Wielu wspaniałych
sie23
Mam do Was ogromną prośbę. Do wszystkich. Tych którzy czytają tego bloga regularnie i tych co weszli przypadkiem. Tych, którzy mnie lubią i tych, którym jestem zupełnie obojętny (ludzie mi nieprzychylni i tak nie posłuchają, więc po co strzępić literki na pajaców). Wielką, ogromną prośbę: Jeżeli z jakiegokolwiek powodu nie podobał Wam się “the Expendables”, dzielcie się tą wiedzą z mamą, kolegami z podwórka, chłopakiem czy dziewczyną – z kimkolwiek, byle nie ze mną i nie przy mnie, dobra? Po co sobie psuć wzajemne relacje?
Bo wiecie, są tacy, którym się wydaje, że jeśli dodadzą przed wypowiedzią zwrot “moim zdaniem”, albo “osobiście uważam, że” (bądź też zakończą wypowiedź sformułowaniem “ale to tylko moje zdanie”) to rozmówca nie ma prawa się wściec. To oczywiście bzdura, bo jak ktoś powie “wiesz, może to tylko moje zdanie, ale osobiście uważam, że twoja dziewczyna wygląda jak dziwka” – i tak zapamiętamy tylko ostatnie pięć słów.
Podobnie będzie pewnie z kierowanymi do mnie negatywnymi opiniami na temat “the Expendables”. Możecie sobie IMHOwać do woli, a i tak do mnie dotrze tylko sedno przekazu. I się pokłócimy.
Bo film jest absolutnie ZAJEBISTY. Nie ma w nim zupełnie nic nowego, wszystko znane, przerabiane po wielokroć i przewidywalne od pierwszej do ostatniej sceny. Żarty proste, ich obecność niekoniecznie uzasadniona, bohaterowie jak z erpegowego katalogu twardzieli. Czekacie na “ale”? Nie dostaniecie go, bo nie wymieniłem jeszcze żadnej wady – to wszystko zalety. Pokolenie VHS-ów przyzna mi rację.
Bo to nie miał być odkrywczy film. To miało być spotkanie tytanów w ich świecie, ich rzeczywistości. Tam gdzie zawsze jest okazja, by wpierdolić damskiemu bokserowi i jego zadziornym kumplom, by rzucić żarcik przed i po wielkiej strzelaninie. W owym świecie nawet świeżo podduszony bohater znajdzie w płuco-miechach dość powietrza, by zakpić z przeciwnika, a ulubiona broń sprawdzi się lepiej niż dobrze.
Odkrywczość w owej krainie tysiąca strzelb nad jednym kominkiem jest równie pożądana jak wuwuzela w klasztorze kamedułów.
I tak dostajemy świetny duet Stetham-Stallone, komediowo rozkopanego Jeta Li, akto-paśników (bo przecież nie nazwę ich aktorami) i szalonego Dolpha. Zły Roberts jest uroczy w swej kiczowatości, a Rurka wzruszający gdy trzeba, a poza tym paskudny jak postrzał w brzuch. Są też oczywiście panowie Arnie i Bruce dzięki którym dzieło Sly’a zapisało się na zawsze w historii kina. Takiego stężenia zajebistości na centymetr kwadratowy ekranu kino nie było chyba od czasu, gdy pamiętny pociąg wjechał na pamiętną stację przeszło stulecie temu. Mogliby tam stać i gadać jeszcze z godzinę, a scena i tak nie byłaby za długa. Magia kina, jak nic!
A wiecie co jest w tym wszystkim najwspanialsze? Że cały ten film to takie zaproszenie na grilla, tylko z większym budżetem na reklamę. Chłopaki się zebrali i postanowili, że urządzą imprezę, zaprosili starych przyjaciół (widzów) skręcili program artystyczny i heja! Czuje się tą atmosferę wspólnej zabawy, jak wtedy gdy starzy rockmani jednoczą się z fanami na wspólnym uwielbieniu do rocka.
Cóż więcej mogę powiedzieć? Czekałem na ten film piętnaście lat, odkąd pojawiły się pierwsze sygnały, że ma powstać (a przynajmniej odkąd owe sygnały dotarły do mnie) i dziś się doczekałem. Jestem szczęśliwym człowiekiem i proszę, nie psujcie tego głosząc swoje odmienne opinie.
Bo jesteśmy kumplami, kochani. Lubię was ogromnie i strasznie, strasznie wysoko cenię. Ale tym razem, jeśli macie zdanie inne niż moje… zwyczajnie mam je w dupie. Sorry!
STALLONE TO NIEŚLUBNY SYN PECKINPAHA! EXPENDABLES RULEZ!
Tyle.
