uznajmy za dobre wyłącznie to, co w danej dziedzinie (literaturze, malarstwie,…) lub „poddziedzinie” (fantastyce, …, impresjonizmie, …) oceniają tak znawcy?

Już na początku napotykamy problem. Autorytet odnośnie literatury jako całości może mieć (a nawet z pewnością ma) odmienne zdanie na temat dzieła, które jest naprawdę dobrą książką, niż autorytet zajmujący się samą fantastyką. Sam pamiętam program telewizyjny, w którym profesor literatury wypowiadał się lekceważąco o „Władcy Pierścieni”, zachwalając za to „Wojnę i Pokój”. Nie czytałem akurat dzieła Tołstoja, ale dla mnie i z pewnością dla większości z was jest to opinia nie do przyjęcia. Może „Wojna i Pokój” też jest arcydziełem, lecz z całą mocą mogę użyć tu jednie partykuły „TEŻ”!

Nawet jeśli rozwiążemy powyższy problem uznając, za „właściwe” zdanie jedynie osób zajmujących się danym małym poletkiem sztuki, to nie zapominajmy, że niejednokrotnie owi znawcy zajmujący się tym samym mają odmienne zdania na temat jednej i tej samej (np.) książki. O ile wydane lata temu „uznane” pozycje mają już swój status, którego zazwyczaj nikt nie podważa, to nowe dzieła oceniane są różnie. Komu więc damy przywilej ostatecznego ustalenia co jest dobre a co złe? Jaką mamy pewność, że jego zdanie pokryje się z naszym? Chyba że dobrowolnie zgadzamy się na „wyłączenie” zarówno naszej wolności, jak i samodzielnego myślenia. Tyle w takim wypadku po co mielibyśmy jeszcze czytać…?

To tyle na dziś. Może wy macie jakieś pomysły jakie kryterium pozwala jednoznacznie stwierdzić, że coś jest dobre a coś nie? I czy sądzicie, że takie kryterium może w ogóle istnieć? Napiszcie coś. Dajcie znać, że żyjecie i że czytacie ten blog :)

Filed under: Bez kategorii | 2 Comments »

Rozważania na pierwszą kwadrę

Styczeń 17th, 2010

Dawno się nie odzywałem. Sądząc po ilości komentarzy towarzyszącym mym wpisom, niewielu to zauważyło. Tych jednak, którzy zaglądali tu regularnie i może nawet czekali na słowo, proszę uniżenie o wybaczenie (zrymowało się – w książce, o ile nie byłby to zabieg celowy, każdy redaktor by to wyciął).

Jakiś czas temu zostałem poproszony (nie ja jeden) przez jeden z portali internetowych o opinię na temat związany z obiektywizmem. Nie będę dokładnie zdradzał, o co chodziło, pewnie całość niedługo się ukaże (o ile już się nie ukazała, a ja po prostu jej nie przeoczyłem), ale skłoniło mnie to do przemyślenia samego pojęcia „obiektywizm”.  Czy coś takiego, biorąc pod uwagę odmienne oczekiwania odbiorców, w ogóle istnieje? A jeśli tak, jak rozpoznać, co jest znakomite, a co nadaje się jedynie, by o tym zapomnieć?

Rozważmy to na podstawie „Avatara”. O filmie można usłyszeć różne opinie. Od zachwytu po lekceważące wzruszenia ramionami. Pewnie większość z was już go wdziała i wie, że to bajka o tym, że można znaleźć swoje miejsce w świecie w zupełnie nieoczekiwanym miejscu i czasie. Widzieliśmy to już nie raz, chociażby w „Tańczącym z wilkami” (nawiasem mówiąc gdzieś od połowy „Avatara” miałem nieodparte wrażenie, że oglądam oskarowe dzieło Kevina Costnera, tyle że w dekoracjach z przyszłości). Jeśli miałbym wymienić inne podobne obrazy, to nasuwa mi się porównanie do animowanej „Terry” (zresztą gdyby tę bajkę „udramatyzować” do poziomu filmu fabularnego dla dorosłych, to kto wie, czy nie miałaby nawet lepszej fabuły od Avatara). Co więc wyróżnia film Camerona? Wizualna okrasa, ta jest niezaprzeczalnie genialna.

