Ciekawy przypadek “Drzewa Crossa”
dodano: 7 Styczeń, 2010przez: Jakub Ćwiek
Pierwszy pomysł na tę notkę był zabawny. Chciałem się trochę pośmiać, tu i tam dociąć, zażartować, ogólnie zrobić z tego małą hecę ku uciesze czytelników. Dyskusja pod poprzednim wpisem uświadomiła mi jednak, że sprawa bardziej niż moich żartów wymaga gruntownego i rzetelnego wyjaśnienia. Oto więc Drodzy Czytelnicy, historia “Drzewa Crossa”
Narodziny Pomysłu
Z zamiarem napisania westernu nosiłem się dość długo, ciężko mi było jednak znaleźć pomysł na historię niebanalną i w jakikolwiek sposób wychodzącą poza najbardziej klasyczny gatunkowy schemat: samotny rewolwerowiec kontra wstrętna banda złych panów robiących kuku prostytutkom o złotych sercach. Adrenalinę podnosił mi na dodatek fakt, że wiedziałem, że można, że się da – w końcu widziałem tych westernów kosmiczne ilości i byłbym znaleźć przynajmniej dziesięć takich, które wygrzebywały gatunek z bagna marazmu i zastoju.
A potem zacząłem słuchać Lynard Skynard. Przypadkiem i wcale nie jakoś pasjami, ale dziwnym trafem zaplątało mi się kilka kawałków na listę, potem było ich trochę więcej, wreszcie na półce stanęło kilka płyt. I wtedy mnie olśniło. Przypomniał mi się film “Ostatni żywy bandyta” i Mickey Rourke z wąsikiem a’la Fu Manchu, w mundurze konfederackim jako renegat rabujący banki i w ten sposób kontynuujący Sprawę Południa. I to było to.
Wymyśliłem sobie fabułkę – młody chłopak wraca do domu po wojnie, trochę dupa wołowa, ale jednak już weteran i w rodzinnej Georgii radzi sobie z porwaniem dziewczyny. Powiecie, dalej schemat i zgoda, macie racje ale miałem szczery zamiar go przełamać wplatając w to wszystko wojenne wątki, trochę obyczaju i tak dalej. Chłopca nazwałem Cross, a “Drzewo Crossa” było tak nawiązaniem do nazwiska jak i legendy wedle której chłopak dostał karabinek Spencera w którego kolbę wprasowano drzazgi z krzyża Chrystusa. Taka gwoździowa strzelba Winnetou, rozumiecie.
Był to rok 2008, początek. “Ciemność płonie” była albo po redakcji, albo w trakcie, “Kłamca 3. Ochłap sztandaru” pisał się, solidnie już przesunięty i opóźniony, a ja wybrałem się do Lublina i w trakcie rozmowy opowiedziałem o pomyśle. Spodobał się, podpisaliśmy z Fabryką umowę i już wiedziałem, że będę miał co robić między kolejnymi tomami Kłamcy. W międzyczasie, przy okazji tej samej rozmowy wyszła sprawa, że będę pisał dla wydawnictwa “Runa” książkę “Ofensywa szulerów”. Wydawcy dowiedzieli się o tym z sieci.
“To prawda?” zapytali.
“Tak, rozmawiałem z Anią Brzezińską o książkach, wymyśliłem taką wojenną historyjkę, Ania podrzuciła mi parę pomysłów, stwierdziłem, że wydam to u nich. To problem jest?”
“No jak tak to nie, ale wiesz, to jedna branża, konkurencja, w przyszłości mogłoby być niezręcznie.”
“Aha, no to sorry.” – mówię z miną “nie wiem, nie orientuję się” co z resztą oddawało mój stan ducha, bo patrząc na wiele spraw z beztroską właściwą już prawie wolnemu strzelcowi, radosnemu, że może żyć z pisania, w temacie “wydawnicza konkurencja, a autor” właśnie traciłem dziewictwo. Zwłaszcza, że wcześniej pisałem opowiadanie dla Runy, dla Nowej Fantastyki i słówka nie było. Nie wiem, może mój błąd?
No ale wracając.
“A podpisałeś już umowę?” – padło pytanie.
“Tak i wziąłem zaliczkę”
“Aha”
“Ale między nami cool?” upewniłem się.
“Tak, jasne.” usłyszałem w odpowiedzi. “Każdemu się zdarza wpadka z niewiedzy”.
Uściski łapek, umowa w teczce, kilka książek na drogę i po spotkaniu. A i jeszcze sesja fotograficzna, której efektem jest fotka z Ciemności. Tak, wiem, wyglądam na niej jak zombi-pączek.
Potem nadszedł czerwiec i premiera “Ciemności”. Pierwszy zgrzyt, bo urządzono ją na Avangardzie, a nie jak rozmawialiśmy wcześniej, na katowickim dworcu. Nie wiem co nie wypaliło, dlaczego nie wyszło, a na Avangardzie miałem nawet roll’upa (i dużo rewelacyjnych gadżetów- zapałek) i w ogóle było fajnie. No ale to książka o dworcu była i można ją było lepiej wypromować, zwłaszcza, że potrzebowałem wyłącznie pchniętych ze strony Wydawnictwa do Kolei, Zarządu Dworca i Urzędu w Katowicach pism z prośbą o zgodę na happening. Wszystko pozostałe miałem we własnym zakresie. No ale zdarza się, sam nie jestem, a przynajmniej miałem zapałki. Ogólnie więc wszystko było super.
Gdzieś z końcem lipca oddałem Kłamcę. Długo to trwało, było mnóstwo fabrycznych telefonów, że to już, że termin i tak dalej – nie chcąc kaszanić przyciąłem tę książkę wcześniej niż planowałem zamiast dopisywać na chybcika i tak poszła. Potem wielu ludzi gnębiło mnie za ową końcówkę i zamknięcie tematu zanim się na dobre rozkręcił. Cóż, moja wina, nie byłem dość stanowczy, uległem presji ( a Wydawnictwu ciężko się dziwić, że chciało na szybko, w końcu Kłamca radzi sobie na rynku nieźle… a właściwie radziłby, gdyby… ale nie uprzedzajmy faktów)
Zaliczka
Ważne jest, żebyście drodzy czytelnicy wiedzieli, że pomiędzy pojawieniem się książki na rynku a pierwszym rozliczeniem zwykle mija jakiś czas liczony w miesiącach. Czasem jest to kwartał, czasem pół roku – książka musi się wgryźć w rynek, by był sens ją rozliczać nie po sztuce, a w dziesiątkach, setkach czy nawet tysiącach egzemplarzy. Bo autor, co wiecie zapewne wszyscy jest na procencie od egzemplarza. W fabryce owo pierwsze rozliczenie zjawiało się zwykle po trzech miesiącach.
Zbliżał się listopad 2008 roku. Na warsztacie miałem podówczas właśnie Crossa, który już mi trochę ewoluował w kierunku westernu eastwoodowskiego – twardziel zamiast młokosa, więcej krwawych scen, kasacja wątku romantycznego, za to więcej fantastyki. Nie miałem pomysłu na powstanie świata, ale wiedziałem, że coś musi z nim być nie tak, że musi być inny, bo nie chcę książki historycznej ani też klasycznego westernu. Zacząłem myśleć o steampunku, ale i o podróży do Stanów, zobaczenia Gettysburga i paru innych miejsc związanych z fabułą. Nie miałem na to pieniędzy, ale wiedziałem, że zaraz je dostanę, w końcu “Ciemność” już lada dzień zacznie na siebie zarabiać, kilka tygodni dzieliło mnie też wtedy od premiery “Kłamcy 3″. Słowem żyć, nie umierać.
Zwróciłem się do Fabryki o zaliczkę:
“Hej słuchajcie, mam taki pomysł, wyjazd i w ogóle. Chciałbym od was zaliczkę na poczet Ciemności, albo Kłamcy, bo kasa potrzebna mi pilnie jak polskiej reprezentacji piłkarskiej sukces”
“Ile” padło pytanie.
“Tyle a tyle” odparłem (to znaczy nie, podałem kwotę, ale takie szczegóły są nam w opowieści potrzebne średnio)
“Damy znać jutro”
I dali, rzeczywiście.
“Dobra, nie ma sprawy dostaniesz ile chcesz, ale nie na poczet Ciemności czy Kłamcy, tylko na to co piszesz. Pasi?
“Gra i buczy” zawołałem zadowolony, nadesłany aneks do umowy dziarsko podpisałem i czekałem na pieniądze. Krótko czekałem, przyszły w dwóch ratach tydzień po tygodniu.
Ach, w międzyczasie, wiedząc już, że pisanie to dla mnie opłacalny full-time job, rzuciłem robotę. W obliczu malujących się przede mną perspektyw, wcale a wcale jej nie potrzebowałem. Powiecie naiwność? W obliczu tego co było potem nie umiem nie przyznać wam racji.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zgrzyty
Zaczęło się od tego, że zamiast pieniędzy za rachunek listopadowy przyszedł do mnie mailem list (nie tylko do mnie, sądząc po liście mailowej do wszystkich autorów) w którym poinformowano nas o starciu gigantów- Olesiejuka i Empiku po tym jak ten ostatni postanowił kiwnąć wszystkie wydawnictwa na rynku i ustawić w równych szeregach pod sobą. Olesiejuk – i paru innych dystrybutorów – się nie dał, zaczęła się przepychanka, a długi Empiku wobec wszystkich rosły.
“Niestety zmuszeni jesteśmy wstrzymać wypłaty” mówił list ” A przynajmniej mocno je zredukować”. I tak się zaczęło.
Z miesiąca na miesiąc długi Wydawnictwa wobec mnie zaczęły rosnąć. Telefony, maile nie pomagały, ciągle słyszałem, że nie ma i będzie kiedyś i że trzeba czekać. Czekałem więc, choć święta były ciężkie (zapewnienie, że przecież Wydawnictwo nie pozwoli na puste, wigilijne stoły u swoich autorów, biorąc pod uwagę nadesłaną kwotę zakrawało na okrutny żart), a potem nadszedł równie ciężki styczeń i luty. Wzorem wielkich literatów zaciągnąłem parę długów, odwlokłem parę płatności. I dzwoniłem, dzwoniłem, dzwoniłem.
A dług rósł.
W pewnym momencie, gdzieś koło marca, nie wytrzymałem, przeskoczyłem drogę służbową i napisałem prosto do szefów trącącego desperacją maila.
W odpowiedzi dostałem to, o czym wspomniałem w poprzedniej notce:
“No ja cię, Jakubie, rozumiem, ale i ty zrozum, nie mamy, a jak mamy to płacimy lojalnym, a ty masz umowę z Runą i co my możemy. Ale przecież się lubimy, nie? Więc jak zerwiesz umowę, to choćby z własnej kieszeni, z piersi rwąc serce i na tacę rzucając, pieniądze wygrzebię i mieć je będziesz w minutę osiem. A i podpiszesz nam jeszcze kwita, że odtąd to z nami i tylko z nami tak ci dopomóż… z resztą wiesz co dalej.”
Wiedziałem. Podpisałem czując jak ktoś mi podcina skrzydła wolnego ptaka, ale umowy nie zerwałem. Powiedziałem, że nie mogę, mam zobowiązania, są przyjaźnie itd.
“No dobra, to w takim razie to niech zostanie, a my jesteśmy dogadani”
I rzeczywiście, minął tydzień, pieniądze przyszły. Trochę. Daleko im jeszcze było do tego co miałem dostać, ale liczyłem, że jakoś to wszystko wyjdzie na prostą. I rzeczywiście, jakieś tam pieniądze przychodziły, ale wraz z nimi przychodziły też rachunki, kolejne rozliczenia, według których nawet biorąc pod uwagę te nieregularne wpłaty (o które każdorazowo musiałem się upomnieć, choć, nie ukrywam, wymiany smsów zawsze były miłe, sympatyczne) dług ciągle rósł.
