Archiwum kategorii ‘Obejrzane’

Odmienne stany świadomości

lip
23

Wróciłem niedawno ze Srebrnej Góry gdzie w ramach eksperymentu dokonanego wraz z tamtejszym Centrum Turystyki Niekonwencjonalnej prowadziłem Warsztaty Twórczego Pisania. Był to dla mnie generalnie bardzo miły czas, mimo iż zdecydowanie odwykłem od namiotów, a do tego pogoda raczyła nas ciągłymi opadami z przerwami na wyjebane w kosmos ulewy z piorunobiciem. Z jednymi ludźmi w dwunastoosobowej grupie pracowało mi się lepiej, z innymi gorzej, ale ogólnie byłem z nich zadowolony, mimo iż w natłoku dygresji uciekły im najwyraźniej niektóre kluczowe elementy jakie chciałem im przekazać. Cóż, nigdy nie upierałem się, że jestem świetnym pedagogiem, to raz, a dwa, że może zwyczajnie było za wcześnie, by oceniać efekty? Nie wiem i na dzień dzisiejszy mam ową kwestię gdzieś, bo obecnie są ważniejsze sprawy. Na przykład ta, że wyłożyłem się wręcz koncertowo na “Drzewie Crossa”. Wypieprzyłem się na kawałku historii, pomyliłem źródła i wynikiem tego jestem jakieś sto już zapisanych stron w plecy.
Nie mam pojęcia jak tego dokonałem, nie pytajcie. Czytam sobie te kawałki, które zapisałem i są niezłe. Zgrabne dialogi, płynna akcja, logiczny ciąg wydarzeń – to wszystko świadczy, że byłem przytomny i nie mogę tego zwalić na zatrucie pokarmowe, które mnie ostatnimi czasy siekło. Z drugiej strony taka podkładka na źródłach, które przecież przeczytałem, zapoznałem się, pamiętam nawet teraz uświadamia mi, że coś musiało się wydarzyć. Cholera, to wygląda mi jakbym sam sabotował własną książkę!
Teraz oczywiście łatam dziury, myślę, kombinuję i transponuję już gotowe fragmenty na tym razem właściwie przygotowane tło. Zmiany są nie tylko kosmetyczne, a mnie aż nosi, bo chciałbym się już zabrać za coś innego, Wydawca ma wkurwa – i w pewnym sensie słusznie, choć kamieniem rzucać im w siebie nie pozwolę – a do tego albo leje i jest sennie albo upał i tylko w kinie albo nad wodą siedzieć.
Przy okazji, zaliczyłem ostatnio dwa filmy i z obu jestem zadowolony, choć to zupełnie różne zjawiska:

Pierwszy to Bruno (z umlautem nad u, ale darujcie, nie chce mi się szukać) z Sachą Baronem Cohenem w roli geja, kreatora mody, który chce zrobić karierę w Ameryce. Oczywiście dla Cohena cała pseudofabuła jest potrzebna wyłącznie po to, by ponabijać się z bandy tumanów rasy wszelakiej. I nie ma co się łudzić, że tylko z Amerykanów, bo większość przedstawionych ludzkich zajobów jest uniwersalna jednak.
Drugi to “Wrogowie Publiczni” Manna, którzy załapali ode mnie punkt za kreacje tak Deppa jak i Bale’a, całkiem sprawny scenariusz i generalnie brak historycznych bugów. Lubię Dillingera i bardzo nie chciałem, by ten film spaprano. Dostałem coś co jest nieco słabsze od “Gorączki” i “Zakładnika”, ale już na pewno lepsze od – wypchajcie się wy, którzy sądzicie inaczej – niezłego przecież “Miami Vice”. Czyli poprzeczka wysoko.

Z rzeczy pozytywnych, dowiedziałem się, że “Ofensywa szulerów” wyjdzie najprawdopodobniej we wrześniu. Daj Boże, by to nieszczęsne “Drzewo…” było już wtedy w produkcji.

Mimo wieczoru, nadal jest gorąco, a do tego komputer mi rzęzi, więc nic więcej już raczej dzisiaj nie napiszę i idę spać. Z mojego ambitnego planu napisania dzisiaj 13 stron i skończenia scenariusza wyszedł mi więc książę Albert (obejrzyjcie “Wrogów Publicznych” a załapiecie, jeśli teraz , po takiej podpowiedzi macie problemy). Co tam, jutro (a w zasadzie dzisiaj) też będzie dzień czego sobie i wam wcale nie tak gorąco życzę. KLIMATYZAAACJIII!!
Tyle.

