Bękarty krytyki
wrz25
Jeśli zerkniecie do komentarzy z poprzedniego wpisu, zobaczycie coraz mocniej rozrastającą się dyskusję na temat tego co jest ślepym podążaniem za modą, a co niczym nie skażonym gustem do którego każdy ma prawo. Nie do końca wiem jak to o czym pisałem zdryfowało w tym kierunku, możliwe jednak, że posługując się przykładem nowego filmu Tarantino, sam sprowadziłem rozmowę na manowce. Oto zatem próba ustawienia wszystkiego na właściwym torze. Oby udana.
Ostatnimi czasy trochę marudziłem – tutaj, w rozmowach z przyjaciółmi etc. – na zanikającą potrzebę argumentowania wypowiedzi. Ludzie chcą mówić, wypowiadać się, wygłaszać osądy, coraz rzadziej jednak chcą swoje słowa uzasadniać, tłumacząc się brakiem potrzeby (bo to niezobowiązująca rozmowa, bo forum, bo coś tam) Gdzieś w głowach tych wszystkich ludzi rodzi się głębokie przeświadczenie – jakże bliskie chociażby nałogowcom – że w razie potrzeby zawsze mogą uzasadnić, bo przecież wiedzą co mówią. Mogą to zrobić w dowolnej chwili.
Mimo to ograniczają się do pustych osądów, sloganów, ogranych schematów wypowiedzi czy też, jak już to kiedyś napisałem, pustaków. A umiejętność argumentowania zanika jak niećwiczony mięsień.
Możemy to zaobserwować na przykładach chociażby sieciowych recenzji (nie wszystkich, co podkreślam). Zauważcie jak często padają tam sformułowania o dobrym albo złym stylu autora, o ciekawym języku, sztucznych postaciach, dialogach. Zawsze mnie kusiło – i kilka razy to zrobiłem, a kilka jeszcze zamierzam – by zapytać takiego delikwenta, recenzenta co rozumie przez styl, czym tak naprawdę różni się styl Komudy i Sapkowskiego, że tak doskonale dostrzega różnice. Co sprawia, że dana postać jest sztuczna i skąd bierze się taki osąd. Co ma a czego mu brakuje.
Z dialogiem oczywiście jest łatwiej. Wystarczy go “przegadać”. Ale też nasuwa się mnóstwo pytań do recenzenta na które mógłby mieć kłopot z odpowiedzeniem.
Do tego dochodzi jeszcze kategoryczność osądów. Sformułowania pokazujące wyższość recenzenta budują jego markę. Bo jeśli taki ktoś potrafi wytknąć dajmy na to Pratchettowi, że sili się na humor, ale niestety idzie mu to coraz słabiej – to od razu wiadomo, że ów ktoś zna się na humorze i nie da sobie kitu wcisnąć.
Ktoś niechętny temu co robię, powiedział mi kiedyś rzecz tyle bolesną, co słuszną w swej wymowie – nie każdy powinien wydawać, a teraz robi się to za łatwo. To prawda, zgadzam się z tym w całej rozciągłości stwierdzenia. Wiem, że nie każdy, wiem, że łatwo. Z tym, że jest coś, co sprawia, że wielu zaprzestaje pisania po debiucie. Czasem jest to rynek, czasem krytyka odbiorców. Tylko najlepsi z najlepszych trzymają obie te sroki za ogony, ale, w zależności od ambicji, wystarczy nie puszczać jednej – dowolnej – z nich i jakoś się człowiek trzyma. Brak obu eliminuje z dalszej zabawy.
Z Internetem i wypowiedziami w nim (nie tylko recenzjami, to nie ma być atak na recenzentów) rzecz ma się zgoła inaczej. To niezbywalne prawo głosu dla każdego, kto ma sieć w domu, albo korzysta z kawiarenki. Każdy może się wypowiedzieć na dowolny temat i przy odpowiedniej dawce szczęścia przeczyta to w końcu więcej ludzi niż jakby owe słowa wykrzyczeć przez megafon na warszawskiej starówce w ładną, słoneczną niedzielę. A jeszcze czasem ktoś odpowie, ktoś obcy i to już w ogóle pełnia szczęścia. Bo nasze słowo zaczyna coś znaczyć.
To oczywiście bzdura. Nie żyjemy w rzeczywistości z Konopielki i nie wszystko co napisane, zaraz nabiera znaczenia. Pozytywna czy negatywna opinia znanego z nika recenzenta w sieci, nie ma wpływu na sprzedaż czy też wstrzymanie sprzedaży książki, a i jako zachęcacz czy zniechęcacz do lektury sprawdza się średnio. Bo co z tego, że pan x, który napisał recenzję dla portalu y jest książką zachwycony. Kto to w ogóle jest pan x?
Oczywiście tak dyskutować można tylko z opiniami, gustem, wrażeniami etc. – wszystkim co subiektywne. Im bardziej wchodzimy w rzeczowe argumentowanie, tym trudniej lekceważyć nawet nieznanego nam człowieka. Bo co z tego, że pierwszy raz widzę gościa na oczy (albo nawet nie, bo nie ma zdjęcia), skoro gada z sensem. I nie pisze po raz setny o wiarygodnych czy sztucznych postaciach, nie pisze o stylu, że dobry czy zły. Uzasadnia, pokazuje i daje możliwość, by wytknąć w jego rozumowaniu luki. Bo rozumuje.
Wiele osób mówi mi, że się czepiam (jak z tym Tarantino chociażby), że każdy ma prawo powiedzieć swoje zdanie i nie musi go uzasadniać. Ok, jasna sprawa i pełna zgoda. Tyle, że ja nie uważam tego za zdanie. Uważam, że to wydmuszka. Pustka. Coś, czego nie potrafię podeprzeć może i błędną, ale moją, zgodną z sumieniem argumentacją, nie jest moją opinią. Jest czymś co chwyciłem w locie i z lenistwa wziąłem za swoje, bo przecież coś muszę mieć.
A że argumenty są czasem irracjonalne? Cóż, lubię film “Sierociniec”, bo świetnie się bawiłem oglądając go ( z różnych powodów), ale nie napiszę, że to dobry film, bo wcale tak nie uważam. I mimo mojej dla niego sympatii nie jestem w stanie znaleźć zbyt wielu jego zalet.
Bądźmy, kochani, świadomi tego co przyjmujemy i co potem o tym mówimy. Bo inaczej i nasze rozmowy robią się jałowe i nasze gusta. Nie dlatego, że karmimy się chłamem. Dlatego, że karmiąc się chłamem nie jesteśmy w stanie podać jednego sensownego przykładu czym różni się on od tego co wartościowe.
Oczywiście macie prawo powiedzieć: Lubię, bo tak i już!… Ja niby też tak mogę. Tylko poważnie, tak zupełnie szczerze, kim jesteśmy, żeby to mogło kogokolwiek obchodzić? Nadajmy naszym słowom sens, uzupełnijmy je i wypełnijmy argumentacją. A wtedy może to właśnie nasze opinie i osądy sprawią, że ludzie będą się liczyć z tym co sądzimy.
Najpierw coś sądźmy.
Tyle