W międzyczasie pracowałem. Męczyłem tego Crossa kawałek po kawałku, ciągle mi coś dochodziło, koncepcja się zmieniała, raz czy drugi wspomniałem o tym nawet na blogu. Oprócz niego, a jakże, dopracowywałem wcześniej pisaną “Ofensywę szulerów”, trzaskałem jakieś tam opowiadanko, ale Cross był w tym wszystkim bardzo mocno i powoli, mozolnie ale skutecznie posuwał się do przodu. Z bezwzględnością Shermana (generała, nie czołgu) brnącego na Południe.
Tu taki mały, niechronologiczny odskok. Kłamca 3 jak wiecie wyszedł w listopadzie 2008. Okazało się, że nakład wyszedł tak mały, że zniknął z półek w niecałe dwa tygodnie. W przedświątecznym szale nie było szans na dodruk, więc wrócił dopiero po Nowym roku i znowu w tak niskim dodruku, że zanim się kto obejrzał już go nie było. Nie wiedziałbym o tym – nie chodzę po księgarniach za swoimi książkami, mam je w domu – ale zacząłem dostawać dziesiątki maili z propozycją odkupienia ode mnie autorskich za astronomiczne sumy. Na forach allegrowe ceny tej książki pokazywano sobie jako ciekawostkę (od 60 do 130 zł), panie w księgarniach zaczepiały mnie przy okazji autorskich narzekając, że książki nie ma w hurtowniach. Zapytałem co się dzieje i dowiedziałem się, że dodruk jest w drodze. Koniec przerywnika.
W lipcu pojechałem do Srebrnej Góry prowadzić warsztaty literackie i tam pisałem również pisałem “Drzewo”. I to właśnie tam, być może zauroczony atmosferą, klimatem fortu na którym spałem, rozleniwiony wszechobecnym spokojem, pomyliłem się w pisanej historii paskudnie (faktograficznie) i wrąbałem się w ową pomyłkę po uszy nadpisując na nią jakieś sto pięćdziesiąt głupich stron. Czułem się z tego powodu paskudnie i na jakiś czas straciłem w ogóle zainteresowanie tą książką. I wtedy rozdzwonił się, po raz kolejny, telefon.
“Cześć, jak tam Drzewo” zapytali wydawcy.
“Chujowo” odparłem i wyżaliłem się do łzy ostatniej jaki to ze mnie tępak co nie umie pracować ze źródłami i wali kaczory większe niż miłościwie nam panujący.
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
Przyznam, przymurowało mnie odrobinkę.
“Ale jak to?” – zapytałem.
“No normalnie, będziesz się tam pieprzył. Dawaj jak gotowa, bo na luty miała być, a mamy dzięki Bogu sierpień.”
Nie dałem, powiedziałem, że poprawię i na tym sprawa stanęła. Spiąłem się przed Polconem – tam rozmawiałem z Dominiką, już wówczas Dyrektor Wydawniczą Fabryki Słów – przedstawiając sprawę i mówiąc, że książka będzie za dwa tygodnie. Szczerze w to wtedy wierzyłem.
Oczywiście w tym samym czasie do Fabryki szły dwa standardowe zapytania. O zaległe płatności i o dodruki książek, a zwłaszcza Kłamcy 3. Za jego sprawą, coraz głupiej było mi się bowiem pokazywać na autorskich, nie miałem pojęcia co ludziom mówić, bo biorąc sprawę na chłopski rozum, nie mogłem uwierzyć, że ktoś odpuszcza sobie pewniaka ot tak. Okazało się jednak, że ekonomia nie była do sprawy dobrym kluczem. Ale o tym zaraz.
Nadszedł październik, wyszła “Ofensywa”. Nieco wcześniej odezwano się do mnie z Fabryki, że muszę rach, ciach podpisać aneks do umowy pierwszego Kłamcy, żeby mógł wyjść audiobook. Umowy, dodajmy, jak dla debiutanta, dawno już odbiegającej od rynkowych standardów. Skorygowałem, dostałem nową umowę, sprawa przycichła. I tu ten październik.
Książka się pojawiła, zebrała trochę dobrych recenzji to tu to tam, a ja, pisząc kolejny raz zmienione “Drzewo” czekałem na pieniądze. I to, co nastąpiło później wymaga krótkiego intermezzio.
Wyobraźcie sobie, że wykonujecie jakąś pracę licząc, że na niej zarobicie. I po jakimś czasie dowiadujecie się, że zarobiliście. Poinformowano was o tym, podano kwoty. A potem nagle dowiadujecie się, że:
pieniądze może się pojawią, może nie, a może jak poprosicie to w małym kawałeczku i b) moglibyście zarobić dużo więcej, ale komuś się nie chciało, albo wręcz przeciwnie, znalazł sposób żeby was ukarać. Pytanie za sto punktów – jaki jest wasz stosunek do dalszej pracy na tych samych warunkach? Koniec przerywnika.
No i jesteśmy już na początku listopada 2009. “Drzewo” wysypało się prawie zupełnie (przy blisko dwustu stronach gotowego tekstu kompletnie nie umiem znaleźć odpowiedniego, godnego finału), za to coś zaczęło się rodzić z zebranych do niego materiałów. Zupełnie inna opowieść, ale całkiem możliwa w przyszłości jako wstęp do “Drzewa” gdy to w końcu się wykrystalizuje – wspomniany w poprzednim wpisie “Krzyż Południa. Rozdroża”. Pomyślałem sobie, że ten nowy twór zaproponuję jako zastępstwo, nie będzie tamtej książki, ale za to będzie inna, a formalnie jakoś się to rozwiąże, a potem, jak już wymyślę drzewny finał, podpisze się nową umowę. Wahałem się jednak, bo oto moc lojalki przestała działać i długi znowu narosły paskudnie.
Idąc za poradą mojego agenta, skontaktowałem się z prawnikiem. Ot tak, by się rozeznać w sytuacji.
Pierwszą rzeczą jaką prawnik zrobił, to wyśmiał umowę lojalnościową w takiej treści. Potem wyśmiał ją jeszcze raz, a potem się opanował i po raz trzeci parsknął śmiechem. Wreszcie poprosił, by dać mu czas i pełnomocnictwa, a wypowiemy ją ze skutkiem natychmiastowym. Z grzeczności, bo sama umowa zawierała błędy czyniące ją nieważną.
W tym czasie ja napisałem do Wydawców po pieniądze, licząc na to, że jak je już odzyskam, w minutę osiem załatwię sprawę z Drzewem Crossa. Odesłano mnie do księgowej, więc napisałem do niej w oficjalnym tonie maila o przygotowanie dla mnie pieniędzy w całości nie częściach na Falkon na którym będę. W odpowiedzi dostałem maila parodiującego (w zabawny sposób) mój tekst, w którym domagano się ode mnie książki w całości, nie częściach. Mail zawierał też przyjacielską uwagę, że autor który domaga się pieniędzy, a sam zalega z zaliczkowaną książką po drodze wydając coś u konkurencji ma za wysokie mniemanie o swoim miejscu w firmie.
W pierwszej chwili zrobiło mi się głupio, bo niby racja. A potem obudził się we mnie maleńki, ale dziki rachmistrz. I wyliczyłem sobie, że pobrana przeze mnie zaliczka to nawet nie połowa długu jaki Wydawnictwo ma wobec mnie! Wspomniałem o tym pytając przy okazji dlaczego brzmi to tak jakby jedno zależało od drugiego.
I dowiedziałem się, że zależy. Nie oddałem książki, muszę się liczyć z konsekwencjami.
“Ale konsekwencją nieoddania zaliczkowanej książki jest rozwiązanie umowy i zwrot zaliczki niechby i z odsetkami” – odparłem. ” Więc jeśli tak, to proszę, Wydawnictwo może sobie te pieniądze odliczyć, a wysłać mi resztę”
No, wyobraźcie sobie, nie trafiło. Stanęło na tym, że miałem porozmawiać z szefami w Lublinie.
Rozmowa
W Fabryce, mimo iż zjawiłem się w ostatniej chwili urzędowania, powitano mnie miło. Pani Dorota z sekretariatu uraczyła herbatką i uśmiechem, zamieniliśmy kilka słów. Potem wylądowałem na fotelu u szefów. I się zaczęło. Najpierw powoli, jak żółw ociężale przebadaliśmy atmosferę. Potem oni o Drzewie, ja o pieniądzach. Oni o zaliczce ja o dodrukach. I wtedy bach, pierwszy strzał:
” Dodruki, Jakubie, robimy lojalnym. Jak tam Ofensywa?”
“Jak to skuteczna Ofensywa, do przodu. Ale zarazek, byliśmy przecież ok w tej sprawie.”
“Może, może, sam rozumiesz, ale wiesz jak to jest z zaufaniem. Gdy raz się straci…”
Nie musieli kończyć. Wiedziałem. Aż dziwił ten brak porozumienia przy takiej wspólnocie doświadczeń.
“Ale niedawno było, że w listopadzie będzie Kłamca 3″
“Ale nie będzie. A jak tam “Drzewo”?”
Pomyślałem, co się będę teraz wdawał w technikalia, mówił, że tej nie ma, ale jest inna itd.
“Dobrze” powiedziałem. A potem, płynnie przeszedłem do kluczowego pytania “A jak moje pieniądze?”
“Będą jak dostaniemy “Drzewo”"
W to też już grałem.
“To zgrzyt, bo pieniądze to zupełnie inne umowy. A przy okazji, wypowiadam tę lojalnościową. Jest bezprawna”
” Tak? O kurczaczek. No ale przecież nie potrzebujemy papierków, prawda?”
“Nie, ale podejmuję też współpracę z innymi wydawnictwami. Może napiszę kryminał, albo romansik jakiś.”
“Na razie jasne, ale jak my wejdziemy w romansiki, to sam rozumiesz, lojalność”
I wtedy, jak nigdy w życiu, dostąpiłem wizji. Oto ja, po dwudziestu książkach, z której żadnej nie ma na księgarnianych półkach, niezdolny by się wyrwać z szeregu, bo przecież musiałbym zaczynać wszystko od nowa. Skazany na proszenie się o własne pieniądze, jeżdżący na delegacje i spotkania autorskie na własny koszt i tak dalej. Do tego najlepiej trzy książki rocznie, więc prawie jak etat, tylko bez regularnych wypłat. W końcu nie przynoszę tak krociowych zysków jak Andrzej Pilipiuk. Pomyślałem, że chyba jednak tak nie chcę. Teraz, dumałem, potrzebuję tylko odzyskać pieniądze, najlepiej nie przez sąd po dwóch latach i zamknąć niedomknięte sprawy. Może nawet zmusić się do ukończenia “Drzewa”.
Jakby czytając w moich myślach, wydawcy powiedzieli:
“Krok po naszej stronie, dostaniesz swoją kasę. A teraz to już między nami tip top będzie”
Powiedziałem ok i wyszedłem.
I rzeczywiście, kasa przyszła, ale, zabawna sprawa, rozliczenie za kolejny miesiąc już nie i za następny także nie. To wrażenie, kochani, można nazwać tylko po francusku.
Do tego zadzwoniono do mnie z informacją, że głupio wyszło, ale Jacek Piekara przespał swoje spotkanie, na którym miał być z Ziemkiewiczem i chciałby się wryć na moje z Komudą. Co tam, że plakaty, informacje i wszystko dawno poszły w świat. Da się na fabrcznej stronie sprostowanie i spoko.
“Jasne” powiedziałem. “Nie zależy mi”
I rzeczywiście nie zależało, choć potem głupio było odbierać maile czy smsy w stylu:
“Ty bucu, jechałem aż z Pragi (ufam, że tej warszawskiej, nie czeskiej dop. mój) a Ty postanowiłeś nie przyjechać. Bodaj by cię mrówki faraonki zjadły z keczupem”
Nowy rok
I teraz jesteśmy teraz. W grudniu wysłałem do Fabryki pismo, w którym wyjaśniam co z “Drzewem” i proponuję rozwiązanie umowy. Telefony, smsy, maile z szefostwa, pokazały jasno i dobitnie, że pismo nie dotarło, więc wysyłam je jeszcze raz jutro, a dziś napisałem maila z wyraźną sugestią, że zaliczkę mogą odliczyć z rozliczeń bieżących, bo i tak nie zapowiada się, bym je dostał na konto. Chyba, że wolą poczekać aż to “Drzewo” napiszę. Znaczy aż spłynie wena i wymyślę finał.
