Archiwum kategorii ‘Polemiki’

Wszyscy ludzie prezydenta… i ja

kwi
18

Trochę żałuję, że nie odezwałem się wcześniej. Miałem do wyrażenia jakieś tam emocje, odczucia, wrażenia. Zachowałem je dla siebie. Może niedobrze, że tak zrobiłem.
Ostatnie dni to świat jednego tematu. Podobnie jak po śmierci papieża, na świecie nic się teraz nie dzieje, żadne newsy nie są ważne wzmianki, glob zamarł w oczekiwaniu na dzisiejsze uroczystości na Wawelu. Nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie, od kilku dni po prostu nie włączam telewizora – tytuły artykułów na Onecie czy WP wystarczają mi aż nadto, by orientować się, co się dzieje. Można powiedzieć, że wycofałem się do swojej skorupy.
Wszyscy, którzy zaglądają tutaj regularnie, wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że nie byłem zwolennikiem Lecha Kaczyńskiego. Wielokrotnie wypowiadałem się na jego temat negatywnie, nie szczędziłem słów krytyki w obliczu coraz to nowych podejmowanych przezeń decyzji. Nie powinno więc dziwić nikogo, że nie czuję żalu, że nie jest on już prezydentem, że nie będzie się ubiegał o reelekcję. Okoliczności, które to sprawiły to jednak coś zupełnie innego.
Uważam, że to co wydarzyło się pod Smoleńskiem to straszliwa tragedia. Nikomu nie życzę takiej śmierci, najgorszego wroga nie przekląłbym porankiem jaki los zgotował rodzinom i przyjaciołom ofiar. Jest mi po ludzki szkoda tak prezydenta, jego małżonki, jak i wszystkich pozostałych uczestników lotu – od posłów i senatorów, po stewardesy i pilotów. Moje zapatrywania polityczne nie mają tutaj nic do rzeczy. Ludzkim odruchem jest jednoczenie się wobec bólu, a poza tym wszystkie błędy jakie świadomie bądź mniej popełnił Lech Kaczyński zmazuje jego śmierć.
Uważam, nie ma sensu pastwić się nad ciałem, rozważać jak bardzo (i czy w ogóle) prezydent ponaglał pilota, jak bardzo zależało mu na lądowaniu i czy jest winny katastrofie. Uważam, że nie jest – to co się wydarzyło to wypadek i szukanie winnych to rozdrapywanie ran świeżo pokrytych strupami, dźganie ostrzem oskarżeń i tak cierpiących rodzin. Dlatego w tym temacie również milczę.
Facebookowo odezwałem się w sprawie nadania imienia Kaczyńskiego Stadionowi Narodowemu. Byłem i jestem przeciw, przede wszystkim dlatego, że uważam iż tym zaszczytem należy uhonorować Kazimierza Górskiego. Potem jednak stwierdziłem, że wyrywam się przed szereg i nie podpisałem sprzeciwów wobec chowania Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu. Bo w sumie, jak się tak zastanowić, co mi zależy? Chcę wierzyć, że nie będzie to potem wykorzystywane politycznie, a w ten sposób spełniło się marzenie człowieka – spoczął blisko swojego wzoru. Gdyby ktoś kiedyś postawił moją urnę koło urny Bruce’a Willisa, myślę że również bardzo bym się ucieszył i chwaliłbym się, gdziekolwiek wtedy będę, nowym kolegom: patrzcie, oto ja obok samego Johna McLaine’a! Niech zatem prezydenckiej parze sarkofag służy, a rodzinie niech choć troszkę wynagrodzi stratę.
Jeśli jeszcze tego nie widzicie, napiszę, że mocno się ostatnio wyciszyłem i ruszają mnie w temacie jedynie haniebne incydenty jak chociażby kazanie prałata Suchego, którego słowa są dla mnie najdobitniejszym przykładem braku taktu czy umiaru. Albo jak, i to jest właściwy powód do tego, że zabrałem głos w temacie, wiersz z pierwszej strony „Gazety Polskiej” autorstwa Marcina Wolskiego.
Był czas, że lubiłem tego satyryka, bardzo podobały mi się jego pomysły, lubiłem jego poczucie humoru, ceniłem za trafne spostrzeżenia. Potem okazało się, że ideologicznie się rozmijamy, co było o tyle istotne, że skupił się Wolski na polityce i kpieniu z naszej parlamentarnej szopki. Jakoś więc nasze drogi, relacja twórca- odbiorca, się rozminęły. Bez żalu jednak, bez gniewu czy pomstowania. Do wczoraj.
Wiersz Wolskiego, skierowany do tych wszystkich, którzy pletli androny o prezydencie, którzy byli mu przeciwni to apel o milczącą minutę wstydu. Teraz macie, gromi Wolski, zobaczcie jak małe i miałkie były wasze protesty wobec bohaterskiej, męczeńskiej śmierci wielkiego człowieka. Zobaczcie, oto Prezydent pokazał swoją wielkość, a wam pozostaje już tylko runąć na kolana i błagać o przebaczenie okrzykiem: Lechu, ran Twoich nie godniśmy całować!
A przecież to bzdura! Nie widzę aktu odwagi w katastrofie, nie widzę wielkości i bohaterstwa w decyzji o locie do Smoleńska. Jedyne co dostrzegam, to zbiorowa histeria i mitologizowanie człowieka. Tego samego, podkreślmy, którego misją było odbrązawianie bohaterów, odkrywanie skaz na życiorysach żywych legend. Czy to nie ironia, że teraz, za sprawą tragicznej śmierci, Lech Kaczyński sam stanie na niezasłużonym piedestale bohatera?
Śmierć Kaczyńskiego nie zmienia mojego zdania o jego prezydenturze. Milczę, bo urząd to jedno, a człowiek to drugie. Nie dlatego, że się boję o własną duszę czy wstydzę się swojego zdania. Milczę, bo w ten sposób chcę wyrazić mój żal wobec wielkiej tragedii.
Jaka szkoda, że nie potrafią tego ci, których rzekomo boli najbardziej…

