Pierwszy pomysł na tę notkę był zabawny. Chciałem się trochę pośmiać, tu i tam dociąć, zażartować, ogólnie zrobić z tego małą hecę ku uciesze czytelników. Dyskusja pod poprzednim wpisem uświadomiła mi jednak, że sprawa bardziej niż moich żartów wymaga gruntownego i rzetelnego wyjaśnienia. Oto więc Drodzy Czytelnicy, historia “Drzewa Crossa”
Narodziny Pomysłu
Z zamiarem napisania westernu nosiłem się dość długo, ciężko mi było jednak znaleźć pomysł na historię niebanalną i w jakikolwiek sposób wychodzącą poza najbardziej klasyczny gatunkowy schemat: samotny rewolwerowiec kontra wstrętna banda złych panów robiących kuku prostytutkom o złotych sercach. Adrenalinę podnosił mi na dodatek fakt, że wiedziałem, że można, że się da – w końcu widziałem tych westernów kosmiczne ilości i byłbym znaleźć przynajmniej dziesięć takich, które wygrzebywały gatunek z bagna marazmu i zastoju.
A potem zacząłem słuchać Lynard Skynard. Przypadkiem i wcale nie jakoś pasjami, ale dziwnym trafem zaplątało mi się kilka kawałków na listę, potem było ich trochę więcej, wreszcie na półce stanęło kilka płyt. I wtedy mnie olśniło. Przypomniał mi się film “Ostatni żywy bandyta” i Mickey Rourke z wąsikiem a’la Fu Manchu, w mundurze konfederackim jako renegat rabujący banki i w ten sposób kontynuujący Sprawę Południa. I to było to.
Wymyśliłem sobie fabułkę – młody chłopak wraca do domu po wojnie, trochę dupa wołowa, ale jednak już weteran i w rodzinnej Georgii radzi sobie z porwaniem dziewczyny. Powiecie, dalej schemat i zgoda, macie racje ale miałem szczery zamiar go przełamać wplatając w to wszystko wojenne wątki, trochę obyczaju i tak dalej. Chłopca nazwałem Cross, a “Drzewo Crossa” było tak nawiązaniem do nazwiska jak i legendy wedle której chłopak dostał karabinek Spencera w którego kolbę wprasowano drzazgi z krzyża Chrystusa. Taka gwoździowa strzelba Winnetou, rozumiecie.
Był to rok 2008, początek. “Ciemność płonie” była albo po redakcji, albo w trakcie, “Kłamca 3. Ochłap sztandaru” pisał się, solidnie już przesunięty i opóźniony, a ja wybrałem się do Lublina i w trakcie rozmowy opowiedziałem o pomyśle. Spodobał się, podpisaliśmy z Fabryką umowę i już wiedziałem, że będę miał co robić między kolejnymi tomami Kłamcy. W międzyczasie, przy okazji tej samej rozmowy wyszła sprawa, że będę pisał dla wydawnictwa “Runa” książkę “Ofensywa szulerów”. Wydawcy dowiedzieli się o tym z sieci.
“To prawda?” zapytali.
“Tak, rozmawiałem z Anią Brzezińską o książkach, wymyśliłem taką wojenną historyjkę, Ania podrzuciła mi parę pomysłów, stwierdziłem, że wydam to u nich. To problem jest?”
“No jak tak to nie, ale wiesz, to jedna branża, konkurencja, w przyszłości mogłoby być niezręcznie.”
“Aha, no to sorry.” – mówię z miną “nie wiem, nie orientuję się” co z resztą oddawało mój stan ducha, bo patrząc na wiele spraw z beztroską właściwą już prawie wolnemu strzelcowi, radosnemu, że może żyć z pisania, w temacie “wydawnicza konkurencja, a autor” właśnie traciłem dziewictwo. Zwłaszcza, że wcześniej pisałem opowiadanie dla Runy, dla Nowej Fantastyki i słówka nie było. Nie wiem, może mój błąd?
No ale wracając.
“A podpisałeś już umowę?” – padło pytanie.
“Tak i wziąłem zaliczkę”
“Aha”
“Ale między nami cool?” upewniłem się.
“Tak, jasne.” usłyszałem w odpowiedzi. “Każdemu się zdarza wpadka z niewiedzy”.
Uściski łapek, umowa w teczce, kilka książek na drogę i po spotkaniu. A i jeszcze sesja fotograficzna, której efektem jest fotka z Ciemności. Tak, wiem, wyglądam na niej jak zombi-pączek.
Potem nadszedł czerwiec i premiera “Ciemności”. Pierwszy zgrzyt, bo urządzono ją na Avangardzie, a nie jak rozmawialiśmy wcześniej, na katowickim dworcu. Nie wiem co nie wypaliło, dlaczego nie wyszło, a na Avangardzie miałem nawet roll’upa (i dużo rewelacyjnych gadżetów- zapałek) i w ogóle było fajnie. No ale to książka o dworcu była i można ją było lepiej wypromować, zwłaszcza, że potrzebowałem wyłącznie pchniętych ze strony Wydawnictwa do Kolei, Zarządu Dworca i Urzędu w Katowicach pism z prośbą o zgodę na happening. Wszystko pozostałe miałem we własnym zakresie. No ale zdarza się, sam nie jestem, a przynajmniej miałem zapałki. Ogólnie więc wszystko było super.
Gdzieś z końcem lipca oddałem Kłamcę. Długo to trwało, było mnóstwo fabrycznych telefonów, że to już, że termin i tak dalej – nie chcąc kaszanić przyciąłem tę książkę wcześniej niż planowałem zamiast dopisywać na chybcika i tak poszła. Potem wielu ludzi gnębiło mnie za ową końcówkę i zamknięcie tematu zanim się na dobre rozkręcił. Cóż, moja wina, nie byłem dość stanowczy, uległem presji ( a Wydawnictwu ciężko się dziwić, że chciało na szybko, w końcu Kłamca radzi sobie na rynku nieźle… a właściwie radziłby, gdyby… ale nie uprzedzajmy faktów)
Zaliczka
Ważne jest, żebyście drodzy czytelnicy wiedzieli, że pomiędzy pojawieniem się książki na rynku a pierwszym rozliczeniem zwykle mija jakiś czas liczony w miesiącach. Czasem jest to kwartał, czasem pół roku – książka musi się wgryźć w rynek, by był sens ją rozliczać nie po sztuce, a w dziesiątkach, setkach czy nawet tysiącach egzemplarzy. Bo autor, co wiecie zapewne wszyscy jest na procencie od egzemplarza. W fabryce owo pierwsze rozliczenie zjawiało się zwykle po trzech miesiącach.