Na obecną chwilę nie mam pojęcia jakie są proporcje w układzie zaliczka- dług, bo jak mówię, nie dostaję rozliczeń. Wiem, że powinienem coś jednak w ogóle zarobić na “Gotuj z papieżem”…
Wypadałoby, prawda?
I tak, przepraszam wszystkich urażonych faktem, że piszę o pieniądzach, rozliczeniach, długach, kłopotach etc. Po prostu czasem pytacie jak to jest być pisarzem i czy da się w Polsce wyżyć z pisania. Otóż da się… o ile w trybach wielkiej maszyny produkcyjnej coś nie zazgrzyta. I nie przemieli autora przypadkiem, w walce o lepszą przyszłość rodzimego rynku wydawniczego.
No dobra, nie wyszło aż tak poważnie jak myślałem. Mam nadzieję, że się z tego powodu nie obrazicie specjalnie.
Tyle.
Nie wygląda to ładnie, ani uczciwie, ze strony Fabryki.
Ale wypadałoby wysłuchać relacji drugiej strony, jeżeli takowa będzie…
dodane przez: malakh
Styczeń 7, 2010 @ 5:51 pm
Fabryka ma teraz bloga, ponadto komentarze na tym są udostępnione dla wszystkich. Ja też chętnie przeczytałbym wersję drugiej strony.
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 7, 2010 @ 5:58 pm
To jest straszne :O.
Postaram sie aby wiadomość od ciebie dotarła do większości twoich fanów.
Pamiętaj że masz jeszcze nas!
dodane przez: Anonim
Styczeń 7, 2010 @ 6:08 pm
Ja bym fabrykę olał idź do RUNY i tyle…
dodane przez: Anonim
Styczeń 7, 2010 @ 6:13 pm
Aha… najbardziej interesowałoby mnie ustosunkowanie się do tych słów:
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
Jako czytelnik fantastyki czuję się… zaniepokojony.
dodane przez: malakh
Styczeń 7, 2010 @ 6:46 pm
Kupiłem Kłamcę 3 w carrefour za 9,99 w “promocji”:) Przyznam, że książki nie czytałem. Pożyczyłem tylko, wysłuchałem opinii i wystawiłem na allegro. I niespodziewanie żyłem licytacją przez tydzień! Mówię, kur*a, co tu się dzieje! Pomylili książkę, że tak się przebijają. Kłamca w końcu poszedł sobie ode mnie w BARDZO DOBREJ cenie:) I teraz widzę, że chyba lepiej zarobiłem na Kłamcy 3, niż Jakub Ćwiek
dodane przez: mk
Styczeń 7, 2010 @ 8:06 pm
“Dodruki lojalnym”?!
Mam nadzieję, że jednak uda Ci się wyjść z tego obronną ręką.
dodane przez: Ania
Styczeń 7, 2010 @ 8:09 pm
Jeśli historia nie jest przesadzona, to naprawdę brak mi słów (aczkolwiek przez Empiki wszyscy w branży dostali finansowo po tyłku).
dodane przez: Marcin Wełnicki
Styczeń 7, 2010 @ 10:50 pm
Hy, nigdy się nie spodziewałem, że rynek literacki rządzi się takimi paskudnymi regułami. A pomyśleć jak się dziwiłem dlaczego nigdzie nie mogę dostać Kłamcy 3;] Trzymam kciuki, że jednak wszystko się ułoży, pozdrowienia z Wołomina:]
dodane przez: Pioter
Styczeń 8, 2010 @ 1:08 am
Po przeczytaniu tego wpisu:
po pierwsze- cieszę się, że udało mi się zdążyć nabyć książki,
po drugie – mam nadzieję, że uda Ci się jakoś rozwiązać problem z wydawnictwem, bo to, co opisałeś, wydaje się aż irracjonalne (”pisarz obecny w księgarniach, pisarzem lojalnym Wydawnictwu”?).
Trzymam kciuki za szybkie i pokojowe rozstrzygnięcie. Ewentualnie tylko szybkie
PS Napisałbyś romans? ;]
dodane przez: Asia
Styczeń 8, 2010 @ 1:18 am
O Boże…
Brak mi słów. Rozumiem, że biznes is biznes, ale są granice uczciwości wobec autora, który żywi wydawnictwo…
Myślałam, że Fabryka (a raczej jej część odpowiedzialna za Fahrenheita, bo to z nią miałam niemiłe przejścia…) traktuje tak niemiło tylko potencjalnych debiutantów… brrrr…
dodane przez: Anna Ł.
Styczeń 8, 2010 @ 10:45 am
O tak, koniecznie napisz romans. Wampirzy!
=
dodane przez: Spriggana
Styczeń 8, 2010 @ 12:15 pm
najlepiej żeby wampir był gejem i żeby zakochała się w nim kobieta… wampir ewentualnie duch, a on niech będzie nieszczęśliwie zakochany w swoim największym wrogu…tak…
dodane przez: Kokos
Styczeń 8, 2010 @ 12:30 pm
“Romans z wydawcą-wampirem”
dodane przez: B
Styczeń 8, 2010 @ 12:31 pm
Jednym z szefów Fabryki Słów jest Eryk Górski, natomiast jego brat, Daniel, prezesuje wydawnictwu Red Horse. Wydawnictwa mają tę samą siedzibę i funkcjonują na bardzo podobnych (jeśli nie identycznych) zasadach.
Ja miałem okazję współpracować z wydawnictwem Red Horse i niestety mam podobne doświadczenia, co autor nieniejszego bloga. Pomijam podobną politykę wydawniczą do tej opisanej powyżej – w moim przypadku polegało to na zachętach typu: “napisz cokolwiek, byle dużo stron, zrobi się redakcję, damy fajną okładkę i będzie dobrze”.
Mnie również nie płacono za książki, ja również musiałem wysyłać setki (dosłownie) maili i wykonywać dziesiątki telefonów do prezesa w sprawie pieniędzy, których nie otrzymywałem. Prezes wydawnictwa w pewnym momencie przestał odbierać ode mnie telefony, na maile również nie było odpowiedzi. Sytuacja ciągnęła się całymi miesiącami i nie sposób było dowiedzieć się czegokolwiek na temat ewentualnych płatności. Wreszie, bezsilny, postanowiłem skierować sprawę do sądu i dopiero, kiedy prezes dowiedział się o moich rozmowach z prawnikiem, udało się otrzymać należne ze sprzedaży książek honoraria.
dodane przez: Jakub Małecki
Styczeń 8, 2010 @ 4:23 pm
Powodzenia w szukaniu nowego wydawcy.
Jesteś na tyle znanym autorem, że poradzisz sobie bez Fabryki.
Niech się wywalą o sosnę.
dodane przez: qadesh
Styczeń 8, 2010 @ 5:40 pm
bym Empik nie winił
Kuba Został lekcją popisową dla innych pisarzy jak kara spotyka nie lojalnych.
to Red Hour ciągnie FS w dół. RH bankrutuje od pewnego czasu i dlatego wielu pisarzy przejął Graf Hoper. A W Samym RH chyba mało kto już pracuje.
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 6:23 pm
Oto jak ciężkim jest żywot pisarza i jak ciężko w tym świecie wyżyć w zgodzie ze sobą i własnym portfelem. Sh*t! – chciałoby się powiedzieć…
dodane przez: W.
Styczeń 8, 2010 @ 10:03 pm
Witam, nie czytałem jeszcze żadnej Pana książki(nadrobię
), ale wpadam czasami na pański blog. Muszę przyznać, że ten wpis przeczytałem na jednym oddechu i naprawdę jestem w szoku. Że właśnie tak, trochę “od kuchni”, wygląda polski przemysł wydawniczy. Nie pozostaje mi nic innego jak trzymać za Pana kciuki i życzyć powodzenia, będzie dobrze.
dodane przez: New Era
Styczeń 8, 2010 @ 10:37 pm
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
To akurat wina czytników niestety. Sami coś takiego Akceptują/
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 10:57 pm
Kubuś, nie martw się, nie ma tego złego! Może w nowym wydawnictwie nawet adzą Ci redaktora, który będzie umiał redagować? :>
Buziaki,
agat
dodane przez: agat
Styczeń 8, 2010 @ 10:59 pm
Doskonale rozumiem Twoje żale. Nie łatwo być autorem w Polsce. Zarobki polskich pisarzy,to jedynie śmieszny promil tego, co pisarze zarabiają na przysłowiowym “Zachodzie”. Sama pracuję w wydawnictwie i “od kuchni” wiem, jak to wygląda. Nie rozumiem obrażania się szefostwa FS za wydanie “Ofensywy…” w Runie. Za specjalnie jej nie cenię, ale to był Twój wybór i miałeś do tego prawo. Karanie Cię nie było fair.
Z drugiej strony, ze względu na swój fach, mogę potwierdzić, że problem na linii wydawcy-dystrybutor-Empik jest poważny… Empik to monopolista i ciężko wyegzekwować od niego jakąkolwiek kasę. Poza tym wszystkim wydaje się, że jak nie ma książki w Empiku, to nie ma jej na rynku. To fikcja, jest bardzo dużo dobrych księgarni, które grają o wiele bardziej fair. Ale nie wszyscy czytelnicy je doceniają, bo Empik to Empik…
Jest to taka fikcja, na bazie której monopolista ciągle pozostaje monopolistą i będzie dalej “trzymać za jaja” całą branżę wydawniczą… To fakt. Było już nawet kilka artykułów w Wyborczej na ten temat.
Tymczasem, życzę powodzenia w pisaniu! Czytałam Twoją “Ciemność płonie” i bardzo mi się podobała
Good night and good luck!
dodane przez: Mistle
Styczeń 8, 2010 @ 11:04 pm
Mistle Empik nie jest monopolistą tylko oligopolistą co najwyżej. Faktycznie ma duży wpływa na rynek ale nie 100 % i teraz go powoli tarci. Solaris np, sprzedaje głównie po za empikiem. ( ISA próbował i się przejechała )
Co od zarobków na zachodzie to i z tym różnie bywa. Trzeba wziąć pod uwagę że tam nakłady są o wile większe wiec nie ma sensu porównywać.
Runa to dobry wydawnictwo i widać chyba rzetelniejsze niż FS.
Poziom jak dla mnie porównywalny.
Z Empikiem to tylko lekka zmyłka
http://www.zaginiona-biblioteka.pl/viewtopic.php?p=82099#82099
Wychodzi na to że inni dostają kasę więc FS pewnie tez. Myślę że mowa o empiku była pretekstem by Kubę ” ukarać ”
Kasa musiał być i to pewnie nie mała
Trzeba wziąć pod uwagę Fakt, żę FS kupiła niedawno gazetę. Na pewno jej za darmo nie dostała
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 11:21 pm
PS.
AM jest z Wydawnictwa MAG wiec wie co mówi
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 11:22 pm
Widzę, że Toudi jest specjalistą od FS. Tak dla jasności to Red Horse a nie “Red Hour” i Grasshopper a nie “Graf Hoper”
) Jeśli Empik nie płaciłby Runie, Runa nie płaciłaby Kubie. Proste. Tak niestety jest.
dodane przez: Mistle
Styczeń 9, 2010 @ 12:12 am
Nie całkiem. Jest jeszcze Olesiejuk. Zresztą jak piszę AM jakiś wielkich problemów z kasą nie ma. Gdyby tak całkiem nikt nikomu nie płacił dawno bu wszytko szlak trafił/ To mi powiedz czemu Runa jakoś płaci ?
Zostaje przy swoim że FS nie pałci nie tylko dlatego że Empik jej nie paci. To jeden z powodów ale nie jedyny. To tez miała być kara dla Kuby. FS robi się coraz większe i ma większe koszta.