Wróćmy jednak do tematu. Mamy więc film opowiadający przeciętną (właśnie taką, nie kiepską i nie wybijającą się) historię, za to przepięknie komputerowo narysowany za setki milionów dolarów. Jak obiektywnie możemy go ocenić? Czy to, jak pytałem na początku, w ogóle możliwe? Jeśli poszedłeś do kina na historię (scenariusz), która miała cię wcisnąć w fotel, z pewnością wyszedłeś zawiedziony. Jeśli oczekiwałeś obrazu (wizualnego), który miał cię wcisnąć w fotel, zapewne nie żałowałeś pieniędzy wydanych na bilet. A w tym wszystkim obiektywna ocena?

Moim zdaniem nie istnieje. Obiektywizm nie istnieje! Pod tym pojęciem kryje się tylko subiektywne zdanie większości, która jest w stanie zagłuszyć mniejszość (tę, która się nie zna)!

Zapewne za chwilę zostanę zakrzyczany, że nie mam racji (mam nawet taką nadzieję, bo dość niemrawo na tym blogu), ale takie jest moje zdanie – nie ma obiektywnie dobrej lub złej sztuki, wielkiej czy małej, niezależnie czy to Mona Lisa czy „Majteczki w kropeczki”, czy jak tam się zwał ten przebój disco polo. Wszystko jest kwestią umowną między odbiorcami. Porzućmy „Avatara”, spójrzmy szerzej. Jakie możemy przyjąć kryteria w poszukiwaniu obiektywizmu?

Ale to już w następnym wpisie…

(niestety, nie wiem kiedy, bo następne trzy tygodnie – z niewielką przerwą – jestem w rozjazdach, od polskich gór po Morze Śródziemne, i nie wiem, czy uda mi się usiąść do komputera)

Filed under: Bez kategorii | 2 Comments »

Nów, ciemno, ciemnogród…

Grudzień 16th, 2009

Minister chce zamykać biblioteki. Oczywiście nie powie tego wprost, ubierze zamiar w ładne słówka, byśmy byli jeszcze mu wdzięczni! W sumie powinniśmy być szczęśliwi, dziura budżetowa olbrzymia, można jakiś jej malutki fragmencik załatać książkami, których przecież statystyczny Polak i tak nie czyta. Nielicznych dziwaków, którzy odstają z szarej masy, powinno się izolować, a przynajmniej leczyć. Przecież zamiast wertować kolejne tomiszcze, winni zasiąść przed telewizorem i oglądać pierwszy lepszy program z rodzaju „Zgłupiej do reszty”. Wystarczy włączyć dowolny kanał…

Pozbywając się bibliotek, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, robi się słuszny krok ku ogłupieniu tej reszty społeczeństwa, która jeszcze próbuje używać mózgu, a przynajmniej jego części odpowiedzialnej za wyobraźnię…

 

A może źle osądzam zamiary Pana Ministra? Może w tym wszystkim jest podwójne dno? Może przejrzał nas, Polaków, i dostrzegł to, co każdy cudzoziemiec widzi jak na dłoni. Bywamy bohaterami, z upodobaniem cierpimy za miliony i wygrywamy bitwy dla innych, ale naszymi podstawowymi cechami narodowymi są przekora i nieposłuszeństwo. Jeśli jest jak podejrzewam, jego działania są zbyt ostrożne. Zamiast przymierzać się do powolnej likwidacji bibliotek, powinien już teraz zakazać czytania w ogóle. Przecież kościoły były najpełniejsze, gdy kochana władza ludowa dwoiła się i troiła, by wyplenić z głów ciemnego narodu upodobanie do opium dla mas, jakim jest religia. Może więc należy teraz to samo zrobić z kulturą? Pozamykajmy teatry i biblioteki. Zrównajmy z ziemią muzea i księgarnie. To nam wyjdzie tylko na zdrowie, bo na przekór rozporządzeniom władz będziemy czytać nie mniej, a więcej. Pochłonie nas głód literatury, wielkiej, małej i najmniejszej, będziemy chłonąć każde słowo, choćby z etykiet z butelek po piwie.