Zbliżał się listopad 2008 roku. Na warsztacie miałem podówczas właśnie Crossa, który już mi trochę ewoluował w kierunku westernu eastwoodowskiego – twardziel zamiast młokosa, więcej krwawych scen, kasacja wątku romantycznego, za to więcej fantastyki. Nie miałem pomysłu na powstanie świata, ale wiedziałem, że coś musi z nim być nie tak, że musi być inny, bo nie chcę książki historycznej ani też klasycznego westernu. Zacząłem myśleć o steampunku, ale i o podróży do Stanów, zobaczenia Gettysburga i paru innych miejsc związanych z fabułą. Nie miałem na to pieniędzy, ale wiedziałem, że zaraz je dostanę, w końcu “Ciemność” już lada dzień zacznie na siebie zarabiać, kilka tygodni dzieliło mnie też wtedy od premiery “Kłamcy 3″. Słowem żyć, nie umierać.
Zwróciłem się do Fabryki o zaliczkę:
“Hej słuchajcie, mam taki pomysł, wyjazd i w ogóle. Chciałbym od was zaliczkę na poczet Ciemności, albo Kłamcy, bo kasa potrzebna mi pilnie jak polskiej reprezentacji piłkarskiej sukces”
“Ile” padło pytanie.
“Tyle a tyle” odparłem (to znaczy nie, podałem kwotę, ale takie szczegóły są nam w opowieści potrzebne średnio)
“Damy znać jutro”
I dali, rzeczywiście.
“Dobra, nie ma sprawy dostaniesz ile chcesz, ale nie na poczet Ciemności czy Kłamcy, tylko na to co piszesz. Pasi?
“Gra i buczy” zawołałem zadowolony, nadesłany aneks do umowy dziarsko podpisałem i czekałem na pieniądze. Krótko czekałem, przyszły w dwóch ratach tydzień po tygodniu.
Ach, w międzyczasie, wiedząc już, że pisanie to dla mnie opłacalny full-time job, rzuciłem robotę. W obliczu malujących się przede mną perspektyw, wcale a wcale jej nie potrzebowałem. Powiecie naiwność? W obliczu tego co było potem nie umiem nie przyznać wam racji.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zgrzyty
Zaczęło się od tego, że zamiast pieniędzy za rachunek listopadowy przyszedł do mnie mailem list (nie tylko do mnie, sądząc po liście mailowej do wszystkich autorów) w którym poinformowano nas o starciu gigantów- Olesiejuka i Empiku po tym jak ten ostatni postanowił kiwnąć wszystkie wydawnictwa na rynku i ustawić w równych szeregach pod sobą. Olesiejuk – i paru innych dystrybutorów – się nie dał, zaczęła się przepychanka, a długi Empiku wobec wszystkich rosły.
“Niestety zmuszeni jesteśmy wstrzymać wypłaty” mówił list ” A przynajmniej mocno je zredukować”. I tak się zaczęło.
Z miesiąca na miesiąc długi Wydawnictwa wobec mnie zaczęły rosnąć. Telefony, maile nie pomagały, ciągle słyszałem, że nie ma i będzie kiedyś i że trzeba czekać. Czekałem więc, choć święta były ciężkie (zapewnienie, że przecież Wydawnictwo nie pozwoli na puste, wigilijne stoły u swoich autorów, biorąc pod uwagę nadesłaną kwotę zakrawało na okrutny żart), a potem nadszedł równie ciężki styczeń i luty. Wzorem wielkich literatów zaciągnąłem parę długów, odwlokłem parę płatności. I dzwoniłem, dzwoniłem, dzwoniłem.
A dług rósł.
W pewnym momencie, gdzieś koło marca, nie wytrzymałem, przeskoczyłem drogę służbową i napisałem prosto do szefów trącącego desperacją maila.
W odpowiedzi dostałem to, o czym wspomniałem w poprzedniej notce:
“No ja cię, Jakubie, rozumiem, ale i ty zrozum, nie mamy, a jak mamy to płacimy lojalnym, a ty masz umowę z Runą i co my możemy. Ale przecież się lubimy, nie? Więc jak zerwiesz umowę, to choćby z własnej kieszeni, z piersi rwąc serce i na tacę rzucając, pieniądze wygrzebię i mieć je będziesz w minutę osiem. A i podpiszesz nam jeszcze kwita, że odtąd to z nami i tylko z nami tak ci dopomóż… z resztą wiesz co dalej.”
Wiedziałem. Podpisałem czując jak ktoś mi podcina skrzydła wolnego ptaka, ale umowy nie zerwałem. Powiedziałem, że nie mogę, mam zobowiązania, są przyjaźnie itd.
“No dobra, to w takim razie to niech zostanie, a my jesteśmy dogadani”
I rzeczywiście, minął tydzień, pieniądze przyszły. Trochę. Daleko im jeszcze było do tego co miałem dostać, ale liczyłem, że jakoś to wszystko wyjdzie na prostą. I rzeczywiście, jakieś tam pieniądze przychodziły, ale wraz z nimi przychodziły też rachunki, kolejne rozliczenia, według których nawet biorąc pod uwagę te nieregularne wpłaty (o które każdorazowo musiałem się upomnieć, choć, nie ukrywam, wymiany smsów zawsze były miłe, sympatyczne) dług ciągle rósł.
W międzyczasie pracowałem. Męczyłem tego Crossa kawałek po kawałku, ciągle mi coś dochodziło, koncepcja się zmieniała, raz czy drugi wspomniałem o tym nawet na blogu. Oprócz niego, a jakże, dopracowywałem wcześniej pisaną “Ofensywę szulerów”, trzaskałem jakieś tam opowiadanko, ale Cross był w tym wszystkim bardzo mocno i powoli, mozolnie ale skutecznie posuwał się do przodu. Z bezwzględnością Shermana (generała, nie czołgu) brnącego na Południe.