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 11:18 pm
A AM ( Andrzej Miszkurka?) to jakaś wyrocznia w sprawie FS i Runy?
dodane przez: Mistle
Styczeń 8, 2010 @ 11:24 pm
No nie mogę się powstrzymać – mały cytacik z http://wesyr.blogspot.com/2010/01/fabryka-sow.html
“Trzeba być świnią i kompletnym ignorantem aby nie docenić wpływu wydawnictwa Fabryka Słów na poziom czytelnictwa naszego społeczeństwa, a głównie młodzieży, która ma największe problemy z czytaniem książek. Wydawnictwo to postawiło na polską fantastykę i chwała im za to. Nie dość, że to rewelacyjny i wdzięczny gatunek, którego formuła ograniczona jest tylko ludzką wyobraźnią autorów (a ta jak wiemy, jest nieograniczona), to jeszcze wypromowali go do poziomów nieznanych w całej historii pisarstwa. Potrafili znaleźć kompromis pomiędzy kosztem produkcji książki (gaża autora, druk, redakcję, promocję), a zyskiem (są firmą, która musi zarabiać by się utrzymać).”
Niepłacenie autorom się teraz KOMPROMIS nazywa!
dodane przez: wiewiórka
Styczeń 8, 2010 @ 11:31 pm
szkoda, że wyszło, jak wyszło. Jako że z Kłamcą jeszcze się nie zapoznałam, to miałam nadzieję, że jak wyjdzie #4 to może wznowią pozostałą trójkę i wówczas kupię sobie cały pakiet. A tu jak widzę marne szanse.
No ale dobra, na półce wciąż na swój dzień czeka Ofensywa, a ja czekam na Krzyż Południa, którego mam nadzieję się doczekać… prędzej czy później.
A z drugiej strony, to skoro wydawnictwo zarabia na pisarzu, to próba karania tegoż poprzez nie wznawianie tych książek, które cieszą się uznaniem czytelników, to też takie trochę strzelanie sobie w stopę. No, ale ja prosta kobieta jestem, na polityce się nie znam, nawet na tej wydawniczej, to i pewnie nie muszę wszystkiego rozumieć. A skoro na polityce wydawniczej się nie rozumiem, to 3mam kciuki nie tyle za dogadanie się z wydawnictwami, co za sukces finansowy dowolnie wybranych Twoich powieści i za to, by ten sukces miał odzwierciedlenie na Twoim koncie
dodane przez: Jagoda
Styczeń 8, 2010 @ 11:36 pm
AM po prostu wie jak to wygląda z kasą bo podobnie jak FS mają umową z tym samym pośrednikiem.
dodane przez: Toudi
Styczeń 8, 2010 @ 11:42 pm
Jednym zdaniem – Witajcie w świecie freelancerów.
Nie przejmuj się, szanowne Wydawnictwo na pewno skuli uszy po sobie, jak im przyjdzie iść do sądu.
Mnie też kazano podpisywać kiedyś umowy lojalnościowe. I podpisywałam, wiedząc że nie mogą ich w żaden sposób wyegzekwować. A potem szłam do konkurencji i prowadziłam szkolenia u nich, podpisując z uprzejmym uśmiechem takie same bzdury.
Od tamtej pory na moim rynku pracy sporo się zmieniło, ale wygląda na to, że zawód pisarz to wciąż nowa branża i trochę krwi musi się polać.
Uważam, że dobrze robisz upubliczniając takie informacje. To ważne i dla ciebie – jako osoby, która w ten sposób zarabia na życie – i dla czytelników, którzy nie powinni chyba płacić za książkę dwu- lub trzykrotności jej faktycznej ceny.
A może umieścisz u siebie na stronie opcję pobrania książki w wersji elektronicznej? Płatność przez PayPala i finito. Osobiście chętnie bym skorzystała.
dodane przez: teaver
Styczeń 9, 2010 @ 12:06 am
Fajnie, że ktoś wreszcie napisał otwartym tekstem o tym, jak FS traktuje swoich autorów. Wydawnictwo potrafi zrobić wokół siebie dużo szumu, wiadomo, kanał na YT, teledyski, gadżety – i tylko dziwnym trafem czar pryska, gdy przychodzi do wypłaty honorariów. Od ponad roku nie obejrzałem ani złotówki za moją książeczkę – i choć doskonale rozumiem, że nie gram w pierwszej lidze, a więc raczej nie generuję kokosów, to jednak miło byłoby otrzymywać uczciwe wynagrodzenie. Nieco żenująco wypada sytuacja, gdy prężnie działające wydawnictwo, gracz numero uno w tym segmencie rynku, dziwnie się zapowietrza, gdy tylko autor zapuka o kaskę… Debiutantom szczerze radziłbym dobrze przemyśleć, komu powierzyć wydanie książki – tym bardziej, że alternatyw przecież nie brakuje. Mnie odradzano Fabrykę, nie posłuchałem, po części moja wina. Bądźcie mądrzejsi
.
dodane przez: Piotrek Rogoża
Styczeń 9, 2010 @ 11:35 am
Chyba wszyscy wciąż, po wypowiedziach Kuby Małeckiego i Piotrka Rogoży tym bardziej, niecierpliwie czekamy na głos z Fabryki Słów…
dodane przez: malakh
Styczeń 9, 2010 @ 11:39 am
Nie wiem czy pojawi się stanowisko oficjalne, natomiast pod poprzednim wpisem jest w komentarzach wypowiedź Dominiki Repeczko – Dyrektora Wydawniczego Fabryki – który pozwalam sobie przekleić w całości tutaj, bo tam mało kto teraz zagląda:
”
Drogi Jakubie, dopiero teraz dostrzegam rozmiary swego błędu.
Przyznaje Ci rację we wszystkim, absolutnie myliłam się zwracając Ci uwagę, a jednostronność była oczywiście moim wymysłem. Już się więcej nie odezwę.
A teraz, czy zamiast tworzyć kolejny wpis na blogu nie zechciałabyś dokończyć i oddać tekstu?
dodane przez: Dominika Repeczko
Styczeń 8, 2010 @ 1:40 pm”
Wypada również wspomnieć, że wczoraj dostałem od Szefów Wydawnictwa maila, w którym przystają na rozwiązanie, o którym wspominałem wcześniej, to jest rozliczenia zaliczki za pomocą zaległości jakie ma wobec mnie Wydawnictwo.
Przy okazji wszystkim wypowiadającym się tutaj i w mailach dziękuję za miłe słowa.
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 9, 2010 @ 11:57 am
Fakt, iż wreszcie odzyskasz należne Ci pieniądze ciesz, i to bardzo.
Jednakże pozostaje jeszcze inna kwestia, odnośnie pisania fantastyki byle jak, “żeby się czytało” (twoje słowa potwierdził przecież dodatkowo Kuba Małecki)…
dodane przez: malakh
Styczeń 9, 2010 @ 12:03 pm
Ponieważ z oczywistych powodów nie spodziewałbym się wypowiedzi przedstawicieli Fabryki innych niż Dominika na tym blogu (mówię to bez cienia ironii, to “mój teren” i mieliby pewne prawo poczuć się niepewnie) sugeruję śledzenie nowo otwartego bloga Fabryki i kierowania tam zapytań i próśb o komentarz w sprawie. W końcu również po to są blogi.
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 9, 2010 @ 12:12 pm
Pozostaje również sprawa 7 twoich książek, z których Jakubie nie ujrzysz grosza, gdyż nie będą już zapewne wydawane.
Ten pokorny ton Fabryki przypomina mi taką ot o historie.
Cesarz Henryk popadł w konflikt z papieżem Grzegorzem VII o inwestyturę. Henryk osłabiony wojną domową w Niemczech i ekskomuniką nałożoną na niego przez papieża, chcąc utrzymać się przy władzy, wraz z małym orszakiem udał się do Włoch w celu przebłagania papieża. Zastał go w zamku Canossa, gdzie w styczniu 1077 roku ukorzył się przed nim, pokutując 3 dni pod murami zamku w worku i boso. Naciskany przez doradców papież zdjął z Henryka klątwę.
Król wrócił do Niemiec, gdzie zastała go nowa wojna. Saska opozycja obrała królem Rudolfa Szwabskiego. Po 3 latach zamieszek wewnątrzniemieckich górę wziął Henryk, który pokonał Rudolfa w 1080 roku, w bitwie pod Hohenmölsen zginął sam antykról. Henryk opanował sytuację w Niemczech. W 1083 roku na czele armii wyruszył do Włoch, by rozprawić się z papieżem. Kolejne papieskie klątwy nie osiągnęły celu, papieża uratowali Normanowie, Grzegorz VII został wygnany do Salerno, gdzie wkrótce zmarł w biedzie i poniżeniu.
Obawiam się Jakubie, że pewne fortele działają tylko raz, ale przyznaje ten był przedni.
Pozdrawiam.
dodane przez: jack.tyler
Styczeń 9, 2010 @ 12:23 pm
Witaj Jakubie,
Od lat siedzę w innej branży, rządzącej się innymi prawami i moje kontakty z działalnością wydawniczą są raczej sporadyczne – czasem coś tam zarekomenduję, przetłumaczę. Z racji znajomości osobistej z kolegami z FS zdzwoniłem się z nimi po przeczytaniu Twojego wpisu i powiedzmy że poznałem jakoś tam zdanie drugie strony więc mam podstawę do wysnucia paru wniosków. Słuszne są one czy nie – pozostawiam ocenę innym. Pozwalam sobie jednak na ten komentarz – sam Cię kiedyś wybrałem z Twoim “Kłamcą” do wydania w FS więc pewien sentyment mi pozostaje.
1. Ambicja literacka sobie, a dochody sobie. Jeśli piszesz tyle co powiedzmy Pilipiuk (którego nie cenię zupełnie) i osiągasz takie wyniki sprzedażowe to wtedy możesz myśleć o sobie jako of “full-time”. W innym przypadku zawsze zaliczka zostanie przejedzona, świnka-skarbonka rozbita a pieniędzy nie ma. Nie ma się co łudzić – To że Tobie zajmuje coś bardzo dużo czasu, nie przekłada się przecież bezpośrednio na to że ktokolwiek Ci za ten czas zapłaci. Sądzić Cię bedą księgowi.
2. Nie da się spać ze wszystkimi i wciąż być dziewicą. Z reguły jeśli wydajesz książkę u jednego wydawcy, to oczekuje on pewnej lojalności. I nie ma co się łudzić ze będzie on zadowolony że dajesz się na piękne oczy werbować konkurencji. Tyle wiem sam publikując sporadycznie w prasie specjalistycznej – wydawcy nienawidzą się jak psy i jeśli piszesz u jednego – żegnaj się z drugim. A jeśli (nie wnikając w to jak będzie) Runa też da ciała i będzie zalegać z rozliczeniami? To co wtedy zrobisz? Napiszesz kolejną kronikę wypadków na blogu? Moim zdaniem strzeliłeś sobie samobója, bo każdy przytomny wydawca zastanowi się po trzykroć czy chce przeczytać o swoich rozmowach z autorem w internecie.
3. Eryk i Rob nie są kolegami – pisarzami, którzy przypadkiem mają wydawnictwo i doskonale Cię rozumieją w bólach twórczych. Nie podrzucą ci fajnych pomysłów, nie podyskutują o bohaterach. Są jacy są, osiągnęli co osiągneli – chcą o ile wiem sami zarabiać i płacić tym którzy pozwalają im zarabiać. To że przy okazji system komplikuje się przez wojenki dystrybutorsko-księgarskie to też warto mieć w pamięci i posiadać jakiś plan B. Powiedziałeś FS – mam fajny pomysł, potrzebuję kasy żeby pojechać gdzieś, zainspirować się… no to ich przekonałeś, dali ci jakąś zaliczkę na ten cały western. To że nie umiesz go skończyć przez, przypomnij mi – ile czasu? No cóż – ars longa, vita brevis – ale pieniędzy za rozterki twórcze nikt nikomu płacił nie będzie. Oddaj im zaliczkę, powiedz – pocałujcie mnie w dupę i wydaj to gdzie indziej. Proste.
4. Jeśli chcesz być swobodnym jeźdźcem to opracuj przy pomocy Twego skorego go śmiechu prawnika wzór umowy autorskiej dobrze chroniący Twoje prawa, zapowiedz wydawcom że będziesz wydawał książki u wszystkich wedle uznania i przygotuj jakiś bestseller – tak bym to widział. Zobaczymy kto podpisze.