 

Czemu zresztą mamy się ograniczać, w graniu przekorą widzę lekarstwo na wszelkie bolączki nękające państwo. Zlikwidujmy szkoły, a dziatwa wnet weźmie się do nauki, szpitale, a przestaniemy chorować, drogówkę, a nikt już po pijaku nie siądzie za kierownicą ani nie przekroczy dozwolonej prędkości. Wreszcie zdelegalizujmy pajaców z Wiejskiej, alei Ujazdowskich i Krakowskiego Przedmieścia – gwarantowane że na przekór zakazom znajdzie się ktoś, kto wreszcie będzie umiał mądrze rządzić.

Filed under: Bez kategorii | 3 Comments »

Pełnia wieści…

Grudzień 1st, 2009

Dziś będzie króciutko.

W ostatnim czasie w sieci ukazały się dwie recenzje mojej ostatniej książki, czyli „Martwego światła”. Sądziłem już, że „czas medialny” – że tak to nazwę – tej powieści, wydanej bądź co bądź w lipcu, już minął, a tu, proszę, jaka niespodzianka.

Zachęcam więc do zapoznania się z recenzjami. Tych, którzy książki nie czytali, być może skłonią do sięgnięcia po nią. Ci, którzy powieść przeczytali, mogą porównać własne odczucia z odczuciami recenzentów.

Recenzje znajdziecie pod:

http://ksiazki.zaginiona-biblioteka.pl/index.php/2009/11/14/martwe-swiatlo-mariusz-kaszynski/

 

http://horror.com.pl/books/recka.php?id=460

 

Filed under: Bez kategorii | No Comments »

Pierwsza kwadra…

Listopad 25th, 2009

Niedawno skończyłem czytać „Rękę mistrza” Stephena Kinga. Jak zawsze dałem się porwać autorowi, więc nie mogąc silić się na obiektywne spojrzenie na powieść, powiem może o niej zaledwie kilka zdań, a skupię się na czymś zupełnie innym.

Książka jest gruba, co z pewnością zauważył każdy, kto trzymał ją w ręku lub chociażby dostrzegł na półce w księgarni. Opowiada historię Edgara Freemantle, rozpoczynając ją w bardzo niemiłym dla bohatera momencie, a mianowicie, gdy ulega on niezwykle poważnemu wypadkowi na budowie. W jego furgonetkę wjeżdża dźwig. Cudem uratowany, straciwszy rękę, kulejąc i borykając się z problemami psychicznymi po poważnym urazie głowy, Edgar próbuje zacząć nowe życie. Wyjeżdża na Florydę, na niewielką wyspę, i tam oddaje się dawno zapomnianej pasji – malowaniu. Ku jego zaskoczeniu to, co udaje mu się stworzyć, jest więcej niż dobre…

To tyle, ile chciałbym zdradzić z fabuły. Choć pewne „niesamowitości” narastają wraz z rozwojem akcji, powieść zaczyna być pełnokrwistym horrorem może od pięćsetnej strony albo nawet później. Muszę jednak stwierdzić, że choć o zakończeniu w najmniejszym stopniu nie można powiedzieć, że jest nieudane, mnie najbardziej wciągnęło owo pięćset pierwszych stron, gdzie pozornie grozy jest jak na lekarstwo. King potrafi czarować stylem i temu czarowi dałem się uwieść…