Tu taki mały, niechronologiczny odskok. Kłamca 3 jak wiecie wyszedł w listopadzie 2008. Okazało się, że nakład wyszedł tak mały, że zniknął z półek w niecałe dwa tygodnie. W przedświątecznym szale nie było szans na dodruk, więc wrócił dopiero po Nowym roku i znowu w tak niskim dodruku, że zanim się kto obejrzał już go nie było. Nie wiedziałbym o tym – nie chodzę po księgarniach za swoimi książkami, mam je w domu – ale zacząłem dostawać dziesiątki maili z propozycją odkupienia ode mnie autorskich za astronomiczne sumy. Na forach allegrowe ceny tej książki pokazywano sobie jako ciekawostkę (od 60 do 130 zł), panie w księgarniach zaczepiały mnie przy okazji autorskich narzekając, że książki nie ma w hurtowniach. Zapytałem co się dzieje i dowiedziałem się, że dodruk jest w drodze. Koniec przerywnika.
W lipcu pojechałem do Srebrnej Góry prowadzić warsztaty literackie i tam pisałem również pisałem “Drzewo”. I to właśnie tam, być może zauroczony atmosferą, klimatem fortu na którym spałem, rozleniwiony wszechobecnym spokojem, pomyliłem się w pisanej historii paskudnie (faktograficznie) i wrąbałem się w ową pomyłkę po uszy nadpisując na nią jakieś sto pięćdziesiąt głupich stron. Czułem się z tego powodu paskudnie i na jakiś czas straciłem w ogóle zainteresowanie tą książką. I wtedy rozdzwonił się, po raz kolejny, telefon.
“Cześć, jak tam Drzewo” zapytali wydawcy.
“Chujowo” odparłem i wyżaliłem się do łzy ostatniej jaki to ze mnie tępak co nie umie pracować ze źródłami i wali kaczory większe niż miłościwie nam panujący.
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
Przyznam, przymurowało mnie odrobinkę.
“Ale jak to?” – zapytałem.
“No normalnie, będziesz się tam pieprzył. Dawaj jak gotowa, bo na luty miała być, a mamy dzięki Bogu sierpień.”
Nie dałem, powiedziałem, że poprawię i na tym sprawa stanęła. Spiąłem się przed Polconem – tam rozmawiałem z Dominiką, już wówczas Dyrektor Wydawniczą Fabryki Słów – przedstawiając sprawę i mówiąc, że książka będzie za dwa tygodnie. Szczerze w to wtedy wierzyłem.
Oczywiście w tym samym czasie do Fabryki szły dwa standardowe zapytania. O zaległe płatności i o dodruki książek, a zwłaszcza Kłamcy 3. Za jego sprawą, coraz głupiej było mi się bowiem pokazywać na autorskich, nie miałem pojęcia co ludziom mówić, bo biorąc sprawę na chłopski rozum, nie mogłem uwierzyć, że ktoś odpuszcza sobie pewniaka ot tak. Okazało się jednak, że ekonomia nie była do sprawy dobrym kluczem. Ale o tym zaraz.
Nadszedł październik, wyszła “Ofensywa”. Nieco wcześniej odezwano się do mnie z Fabryki, że muszę rach, ciach podpisać aneks do umowy pierwszego Kłamcy, żeby mógł wyjść audiobook. Umowy, dodajmy, jak dla debiutanta, dawno już odbiegającej od rynkowych standardów. Skorygowałem, dostałem nową umowę, sprawa przycichła. I tu ten październik.
Książka się pojawiła, zebrała trochę dobrych recenzji to tu to tam, a ja, pisząc kolejny raz zmienione “Drzewo” czekałem na pieniądze. I to, co nastąpiło później wymaga krótkiego intermezzio.
Wyobraźcie sobie, że wykonujecie jakąś pracę licząc, że na niej zarobicie. I po jakimś czasie dowiadujecie się, że zarobiliście. Poinformowano was o tym, podano kwoty. A potem nagle dowiadujecie się, że:
pieniądze może się pojawią, może nie, a może jak poprosicie to w małym kawałeczku i b) moglibyście zarobić dużo więcej, ale komuś się nie chciało, albo wręcz przeciwnie, znalazł sposób żeby was ukarać. Pytanie za sto punktów – jaki jest wasz stosunek do dalszej pracy na tych samych warunkach? Koniec przerywnika.
No i jesteśmy już na początku listopada 2009. “Drzewo” wysypało się prawie zupełnie (przy blisko dwustu stronach gotowego tekstu kompletnie nie umiem znaleźć odpowiedniego, godnego finału), za to coś zaczęło się rodzić z zebranych do niego materiałów. Zupełnie inna opowieść, ale całkiem możliwa w przyszłości jako wstęp do “Drzewa” gdy to w końcu się wykrystalizuje – wspomniany w poprzednim wpisie “Krzyż Południa. Rozdroża”. Pomyślałem sobie, że ten nowy twór zaproponuję jako zastępstwo, nie będzie tamtej książki, ale za to będzie inna, a formalnie jakoś się to rozwiąże, a potem, jak już wymyślę drzewny finał, podpisze się nową umowę. Wahałem się jednak, bo oto moc lojalki przestała działać i długi znowu narosły paskudnie.
Idąc za poradą mojego agenta, skontaktowałem się z prawnikiem. Ot tak, by się rozeznać w sytuacji.
Pierwszą rzeczą jaką prawnik zrobił, to wyśmiał umowę lojalnościową w takiej treści. Potem wyśmiał ją jeszcze raz, a potem się opanował i po raz trzeci parsknął śmiechem. Wreszcie poprosił, by dać mu czas i pełnomocnictwa, a wypowiemy ją ze skutkiem natychmiastowym. Z grzeczności, bo sama umowa zawierała błędy czyniące ją nieważną.
W tym czasie ja napisałem do Wydawców po pieniądze, licząc na to, że jak je już odzyskam, w minutę osiem załatwię sprawę z Drzewem Crossa. Odesłano mnie do księgowej, więc napisałem do niej w oficjalnym tonie maila o przygotowanie dla mnie pieniędzy w całości nie częściach na Falkon na którym będę. W odpowiedzi dostałem maila parodiującego (w zabawny sposób) mój tekst, w którym domagano się ode mnie książki w całości, nie częściach. Mail zawierał też przyjacielską uwagę, że autor który domaga się pieniędzy, a sam zalega z zaliczkowaną książką po drodze wydając coś u konkurencji ma za wysokie mniemanie o swoim miejscu w firmie.