PS. W pewnym odstępie, żeby nie paskudziło samej notki, ale winny Wam jestem wyjaśnienia, co właściwie stało się z tą stroną. Jak pewnie wiecie (a kto nie wiedział, mógł się tego dowiedzieć z copyrightów na dole strony) zdjęcie, które ozdabiało tego bloga należało do Fabryki Słów (wykonał je Robert Łakuta, podczas jednego ze spotkań w Lublinie). Tworząc szablon (rękami, oczami i oczywiście pomysłem nieocenionego Mike’a Dravena – sam w życiu bym nie umiał) zwróciliśmy się do Fabryki o zgodę na wykorzystanie zdjęcia i ta została nam udzielona. Teraz, co mnie w zasadzie nie dziwi – piszę to bez cienia złośliwości – zgoda została cofnięta. Mike potrzebuje więc kilku dni i nowego zdjęcia (tym razem od równie nieocenionego Michała Dagajewa,), by stworzyć nowy szablon. Do tego czasu musi nam wszystkim wystarczyć szablon zastępczy. Damy radę, co?

Kto się boi Hannibala L. ?

paź
8

Podejmując polemikę należy zawsze przestrzegać kilku zasad. Po pierwsze i najważniejsze mieć coś do powiedzenia. Po drugie trzeba wiedzieć jak to wyrazić. Po trzecie wreszcie wypadałoby poważnie potraktować dyskutanta. Nie wypada pisać o nim “debil” czy “kretyn” bo debilizm i kretynizm to przecież jednostki chorobowe. Używając podobnych określeń sugerujemy, że dyskutant nie może brać pełnej odpowiedzialności za swoje słowa i tym samym obrażamy go naszą litością.
Postaram się nie popełnić tego błędu i nie nazwę Tomasza Stawiszyńskiego, dziennikarza Newsweeka, autora artykułu “Samotność Hannibala Lectera” ani debilem, ani kretynem ani nawet idiotą. Określę go natomiast kompletnym ignorantem.
Patrz też: Pan “Nie muszę oglądać filmów o których się wypowiadam”
Patrz: Pseudokrytyk.
Kilka słów o czym jest wspomniany powyżej artykuł. Otóż pan Tomasz dostrzegł w jakiejś gazecie tekst “Prawie jak Hannibal Lecter” opisujący losy przestępcy ujętego przez FBI. I jakimś sposobem natchnęło go to do wysnucia wniosku, że ma w osobie Hannibala L. największą ikonę zła od czasów Lucyfera.
Oto jak nasz pseudokrytyk pisze o swoim objawieniu:
“Doktor Lecter, innymi słowy, jest prawdziwym, żywym mitem – funkcjonuje na pograniczu dwóch obszarów: jawy i snu, fikcji i realności. Pomaga nam pojąć albo przynajmniej umieścić w jakimś moralno-wyobrażeniowym porządku wszystkie potworności tego świata. Lecter jest zatem współczesną figurą szatana.”
No dobra, wszystko spoko. Wolno panu Tomaszowi tak pisać, wolno nawet tak myśleć. Lectera generalnie czepiać się nie będę, choć dopiero kreacja Hopkinsa nadała tej postaci jakiś ludzki rys. Wersja książkowa doktora to taki męski odpowiednik Mary Sue* dla psychologów FBI. Czytają sobie chłopcy tysiące psychologicznych portretów i potem któryś wpada na pomysł: co by było, gdyby zrobić takiego uberpsychola, geniusza i w ogóle supergościa kpiącego sobie ze wszystkich? Tak właśnie powstał słynny doktor-kanibal. I taki jest już w “Czerwonym smoku” a więc pierwszej książce cyklu, a nie dopiero późniejszych jak jest nam zasugerowane w artykule. Superman po złej stronie mocy to niezbyt skomplikowany pomysł na postać, prawda? I nie jakoś szczególnie oryginalny.
Ale do charakterystyki samego doktora jeszcze wrócimy, bo oto nieco dalej dowiadujemy się co pan Tomasz postanowił z postacią Harrisa zrobić. Otóż UWAGA UWAGA on ją… przeciwstawia. I to nie byle komu, bo sztandarowym badguyom współczesnego kina: Jokerowi (w wersji Ledgera), Chigurhowi (Bardem w “To nie jest kraj dla starych ludzi”) oraz – to was, kochani zabije – potworkom z obu części Hellboy’a. Świetny wybór, nie? Na podstawie rzeczonych przykładów autor artykułu podejmuje próbę pokazania, że prawdziwe zło w kinie już się skończyło. Na Lecterze właśnie.