Ale, jak już wspominałem, nie chciałem pisać o samej książce, tylko o czymś z naszego podwórka i dotyczącego nie tylko grozy. Chodzi o tytuł. Oryginalny tytuł powieści do „Duma Key”. Właśnie taką nazwę nosi wyspa, na którą trafia bohater. Może jest to mniej chwytliwa nazwa niż „Ręka mistrza”, ale wszakże wymyślona przez autora. Nie widzę najmniejszego powodu, dla którego należałoby ją „podrasować”. Gdybyśmy jeszcze mieli do czynienia z nieznanym nikomu pisarzem, wtedy, owszem, tytuł pełni ważną rolę (przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy mój „Rytuał” zmiażdżył pod względem zainteresowania debiut „Skarb w glinianym naczyniu”, choć nie uważam, by któraś z tych książek była zdecydowanie lepsza od drugiej). Jednak w tym przypadku świetne wyniki sprzedaży zapewniało już samo nazwisko autora. Choćby wydawca nie wiem jak się starał, choćby na okładce były różowe słonie, a tytuł brzmiał „Pełna pielucha”, powieść i tak cieszyłaby się wzięciem. Więc po co ta zmiana? Pewnie nikt mi na to nie odpowie. Po prostu na naszym rynku lubimy ulepszać zagraniczne tytuły. Z pozycji z mojej biblioteczki od razu przychodzi mi na myśl „Zwierciadło piekieł” Mastertona (oryginalny tytuł: „Mirror”), choć gdybym poszperał, z pewnością znalazłbym jeszcze wiele przykładów.

I tu mój apel na dziś, skierowany do tłumaczy i wydawców – nie uszczęśliwiajcie nas na siłę. Nie jesteśmy bandą baranów, którzy kupią książkę tylko wtedy, gdy będzie na niej nadrukowany chwytliwy tytuł. Jeszcze trochę i doczekamy się „Zapuszczonej nory Jakuba P.” (dla dzieciaków wychowanych na Scooby Doo to znacznie bardziej atrakcyjny tytuł niż „Chatka Puchatka”) albo „Upiornego lata Muminków”, czego wam, sobie i nikomu nie życzę…

Filed under: Bez kategorii | 1 Comment »

Przemyślenia na III kwadrę, czyli czy „Piła” jest horrorem…?

Listopad 14th, 2009

Właściwie nie chodzi mi o ten jeden film, a o całą kategorię slasherów. Któż z nas nie oglądał lub przynajmniej nie słyszał o serii „Piątku trzynastego” czy choćby „Halloween”? To chyba najbardziej „rozrosłe” w kolejne odsłony obrazy będące kiedyś okrętami flagowymi tego gatunku filmowego, którego kolejne tytuły można mnożyć. Obecnie miejsce na podium zajęła wspomniana „Piła”, dzielnie starająca się zresztą pod każdym względem dorównać przeszłym dokonaniom, możemy już oglądać szóstą część i, obym się mylił (z życzliwości dla części pierwszej, która mi się podobała), powstanie ich jeszcze wiele.

Dla tych, którzy wyrośli w lasach tajgi, gdzie słowa kino i telewizor są pustymi dźwiękami, mogę w jednym zdaniu streścić fabułę typowego slashera. Grupa nastolatków (względnie osób tuż po dwudziestce, starsi bohaterowie są już naprawdę wyjątkiem) udaje się w odludne miejsce, gdzie ktoś ich po kolei krwawo eliminuje z tego świata. Właściwie to tyle, i tu trzeba przyznać „Pile”, że przynajmniej wyłamała się z tego schematu i nie jest kolejnym obrazem o mordercy/mordercach zamieszkałych w dziczy, w którą celowo lub niechcący zawędrowały ich przyszłe ofiary.