W pierwszej chwili zrobiło mi się głupio, bo niby racja. A potem obudził się we mnie maleńki, ale dziki rachmistrz. I wyliczyłem sobie, że pobrana przeze mnie zaliczka to nawet nie połowa długu jaki Wydawnictwo ma wobec mnie! Wspomniałem o tym pytając przy okazji dlaczego brzmi to tak jakby jedno zależało od drugiego.
I dowiedziałem się, że zależy. Nie oddałem książki, muszę się liczyć z konsekwencjami.
“Ale konsekwencją nieoddania zaliczkowanej książki jest rozwiązanie umowy i zwrot zaliczki niechby i z odsetkami” – odparłem. ” Więc jeśli tak, to proszę, Wydawnictwo może sobie te pieniądze odliczyć, a wysłać mi resztę”
No, wyobraźcie sobie, nie trafiło. Stanęło na tym, że miałem porozmawiać z szefami w Lublinie.
Rozmowa
W Fabryce, mimo iż zjawiłem się w ostatniej chwili urzędowania, powitano mnie miło. Pani Dorota z sekretariatu uraczyła herbatką i uśmiechem, zamieniliśmy kilka słów. Potem wylądowałem na fotelu u szefów. I się zaczęło. Najpierw powoli, jak żółw ociężale przebadaliśmy atmosferę. Potem oni o Drzewie, ja o pieniądzach. Oni o zaliczce ja o dodrukach. I wtedy bach, pierwszy strzał:
” Dodruki, Jakubie, robimy lojalnym. Jak tam Ofensywa?”
“Jak to skuteczna Ofensywa, do przodu. Ale zarazek, byliśmy przecież ok w tej sprawie.”
“Może, może, sam rozumiesz, ale wiesz jak to jest z zaufaniem. Gdy raz się straci…”
Nie musieli kończyć. Wiedziałem. Aż dziwił ten brak porozumienia przy takiej wspólnocie doświadczeń.
“Ale niedawno było, że w listopadzie będzie Kłamca 3″
“Ale nie będzie. A jak tam “Drzewo”?”
Pomyślałem, co się będę teraz wdawał w technikalia, mówił, że tej nie ma, ale jest inna itd.
“Dobrze” powiedziałem. A potem, płynnie przeszedłem do kluczowego pytania “A jak moje pieniądze?”
“Będą jak dostaniemy “Drzewo”"
W to też już grałem.
“To zgrzyt, bo pieniądze to zupełnie inne umowy. A przy okazji, wypowiadam tę lojalnościową. Jest bezprawna”
” Tak? O kurczaczek. No ale przecież nie potrzebujemy papierków, prawda?”
“Nie, ale podejmuję też współpracę z innymi wydawnictwami. Może napiszę kryminał, albo romansik jakiś.”
“Na razie jasne, ale jak my wejdziemy w romansiki, to sam rozumiesz, lojalność”
I wtedy, jak nigdy w życiu, dostąpiłem wizji. Oto ja, po dwudziestu książkach, z której żadnej nie ma na księgarnianych półkach, niezdolny by się wyrwać z szeregu, bo przecież musiałbym zaczynać wszystko od nowa. Skazany na proszenie się o własne pieniądze, jeżdżący na delegacje i spotkania autorskie na własny koszt i tak dalej. Do tego najlepiej trzy książki rocznie, więc prawie jak etat, tylko bez regularnych wypłat. W końcu nie przynoszę tak krociowych zysków jak Andrzej Pilipiuk. Pomyślałem, że chyba jednak tak nie chcę. Teraz, dumałem, potrzebuję tylko odzyskać pieniądze, najlepiej nie przez sąd po dwóch latach i zamknąć niedomknięte sprawy. Może nawet zmusić się do ukończenia “Drzewa”.
Jakby czytając w moich myślach, wydawcy powiedzieli:
“Krok po naszej stronie, dostaniesz swoją kasę. A teraz to już między nami tip top będzie”
Powiedziałem ok i wyszedłem.
I rzeczywiście, kasa przyszła, ale, zabawna sprawa, rozliczenie za kolejny miesiąc już nie i za następny także nie. To wrażenie, kochani, można nazwać tylko po francusku.
Do tego zadzwoniono do mnie z informacją, że głupio wyszło, ale Jacek Piekara przespał swoje spotkanie, na którym miał być z Ziemkiewiczem i chciałby się wryć na moje z Komudą. Co tam, że plakaty, informacje i wszystko dawno poszły w świat. Da się na fabrcznej stronie sprostowanie i spoko.
“Jasne” powiedziałem. “Nie zależy mi”
I rzeczywiście nie zależało, choć potem głupio było odbierać maile czy smsy w stylu:
“Ty bucu, jechałem aż z Pragi (ufam, że tej warszawskiej, nie czeskiej dop. mój) a Ty postanowiłeś nie przyjechać. Bodaj by cię mrówki faraonki zjadły z keczupem”
Nowy rok
I teraz jesteśmy teraz. W grudniu wysłałem do Fabryki pismo, w którym wyjaśniam co z “Drzewem” i proponuję rozwiązanie umowy. Telefony, smsy, maile z szefostwa, pokazały jasno i dobitnie, że pismo nie dotarło, więc wysyłam je jeszcze raz jutro, a dziś napisałem maila z wyraźną sugestią, że zaliczkę mogą odliczyć z rozliczeń bieżących, bo i tak nie zapowiada się, bym je dostał na konto. Chyba, że wolą poczekać aż to “Drzewo” napiszę. Znaczy aż spłynie wena i wymyślę finał.
Na obecną chwilę nie mam pojęcia jakie są proporcje w układzie zaliczka- dług, bo jak mówię, nie dostaję rozliczeń. Wiem, że powinienem coś jednak w ogóle zarobić na “Gotuj z papieżem”…
Wypadałoby, prawda?
I tak, przepraszam wszystkich urażonych faktem, że piszę o pieniądzach, rozliczeniach, długach, kłopotach etc. Po prostu czasem pytacie jak to jest być pisarzem i czy da się w Polsce wyżyć z pisania. Otóż da się… o ile w trybach wielkiej maszyny produkcyjnej coś nie zazgrzyta. I nie przemieli autora przypadkiem, w walce o lepszą przyszłość rodzimego rynku wydawniczego.
No dobra, nie wyszło aż tak poważnie jak myślałem. Mam nadzieję, że się z tego powodu nie obrazicie specjalnie.
Tyle.