A co to w ogóle jest prawdziwe zło, zapytacie. I jest to słuszne pytanie, na które już spieszę z przykładami z tekstu.
Otóż na przykład pan Tomasz pisze o demoniczności “starego kina”, przywołując najbardziej, jego zdaniem, wyrazistą scenę z filmu “Harry Angel”, gdzie: “Robert De Niro odtwarzający rolę człowieka o imieniu – nomen omen – Louis Cyphre, wypielęgnowanymi palcami starannie obiera jajko na twardo.”
Co w tym niby takiego strasznego? Czytajcie dalej:
“W tym doskonale zaaranżowanym śniadaniowym epizodzie więcej jest demonizmu i makabry niż w efektownych rwących potokach krwi i plazmy lejących się dziś z ekranów. Jajko jest symbolem niewinności, którą pożera szatan. To wszystko. Aż wszystko.”
Słowo daję, nie chcę wiedzieć jak ten facet (mowa o panu Tomaszu) zachowuje się codzień przy śniadaniu. Może dokłada również drugie dno tostom i pogłębia rys psychologiczny parówek?
No ale obierający jajko diabeł to przecież niejedyny przykład idealnie zarysowanego czarnego charakteru. Mamy też “słynną końcową scenę z drugiej części “Ojca Chrzestnego” Coppoli (1974): Al Pacino nieruchomo wpatruje się w spokojną toń jeziora, która przed momentem pochłonęła zwłoki jego brata. Niby nic się nie dzieje, a na oczach widza zachodzi ostateczna metamorfoza – Michael Corleone przestaje być sobą, od tej pory jest już bezwględnym Ojcem Chrzestnym. Przeznaczenie, przed którym próbował się bronić, dosięga go i przejmuje nad nim władzę.”
I jak tu z czymś takim mają się mierzyć współczesne produkcje? No jak?
Bo zobaczcie sami. Taki na przykład: “Okrzyczany aktorską kreacją sezonu Joker w wydaniu Heatha Ledgera jest jedynie pospolitym chuliganem podniesionym do n-tej potęgi dzięki ogromnemu budżetowi przeznaczonemu na efekty specjalne, nie zaś wcieleniem zła absolutnego, jak chcieliby entuzjaści “Mrocznego rycerza” (…) Joker, używając technicznej metafory, składa się wyłącznie z trzech powtarzanych nieustannie grymasów, z karabinów maszynowych, którymi sieje zniszczeniei wzbudza tumany kurzu, oraz armii zamaskowanych pomocników robiących to samo co szef, tyle, że na mniejszą skalę.”
Czy też macie wrażenie, że ktoś tu wyszedł z seansu zaraz po scenie otwierającej? A może tylko na tyle udało się skupić uwagę?
Chociaż nie, mogę być odrobinkę niesprawiedliwy, przecież kilka linijek niżej pan Tomasz wyjaśnia o co mu chodzi. “Rzecz w tym – pisze – że Joker tylko miota się po ekranie w apoplektycznym napadzie wściekłości, Lecter zaś przenika widza mroczną i demoniczną osobowością. Nie rozumieją go ani najwybitniejsi twórcy profilów psychologicznych z FBI, ani agnetka Clarice Starling, on zaś potrafi rozpracować ich na wskroś.”
Chwila, a o czym, do cholery jest cały “Mroczny rycerz”?! I kto na, na litość, przejrzał Jokera?! Różnica między panami L. i J. polega wyłącznie na tym, że Lecter ma przyziemny, prostacki cel – uciec z zakładu. Joker natomiast stara się coś ludziom pokazać, udowodnić. I kto tu jest ciekawszą, bardziej nietuzinkową postacią?
No ale rozumiem, pan Tomasz to przecież chłopiec i jako takiego najbardziej interesują go gadżety. A jeśli nie one to na przykład skille. Dość łatwo dał się więc uwieść w gruncie rzeczy banalnemu konstruktowi jakim jest Lecter (zestawiamy wyrafinowanie, ogładę i wiedzę, okrucieństwu i bestialstwu) i nie zauważa, że wpadł w prostą pułapkę. Dlaczego Lecter jest taki cool? Bo Harris zestawia nam go z innym psychopatą, tyle, że prymitywnym i odrażającym. Na takim tle każdy wyglądałby wspaniale. A dlaczego tak świetnie sobie radzi z psychologami? Bo każdy z nich to nadęty dupek, bardziej niż doktorem zajmujący się samym sobą i własną karierą. A Starling? Ej, to przecież dopiero kadetka!
