Ucieczka z kina… familijnego
mar7
Obejrzałem “Watchmen” i mówiąc szczerze odetchnąłem z ulgą, bo Zackowi Snyderowi po jego ostatnim dziele nie ufałem za grosz. Okazało się jednak, że jeśli chce, potrafi nie spierdolić powierzonego mu komiksowego arcydzieła. Miło, szkoda tylko, że jako wprawki użył znakomitego ze wszech miar komiksu Millera. Nie będę pisał recenzji, bo jeśli przeczytacie tą autorstwa MRW na Esensji – przymykając oczy na bullshity w temacie “300″ i V for Vendetta” – to dowiecie się mniej więcej jakie mam zdanie na temat tego filmu.
Choć nadal uważam, że “Sin City” kładzie “Strażników” na łopaty w kategorii komiksowych ekranizacji, a “Mroczny rycerz” jest raczej antytezą filmu superbohaterskiego, a nie jego zwieńczeniem.
Kilka słów należy się jednak innej obejrzanej przeze mnie ekranizacji komiksu, bo tu o recenzję nikt się jeszcze nie pokusił. Mowa o “Punisher War Zone” – kolejnym, najprawdopodobniej ostatnim starciu Franka Castle z filmowcami.
Pomimo iż nad tym filmem, podobnie jak nad poprzednią produkcją z 2004 roku, pieczę sprawowali specjaliści od Marvela, obraz Lexi Alexander nie jest kontynuacją filmu Jonathana Hensleigha. Inny aktor w roli tytułowej ( w “War zone” wystąpił znany z “Rzymu” Ray Stevenson), inna, bliższa komiksowi historia narodzin Punishera. Dodajmy zresztą, że wpleciona jedynie w postaci kilku zdań i paru krótkich retrospekcji. Całość filmu to bowiem przede wszystkim krwawa jatka. I tu kolejna różnica między produkcjami. W poprzednim filmie Punisher zachowywał się niemal jak Michael Westen z serialu “Burn notice”. Stosował milion sztuczek, podejść, kombinacji, byleby tylko jak najdelikatniej dokonać swojej zemsty. Do dziś pamiętam scenę przesłuchania, podczas której Frank najpierw straszy bandziora palnikiem, a potem dotyka go kawałkiem lodu. Brrr… co to miało być?!
Co zabawne, fan komiksu mógł dostrzec pewne motywy w fabule (sąsiedzi, Rusek- zabójca), które wyraźnie sugerowały, że film oparto na motywach komiksu Gartha Ennisa. Tak, tego od “Kaznodziei” – najbardziej wulgarnego i obrzydliwego twórcy komiksów popularnych jakiego znam.
“War zone” to zupełnie inna bajka. Panowie z Marvela (wraz z panią reżyser) zrozumieli najwyraźniej, że nie da się skroić Franka do kina familijnego i że jeśli ekran nie spłynie krwią, flakami i kawałkami mózgoczaszki, fani – całkiem zasadnie – będą kręcić nosem. Dali więc cesarzowi co cesarskie efektem czego mamy głowy zdejmowane strzałem z obrzyna, nogi od stołu wbijane w oczodoły, mielenie przyszłego Jigsawa w maszynie do recyklingu szkła. Są też noże w czaszkach, łamane z chrzęstem kręgosłupy i cała masa innych atrakcji.
Fabularnie jest nie za dobrze. Ot Punisher wykańcza mafijne rodziny, fasonuje buźkę “przystojnemu” Danny’emu (Dominic West) efektem czego rodzi się Jigsaw – typ z obliczem Michaela Jacksona za dwie operacje.
W międzyczasie pojawia się podstawa do dylematu moralnego u Franka, który niechcący zabija działającego pod przykrywką policjanta, męża etatowej panienki świrów i twardzieli ( Julie Benz, dziewczyna Dextera, ostatniego Rambo, a teraz Franka) i ojca maleńkiej córeczki o wielkich oczach. Dołóżcie do tego jeszcze policjantów, którzy nie wiedzą jak się do Punishera odnieść i już w zasadzie macie komplet. Naprawdę tyle fabuły.
Reszta to wspomniana już sieczka, a także iście ennisowski humor, co miewa swoje dobre strony (nawiązanie do “Pattona” naprawdę słodkie), ale bywa też męczące. Wiem, że marudzę, ale chyba jednak chciałbym porządnego Punishera na poważnie, nawet kosztem sieczki.
W kwestii rozłożenia akcentów i kontrapunktów też bywa różnie. Za dużo jest pustych scen z Jigsawem i jego bratem, służących chyba tylko po to, by West mógł poudawać Jokera w wersji Nicholsona (co, idzie mu raczej średnio). Zupełnie niepotrzebny okazuje się też konik Gartha czyli nawiązanie do katolicyzmu – Castle chciał być kiedyś księdzem. Wszystko to sprawia wrażenie niepotrzebnego nabijania długości filmu, bo postaci nijak nie pogłębia a i fabule bardziej przeszkadza niż służy.
Ogólnie rzecz biorąc jestem jednak z tego filmu zadowolony. Niejednokrotnie mówiłem, że aby powstał dobry Punisher, potrzeba kogoś w stylu Carpentera czy Rodrigueza, kto nie boi się epatować kiczem i flakami. Kto nie boi się klisz. I choć Alexander do obu wspomnianych panów daleko jeśli chodzi o klasę, to jednak odwagi odmówić jej nie sposób. Co się bardzo chwali.
Aha, film podobno sprzedał się strasznie słabo, więc kontynuacji nie będzie. Może i dobrze…
