Nazywam się Jakub Ćwiek, urodziłem się w 1982 roku w Opolu. Pierwsze trzy lata życia spędziłem jako “dziecko całego akademika”, zupełnie nieświadom, że jestem właśnie obiektem kpin losu (wokół mnóstwo pięknych studentek, a człowiek jest za mały, by myśleć o randkach i ogranicza się jedynie do wyłudzania cukierków – trudno nazwać to inaczej ).
W wieku trzech lat przeprowadziłem się z rodzicami do Głuchołaz, gdzie spędziłem resztę względnie beztroskiego dzieciństwa. Tam skończyłem szkołę podstawową i średnią, udzielając się po drodze w całej masie organizacji. Jedna z nich, harcerstwo, zostawiła po sobie dość mocne ślady – nauczyłem się między innymi grać na gitarze czy w miarę sprawnie i szybko rozbijać namiot ( z innych śladów- blizna po sprzączce od paska rogatywki do dziś zdobi moją brodę).
To właśnie w Głuchołazach zacząłem udzielać się w amatorskim teatrze i pisać. Zwłaszcza ta pierwsza pasja ( dokładniej reżyseria) tkwiła we mnie na tyle głęboko, że postanowiłem zdawać do Łódzkiej Szkoły Filmowej. Z delikatnie mówiąc średnim skutkiem, ale wspominam to jako całkiem ciekawe i zabawne doświadczenie.
Ostatecznie stwierdziłem, że skoro nie mogę kształcić się jako twórca, nauczę się jak pastwić się nad tymi, którym się udało- tak wylądowałem na Kulturoznawstwie w Katowicach. I od tej pory życie moje obfituje w same ważne i (co zaskakuje mnie najbardziej) w większości trafne decyzje. Pierwszą z nich (wymieniając chronologicznie) było wstąpienie do Śląskiego Klubu Fantastyki, który udowodnił mi, że moja miłość do fantastyki nie jest żadnym tam odosobnionym przypadkiem. Poznałem tam masę przyjaciół i dzięki ich pomocy mogłem nareszcie rozwinąć skrzydła. Tak stworzyliśmy grupę teatralną SŁUDZY METATRONA, wtedy też postanowiłem, że napiszę książkę.
Drugą ważną decyzją było wstąpienie w związek małżeński w grudniu 2003 roku. Do dziś dnia związek ten zaowocował małą Zuzią i jeszcze mniejszym Samuelem. Mieszkamy w Głuchołazach, które wciąż odkrywa przed nami zalety, ale i wady małych miasteczek. Tych pierwszych wciąż jest więcej, co raczej nie wróży szybkiej przeprowadzki…
Trzecia decyzja, to wspomniana już książka. Szczerze mówiąc, mimo iż pisałem od siódmego roku życia, nigdy jakoś nie myślałem o wydawaniu czegokolwiek. Nie dlatego, że nie marzyłem o karierze, ale raczej nie wydawało mi się prawdopodobne, by ktokolwiek chciał czytać coś napisanego przeze mnie (nazwijcie to syndromem gościa z małego miasteczka, proszę bardzo). Dopiero wyjazdy na konwenty, podrzucenie paru tekstów kilku uznanym autorom sprawiły, że zacząłem się zastanawiać co z tym fantem zrobić. Żeby nie było niejasności, ludzie, którzy przeczytali opowiadania, nie wpadli w zachwyt, powiedzieli tylko, że coś może z tego być. Tyle mi jednak wystarczyło.
A potem było już nocne stukanie w klawisze, drukowanie i rozdawanie kopii znajomym. “Kłamca” oraz wszystkie inne rzeczy, które kiedykolwiek napisałem istnieją tak naprawdę tylko dzięki ich cierpliwości i zaangażowaniu. Cóż, co tu dużo ukrywać- – tacy są właśnie prawdziwi przyjaciele.
Co dalej? Skrajnie różne, przeważnie jednak pozytywne opinie na temat książki sprawiają, że mam ochotę pisać dalej. Liczę też, że uda mi się dokonać czegoś, co sprawi, że ta notka stanie się może nie dłuższa (i tak jest stanowczo za długa jak na notę debiutanta- cóż ja poradzę, że lubię pisać? ), ale z pewnością ciekawsza. Może uda mi się wynaleźć coś, co wszystkie znienawidzone przeze mnie parasole odeśle w nicość? To dopiero byłoby coś…