Zauważmy, Nolan nie potrzebuje takich podkładek. Nie umniejsza swoich pozytywnych bohaterów, by przez to ten zły wyglądał lepiej. Jego Joker skonstruowany jest tak, by wzbudzać chaos poprzez stawianie ciągłych pytań o mniejsze zło. Zabijesz niewinnego człowieka, by ocalić szpital? Wysadzisz łódź pełną przestępców, by ocalić siebie i tłum niewinnych ludzi? I tak dalej. Jeśli spojrzeć na to w taki sposób, z łatwością dojdziemy do wniosku, że to Jokerowi, nie Lecterowi bliżej jest do Johna Doe z “Siedem” – kolejnego, zdaniem pana Tomasza przykładu dobrej złej postaci. To Joker uczy i pokazuje, Joker ma misję. Lecter, jak powiedziałem tylko spieprza. A ten jego “uosobiony paradoks: kanibalizm i wariacje Goldbergowskie, mordowanie i wyrafinowana [chłe, chłe przyp. mój] psychoanaliza” to tylko lep na naiwnych.
Patrz też: Pseudokrytyk
Patrz: Pan Stawiszyński.
Wiele jest jeszcze rzeczy, które można by jeszcze zarzucić panu Tomaszowi (Na przykład wedle jego interpretacji “Siedem” ma za zadanie promować czytelnictwo i biblioteki publiczne**), ale też i wiele z tych kwestii można pominąć milczeniem. Dwóch jednak odpuścić nie sposób.
Po pierwsze taniej próby wsparcia się filmem skrajnie innym gatunkowo, by podeprzeć swoje chwiejne tezy. Mowa oczywiście o Hellboy’u – filmie fantasy na bazie odrealnionego, postmodernistycznego komiksu. Zastanawiam się dlaczego nie poszedł dalej? Może jeszcze czarne charaktery z Disney’a, co? Doprawdy naprawdę tani chwyt by uzasadnić bzdury o spluwach i plazmie wypierających obraz i psychologię.
Po drugie, nie mogę odpuścić panu Tomaszowi jego ignorancji przejawiającej się tak nieuważnym oglądaniem filmów jak i brakiem znajomości popkultury.
Pisze on bowiem na przykład o “półminutowym zbliżeniu twarzy Jacka Nicholsona w “Lśnieniu” Kubricka (1980), kiedy przebija nożem [podkreślenie moje] drzwi do pokoju, w którym zamknęła się jego żona”. Nożem? Nożem?! A nie toporkiem aby?
Powiecie, że to drobiazg, ale takie właśnie drobiazgi, gdy się nagromadzą prowadzą do zdań w stylu “Joker jest przezroczysty jak bibułka – tyle w nim demonizmu, ile w napompowanym sterydami dresiarzu, który po wyjściu z dyskoteki rzuca się z kijem bejsbolowym na zabłąkanego przechodnia”. Tyle w tym porównaniu prawdy, co w panu Tomaszu talentu dziennikarskiego. Trudno zauważyć.***
Oczywiście chce nasz ignorant, by jego tekst brzmiał fachowo. Powołuje się na Tomasza z Akwinu, na Junga, wspomina nazwisko Lovecrafta udając nawet, że coś mu ono mówi. Wszystko po to, aby w pewnym momencie wysmażyć taką tezę:
“Od czasów “Milczenia owiec” każdy patologiczny zbrodniarz jest obowiązkowo dotknięty jakimiś natręctwami, każdy ma kamienne oblicze i każdy odznacza się specyficzną inteligencją.”. Zupełnie pomija przy tym fakt, że Joker powstał na lata wcześniej zanim doktor Lecter narodził się w głowie Harrisa, a jego realno-tragiczno-genialną wersję pokazał już Alan Moore w “Zabójczym żarcie”. Zapomina pan Tomasz o natręctwach Batesa w “Psychozie” ( w ogóle trudno stwierdzić czy słyszał o Hitchcocku), że już nie wspomnę o złym z “M jak morderca” Langa.
Patrz też: doktor Caligari
Patrz: Dracula
Ciekawi mnie też czy pan Tomasz słyszał o “Mechanicznej pomarańczy”. Myślę, że mogłyby go zdziwić muzyczne gusta Aleksa.