Debilizm wszechmogący

maj
2

No dobra, teraz się wkurzyłem. Mogłem przeboleć “Świnkę Pepę” – dobranockę ze świnką narysowaną tak jak nieudolny graficiarz mógłby przedstawić przyciętego penisa. Wygląda bowiem jak wygląda, ale przynajmniej dydaktycznie trudno tej kreskówce coś zarzucić. Wytrzymałem też debilizm o uśmiechniętych łodziach podwodnych z których każda wygląda jak niedorozwinięty kuzyn Zygzaka McQueena z “Carsów“. Co tam, radzę sobie nawet z coraz głupszymi rodzimymi wstawkami w dubbingach (a gdy sobie nie radzę, oglądam animację w oryginale i gra muzyka).
Słowo daję, mogę naprawdę przetrzymać dużo, ale tego co te hiszpańskie cwele od animacji “Arka Noego” (nawet nie chce mi się googlać za nazwą studia) już nie zdzierżyłem. To największy, najgłupszy, najgorzej narysowany i animowany chłam z jakim się zetknąłem. Możliwe, że od zawsze.
Czego się spodziewałem zabierając na to dzieciaki? Cóż, patrząc na plakat może odrobinę bardziej wyluzowanej i gorzej rysowanej opowiastki w stylu “Księcia Egiptu” zmiksowanego z “Królem Lwem”. A może moralizatorskiej przypowiastki w duchu francuskich seriali z cyklu “Był sobie…”podszytej “Madagaskarem”? Trudno tak naprawdę powiedzieć, ale mówiąc szczerze, startowo wcale nie liczyłem na wiele. Dużo zwierzątek. I klasyczna animacja. No i opowieść, którą i tak przyjdzie mi kiedyś przedstawić dzieciakom. Tyle.
Dostałem gównianą opowiastkę o wyluzowanym Bogu, który do spóły z aniołkiem pisze swoją książkę i szuka do niej mocnych scen, więc decyduje się na potop, ale wcześniej postanawia uratować Noego i jego pieprzniętą rodzinkę, bo są dobrzy. Co z tego, że ich dobroć ogranicza się wyłącznie do tego, że dają się kiwać na lewo i prawo, a do tego wygłaszają głupawe sentencje na przemian z kiepskimi żartami? Choć w sumie, patrząc jak w tej animacji przedstawiony jest Bóg, nie da się ukryć, że są stworzeni na jego podobieństwo.
Dalej w owej gównianej historyjce występują:
1. Nawalone, pierdzące gołębie.
2. Spłuczka dzięki której rozpoczyna się Potop.
3. Obrzydliwa sekwencja pasienia świń.
4. Noe, który jest ślepy jak kret, bo zgubił okulary…
5. …i Kret, który przestał być ślepy, bo te okulary znalazł (tu dołączamy dźwięk perkusji sygnalizujący, że przydałby się wymuszony aplauz. W końcu to miało być, w założeniu twórców strasznie zabawne)
Szczerze mówiąc wypisałbym tego więcej gdyby nie to, że:
1. Samek usnął
2. Zuzia zaczęła pokazywać palcem na innych ludzi w kinie (siedzących za nami) i przyglądać się im wcinając do tego popcorn. Uznała, że to ciekawsze niż seans.
3. Stwierdziłem, że jeszcze pięć minut i zacznę kląć albo rzygać.
Doszło do tego, że drugi raz w życiu wyszedłem z seansu przed końcem filmu, bo tak bardzo miałem go dość. Cholera, do tej pory mnie nosi.
Ten film to absolutne, totalne, śmierdzące, rzadkie gówno. Kopniak w jaja mojego poczucia estetyki i głos za cenzurą. I gdzie są ci wszyscy, którzy pikietowali blokując “Dogmę” ? Gdzie są, gdy wreszcie mogliby przyblokować coś, czemu się należy? Choć może i lepiej, że ich nie ma. Jeszcze napędziliby temu czemuś publikę. Brrr

A z bardziej pogodnych rzeczy, premiera “Gotuj z papieżem” została wyznaczona na 03.06 i pewnie będę startował z promocją w Warszawie (choć to jeszcze nie jest pewne)

Mam też do Was prośbę przekazywaną. Otóż jedna z Was, Moi Drodzy Czytelnicy
, pisze prace na temat tego co na co dzień piszę ja. I chciałaby poprosić Was o wypełnienie ankiety zamieszczonej tutaj i wysłanie jej na adres aankietalicencjatt@o2.pl
Jeśli możecie to dla niej zrobić, koleżanka będzie Wam zapewne niewymownie wdzięczna.