Powyższy akapit przedstawił chyba jednoznacznie, o jakim gatunku wspominam. Teraz przejdźmy do konkretów, a więc pytania, czy naprawdę wszystkie te filmy to horrory. Z pewnością to zaszufladkowanie jest trwałe, ale czy słuszne? W moim odczuciu nie. Dla mnie osobiście horror to film, książka, gra lub komiks, który dotyka jakiegoś mniej lub bardziej zdefiniowanego pierwiastka nadprzyrodzoności. Zgodnie z tą definicją niewątpliwie horrorem jest „Szósty zmysł”, choć na przemoc tam się nie napatrzymy, ale nie żaden z wymienionych wcześniej obrazów (choć to, w jaki sposób powraca Jason w dalszych częściach „Piątku trzynastego” – by, rzecz jasna, przystąpić do tego, co robił w częściach poprzednich – jest zdecydowanie nadnaturalne, jednak to bardziej wynik kalkulacji producentów, że nie można jeszcze zamknąć tak kasowej serii, nawet jeśli jej bohater zginął, niż chęci dotknięcia czegoś poza rzeczywistością). Tak więc dla mnie slasher to krwawy thriller, nastawiony na epatowanie hektolitrami krwi i pomysłowymi zgonami kolejnych postaci (odcinam się tu od serii „Koszmaru z ulicy wiązów”, która jest slaherami z mordercą z sennych koszmarów – to najprawdziwsze horrory).

Wróćmy jednak do przyziemnej rąbanki. By była całkowita jasność – obejrzałem sporo takich filmów. Część mi się podobała (zwłaszcza, gdy byłem znacznie młodszy), część nie. Nie potępiam gatunku ani go nie wychwalam. Sama przynależność do jakiegoś typu filmowego nie mówi jeszcze nic o filmie, a upodobania odbiorców są różne, każdy ma prawo dostać to, czego oczekuje. Chciałem jedynie w moim własnym imieniu zaprotestować przeciwko nazywaniu slasherów horrorami. I na tym haśle wzywającym do walki z wiatrakami zakończę.

Filed under: Bez kategorii | 1 Comment »

Spóźniona pełnia…

Listopad 5th, 2009

Nie wyrobiłem się z tym wpisem, chciałem zamieścić go podczas pełni księżyca. Spóźniłem się dzień, a właściwie noc. Ponieważ jednak jasna tarcza nadal jest duża, w tytule posłużę się pełnią… Ale do rzeczy…

Zdążyłem wcześniej ponarzekać, że prawdziwych wampirów już nie ma. Nie do końca to jednak odpowiada faktom. Co prawda różni Aniołowie, Edwardowie i ich przyjaciele zachowują się tak, jakby nie mogli żyć (a w każdym razie trwać) bez kosmetyczki, która co tydzień przypiłuje im modnie kły, lecz czasem udaje się też spotkać ich pobratymców, których nie przeraża myśl, że może nadejść dzień, gdy wszyscy fryzjerzy na świecie wymrą i nie będzie komu zadbać o ich nienaganne dotąd włoski.

Jak ich znalazłem? Dość przypadkowo, jedna niezarwana noc i dalej bym nic nie wiedział o istnieniu tej wesołej gromadki, wystarczyło jednak włączyć telewizor. A gdzie są? Na wschodzie, jak dla nas bardzo dalekim wschodzie.

Zamiast jednak robić przekrój tematu, którego przecież tak naprawdę wciąż za bardzo nie zgłębiłem, skupię się na jednym obrazie. Nie był on ani pierwszym, który obejrzałem, ani najlepszym, ale i tak uważam, że wart jest polecenia. Może go zresztą znacie, powstał bowiem dwadzieścia cztery lata temu. Chodzi o japońską anime, a dokładnie film Vampire Hunter D.

Historia w nim zawarta jest prosta. W odległej przyszłości, w czasach gdy ludzkość dzieli Ziemię z demonami i mutantami, potężny wampir, Magnus Lee, upatruje sobie wiejską dziewczynę, Doris. Ta, by go nie poślubić, wstępując jednocześnie w szeregi nieumarłych, za niewielką zapłatą (trzy posiłki dziennie i ja, jeśli mnie zechcesz…) wynajmuje do ochrony tajemniczego łowcę wampirów. Niewiele o nim wiadomo, prócz tego, że D – bo tak się zwie – jest mieszańcem, dhampirem, owocem związku wampira z człowiekiem.