Droga Kasiu, zaczyna mnie ta dyskusja bawić, nie rozumiem cały czas postawy, która każe dawać przyzwolenie na nierozliczanie się Autora z pieniędzy i pracy a wydawcy nie.
Jakbyś Ty wyłożyła z prywatnej kieszeni i została na lodzie, też byś tak luźno to traktowała zwlając na artyzm?
Drogi Robercie,
Pewnie bym się wkurzyła, ale pisarz to jednak nie malarz pokojowy, on nie pracuje zawsze, o każdej porze i na zawołanie. Wydawca powinien to rozumieć. Czasem książka idzie do kosza, i chwała tym, którzy potrafią tak zrobić. Ja wiem, że książka jest produktem, ale dopiero na etapie wydawniczym. W głowie autora i na dysku jego kompa – jeszcze nie. Uważam, że jeżeli wydawca szanuje swojego autora, on odwdzięczy się, będąc uczciwy w stosunku do wydawcy. Zawali książkę, napisze nową. Może jestem naiwna, ale wierzę w to.
Problem w tym Kasiu, że nie napisał nowej, a właściwie napisał tylko oddał gdzie indziej.
Porównanie było przykładowe
I mimo całego szacunku dla Jakuba, nie zmienia to faktów
Czy w umowie z debiutantami jest zapis, że zapłacimy ci od egz, czy dopiero wtedy, gdy sprzedamy np 3 tys. egz. Jeżeli tak jest, to ok:) A jeżeli nie, to nie ma czego tłumaczyć. Tyle a tyle sprzedane, tyle i tyle zapłacone, choćby 50 złotych.
Z tego co zrozumiałam, oddał Runie książkę, na którą się wcześniej umówił. Gdyby FS mu płaciła, napisałby zapewne nową, dla Was. Ma w FS dobrze sprzedającą się serię, bez powodu nie podrzyna się gałęzi, na której się siedzi.
Jasne, to było tylko wyjaśnienie sytuacji ogólnej na rynku i trudnej ekonomicznie sytuacji debiutów
Robercie, on nie oddał “Drzewa Crossa” do Runy. Oddał “Ofensywę szulerów” i, z tego co wiem, tylko dlatego, że w pisaniu książki pomagała mu Ania Brzezińska. Nie widzę w tym niczego złego…
Rozumiem, gdybyś się oburzał, bo “Drzewo…” by oddał.
Tego Kasiu nie wiemy i się nie dowiemy
Dla tych, którzy nie śledzą równolegle innych forów, poniżej cytat z Andrzeja Miszkurki:
——————————————————————————————–
Być może do niedawna FS (w co nie wierzę) funkcjonowała na dużo lepszych zasadach niż Mag od samego początku w firmie księgarskiej FK Olesiejuk, ale wiele rzeczy nie zgadza się z rzeczywistością.
Zatem kilka słów komentarza do części ogólnej:
Problemy z EMPIKIEM nie są niczym nadzwyczajnym, zresztą to i tak nasz dystrybutor bierze zwykle na klatę największe razy, do nas dochodzą tylko podmuszki.
Terminy płatności mamy takie, jak 5 lat temu.
Marże wzrosły o 1.5% nic nadzwyczajnego, chyba, że Fabryka była dużo lepiej traktowana niż my.
Detaliści nie mają z nami nic wspólnego, naszym wyłącznym dystrybutorem jest FK Olesiejuk i to on dba o płatności.
Nie zauważyłem większych zwrotów EMPIKU niż zwykle.
Między wierszami można spokojnie wyczytać, że FS przeszarżowała z liczbą tytułów, inwestycjami. Pora zdać sobie z tego sprawę, i czy EMPIK musi być zawsze chłopcem do bicia? Jeśli wydawca sprzedaje 500 egzemplarzy książki (nie niszowej), albo ma przeogromne zwroty, świadczy to o tym, że stracił kontakt z rzeczywistością, a nie złych zamiarach sieci sprzedaży (która ma prawo zwracać książki); nasze zwroty były na poziomie kilku % rocznego obrotu). Jak na dłoni widać, że książek FS zrobiło się za dużo, konkurują ze sobą i to brak wyobraźni doprowadził wydawnictwo do tego punktu (co wydaje być się nie lada sztuką, bo Fabryka to “kurewsko” sprawne wydawnictwo i w dodatku wydawanie Polskiej fantastyki jest dużo tańsze i przez to mniej ryzykowne).
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pozostałe fakty również w taki sposób rozmijają się z rzeczywistością, wobec tego nie skreślałbym jeszcze Jakuba Ćwieka.
Ja się oburzam na zasady, które są relatywne jak widać, a nie na to , że oddał.
Ale jakie zasady?
Nie wiem co ma Andrzej i jakie ma z kim relacje. Brak wyobraźni polega być może na wierze w debiuty i nikt tu nie skreśla Jakuba.
Może do Maga?
rozliczajmy się wzajemnie a nie jednostronnie
Podsumujmy więc: Kuba miał oddać “Drzewo Crossa” na dany termin, tak? Wziął zaliczkę, ale książki nie oddał. Dlaczego? Z lenistwa? Nie. Dlatego, ze pisał “Ofensywę…”? Też nie.
Nie oddał książki, bo szanuje czytelników. Mógłby dopisać byle jakie zakończenie, olać wszystko złotym deszczem i wyrobić się na termin? Mógłby.
Chyba jednak, według mnie, wyciągnął wnioski z “Kłamcy 3″, który był kończony “na termin”, w pośpiechu. Co zarzucała mu praktycznie każda recenzja (w tym moja)? Właśnie owe zakończenie! Na dłuższą metę, co Kuba by zyskał, wydając kolejną “niedorobioną” książkę?
Ustalmy jedno: nie jestem wielkim fanem Kuby. Śledzę jednak jego publikacje, głównie z ciekawości, wciąż “dając mu szansę”. Jeżeli więc sięgam po kolejną jego powieść, liczę że mnie do siebie przekona, bo jest młody (w sensie literacko) i wciąż się rozwija. Jeżeli wciąż będę dostawał kończone w pośpiechu i na siłę pozycje, to sięgnę po następne?
Dlatego nie rozumiem całego tego naciskania, żeby oddał “Drzewo…” na termin. Dobrze, wziął zaliczkę. Ale macie wobec niego dług, prawda? To odliczcie od tego zaliczkę i po sprawie.
Myślę, że ta dyskusja nie zmierza ku wielkiemu mądremu finałowi.