5. Szczerze mówiąc jestem zaskoczony Twoją naiwnością. Uznałeś że możesz być pełnoetatowym pisarzem na podstawie nader wątłych przesłanek – z tego co tu wyczytałem głównie na podstawie tego, że pisanie zajmowało Ci dużo czasu. Wydawało mi się że takie ważne decyzje życiowe należy podejmować raczej gdy suma stałych, regularnych rachunków przez ostatnie dwa-trzy lata przekracza co roku drugi próg podatkowy. Bo inaczej człowiek chodzi rozczarowany.
6. Mając do czynienia z księgowością własnej firmy powiem tyle – nie oczekuj regularnie pieniędzy jeśli nie odsyłasz regularnie rachunków. A to drobne przeoczenie często się zdarza literatom.
Pozdrowienia.
dodane przez: Mateusz Kurmanow
Styczeń 9, 2010 @ 1:02 pm
Mateuszu nie zgodzę się z tobą w jednym.
Jakub ma prawo wydawać gdzie chce. To, że fabryka nie płaci autorom za sprzedane już egzemplarze to niedopuszczalne i naganne. To, że Jakub wydaje w jednym czasie choćby i u pięciu wydawców to też jego sprawa, a jak się fabryce nie podoba to niech umieszcza w umowach prawo wyłączności. Wtedy jasne. Jeśli tego nie robią ich problem.
Oczywiście zaszkodził sobie, ale będzie wydawał w kilku mniejszych wydawnictwach na raz i zapewne da sobie radę, choć potrwa to dłużej.
I jeszcze jedno, według mnie Jakub właśnie teraz znajdzie wielu wydawców, podobnie jak inni autorzy fabryki.
Twierdze, że stracił siedem książek, a zyskał coś innego.
Co będzie pokaże czas.
Pozdrawiam.
dodane przez: jack.tyler
Styczeń 9, 2010 @ 1:32 pm
Mateuszu,
Po pierwsze witam Cię bardzo serdecznie po tych pięciu latach od naszego ostatniego kontaktu. Rzeczywiście byłeś pierwszą osobą, z którą od strony Wydawcy rozmawiałem na temat “Kłamcy” i rad jestem czytać, że u Ciebie wszystko w porządku. Rozumiem też Twoją chęć doradzenia mi i wyjaśnienia paru spraw, wdzięczny jestem za ten podyktowany sentymentem dobry uczynek. Przejdźmy jednak do sedna:
1. Pojęcie full-time writera nie wiąże się z wysokością nakładów, a wyłącznie wysokością zarobków wobec potrzeb. Jeżeli zarabiałbym pięćset złotych i tyle wystarczałoby mi na życie, mógłbym się tak nazwać, bo poświęcam się zawodowo pisaniu i zarabiam tyle, że mogę się z tego utrzymać. Nie muszę robić nic innego, stąd to full-time. I nie, nie wyssałem sobie tej koncepcji z powietrza. Mając kilka książek na rynku i dostając comiesięczne rozliczenia do podpisu wiem ile zarabiam i jakie są moje potrzeby. Gdybym te pieniądze z rozliczeń dostawał, wystarczałoby mi to w zupełności. Nie dostawałem. Tu jest zgrzyt, nie w definicji.
2. Mateuszu, taki ostry przykład? Trochę ciężko go rozwinąć nie ładując się w dość jednoznaczny kontekst, więc pozwolisz, że przejdę na otwarty tekst. Jak chce podejść do sprawy Wydawnictwo, nie do końca mój problem. Byle jasno. Tu, co możesz wyczytać z bloga, a być może usłyszałeś od Szefów FS, problemu dużego nie było. Owszem, nie spodobało się, ale doszliśmy w rozmowie do porozumienia. Potem się okazało, że jednak nie i postanowiono ze mną zagrać tak a nie inaczej. Znowu odsyłam do notki, a w razie potrzeby do prywatnej wymiany korespondencji, którą – za ewentualną zgodą Szefów FS oczywiście – uzupełnię o stosowne cytaty. Słowem, ponownie, nie tam jest problem, gdzie go pokazujesz.
Dziękuję za troskę odnośnie tego co może się wydarzyć. Jako szczęśliwy w gruncie rzeczy człowiek rozwiązuję problemy istniejące, nie wyłącznie hipotetyczne.
3. Och, i znowu Mateuszu, nie zrozumiałeś kolegów. Kwestia rozliczenia zaliczki z zadłużenia jakie ma wobec mnie Fabryka już padła i to z mojej strony. Jak napisałem, a może nie doczytałeś to drugie wciąż jeszcze jest większe niż to pierwsze. I rośnie.
4. Och, naprawdę wątpię byś miał powód do zmartwień. Ale oczywiście jedyne co mogę Ci napisać to, że czas pokaże.
5. Punkt piąty Twojej wypowiedzi to właściwie powtórzenie pierwszego, więc tym razem krótko: Wystarczy właściwie określić potrzeby i je realizować, by być szczęśliwym. Może tą życiową receptą odwdzięczę Ci się choć troszkę za niegdysiejszą pomoc przy debiucie ?
6. Dobra rada. Dlatego każdy rachunek wysyłany do Fabryki ślę listem poleconym. Od zawsze.
jack, mam głęboką nadzieję, że nie będę już więcej zmuszony do pisania listu w tym duchu. Tym razem stwierdziłem, że się przyda. W zasadzie wszystkim w jakiś sposób.
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 9, 2010 @ 2:08 pm
Ja… ja…
Ja budzę się codziennie raczej rano
A jestem przecież osobą uznaną
Zakładam spodnie, przemywam oczy
Biegnę na plac Getta co koń wyskoczy
Nauczyłem się być tam codziennie wcześnie
Prawo silniejszego panuje w naszym mieście
Na mojej twarzy znać nieprzespane noce
Dawaj łobuzie moje pieniądze!
Wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Gdy wpadam na górę, mijam dzieci na podwórkach
Oni rozsypują kreski na biurkach
Daj co mi się należy, bo po to tu bywam
Nie ma nic, nic kurwa nie spływa
Jak wyjadę swą “Ścierką” rano
On sunie przez miasto Nissanem Terrano
I znowu usłyszę “nędza na rynku”
Sekretarz to wampir w spoczynku
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Spokojny być potrafię już coraz rzadziej
Promocja kosztuje, reklama tym bardziej
Patrzę w lewo co tu można zabrać
Co ma jakąś wartość, co będzie można sprzedać
Jego pomocnik zaciska zęby
Wrzeszczy na kierowcę, żeby jeszcze prędzej
Muzyk muzyka przecież nie oszuka
A ja chcę tylko swój procent od sztuki
Wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Wczoraj także tu byłem, był z nimi inżynier
Wzięli drugie śniadanie, popili je piwem
Wypili dwie butelki i śmieją się ze mnie
Że przyłażę tu, jak żebrak w potrzebie
Gdy ich powódź zaleje, to przypłynę tu łódką
Jestem artystą, a ten prostytutką
Nauczono mnie, aby dopłynąć do brzegu
Ja muszę mieć na swoje skromne potrzeby
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Mój wydawca jest złodziejem!
Z myślą o karierze międzynarodowej
Z myślą…
Unos, dos, tres…
My editor is a thief
My editor is a thief
My editor is a thief
You see, you see
My editor is a thief
My editor is a thief
My editor is a thief
You see, you see
–
Pozdrowienia dla Brata Jakuba
Legion
dodane przez: Brat Lobo
Styczeń 9, 2010 @ 2:19 pm
Kubuś, ten problem trwa już od dłuższego czasu i potwierdza go wielu autorów. Bardzo się cieszę, że wreszcie mówicie o tym głośno. Na Waszym miejscu zbiorowo opuściłabym fabrykę, a o nieotrzymane pieniądze walczyła, jak Małecki pisał (sorry, Kuba, że po nazwisku – ale byście się z Ćwiekiem mylili
) z prawnikiem. Już kiedyś Rogoszy to proponowałam, o ile dobrze pamiętam.
Chłopaki, nie ma co dawać się kopać po dupie, walczcie o swoje, a na przyszłość nie zawierajcie umów z niesłownym wydawnictwem.
Buziaki
Kras
dodane przez: Krasnola
Styczeń 9, 2010 @ 5:49 pm
Przeczytałam z uwagą… i jestem w szoku. Na szczęście gdyby ktokolwiek chciał zarzucić Kubie, że problem leży w nim, nie w wydawnictwie, to słowa innych autorów świadczą jednoznacznie na jego korzyść. Smutno czytać, że takie coś dzieje się na polskim rynku, w wydawnictwie, którego autorów czytać lubię. Smutno wiedzieć, że moje “głosowanie portfelem” nie trafia do rąk tych, do których powinno.
Z drugiej strony dobrze, że skoro już taka sytuacja zaistniała, to miałeś odwagę o tym napisać, Kuba. Dobrze, że ludzie się dowiadują, jak naprawdę wygląda polska sytuacja wydawnicza. Dobrze też dlatego, że za jednym głosem idą następne, ale ktoś musiał mieć odwagę i być tym pierwszym.
Trzymam kciuki, żebyś wyegzekwował to, co Ci się należy. I w przyszłości miał więcej szczęścia do wydawców.
dodane przez: tesska
Styczeń 9, 2010 @ 6:07 pm
Zawsze chciałem pisać. I wydawać.
).
Piszę. Mało wydaję (jak na razie 2 sukcesy na koncie – ale nie przejmuję się tym, mam 17 lat – uważam, że jeszcze sporo jest do udoskonalenia i mam jeszcze czas na porządne wydanie
Zawsze chciałem być wydany w Fabryce. Bo wydawała mi się solidna. Bo ma świetnych Autorów. Najlepszych i ulubionych (Kossakowska, Grzędowicz, Pilipiuk, Piekara, Ćwiek oczywiście
, Komuda- niekoniecznie w takiej kolejności). Teraz, gdy przeczytałem cały post, coś chyba pękło, trochę czaru uleciało.
Wstrząsnęła mną cała sprawa.
Smutne.
I straszne.
Pozdrawiam
P.S. “Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało” Bez jaj…
dodane przez: Grzybiarz
Styczeń 9, 2010 @ 8:45 pm
Ale Fabrykanci mieli 100 % racji.
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało
Wielu czytelników taki stan rzeczy akceptuje . Niestety co nie idzie na dobre Autora. Dukaj o tym pisał w Krajobrazie po zwycięstwie
dodane przez: Toudi
Styczeń 9, 2010 @ 9:42 pm
Drogi Jakubie
Myślę, że robisz wiele złego mieszając ludziom w głowach, zmuszasz mnie więc niestety do zajęcia stanowiska.
Wszyscy Cię tu okropnie żałują, zdając się nie dostrzegać innej strony zjawiska co postaram się zaraz przybliżyć.
Na początek krótki rys historyczny.
Kiedy zaczynaliśmy tworzyć Fabrykę, nikt z polskich Autorów tak naprawdę nie zarabiał zbyt wiele na pisaniu.
Ci którzy zarabiali otrzymywali krociowe sumy około 60 groszy od egzemplarza a sam mistrz Sapkowki podobno aż 90.
Andrzeja Pilipiuka nikt nie chciał wydawać i Inni Autorzy nie traktowali go poważnie.
Niektórzy Autorzy posuwali się do pisania pod obco brzmiącym pseudonimem byle sprzedać książkę.
My przyszliśmy i staraliśmy się zrobić wszystko jak należy, daliśmy normalne stawki, postaraliśmy się o dystrybucje i umożliwiliśmy zaistnienie debiutantom.
W tym także Tobie Jakubie. Kto wie czy miałbyś szansę wypłynąć, piszących jest naprawdę mnóstwo.
A tak Ty swoją ciężko pracą jak i naszymi staraniami stałeś się zauważalny ( notabene nawet zdjęcie na Twoim blogu jest mojego autorstwa).
Dla Twojej informacji i innych czytelników czuję się też ojcem chrzestnym powoływanego przez Ciebie wydawnictwa Runa.