Więcej nie będę zdradzał… Pragniecie poznać ciąg dalszy tej opowieści, sięgnijcie po film. Dodam może jedynie to, że całość oparta jest na książkach Hideyukiego Kikuchiego. Ponoć przynajmniej część z nich została przetłumaczona już na angielski, może doczekamy się ich także po polsku. Ja w każdym razie bardzo chętnie skonfrontowałbym oryginalną wizję z tym, co przedstawiono na ekranie.

Nie myślcie sobie, że nie dostrzegam wad filmu. Historia jest dość sztampowa, nie oczekujcie niespodziewanych zwrotów akcji. Ponadto niektórych może zniechęcać kreska, jak wspominałem film ma swoje lata, więc wizualnie nie zachwyca. Do tego dorzucę jeszcze moją znacznie bardziej subiektywną opinię – nie przypadło mi do gustu przedstawienie Doris. Została narysowana w sposób, który zawsze drażnił mnie w animowanych produkcjach japońskich. Mniejsza o duże oczy, wszakże jeszcze mieszczące się w granicach przyzwoitości, bardziej chodzi o strój. Nie wiem czemu w kraju kwitnącej wiśni uwielbiają odziewać bohaterki w krótkie spódniczki podkreślające ich długie nogi, i to niezależnie co te bohaterki robią. Jedna z pierwszych scen, w której dziewczyna biegnie z karabinem, polując, a spod skąpego materiału co rusz wyłaniają się jej majtki, budziła we mnie jedynie politowanie. Może Japońców ruszają animowane wdzięki, mnie nie. Na plus trzeba przyznać, że Doris nie wygląda przynajmniej na lolitkę, co częste w tamtejszych produkcjach.

To minusy. Plusem jest sama historia, przedstawiona bez zbędnych sentymentów i choć prosta, na pewno wciągająca bardziej niż większość hollywoodzkich horrorów o nibywampirach.

Kończąc dodam może, że w 2001 roku powstało kolejne anime o przygodach łowcy wampirów o imieniu D.

Jeszcze lepsze, ba, znacznie lepsze…

Ale może o tym kiedy indziej, jeśli, rzecz jasna, będziecie chcieli przeczytać na ten temat kilka słów…

Filed under: Bez kategorii | No Comments »

Pierwsza kwadra trwa…

Październik 31st, 2009

Zastanawiając się, jaki temat poruszyć w tym wpisie, nie zamierzałem bynajmniej ponownie narzekać. Naprawdę. Nie lubię narzekania. Najbliżej mi do amerykańskiego sposobu bycia, gdzie na pytanie: How are you? choćby się nawet paliło i waliło, na ostatnim wydechu rzęzi się w agonii: Fine!

Tymczasem sprawa, która sama mnie dopadła, nakazuje mi raz jeszcze ponarzekać. Dotyczy ona może bardziej życia codziennego, niż samej grozy, ale jest też z nią nierozerwanie związana. Chodzi mianowicie o zatarcie naszych własnych tradycji i przyswajanie na ich miejsce wzorów obcych. Nie ma chyba lepszego ku temu dnia, jak właśnie trzydziesty pierwszy października. Halloween.

Jako nastolatek znałem Halloween jedynie z filmów i seriali, najczęściej zza wielkiej wody, których bohaterowie jeśli nie biegali w przebraniach za cukierkami, to oglądali w telewizji nocny maraton horrorów. Przyznaję, wtedy im tego nawet zazdrościłem (nie do wyobrażenia wręcz w naszej telewizji zagęszczenia filmów grozy, rzecz jasna, nie słodyczy). To było jednak niemal dwie dekady temu. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Walentynki, które gdy uczęszczałem do pierwszej klasy technikum jedna z nauczycielek próbowała nam zareklamować jako nowość i miły zwyczaj, stały się już niemalże naszym świętem narodowym. Mamy na ich punkcie nie mniejszego hopla niż Amerykanie. To samo dotyczy imprezy z przeciwległego bieguna, będącej tematem dzisiejszych rozważań.

