Zza przybrudzonej szyby, skryte przed wzrokiem Andrzeja młodzieńcze oko śledzi w ciszy każdy jego ruch, kiedy wstaje wśród delikatnego zgrzytu sprężyn, krzywi się, odmalowując zmarszczkami ten rwący ból łękotki, po czym powoli, kuśtykając, klepie bosymi stopami o wytarty parkiet i udaje się do kuchni, tak ciemnej i brzydkiej, że jawić się może jako dzieło szalonego architekta, tworzącego z myślą by każdy na widok jego dzieła pomyślał błyskawicznie: ależ to wszystko bez sensu.
Wrzątek bulgocze, topiąc parówkową ofiarę, jedną i drugą, bo Andrzej na śniadanie zwykle jada dwie; z radia sączy się cicho poranna audycja, a pokryte plamami dłonie zaciskają się: lewa na drewnianej rękojeści noża, prawa na ciemnej bułce z ziarnami za osiemdziesiąt groszy – jeszcze chwila a zgrabnym, nieposiadającym nic ze starości ruchem przecięta zostanie wzdłuż – codzienny rytuał więc trwa, a łękotka nadal rwie.
I młodzieńcze oko wciąż patrzy.
Tajemnicza sztuka konstruowania śniadań opartych na kromkach chleba z jednym tylko maleńkim i niepozornym kawałeczkiem kiełbasy, jako cień młodości spędzonej w piszczącej biedzie, wyłania się w umyśle Andrzeja i niknie zaraz, stłamszona przez niego samego, ginie w odmętach pamięci zamknięta na powrót pod czarnym wiekiem skrzyni opatrzonej napisem NIE CHCĘ, tej, którą posiada każdy z nas, a on sam, osiemdziesięciodwuletni były pracownik Urzędu Marszałkowskiego, tuląc się do jedynej myśli, jaka mu pozostaje, wymawia ją na głos, jakby mogło to pomóc w jej urzeczywistnieniu: nie jestem niedołężny.
Kiedy starannym ruchem wsuwa maleńki kawałek parówki między zmarszczone, podobne kluskom, wargi, oko za szybą znika, zaś jego właściciel, Kasta z piętnem po kiju bejsbolowym ciągnącym się przez czoło, zstępuje z transformatorowej skrzynki na miękki dywan trawy i szepcze do nieruchomego z rękoma w kieszeniach szarej bluzy Bola:
- Żre.
Bolo kiwa ogoloną głową i pochłania uwagę Kasty wyłuskanym z głębin szturmówek lolem, pięknym i pękatym, takim, który krzyczy do ciebie: tejk mi, zaciśnij na mnie zęby i rozjątrz końcówkę, sztachnij się i wdychaj, ajm jors. Wargi Kasty, które – jeśli on sam do tych osiemdziesięciu dwu dociągnie – przeistoczą się w pokrewne andrzejowym kluski, układają się teraz w półksiężyc uśmiechu, by po chwili rozdzielić się i wypluć z siebie jedno, gąbczaste i lekko ochrypłe:
- Pięknie.
Dwa metry od niego Andrzej Kopeć zaciska wyrzeźbione artretyzmem palce na uchwycie białego naczynia z napisem: „Kubek najfajniejszego taty na świecie”, tego starego upominku od Kasi, po czym unosi go, wdycha aromat Sagi za dwa sześćdziesiąt dziewięć, siorbie cicho, mruży powieki i bierze pierwszy łyk. Cudowna.
Po śniadaniu unosi się ze stęknięciem, a pobrużdżona zielonymi żyłami dłoń sięga ku czołu, by otrzeć gęste niczym miód drobinki potu, po czym w głowie eksploduje znów natrętna, powracająca uporczywie myśl, którą chciałby na zawsze zetrzeć w proch: nie jestem niedołężny. Nim kulista, ciężka kropla wody oderwana od nosa kranu uderza o mały blady talerz Rosenthala, położony uprzednio ostrożnie na ściereczce w aluminiowym zlewie, wejściowe drzwi przemycają do środka rzadki w tym mieszkaniu dźwięk.
Ktoś puka.
————————————————————————————————-
Całość w najnowszym numerze “Nowej Fantastyki”, który ukazał się dzisiaj.