Po założeniu Fabryki rozmawialiśmy z różnymi Autorami , miedzy innymi z Anią Brzezińską. Na spotkaniu w Lublinie otrzymała propozycję umowy oraz usłyszała dość szczegółowo
o naszych planach, z których niektóre obserwowaliśmy w założonym później nowym przedsięwzięciu Ani wydawnictwie Runa.
Kto wie może gdyby nie my, nie miałbyś tam okazji publikować
Ale ad rem.
Wszystko rozwija się mniej lub bardziej pomyślnie jak to w życiu.
Oczywiście zdarzały się wpadki jak z Red Horsem.
Nie ma w tym naszej za wielkiej winy bo założywszy go, straciliśmy nad nim całkiem kontrole, zaufawszy, że prezes wie co robi.
Jakiś czas potem okazało się , że rzeczywiście rozliczenia nie były odpowiednie, co odpokutowaliśmy, bo chociaż firmy były zupełnie innymi bytami, nie mogliśmy
zostawić sytuacji niedopowiedzianych i w miarę możliwości staraliśmy się przynajmniej z naszymi Autorami załatwić jak się dało zaległości.
Nie mieliśmy takiego obowiązku, bo to zupełnie inny podmiot, nakazywała nam to jednak przyzwoitość.
I dalej jakoś by to się prostowało, ale przyszły trudniejsze czasy.
Zaczęły się problemy z Empikiem, wydłużyły się terminy płatności powiększyły procenty.
Razem z opłatami za magazyn centralny, marże dystrybucyjne sięgnęły 60% ceny okładkowej.
Potwierdzą to na pewno dobrze zorientowani, których serdecznie pozdrawiam
Nie dzwoniłem wtedy do Ciebie Jakubie proponując Ci inne warunki.
Mimo trudnej sytuacji staraliśmy się dzielić pieniądze i chociaż jak słusznie zauważasz nie udawało się dotrzymać terminu, trudno być tym jedynym sprawiedliwym , kiedy w koło wszyscy detaliści
próbują maksymalnie zwlec moment zapłaty.
Zaczęła się też inżynieria finansowa polegająca w skrócie na tym, że kiedy zbliża się termin faktury, to zgarniamy co mamy na półce i robimy zwrot.
To powoduje odjęcie wartości zwrotu od wartości faktury i następnego dnia można znowu zamawiać nie troszcząc się o terminy.
Za zdziwieniem i przerażeniem obserwowałem całe palety nowości oznaczone jako zwroty, byle zrobić ruch towarowy.
Wtedy my powinniśmy zrobić korektę Twoich rachunków , a tak się nigdy nie stało.
Jedynym tego wynikiem było nieprzysłanie rozliczenia na które się powołujesz, bo widniałoby tam zero.
Ale to nasz błąd trzeba było takie wysłać i jedna podstawa do oczerniania mniej.
Tu kłaniają się debiuty. Może zbyt pochopnie weszliśmy tak mocno z debiutami, bo pojawiły się tu wpisy o złej Fabryce.
Na każdą książkę w średnim nakładzie trzeba wydać kilkadziesiąt tysięcy, żeby ją wypuścić na rynek.
Większość debiutów sprzedaje się mizernie. niektóre w okolicach 500 egzemplarzy,a potem zaczynają się zwroty.
Trudno wtedy liczyć na jakieś sensowne rozliczenie skoro nie wiemy jak duże będą, a może wróci wszystko?
I co wtedy, mam pisać do Autora, oddajcie proszę pieniądze, bo się nie udało, przy czym jest domniemanie, że to ja jestem słaby, broń boże książka.
Powiem Ci po co jest wyłączność, bo na tym trudnym rynku, możesz postawić księgarzowi ultimatum, rozlicz się za poprzednie pozycje, to dostaniesz nowego “Kłamcę”
Jeśli on na to będzie miał argument, że mi nie zapłaci , bo kupi sobie w Runie, to na pieniądze możesz czekać i dwa lata.
Ale chyba za bardzo się oddaliłem
Skonkretyzujmy zarzuty:
Twój Jakubie: nie płacicie mi
Odpowiedź: nie prawda płacimy w miarę możliwości, można się skarżyć na opóźnienia, więc i ja się na nie skarżę.
Teraz ja:
wziąłeś zaliczkę i z powodu mąk twórczych nigdy dzieła nie wykonałeś, mało tego w tym czasie oddałeś książkę konkurencji.
przypomina mi to taką sytuację:
zamawiam ekipę do malowania domu oni mi mówią poprosimy zaliczkę na farbę, ja mówię proszę bardzo, a oni idą i malują dom sąsiada.
Uważasz, że to w porządku? zwyczajnie nas oszukałeś i to nie jeden raz, ale do tego za chwilę.
Nie wkładaj w nasze usta tego czego byśmy tam nie chcieli
Powiedziałeś, że ktoś z nas. bodajże Eryk sugerował Ci, że pisz cokolwiek bo to fantastyka.
Byłem przy tej rozmowie i przeinaczyłeś zupełnie to co mówiliśmy.
A była mowa o tym, że skoro masz zamiar pisać steampunk na dzikim zachodzie to po co przeżywasz męki związane z realiami.
Mówiłeś, że Ci się pomyliło coś w kampanii, ale skoro jak sam określałeś jest to czysta fantastyka, to możesz chyba zmienić co chcesz, nawet przebieg bitwy pod Gettysburgiem i tu męki 100% realizmu, nie powinny Cię dopadać.
I tu oszukałeś drugi raz , tym razem blogowiczów, przedstawiając nas jako idiotów, którzy nie wiedzą co wydają.
Trzeci raz oszukałeś w temacie rachunków.
Twój sprytny ruch polegał na tym, że tuż przed Falkonem odesłałeś kilka rachunków bodajże trzymanych od lipca, żądając ich natychmiastowej zapłaty.
Tu niestety będzie Ci trudno udać pokrzywdzonego, bo jest książka korespondencji.
Na spotkaniu żądałeś wypłaty i tak się stało, i to niezależnie od tego czy wysłałeś tekst, nie był to żaden szantaż.
Myśleliśmy , że się dogadaliśmy i się rozliczymy wzajemnie (to podkreślam, bo dla Ciebie te sprawy się nie łączą, Tobie są winni to samo zło, a Ty jak jesteś winny to pokrzywdzony artysta)
No i co zrobiłeś: oszukałeś na po raz wtóry, jak zaznaczasz w swoim blogu świadomie.
Potem się ukrywałeś i nie odpowiadałeś na maile i telefony i dopiero po moim dość stanowczym mailu objawiłeś się także mailowo, co mnie ucieszyło i skłoniło, do ponownego podjęcia tematu naszych WZAJEMNYCH
rozliczeń. i Znowu jak wydawało się, że coś ustaliliśmy Ty wtedy rozdarłeś szaty i opisałeś nas jako potworów, przekręcając prywatne rozmowy, suto okraszone ciekawym komentarzem bez wysłuchania drugiej strony.
Po całej tej przydługiej epistole, pozostaje mi tylko wyrazić swój smutek, że tak się sprawy potoczyły i że włączam się do tej dyskusji, która powinna odbywać się między nami
oraz że to Ty mimo wielokrotnego niedotrzymywania niczego, jesteś kryształowy.
Życzę Ci szczęścia i wyrażam nadzieję, że inni wydawcy Cię docenią, chociaż będą pewnie uważali o czym z Tobą rozmawiają prywatnie.
Pozdrowienia
Robert Łakuta
Fabryka Słów
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 10:04 pm
Ojciec Chrzesny Polskiej Fantastyki za wypolerowanym biurkiem i cygaro w ustach. Wszystko moje, my, ja, FS, Runa też moja… A może człowiek z blizną? Tylko, że na biurku był biały proszek…
Mnie najbardziej przeraża to, że w Polsce wszyscy winią za coś system. To nie my, to oni! (tutaj: empik) Normalnie kasa chorych. Przepraszam za kpinę, ale po co się silić na coś mądrego, po tym co przeczytałem.
dodane przez: mk
Styczeń 9, 2010 @ 10:52 pm
Sorry, kto jak kto, ale wydawca nie powinien porównywać pracy malarza pokojowego i pisarza. Jest jednak pewna drobna różnica.
Dla mnie – symptomatyczne.
dodane przez: kasia
Styczeń 9, 2010 @ 11:03 pm
To był żart
ale z ziarnkiem prawdy jeśli chodzi o Runę.
I nie ma powodu żeby się obrażać nawzajem, bo rozmowa jest rzeczowa.
Ale widzę, że niepotrzebny, warto pamiętać po prostu skąd nogi wyrastają.
Warto wysilić się na coś mądrego w kraju gdzie podatek pobiera się od pieniędzy na papierze i wszyscy uważają, że zły wydawca męczy Autora, a ten może napisać i powiedzieć wszystko i jest ok.
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:08 pm
mk: trzeba było jeszcze palcem pokazać i krzyknąć “głupi”, bo po co się silić. Nie masz nic mądrego do napisania, to lepiej nie pisz, nawet incognito.
dodane przez: incognito
Styczeń 9, 2010 @ 11:09 pm
Droga Kasiu, zaczyna mnie ta dyskusja bawić, nie rozumiem cały czas postawy, która każe dawać przyzwolenie na nierozliczanie się Autora z pieniędzy i pracy a wydawcy nie.
Jakbyś Ty wyłożyła z prywatnej kieszeni i została na lodzie, też byś tak luźno to traktowała zwlając na artyzm?
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:12 pm
Drogi Robercie,
Pewnie bym się wkurzyła, ale pisarz to jednak nie malarz pokojowy, on nie pracuje zawsze, o każdej porze i na zawołanie. Wydawca powinien to rozumieć. Czasem książka idzie do kosza, i chwała tym, którzy potrafią tak zrobić. Ja wiem, że książka jest produktem, ale dopiero na etapie wydawniczym. W głowie autora i na dysku jego kompa – jeszcze nie. Uważam, że jeżeli wydawca szanuje swojego autora, on odwdzięczy się, będąc uczciwy w stosunku do wydawcy. Zawali książkę, napisze nową. Może jestem naiwna, ale wierzę w to.
dodane przez: kasia
Styczeń 9, 2010 @ 11:31 pm
Problem w tym Kasiu, że nie napisał nowej, a właściwie napisał tylko oddał gdzie indziej.
Porównanie było przykładowe
I mimo całego szacunku dla Jakuba, nie zmienia to faktów
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:35 pm
Czy w umowie z debiutantami jest zapis, że zapłacimy ci od egz, czy dopiero wtedy, gdy sprzedamy np 3 tys. egz. Jeżeli tak jest, to ok:) A jeżeli nie, to nie ma czego tłumaczyć. Tyle a tyle sprzedane, tyle i tyle zapłacone, choćby 50 złotych.
dodane przez: mk
Styczeń 9, 2010 @ 11:42 pm
Z tego co zrozumiałam, oddał Runie książkę, na którą się wcześniej umówił. Gdyby FS mu płaciła, napisałby zapewne nową, dla Was. Ma w FS dobrze sprzedającą się serię, bez powodu nie podrzyna się gałęzi, na której się siedzi.
dodane przez: kasia
Styczeń 9, 2010 @ 11:46 pm
Jasne, to było tylko wyjaśnienie sytuacji ogólnej na rynku i trudnej ekonomicznie sytuacji debiutów
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:47 pm
Robercie, on nie oddał “Drzewa Crossa” do Runy. Oddał “Ofensywę szulerów” i, z tego co wiem, tylko dlatego, że w pisaniu książki pomagała mu Ania Brzezińska. Nie widzę w tym niczego złego…
Rozumiem, gdybyś się oburzał, bo “Drzewo…” by oddał.
dodane przez: malakh
Styczeń 9, 2010 @ 11:48 pm
Tego Kasiu nie wiemy i się nie dowiemy
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:48 pm
Dla tych, którzy nie śledzą równolegle innych forów, poniżej cytat z Andrzeja Miszkurki:
——————————————————————————————–
Być może do niedawna FS (w co nie wierzę) funkcjonowała na dużo lepszych zasadach niż Mag od samego początku w firmie księgarskiej FK Olesiejuk, ale wiele rzeczy nie zgadza się z rzeczywistością.