Reasumując. Ubolewam, że obok nazwiska autora, Newsweek nie podaje też cyferki z jego wiekiem. Może się bowiem okazać, że właśnie pastwię się nad dzieckiem, którego gazeta chciała wyróżnić, bo “ma zadatki”. W takim przypadku stwierdzam, że pan Tomasz ma jeszcze czas, by uzupełnić wiedzę i zostać kiedyś całkiem sprawnym dziennikarzem kulturalnym. Gorzej jeśli wypowiada się w ten sposób już jako dojrzały, ukształtowany człowiek. Wówczas polecam mu obejrzenie “Milczenia owiec” i skupieniu się tym razem nie na Lecterze, a na nadętych, zapatrzonych w siebie psychiatrach i agentach FBI. Istnieje bowiem spore ryzyko, że znajdzie w nich wiele z siebie.

*
Mary Sue- to alter ego autorski fanfików, która koniecznie chce się znaleźć w swojej ulubionej historii i marzy się jej, by była w niej przydatna. Dlatego zwykle jest to postać przepakowana, arcycudowna i przepiękna. Jak autor w swoich oczach.

**
Nie żartuję. Oto cytat: “Jednak w dziele Finchera oprócz krwawych scen jest także głębszy sens: jeśli chcesz nie tyle zrozumieć zło, ile uchwycić zasadę, którą się ono kieruje, nie ładuj rewolweru i nie ruszaj w miasto, bo dostaniesz okrutną lekcję pokory. Zajrzyj raczej do biblioteki, jak czyni policjant grany przez Morgana Freemana.”

***
Swoją drogą najbardziej pamiętna scena z kijem bejsbolowym jaką pamiętam to ta z “Nietykalnych” gdzie de Niro jako Capone katuje jednego ze swoich pracowników. Świetnie zagrana, straszna i w ogóle. Nie ujmowałbym więc bejsbolowi wartości demonicznej tak łatwo.