Konkludując, my na pewno się z Jakubem rozliczymy i żywię nadzieję, że także on z nami.
Chciałem naświetlić mój punkt widzenia na sprawę bo bicie kogoś w nadziei ,że się nie odezwie, nie przynosi takiej satysfakcji.
Dla Andrzeja Miszkurki naszych książek będzie zawsze za dużo
A Wam życzę dobrej nocy i owocnego roztrząsania.
Pozdrowienia
w skrócie tak, i taka była konkluzja , jednak Jakub postanowił się podzielić przemyśleniami z mojego punktu widzenia krzywdzącymi.
I to jest powodem nocnych polaków rozmów.
Tak by już było po sprawie
Robercie, Jakub ma rodzinę. Naprawdę dziwisz się, że chce walczyć o pieniądze? Ja absolutnie nie.
I widać wpis na blogu był słuszną decyzją, bo doszło do pewnych ustaleń, prawda?
Pax między chrześcijany. !
Podobnie jak AM uważam że Empik nie jest jedynym powodem problemów FS. Gołym okiem widać że Dużo inwestują. Wiadomo też że rynek może i jest chłonny ale na pewno nie jest z gumy. Przeinwestowanie łatwo prowadzi do czasowego zachwiania płynności.
mam pytanie do Roberta Łakuty. Jak będzie z kłamcą 3 ? Będzie dodruk ? To pytanie ze strony człowieka który może chcieć książkę kupić i niekoniecznie na allegro za 70 zł
W zapowiedziach FS widziałem “Kłamcę”. Nie wiem, czy tom trzeci, ale chyba będzie szło po kolei, nie?
Po części interesujące doświadczenie. Za jednym zamachem można zobaczyć i kuchnie i pralnie, a wszystko to podczas “pracy nad produktem”.
Z drugiej strony ekshibicjonizm wzbudzający jednak pewien niesmak, niczym wymiana ciosów technicznie doskonałych, a jednak nieregulaminowych na pierwszoligowym meczu bokserskim.
Nie wiem “co autor miał na myśli”, jednak nie takiego przebiegu tej dyskusji spodziewali się niektórzy czytający.
Sz. pan Jakub zaczął twardo, wzbudzając tym aplauz publiczności, co utwardziło jego stanowisko, a sz. pan Robert dał się sprowokować puszczając niską piłkę… i szacunek wyparował.
Rozumiem, jakieś socjotechniki, polaryzacja stanowisk i inne takie, lecz czy naprawdę nie starczyło chęci i cierpliwości na jeszcze jedną rozmowę ?
Szukając szczerego “kolesiostwa” trzeba się udać do panujących nam z Bożej łaski, bo nawet w pewnej sieci komórkowej Wam tak nie dobiorą. W biznesie (nawet najmniejszym planktonie) liczy się najpierw kasa, potem kasa, a na końcu kasa i gdy to w obie strony jest uregulowane można rozmawiać jak się chce. Nawet na boisku najlepsze “kiwanko” się kiedyś kończy. Księgowi Enronu wiedzą to najlepiej.
Ja też go rozumiem naprawdę i go lubię prywatnie i chcę całą sprawę rozwiązać.
Może było to potrzebne dla oczyszczenia atmosfery.
Mam nadzieje, że po niedzieli dogadamy się ostatecznie z Jakubem i co za tym idzie posypią się i dodruki
I ta wiadomość na pewno ucieszy czytelników.
Dobry komentarz Grzegorzu i tu bym zakończył naprawdę, bo późno
Zapytam lekko złośliwie. Czy dodruk jest zależny od dogadanie się z Kubą ? Bo mi się wydaje że to by książka była dostępna to kwestia szacunku dla czytelnika no i zysku wydawcy.
No i Kuba nie jest jedynym pisarzem któremu FS zalega pieniądze ( kieruję się wypowiedziami pisarzy z tego bloga ) czy można liczyć że i oni dostaną swoje ciężko zarobione pieniądze?
Wierszyk – kluczyk, czy cóś. Matti stara się przekonać nas, że można nie płacić czasem, gdy się ma ważne po temu powody. Wydawca może mieć obiekcje wobec autora, który publikuje gdzie indziej. A autor – co ma myśleć o dziwce dającej ciała zastępom innych autorów? Podoba mi się odpowiedź Kuby, co to znaczy być full time writerem. Kuba ma jaja i rozum na właściwych miejscach. howg!
ja prosty człowiek jestem. I Może Kuba zachował się ładnie a może nie. Może się lubi z kimś a może nie. Ale kurna bela jest umowa ? jest tam jasno napisane ? No to dla mnie umowa to kwestia główna.
Co do nie lojalności. Jak kupujecie marchewkę w sklepie X a raz w sklepie Y. To potem pani w sklepie X może wam sprzedawać zepsutą marchew ? Z zemsty ?
Widzę że już chyba niepotrzebnie, ale przeniosłem wypowiedź Roberta na główną (zasługuje jako głos w sprawie) i skomentowałem poruszone kwestie. W tym wcześniejsze niejasności. Zapraszam do nowego wpisu
Doceniam zdrobnienie, chociaż nie pamiętam wspólnego pasania gęsi z jakimś bio.
Mi też się odpowiedź Kuby podobała, z tym że jak widać teoria rozmijała się z praktyką. Z lupanarowych porównań wybrałbym nieco inne – zresztą wszystkie te rzeczy można było wypracować w bardziej szczegółowej formie umowy autorskiej, skonsultowanej prawniczo etc. Zarówno sprawę wyłączności jak i dotrzymywania terminów.
Szanowny Toudi, przykład z marchewką jest zdecydowanie nieadekwatny i najpewniej sam o tym wiesz, jednak ślicznie wpisuje się w kontekst sytuacyjny.
Zasadniczo cel wpisu na blogu został spełniony – obie strony doszły do konsensusu. I to cieszy.
Czy jest sens wyrywać się z “jeszcze ja rzucę kamieniem, jeszcze ja i koniec!”?
I zdecydujcie się do jasnej ciasnej czy chcecie komentować “jak jest” czy układacie sobie idealistyczny obraz “jak powinno być”? Bo przy tej drugiej opcji to może nie po nazwiskach jeśli tak ogólnie chcecie?
Ale, ale załóż wydawnictwo
Idealne. Sam Ci moje wypociny w zębach przyniosę. Wejdź do bajorka zwanego “biznes” w tym kraju.