Zatem kilka słów komentarza do części ogólnej:
Problemy z EMPIKIEM nie są niczym nadzwyczajnym, zresztą to i tak nasz dystrybutor bierze zwykle na klatę największe razy, do nas dochodzą tylko podmuszki.
Terminy płatności mamy takie, jak 5 lat temu.
Marże wzrosły o 1.5% nic nadzwyczajnego, chyba, że Fabryka była dużo lepiej traktowana niż my.
Detaliści nie mają z nami nic wspólnego, naszym wyłącznym dystrybutorem jest FK Olesiejuk i to on dba o płatności.
Nie zauważyłem większych zwrotów EMPIKU niż zwykle.
Między wierszami można spokojnie wyczytać, że FS przeszarżowała z liczbą tytułów, inwestycjami. Pora zdać sobie z tego sprawę, i czy EMPIK musi być zawsze chłopcem do bicia? Jeśli wydawca sprzedaje 500 egzemplarzy książki (nie niszowej), albo ma przeogromne zwroty, świadczy to o tym, że stracił kontakt z rzeczywistością, a nie złych zamiarach sieci sprzedaży (która ma prawo zwracać książki); nasze zwroty były na poziomie kilku % rocznego obrotu). Jak na dłoni widać, że książek FS zrobiło się za dużo, konkurują ze sobą i to brak wyobraźni doprowadził wydawnictwo do tego punktu (co wydaje być się nie lada sztuką, bo Fabryka to “kurewsko” sprawne wydawnictwo i w dodatku wydawanie Polskiej fantastyki jest dużo tańsze i przez to mniej ryzykowne).
Istnieje duże prawdopodobieństwo, że pozostałe fakty również w taki sposób rozmijają się z rzeczywistością, wobec tego nie skreślałbym jeszcze Jakuba Ćwieka.
dodane przez: The Copypaster
Styczeń 9, 2010 @ 11:49 pm
Ja się oburzam na zasady, które są relatywne jak widać, a nie na to , że oddał.
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:49 pm
Ale jakie zasady?
dodane przez: malakh
Styczeń 9, 2010 @ 11:51 pm
Nie wiem co ma Andrzej i jakie ma z kim relacje. Brak wyobraźni polega być może na wierze w debiuty i nikt tu nie skreśla Jakuba.
Może do Maga?
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:53 pm
rozliczajmy się wzajemnie a nie jednostronnie
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 11:54 pm
Podsumujmy więc: Kuba miał oddać “Drzewo Crossa” na dany termin, tak? Wziął zaliczkę, ale książki nie oddał. Dlaczego? Z lenistwa? Nie. Dlatego, ze pisał “Ofensywę…”? Też nie.
Nie oddał książki, bo szanuje czytelników. Mógłby dopisać byle jakie zakończenie, olać wszystko złotym deszczem i wyrobić się na termin? Mógłby.
Chyba jednak, według mnie, wyciągnął wnioski z “Kłamcy 3″, który był kończony “na termin”, w pośpiechu. Co zarzucała mu praktycznie każda recenzja (w tym moja)? Właśnie owe zakończenie! Na dłuższą metę, co Kuba by zyskał, wydając kolejną “niedorobioną” książkę?
Ustalmy jedno: nie jestem wielkim fanem Kuby. Śledzę jednak jego publikacje, głównie z ciekawości, wciąż “dając mu szansę”. Jeżeli więc sięgam po kolejną jego powieść, liczę że mnie do siebie przekona, bo jest młody (w sensie literacko) i wciąż się rozwija. Jeżeli wciąż będę dostawał kończone w pośpiechu i na siłę pozycje, to sięgnę po następne?
Dlatego nie rozumiem całego tego naciskania, żeby oddał “Drzewo…” na termin. Dobrze, wziął zaliczkę. Ale macie wobec niego dług, prawda? To odliczcie od tego zaliczkę i po sprawie.
dodane przez: malakh
Styczeń 10, 2010 @ 12:02 am
Myślę, że ta dyskusja nie zmierza ku wielkiemu mądremu finałowi.
Konkludując, my na pewno się z Jakubem rozliczymy i żywię nadzieję, że także on z nami.
Chciałem naświetlić mój punkt widzenia na sprawę bo bicie kogoś w nadziei ,że się nie odezwie, nie przynosi takiej satysfakcji.
Dla Andrzeja Miszkurki naszych książek będzie zawsze za dużo
A Wam życzę dobrej nocy i owocnego roztrząsania.
Pozdrowienia
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 10, 2010 @ 12:03 am
w skrócie tak, i taka była konkluzja , jednak Jakub postanowił się podzielić przemyśleniami z mojego punktu widzenia krzywdzącymi.
I to jest powodem nocnych polaków rozmów.
Tak by już było po sprawie
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 10, 2010 @ 12:05 am
Robercie, Jakub ma rodzinę. Naprawdę dziwisz się, że chce walczyć o pieniądze? Ja absolutnie nie.
I widać wpis na blogu był słuszną decyzją, bo doszło do pewnych ustaleń, prawda?
dodane przez: malakh
Styczeń 10, 2010 @ 12:08 am
Pax między chrześcijany. !
Podobnie jak AM uważam że Empik nie jest jedynym powodem problemów FS. Gołym okiem widać że Dużo inwestują. Wiadomo też że rynek może i jest chłonny ale na pewno nie jest z gumy. Przeinwestowanie łatwo prowadzi do czasowego zachwiania płynności.
mam pytanie do Roberta Łakuty. Jak będzie z kłamcą 3 ? Będzie dodruk ? To pytanie ze strony człowieka który może chcieć książkę kupić i niekoniecznie na allegro za 70 zł
dodane przez: Toudi
Styczeń 10, 2010 @ 12:10 am
W zapowiedziach FS widziałem “Kłamcę”. Nie wiem, czy tom trzeci, ale chyba będzie szło po kolei, nie?
dodane przez: malakh
Styczeń 10, 2010 @ 12:11 am
Po części interesujące doświadczenie. Za jednym zamachem można zobaczyć i kuchnie i pralnie, a wszystko to podczas “pracy nad produktem”.
Z drugiej strony ekshibicjonizm wzbudzający jednak pewien niesmak, niczym wymiana ciosów technicznie doskonałych, a jednak nieregulaminowych na pierwszoligowym meczu bokserskim.
Nie wiem “co autor miał na myśli”, jednak nie takiego przebiegu tej dyskusji spodziewali się niektórzy czytający.
Sz. pan Jakub zaczął twardo, wzbudzając tym aplauz publiczności, co utwardziło jego stanowisko, a sz. pan Robert dał się sprowokować puszczając niską piłkę… i szacunek wyparował.
Rozumiem, jakieś socjotechniki, polaryzacja stanowisk i inne takie, lecz czy naprawdę nie starczyło chęci i cierpliwości na jeszcze jedną rozmowę ?
Szukając szczerego “kolesiostwa” trzeba się udać do panujących nam z Bożej łaski, bo nawet w pewnej sieci komórkowej Wam tak nie dobiorą. W biznesie (nawet najmniejszym planktonie) liczy się najpierw kasa, potem kasa, a na końcu kasa i gdy to w obie strony jest uregulowane można rozmawiać jak się chce. Nawet na boisku najlepsze “kiwanko” się kiedyś kończy. Księgowi Enronu wiedzą to najlepiej.
dodane przez: Grzegorz
Styczeń 10, 2010 @ 12:12 am
Ja też go rozumiem naprawdę i go lubię prywatnie i chcę całą sprawę rozwiązać.
Może było to potrzebne dla oczyszczenia atmosfery.
Mam nadzieje, że po niedzieli dogadamy się ostatecznie z Jakubem i co za tym idzie posypią się i dodruki
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 10, 2010 @ 12:13 am
I ta wiadomość na pewno ucieszy czytelników.
dodane przez: malakh
Styczeń 10, 2010 @ 12:14 am
Dobry komentarz Grzegorzu i tu bym zakończył naprawdę, bo późno
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 10, 2010 @ 12:15 am
Zapytam lekko złośliwie. Czy dodruk jest zależny od dogadanie się z Kubą ? Bo mi się wydaje że to by książka była dostępna to kwestia szacunku dla czytelnika no i zysku wydawcy.
No i Kuba nie jest jedynym pisarzem któremu FS zalega pieniądze ( kieruję się wypowiedziami pisarzy z tego bloga ) czy można liczyć że i oni dostaną swoje ciężko zarobione pieniądze?
dodane przez: Toudi
Styczeń 10, 2010 @ 12:20 am
Wierszyk – kluczyk, czy cóś. Matti stara się przekonać nas, że można nie płacić czasem, gdy się ma ważne po temu powody. Wydawca może mieć obiekcje wobec autora, który publikuje gdzie indziej. A autor – co ma myśleć o dziwce dającej ciała zastępom innych autorów? Podoba mi się odpowiedź Kuby, co to znaczy być full time writerem. Kuba ma jaja i rozum na właściwych miejscach. howg!
dodane przez: bio
Styczeń 10, 2010 @ 12:30 am
ja prosty człowiek jestem. I Może Kuba zachował się ładnie a może nie. Może się lubi z kimś a może nie. Ale kurna bela jest umowa ? jest tam jasno napisane ? No to dla mnie umowa to kwestia główna.
Co do nie lojalności. Jak kupujecie marchewkę w sklepie X a raz w sklepie Y. To potem pani w sklepie X może wam sprzedawać zepsutą marchew ? Z zemsty ?
dodane przez: Toudi
Styczeń 10, 2010 @ 12:40 am
Widzę że już chyba niepotrzebnie, ale przeniosłem wypowiedź Roberta na główną (zasługuje jako głos w sprawie) i skomentowałem poruszone kwestie. W tym wcześniejsze niejasności. Zapraszam do nowego wpisu
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 10, 2010 @ 12:43 am
Doceniam zdrobnienie, chociaż nie pamiętam wspólnego pasania gęsi z jakimś bio.
Mi też się odpowiedź Kuby podobała, z tym że jak widać teoria rozmijała się z praktyką. Z lupanarowych porównań wybrałbym nieco inne – zresztą wszystkie te rzeczy można było wypracować w bardziej szczegółowej formie umowy autorskiej, skonsultowanej prawniczo etc. Zarówno sprawę wyłączności jak i dotrzymywania terminów.
dodane przez: Mateusz Kurmanow
Styczeń 10, 2010 @ 12:51 am
Szanowny Toudi, przykład z marchewką jest zdecydowanie nieadekwatny i najpewniej sam o tym wiesz, jednak ślicznie wpisuje się w kontekst sytuacyjny.
Zasadniczo cel wpisu na blogu został spełniony – obie strony doszły do konsensusu. I to cieszy.
Czy jest sens wyrywać się z “jeszcze ja rzucę kamieniem, jeszcze ja i koniec!”?
I zdecydujcie się do jasnej ciasnej czy chcecie komentować “jak jest” czy układacie sobie idealistyczny obraz “jak powinno być”? Bo przy tej drugiej opcji to może nie po nazwiskach jeśli tak ogólnie chcecie?
Ale, ale załóż wydawnictwo
Idealne. Sam Ci moje wypociny w zębach przyniosę. Wejdź do bajorka zwanego “biznes” w tym kraju.
Dajcie już odetchnąć gorącym głowom.
Na pewno sz. pan Jakub docenia Nasze wsparcie, lecz ma już adwokata i sam potrafi zadbać o swoje sprawy. A wakatu na rzecznika nie zgłaszał.
dodane przez: Grzegorz
Styczeń 10, 2010 @ 1:05 am
Grzegorzu ok. Sarkam nie potrzebny serio
A z wydawnictwem to nie wykluczam że skorzystam. Nie dziś nie jutro ale kiedyś tam proszę bardzo. Młody jestem mam czasu jeszcze. A w Biznesu książkowego coś tam liznąłem nie wile ale zawsze coś. Bagno
Pozdrawiam
dodane przez: Toudi
Styczeń 10, 2010 @ 1:20 am
“wszystkie te rzeczy można było wypracować w bardziej szczegółowej formie umowy autorskiej, skonsultowanej prawniczo etc. Zarówno sprawę wyłączności jak i dotrzymywania terminów.”
dokładnie tak Mateuszu
człowiek się uczy na błędach.