Bo kto dziś pamięta o Dziadach, zwanych też czasem nocą zaduszkową? Znamy jedynie Halloween. Gdyby przeprowadzić sondę uliczną, zwłaszcza wśród osób młodszych, co dziś obchodzimy, jak sądzicie – jaka zwyciężyłaby odpowiedź? Chyba nie muszę podpowiadać… Jeszcze trochę, a pierwszy listopad przestanie kojarzyć się nam z zadumą nad grobami bliskich, a jedynie z leczeniem kaca po upojnej, poprzedzającej go nocy.

Czy zbyt wiele nie utraciliśmy, czy ponownie się nie sprzedaliśmy, złapaliśmy na lep, może lepki i słodki, ale obcy? Sami sobie na to odpowiedzcie, ja nie będę zagłębiał się w temat, nie to ma sensu. Wspomnę jedynie, co skłoniło mnie, by o tym napisać. Trzy drobiazgi. Impreza halloweenowa (może to trochę określenie na wyrost, ale jednak…) mojej córki w przedszkolu, zawód drugiej, nieco starszej, że nie dane jej będzie przejść się po bloku w przebraniu czarownicy, głosząc nieśmiertelne amerykańskie hasło: Cukierek albo psikus, oraz pomysł ich obu, by wystroić sypialnię rodziców w wycinane dynie, nietoperze i duchy. Co też, ku uciesze nas wszystkich, zrobiły.

To przez nie piszę te słowa. Bo one żyją już w innym świecie. Ani lepszym, ani gorszym – innym.

Witajcie w globalnej wiosce.

I wesołej zabawy podczas Dziadów… tfu… Halloween!

Filed under: Bez kategorii | 1 Comment »

Pierwsza kwadra, a więc pora na pierwszy prawdziwy wpis…

Październik 24th, 2009

Zamierzam sobie dziś ponarzekać. Jesteśmy narodem, który uwielbia się zamartwiać i szukać dziury w całym, więc spełniając mój patriotyczny obowiązek, pomarudzę nieco. Gdzieś w głębi ducha jestem i byłem konserwatystą, więc wszyscy zwolennicy rewolucji, zmian i nowości mogą poniższego wpisu nie czytać, z góry wpisując w komentarzu, że się z nim nie zgadzają.

Jednak do rzeczy, bo zaczynam już czwarte zdanie, a wciąż nie wiadomo, co tak zaległo mi na wątrobie, że postanowiłem skrobnąć o tym słówko (a właściwie słówek kilkaset). Mianowicie chodzi o laicyzację horroru, co chyba najlepiej widać na przykładzie wampirów.

Za starych ponurych czasów, jeszcze przed Stokerem, gdy spod piór Polidoriego, Hoffmanna, czy Le Fanu wychodziły postacie wampirów (a także wcześniej, gdy mniej lub bardziej ciemny lud strugał kołki i obcinał głowy swym niedawno zmarłym członkom rodzin, by nie powracali w upiorne noce) nieumarte stwory były nierozerwalnie związane z religią chrześcijańską. Bardziej od czosnku, luster i srebra nienawidziły krzyża i wody święconej. Były złem, które jawiło się jako Zło z wielkiej litery, odwiecznym wrogiem, tyleż nienawidzącym człowieka, co Boga.