Dajcie już odetchnąć gorącym głowom.
Na pewno sz. pan Jakub docenia Nasze wsparcie, lecz ma już adwokata i sam potrafi zadbać o swoje sprawy. A wakatu na rzecznika nie zgłaszał.
Grzegorzu ok. Sarkam nie potrzebny serio
A z wydawnictwem to nie wykluczam że skorzystam. Nie dziś nie jutro ale kiedyś tam proszę bardzo. Młody jestem mam czasu jeszcze. A w Biznesu książkowego coś tam liznąłem nie wile ale zawsze coś. Bagno
Pozdrawiam
“wszystkie te rzeczy można było wypracować w bardziej szczegółowej formie umowy autorskiej, skonsultowanej prawniczo etc. Zarówno sprawę wyłączności jak i dotrzymywania terminów.”
dokładnie tak Mateuszu
człowiek się uczy na błędach.
W Stanach taka umowa to cała książka.
Są i weksle na pobrane pieniądze itp.
i nie da się tłumaczyć weną, bo wena swoje a bank swoje.
Wraz z Jackiem Rostockim również walczymy o swoje z tą jakże wiodącą na rynku firmą, która zwie się Fabryka Słow i która potraktowała nas co najmniej nie fair. Jako debiutantów w wydawnictwie usiłowano zrobić z nas idiotów. Zero zapłaty do dzisiaj za antologię SĘPY (rachunek dostaliśmy, ale jak on wygląda przemilczę) i wielka konsterna w odpowiedzi na pytanie ile egzemplarzy książki się sprzedało. Daruję sobie cytaty z maili, jakie z Jackiem otrzymywaliśmy, ale postawa wydawnictwa mniej więcej identyczna jak w przypadku Jakubów: Ćwieka i Małeckiego.
no to widze ze kolejna osoba na podobnych warunkach zegna sie z fabryka. smutne ze w naszym kraju tak wiele wydawnictw dyma autorow. to juz 2 przypadek z jakim sie spotkalem jesli chodzi o tego wydawce. pewnie bedzie wiecej. w sumie Rh byl nie lepszy – pewnie maja to we krwi.
Główny zarzut, jaki Fabryka czyni Jakubowi Ćwiekowi to zarzut o lojalność. Dziwi zatem fakt, że wydawnictwo nie płaci również Piotrowi Rogoży, który pierwszą książkę wydał zupełnie gdzie indziej, a więc w jego przypadku powód musi być zapewne inny. Jakub Małecki obydwie powieści wydał w FS/RH i również informuje o braku otrzymanych honorariów. Czy Robert Cichowlas też zachował się nielojalnie, dlatego nie otrzymał pieniędzy za napisaną książkę?
Ciekawe jest również to, że jedna z dwóch największych lokomotyw wydawnictwa – Jacek Piekara – wydał wcześniej książkę w wyd. Runa, a więc został niejako podebrany przez Fabrykę Słów. Rozumiem, że w tę stronę zabieg taki jest jak najbardziej w porządku, tak?
Proszę zwrócić uwagę, że autorzy: Piekara, Kossakowska, Orbitowski, Piskorski, R. Dębski, E. Dębski, Szmidt, Pacyński, Kres i wielu innych znaczących dla wydawnictwa pisarzy, to autorzy, którzy przeszli do Fabryki z innych oficyn.
Jak można więc czynić zarzut Ćwiekowi, że wydał powieść gdzie indziej (pomijam już wcześniejszą zgodę FS na taki zabieg), kiedy samemu podebrało się większość autorów generujących teraz największe zyski dla wydawnictwa.
Czy pan Łakuta mógłby się do tego ustosunkować?
Rafale, maleńka poprawka. Nie pytałem o zgodę Wydawnictwa, więc nie musieli jej wyrażać. Natomiast fakt faktem, wiedzieli o książce w Runie dużo wcześniej (maj 2008) i ustaliliśmy, że między nami nadal jest ok.
Wiem jedno, od FS i RH niech nas Bóg broni. Po ostatnich lekturach w tym wielce promowanego Orkana, a także ostrzeżeniach znajomych, wolę zapukać do Supernovej niż do tego konglomeratu przekręciarzy.
Jakubie, czemu nie znajdziesz sobie dobrego tłumacza i nie wyskoczysz na zachód?
Olafia – znasz jakiegoś?
Olafia A co ma do tego Orkan ? Dla mnie to świetna książka.
Jakubie, gdybym znała, pewnie sama bym skorzystała
Co do Orkana, przepraszam, wymskło się. Niepotrzebnie.
Ja pozwolę sobie żadnej ze stron nie odsądzać od czci i wiary. Myślę, że potrafię zrozumieć obie.
Natomiast natarczywie nasówa mi się na myśl to, że może najlepszym dla wydawnictwa pisarzem jest pisarz martwy?