W Stanach taka umowa to cała książka.
Są i weksle na pobrane pieniądze itp.
i nie da się tłumaczyć weną, bo wena swoje a bank swoje.
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 10, 2010 @ 7:46 am
Wraz z Jackiem Rostockim również walczymy o swoje z tą jakże wiodącą na rynku firmą, która zwie się Fabryka Słow i która potraktowała nas co najmniej nie fair. Jako debiutantów w wydawnictwie usiłowano zrobić z nas idiotów. Zero zapłaty do dzisiaj za antologię SĘPY (rachunek dostaliśmy, ale jak on wygląda przemilczę) i wielka konsterna w odpowiedzi na pytanie ile egzemplarzy książki się sprzedało. Daruję sobie cytaty z maili, jakie z Jackiem otrzymywaliśmy, ale postawa wydawnictwa mniej więcej identyczna jak w przypadku Jakubów: Ćwieka i Małeckiego.
dodane przez: Robert Cichowlas
Styczeń 10, 2010 @ 7:29 pm
no to widze ze kolejna osoba na podobnych warunkach zegna sie z fabryka. smutne ze w naszym kraju tak wiele wydawnictw dyma autorow. to juz 2 przypadek z jakim sie spotkalem jesli chodzi o tego wydawce. pewnie bedzie wiecej. w sumie Rh byl nie lepszy – pewnie maja to we krwi.
dodane przez: jajomir
Styczeń 10, 2010 @ 7:43 pm
Główny zarzut, jaki Fabryka czyni Jakubowi Ćwiekowi to zarzut o lojalność. Dziwi zatem fakt, że wydawnictwo nie płaci również Piotrowi Rogoży, który pierwszą książkę wydał zupełnie gdzie indziej, a więc w jego przypadku powód musi być zapewne inny. Jakub Małecki obydwie powieści wydał w FS/RH i również informuje o braku otrzymanych honorariów. Czy Robert Cichowlas też zachował się nielojalnie, dlatego nie otrzymał pieniędzy za napisaną książkę?
Ciekawe jest również to, że jedna z dwóch największych lokomotyw wydawnictwa – Jacek Piekara – wydał wcześniej książkę w wyd. Runa, a więc został niejako podebrany przez Fabrykę Słów. Rozumiem, że w tę stronę zabieg taki jest jak najbardziej w porządku, tak?
Proszę zwrócić uwagę, że autorzy: Piekara, Kossakowska, Orbitowski, Piskorski, R. Dębski, E. Dębski, Szmidt, Pacyński, Kres i wielu innych znaczących dla wydawnictwa pisarzy, to autorzy, którzy przeszli do Fabryki z innych oficyn.
Jak można więc czynić zarzut Ćwiekowi, że wydał powieść gdzie indziej (pomijam już wcześniejszą zgodę FS na taki zabieg), kiedy samemu podebrało się większość autorów generujących teraz największe zyski dla wydawnictwa.
Czy pan Łakuta mógłby się do tego ustosunkować?
dodane przez: Rafał
Styczeń 10, 2010 @ 8:15 pm
Rafale, maleńka poprawka. Nie pytałem o zgodę Wydawnictwa, więc nie musieli jej wyrażać. Natomiast fakt faktem, wiedzieli o książce w Runie dużo wcześniej (maj 2008) i ustaliliśmy, że między nami nadal jest ok.
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 10, 2010 @ 9:25 pm
Wiem jedno, od FS i RH niech nas Bóg broni. Po ostatnich lekturach w tym wielce promowanego Orkana, a także ostrzeżeniach znajomych, wolę zapukać do Supernovej niż do tego konglomeratu przekręciarzy.
Jakubie, czemu nie znajdziesz sobie dobrego tłumacza i nie wyskoczysz na zachód?
dodane przez: Olafia
Styczeń 11, 2010 @ 1:11 am
Olafia – znasz jakiegoś?
dodane przez: Jakub Ćwiek
Styczeń 11, 2010 @ 1:26 am
Olafia A co ma do tego Orkan ? Dla mnie to świetna książka.
dodane przez: Toudi
Styczeń 11, 2010 @ 8:39 am
Jakubie, gdybym znała, pewnie sama bym skorzystała
Co do Orkana, przepraszam, wymskło się. Niepotrzebnie.
dodane przez: Olafia
Styczeń 11, 2010 @ 4:21 pm
Ja pozwolę sobie żadnej ze stron nie odsądzać od czci i wiary. Myślę, że potrafię zrozumieć obie.
Natomiast natarczywie nasówa mi się na myśl to, że może najlepszym dla wydawnictwa pisarzem jest pisarz martwy?
W końcu nawet jakby chciał to już gdzie indziej nie wyda…
dodane przez: Lorelai
Styczeń 13, 2010 @ 8:10 am
Podstawą dobrej współpracy autor – wydawca jest zawsze dobra umowa wydawnicza, która precyzuje wzajemne obowiązki i prawa. W dobrej umowie prawo Wydawcy do utworu nie jest bezterminowe, ale przeważnie obejmuje ściśle określony czas. Jeśli po tym czasie autor ma innego wydawcę, może go spokojnie wydać. To samo jest w przypadku, gdy podczas trwania umowy autor orientuje się, że książki nie ma na rynku – występuje do Wydawcy aby zrobił dodruk – jeśli odmówi, autor jest zwolniony z umowy. Szczegóły można poznać w książce poradniku A. Karpowicza – AUTOR – Wydawca. Jeśli chodzi o tak zwaną lojalność, to obowiązuje zasada coś za coś. W Francji autor jest zobowiązany do przedstawienia Wydawcy pięciu kolejnych propozycji wydawniczych, jeżeli z których z nich Wydawca zrezygnuje, dalsze propozycje z jego strony nie są już wymagane (to oczywiście wielkie uproszczenie – szczegóły są w w/w poradniku). W Polsce umowę lojalnościową podpisał pan Pilch ( pięć kolejnych książek dla jednego wydawnictwa w okresie pięciu lat ?) – ale wydawca musiał mu zaliczkowo wypłacić 100 tysięcy złotych) i takie podejście jestem w stanie zrozumieć. Sam piszę i rozmawiam z różnymi Wydawcami i wcale przed nimi nie ukrywam, że będę rozmawiał z każdym kto zaproponuje mi rozumne i sensowne warunki finansowo-bytowe. Jeśli mu to nie pasuje zawsze możemy przerwać nasze rozmowy, a jeśli chce lojalności to spiszmy odpowiednią umowę i niech mi zapłaci…
Ogółem to bardzo potrzebna dyskusja, choć osobiście nie wierzę aby wpłynęła na wzajemne relacje autor-wydawca
dodane przez: Naturszczyk
Styczeń 14, 2010 @ 10:39 pm
Skoro już tyle usłyszeliśmy o początkach Fabryki Słów, warto też przypomnieć, że na samym początku była to firma nastawiona na maksymalne cięcie kosztów – pierwsze książki nie widziały redakcji ani korekty. “Achaja” na przykład skłądała się w sporej części z Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! – dzięki czemu starczyło tekstu na trzy tomy. Kupiłem i bardzo żałuję. Przez długi czas potem nie sięgałem po ksiażki SF ze względu na ich niski poziom redakcyjny. Tymczasem Runa o poziom merytoryczny i korektę dbała od początku…
dodane przez: Godryk
Styczeń 20, 2010 @ 9:53 pm
Wiesz, Godryk – ja bym nie przesadzała z tym “na samym początku”, imho tak pozostało, niestety, do dziś. Kupuję mało książek FS – głównie dlatego, że są w nich koszmarne błędy ortograficzne, typu “wyżynający się róg”, “buchaj” jako zwierzątko, “rządza krwi”, “masarz serca”, typowe rzeczy wskazujące na automatyczną korektę wykonaną za pomocą edytora tekstu, bez użycia człowieka (co jest o tyle zabawne, że co najmniej jeden korektor zawsze widnieje na liście płac). Znajduję – do dziś – przynajmniej jeden tego kalibru błąd na książkę. Pisałam w tej sprawie do FS nieraz. Owszem, zawsze mi grzecznie odpowiadano, że się poprawią. Tylko nigdy do tego nie doszło. Sądziłam, że może FS tak rewelacyjnie płaci, skoro Autorzy godzą się mieć książki wydane w tak niechlujny sposób. Po tej aferze nie rozumiem już, skąd taka popularność tego wydawnictwa i przejęcia znanych Autorów z innych firm…
dodane przez: Iluzja
Styczeń 22, 2010 @ 4:08 pm
Takie są skutki jak się nie umie myśleć, ani pisać, a cały literacki “profesjonalizm” opiera się na strzelaniu kabotyńskich fochów.
Z drugiej strony FS wciąż nie nauczyła się przyzwoitości, ani podstaw prawa autorskiego. Swoim prawnikom najwyraźniej też nie płacą…
Wart Pac pałaca!
Czuję się jak ów przysłowiowy Chińczyk siedzący na brzegu rzeki, którą spływa do morza ławica szczątków jego wrogów.
dodane przez: Przewodas
Styczeń 25, 2010 @ 8:52 am
Chcę coś powiedzieć panu Jakubowi. Przeczytałam dostępny w internecie fragment “Kłamcy 3″. Widzę ogromną lekkość pióra i może chętnie przeczytałabym którąś książkę Pana autorstwa w całości. Jednak
prawie do łez rozśmieszyło mnie przeniesienie pewnych stereotypów na grunt, na którym są one florą obcą
Spędziłam wiele czasu w USA (lata, lata) i powiem Panu, że sytuacja z farmerem wykłócającym się z policjantem jest zupełnie nierealna
I jeszcze ten wtręt o podatkach
Może polskiemu czytelnikowi nie rzuca się to w oczy, jednak przy próbie podbicia Zachodu (co ktoś Panu sugerował) mogłoby to mieć znaczenie. Może jednak mi mo wszystko warto trzymać się realiów, które się zna.
Pozdrawiam.
Nawiasem mówiąc, mam nadzieję, że marzenie o podróży do Stanów uda się jednak zrealizować
dodane przez: ciemna blondynka
Luty 24, 2010 @ 11:52 pm
Droga Ciemna blondynko. Rozumiem, że zapoznawszy się wyłącznie z fragmentem z trzeciej części Kłamcy nie za bardzo możesz o tym wiedzieć, ale zgodnie z założeniem serii rzeczywistość w Kłamcy prezentowana jest nie zgodnie z realiami autentycznymi, ale w pewnym filmowym pryzmacie. Koncepcją książki, konsekwentnie przeze mnie realizowaną jest przedstawianie różnych mitologii dawnych w rzeczywistości mitologicznej czasów dzisiejszych, tj. w świecie filmowym. Zdecydowanie więc mniej istotne jest to jak zachowałby się policjant i farmer w dowolnym małym miasteczku w prawdziwych Stanach, ważne jest raczej czy mógł się tak zachować w jakimkolwiek filmie. A mógł, bo ta scena to – co u mnie częste – nawiązanie. Poza tym na poczekaniu mógłbym wymyślić z kilka możliwości, kiedy takie rozwiązanie jak przedstawiłem w tekście byłoby realne nawet w rzeczywistości. Bo pamiętaj, droga blondynko, że to, że ktoś coś mówi w książce, nie znaczy, że wyraża pogląd, stan wiedzy narratora (przy narratorze wszechwiedzącym jak tutaj), albo bardziej, autora. Jestem święcie przekonany, że w moich książkach dałoby się znaleźć więcej rażących odstępstw od reguł panujących w różnych rejonach świata, ale akurat tutaj nie do końca się z Tobą zgodzę
Bez nich nie wracam
I nie zamierzam tylko lecieć do Stanów. W planach mam Pulitzera, Oscara i Grammy
dodane przez: Jakub Ćwiek
Luty 25, 2010 @ 12:04 pm