Archiwum kategorii ‘Galeria mistrzów’

Chuckmaggedon

wrz
21

O Słodki Chaosie! O Boski Nihilizmie! O…fuck!
Nie słyszałem o Chucku Palahniuku, ani przed obejrzeniem „Fight Clubu” ani nawet długo po. Jakoś tak nie kusiło mnie, by sprawdzać co stanowiło podstawę dla genialnego filmu Finchera – mój zachwyt nie potrzebował literackiego podparcia. To znaczy tak mi się wtedy wydawało…
A potem, nie pamiętam jaki czas później, trafiłem w księgarni na książkę pod cudownym tytułem „Udław się”. Zachęcony blurbem, sugerującym absurd przyprawiony kontrowersją, kupiłem… i nie długo nie mogłem wyjść z podziwu. Dla języka, dla wiedzy, dla koncepcji. Facet pisał, że świat jest do dupy, że wszystko co mamy albo przeżeramy, albo musimy wypieprzyć, a ja – choć poglądami cholernie mi do takiego odbioru rzeczywistości daleko – łykałem to wszystko z buzią rozdziawioną jak u małego dziecka. Gotów byłem nawet radośnie przytakiwać.
Nie zdziwiłem się jakoś szczególnie gdy w końcu dotarło do mnie, że Palahniuk to autor „Fight Clubu”. Powiem więcej, ucieszyłem się nawet, bo znaczyło to, że mimo iż widziałem film, jest szansa, że kupując książkę będę czerpał przyjemność z lektury. Tak się też stało, choć dziwna to przyjemność przepełniona głośnymi „Ja pierdolę” i „Chore! To co czytam jest chore! Raany!”.
To było jak słuchanie Vivaldiego i jednoczesne oglądanie relacji z wojny w Czeczeni. Jak patrzenie na smukłe płomienie tańczące na zgliszczach kamienicy – piękne jak to zwykle ogień, ale jeśli się człowiek przyjrzy, dostrzeże wśród gruzów zwęglone szczątki lokatorów… Czułem się jak jakiś cholerny Cenobita Barkera. I to było naprawdę WOW!
W ostatnim półroczu uzupełniłem braki doczytując dwie pozostałe, dostępne na polskim rynku, książki Palahniuka. „Rozbitka” – opowieść o ostatnim żywym członku wielkiej religijnej sekty, który staje się medialnym mesjaszem, zmierzając prostą drogą ku spektakularnemu samobójstwu – jakieś dwa miesiące temu. Traktujący o artystach, artyzmie i całym tym bełkocie „Dziennik” właśnie kończę. I boję się doczytać ostatnie strony, bo czuję się jakbym znowu czytał „Dziecko Rosemary” Levina. Nie wiem co uwolnię przewracając kolejne kartki…
Czy zachęcam do czytania Palahniuka? W życiu! Facet jest tak dobry, tak sugestywny i przekonujący, że mogłoby się to dla niektórych źle skończyć. Nie chcę brać odpowiedzialności…
Sam jednak będę wyczekiwał kolejnych tłumaczeń, mocno licząc, że znowu przygotuje je dla nas niezawodny Lech Jęczmyk.

Kiedy Jakub poznał Tima…

cze
15

Galerii mistrzów ciąg dalszy. Tym razem, po królu taniej grozy w królewskim wydaniu, mistrz uszlachetnionego kiczu, władca słodkiej i uroczej makabry, gotyckie bóstwo zasiadające na tronie z wielkiej dyni. Panie i Panowie przedstawiam… Tima Burtona!

Na początku był “Batman”. To znaczy na naszej – mojej i Tima – pierwszej randce. Fenomenalny mroczny świat, znakomici Keaton i Nicholson, urocza Basinger… wszystko to, podobnie jak spójna, ciekawa historia, zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Przerażały miny groteskowo roześmianych ofiar Jokera, znakomita muzyka Elfmana wprowadzała w gotycko-podniosły nastrój. Kino było wtedy niczym katedra. Nawet mój tato, czytając mi szeptem kwestie z ekranu czuł się z tym jakoś nieswojo… a przynajmniej tak wyglądał.
Od tamtej pory z uwagą śledziłem poczynania Tima. Zbierałem informacje o tym co planuje, do czego się szykuje, pisałem własne amatorskie analizy i recenzje jego obrazów.
Był czas, że pasjami oglądałem “Sok z Żuka”, by nagle przerzucić się na “Batmana” czy “Edwarda Nożycorękiego”. I jakoś nigdy mi się nie nudziło. Wciąż się nie nudzi.
Potrafię godzinami dyskutować – wciąż tak samo gorliwie machając łapami i pokrzykując – o wyższości “Powrotu Batmana” nad pierwszym “Batmanem” (w kontynuacji widać wspaniałą wizję miasta i świata przedstawionego. W pierwszej części Nicholson swoją jackowatością ukradł Timowi film.). I nawet porażka Burtona w postaci “Planety małp” nie zachwiała moim do niego uczuciem…
Kiedyś poważnie zastanawiałem się nad tym skąd właściwie się to moje przywiązanie wzięło. Odpowiedź przyniósł mi film “Ed Wood” – hołd Burtona wobec najgorszego reżysera wszechczasów. Właśnie, to jest dobre słowo- hołd! Dla pasji, dla dążenia do realizacji własnych marzeń, kosztem bycia odludkiem. Dla Piotrusia Pana w każdym z nas. To samo ma w sobie Robert Rodriguez, którego również kiedy mogę, biorę w obronę jako twórcy z wizją. Do Burtona mi jednak bliżej.
Oto radosny, pogodny szaleniec, który prowadzi mnie przez życie odkąd byłem dzieciakiem. Taki mój prywatny Willy Wonka.
Niezależnie którym z dwóch nurtów swej twórczości podąża aktualnie Tim Burton- czy tym przesłodzonym, kiczowatym ( “Charlie i fabryka czekolady”, “Marsjanie atakują”, “Pee- wee’s Big adventure”) czy mroczno- gotyckim ( “Batman”, ” Jeździec bez głowy” “Sweeney Todd”) zawsze mieć będzie we mnie gorliwego fana. Takiego, który wychodząc z kina po “Dużej rybie” będzie ze łzami wzruszenia w oczach powtarzał “cudne”. Nawet gdy inni wkoło marudzą…

———-

Jest jeszcze jeden powód dla którego uwielbiam Burtona. Dzięki niemu odkryłem zarówno wspaniałego Danny’ego Elfmana jak i reżysera Henry’ego Selicka. Tego drugiego kojarzycie pewnie z “Nightmare before Christmas” (wielu uważa, że to film Burtona, podczas gdy Tim jest jedynie autorem opowiadania na bazie którego film powstał) i być może ucieszy was wiadomość, że Henry pracuje właśnie nad gaimanowską “Koraliną”. Poniżej coś na kształt zwiastuna tego filmu…

Ja już nie mogę się doczekać…