W końcu nawet jakby chciał to już gdzie indziej nie wyda…
Podstawą dobrej współpracy autor – wydawca jest zawsze dobra umowa wydawnicza, która precyzuje wzajemne obowiązki i prawa. W dobrej umowie prawo Wydawcy do utworu nie jest bezterminowe, ale przeważnie obejmuje ściśle określony czas. Jeśli po tym czasie autor ma innego wydawcę, może go spokojnie wydać. To samo jest w przypadku, gdy podczas trwania umowy autor orientuje się, że książki nie ma na rynku – występuje do Wydawcy aby zrobił dodruk – jeśli odmówi, autor jest zwolniony z umowy. Szczegóły można poznać w książce poradniku A. Karpowicza – AUTOR – Wydawca. Jeśli chodzi o tak zwaną lojalność, to obowiązuje zasada coś za coś. W Francji autor jest zobowiązany do przedstawienia Wydawcy pięciu kolejnych propozycji wydawniczych, jeżeli z których z nich Wydawca zrezygnuje, dalsze propozycje z jego strony nie są już wymagane (to oczywiście wielkie uproszczenie – szczegóły są w w/w poradniku). W Polsce umowę lojalnościową podpisał pan Pilch ( pięć kolejnych książek dla jednego wydawnictwa w okresie pięciu lat ?) – ale wydawca musiał mu zaliczkowo wypłacić 100 tysięcy złotych) i takie podejście jestem w stanie zrozumieć. Sam piszę i rozmawiam z różnymi Wydawcami i wcale przed nimi nie ukrywam, że będę rozmawiał z każdym kto zaproponuje mi rozumne i sensowne warunki finansowo-bytowe. Jeśli mu to nie pasuje zawsze możemy przerwać nasze rozmowy, a jeśli chce lojalności to spiszmy odpowiednią umowę i niech mi zapłaci…
Ogółem to bardzo potrzebna dyskusja, choć osobiście nie wierzę aby wpłynęła na wzajemne relacje autor-wydawca
Skoro już tyle usłyszeliśmy o początkach Fabryki Słów, warto też przypomnieć, że na samym początku była to firma nastawiona na maksymalne cięcie kosztów – pierwsze książki nie widziały redakcji ani korekty. “Achaja” na przykład skłądała się w sporej części z Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – dzięki czemu starczyło tekstu na trzy tomy. Kupiłem i bardzo żałuję. Przez długi czas potem nie sięgałem po ksiażki SF ze względu na ich niski poziom redakcyjny. Tymczasem Runa o poziom merytoryczny i korektę dbała od początku…
Wiesz, Godryk – ja bym nie przesadzała z tym “na samym początku”, imho tak pozostało, niestety, do dziś. Kupuję mało książek FS – głównie dlatego, że są w nich koszmarne błędy ortograficzne, typu “wyżynający się róg”, “buchaj” jako zwierzątko, “rządza krwi”, “masarz serca”, typowe rzeczy wskazujące na automatyczną korektę wykonaną za pomocą edytora tekstu, bez użycia człowieka (co jest o tyle zabawne, że co najmniej jeden korektor zawsze widnieje na liście płac). Znajduję – do dziś – przynajmniej jeden tego kalibru błąd na książkę. Pisałam w tej sprawie do FS nieraz. Owszem, zawsze mi grzecznie odpowiadano, że się poprawią. Tylko nigdy do tego nie doszło. Sądziłam, że może FS tak rewelacyjnie płaci, skoro Autorzy godzą się mieć książki wydane w tak niechlujny sposób. Po tej aferze nie rozumiem już, skąd taka popularność tego wydawnictwa i przejęcia znanych Autorów z innych firm…
Takie są skutki jak się nie umie myśleć, ani pisać, a cały literacki “profesjonalizm” opiera się na strzelaniu kabotyńskich fochów.
Z drugiej strony FS wciąż nie nauczyła się przyzwoitości, ani podstaw prawa autorskiego. Swoim prawnikom najwyraźniej też nie płacą…
Wart Pac pałaca!
Czuję się jak ów przysłowiowy Chińczyk siedzący na brzegu rzeki, którą spływa do morza ławica szczątków jego wrogów.
Chcę coś powiedzieć panu Jakubowi. Przeczytałam dostępny w internecie fragment “Kłamcy 3″. Widzę ogromną lekkość pióra i może chętnie przeczytałabym którąś książkę Pana autorstwa w całości. Jednak
prawie do łez rozśmieszyło mnie przeniesienie pewnych stereotypów na grunt, na którym są one florą obcą
Spędziłam wiele czasu w USA (lata, lata) i powiem Panu, że sytuacja z farmerem wykłócającym się z policjantem jest zupełnie nierealna
I jeszcze ten wtręt o podatkach
Może polskiemu czytelnikowi nie rzuca się to w oczy, jednak przy próbie podbicia Zachodu (co ktoś Panu sugerował) mogłoby to mieć znaczenie. Może jednak mi mo wszystko warto trzymać się realiów, które się zna.
Pozdrawiam.
Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że marzenie o podróży do Stanów uda się jednak zrealizować
Droga Ciemna blondynko. Rozumiem, że zapoznawszy się wyłącznie z fragmentem z trzeciej części Kłamcy nie za bardzo możesz o tym wiedzieć, ale zgodnie z założeniem serii rzeczywistość w Kłamcy prezentowana jest nie zgodnie z realiami autentycznymi, ale w pewnym filmowym pryzmacie. Koncepcją książki, konsekwentnie przeze mnie realizowaną jest przedstawianie różnych mitologii dawnych w rzeczywistości mitologicznej czasów dzisiejszych, tj. w świecie filmowym. Zdecydowanie więc mniej istotne jest to jak zachowałby się policjant i farmer w dowolnym małym miasteczku w prawdziwych Stanach, ważne jest raczej czy mógł się tak zachować w jakimkolwiek filmie. A mógł, bo ta scena to – co u mnie częste – nawiązanie. Poza tym na poczekaniu mógłbym wymyślić z kilka możliwości, kiedy takie rozwiązanie jak przedstawiłem w tekście byłoby realne nawet w rzeczywistości. Bo pamiętaj, droga blondynko, że to, że ktoś coś mówi w książce, nie znaczy, że wyraża pogląd, stan wiedzy narratora (przy narratorze wszechwiedzącym jak tutaj), albo bardziej, autora. Jestem święcie przekonany, że w moich książkach dałoby się znaleźć więcej rażących odstępstw od reguł panujących w różnych rejonach świata, ale akurat tutaj nie do końca się z Tobą zgodzę
Bez nich nie wracam
I nie zamierzam tylko lecieć do Stanów. W planach mam Pulitzera, Oscara i Grammy
Witam
Nie będę owijać w bawełnę tylko zapytam się wprost, kiedy można będzie się spodziewać 4 części kłamcy?
Czy ja coś, cholera jasna, niewyraźnie piszę? Literki źle składam czy jak? Albo owo “Eris” to prowokacja? To ostatnia moja odpowiedź na to pytanie (jeśli ktoś chce więcej, niech czyta, kurwa, wpisy na tym blogu!) Kłamca cztery będzie pół roku po tym jak go napiszę. Mniej więcej.
Jestem tu nowa, jak widzicie i bardzo ciekawie czytało mi się te wszystkie komentarze. Poważnie. Prezeczytawszy tyle, a tyle dochodzę do budujących wniosków: szanowny autor bloga i polskiej fantastyki ma charakter co niemiara . Co nie przeszkadza mu być łupionym. Szkoda szanownego autora i hańba dla wydawnictwa. Nie pierwszego z resztą i nie ostatniego. Niektórzy przeżywają istne paranoje, zwłaszcza jeśli są znaczącymi na rynku firmami. Czekam na Klamcę 4 i nie pytam o czas publikacji.
Powodzenia w zdobywaniu Oscarów