Czasy jednak się zmieniają. Zwłaszcza dwudziesty wiek wraz ze swym postępem i rozpowszechnieniem wiedzy wcześniej nawet w zarysach zarezerwowanej jedynie dla wybranych, sprawił, że więzy łączące społeczeństwo i Kościół zostały porządnie nadszarpnięte. Nie bójcie się, nie zamierzam was ewangelizować (nie mam ku temu ani ochoty, ani powołania), stwierdzam jedynie fakt oraz pragnę napomknąć o jego wpływie na fantastykę, a szczególnie jej skrawek zajmujący się horrorem, a więc i wampirami. Bękarty, wyklęci z kościoła, nikczemnicy, nieochrzczeni, krzywoprzysięzcy, samobójcy i cała masa innych osób, które według ludowych wierzeń nieodmiennie czekał los spragnionego krwi upiora, mogły odetchnąć z ulgą, w świecie, gdzie ateizm jest równie rozpowszechniony co wrzody, utracili swój status przeklętych. Religia i zabobony przestały grać główne skrzypce w tak nośnym temacie, jak nieumarli, i coś musiało zająć ich miejsce.

Zajęło wszystko i nic. Mamy obecnie do czynienia ze światem wampirów, w którym czasem sama wiara jest ważniejsza, niż to, w co się dokładnie wierzy, gdzie ksiądz z krucyfiksem, ale i wątpliwościami, zdziała mniej niż głęboko wierzący rabin dzierżący w garści własne symbole religijne (ach, ta skleroza, kto mi przypomni, w jakim filmie bądź książce spotkałem się z podobnymi scenami?). W świecie, gdzie czasem zupełnie odrzuca się religię, zmieniając wampiryzm w chorobę genetyczną lub jedynie zaraźliwą, na kształt wścieklizny przenoszoną poprzez ugryzienia. Obawę przed czosnkiem i srebrem tłumaczy się uczuleniem, a każdy krwiopijca może spacerować w pełnym słońcu, byleby tylko nałożył na skórę odpowiednio grubą warstwę kremu z porządnym filtrem. Czy to nie obrzydliwe?! Czy wampiry naprawdę muszą utracić swe upiorne cechy?!

Nieumarli w literaturze, filmie i komiksie stali się dziwną hybrydą starych przesądów i nowoczesnej świadomości, która nie pozwala właśnie wierzyć w przesądy. To musiało doprowadzić do absurdów. W jednej z najbardziej znanych i cenionych książek z wampirem jako bohaterem w roli głównej, nasz przedmiot zainteresowania co kilka stron skomle swe retoryczne pytania o sens życia (a właściwie nieżycia) i snuje wątpliwości dotyczące istnienia stwórcy. Czy to nie paranoja autora, a dokładnie rzecz biorąc autorki? Stwór, który musi spać w trumnie, którego zabija słońce (lecz już nie krzyże, na które, jak mówi w filmie opartym na wspomnianej książce – o ile nie myli mnie pamięć – lubi spoglądać) i który do przeżycia swego zawieszonego w wiecznej młodości życia potrzebuje regularnych dostaw krwi, właśnie ten stwór ma wątpliwości, czy istnieje moc, która go stworzyła! Nie! Wyskoczył z próbówki albo nadleciał z Marsa, gdzie jak wiadomo powstawanie wampirów jest rzeczą zwyczajną, wywołaną niskim ciśnieniem atmosferycznym!

Kończę moje narzekania, mając nadzieję, że ktoś się do mnie przyłączy, jak ja dostrzegając, że horror, od którego dla chwilowej poprawności politycznej odsączy się religię, staje się zbyt często nieporozumieniem.

Już zupełnie na ostatek, by przenieść moje dywagacje na wyższy poziom marudzenia, zawrę narzekanie na własne narzekania – ile jeszcze moglibyśmy znieść opowieści o tradycyjnych wampirach, wstających z grobu, wysysających dziewice i ostatecznie pokonanych przez cnych młodzieńców uzbrojonych w krucyfiks i kołki…?

Hm… jak prawdziwy schizofrenik odpowiem na własne pytanie. Sądzę, że niejeden z nas, w tym ja, jeszcze wiele…

Filed under: Bez kategorii | 4 Comments »