Archiwum miesiąca Wrzesień 2009

Bękarty krytyki

wrz
25

Jeśli zerkniecie do komentarzy z poprzedniego wpisu, zobaczycie coraz mocniej rozrastającą się dyskusję na temat tego co jest ślepym podążaniem za modą, a co niczym nie skażonym gustem do którego każdy ma prawo. Nie do końca wiem jak to o czym pisałem zdryfowało w tym kierunku, możliwe jednak, że posługując się przykładem nowego filmu Tarantino, sam sprowadziłem rozmowę na manowce. Oto zatem próba ustawienia wszystkiego na właściwym torze. Oby udana.
Ostatnimi czasy trochę marudziłem – tutaj, w rozmowach z przyjaciółmi etc. – na zanikającą potrzebę argumentowania wypowiedzi. Ludzie chcą mówić, wypowiadać się, wygłaszać osądy, coraz rzadziej jednak chcą swoje słowa uzasadniać, tłumacząc się brakiem potrzeby (bo to niezobowiązująca rozmowa, bo forum, bo coś tam) Gdzieś w głowach tych wszystkich ludzi rodzi się głębokie przeświadczenie – jakże bliskie chociażby nałogowcom – że w razie potrzeby zawsze mogą uzasadnić, bo przecież wiedzą co mówią. Mogą to zrobić w dowolnej chwili.
Mimo to ograniczają się do pustych osądów, sloganów, ogranych schematów wypowiedzi czy też, jak już to kiedyś napisałem, pustaków. A umiejętność argumentowania zanika jak niećwiczony mięsień.
Możemy to zaobserwować na przykładach chociażby sieciowych recenzji (nie wszystkich, co podkreślam). Zauważcie jak często padają tam sformułowania o dobrym albo złym stylu autora, o ciekawym języku, sztucznych postaciach, dialogach. Zawsze mnie kusiło – i kilka razy to zrobiłem, a kilka jeszcze zamierzam – by zapytać takiego delikwenta, recenzenta co rozumie przez styl, czym tak naprawdę różni się styl Komudy i Sapkowskiego, że tak doskonale dostrzega różnice. Co sprawia, że dana postać jest sztuczna i skąd bierze się taki osąd. Co ma a czego mu brakuje.
Z dialogiem oczywiście jest łatwiej. Wystarczy go “przegadać”. Ale też nasuwa się mnóstwo pytań do recenzenta na które mógłby mieć kłopot z odpowiedzeniem.
Do tego dochodzi jeszcze kategoryczność osądów. Sformułowania pokazujące wyższość recenzenta budują jego markę. Bo jeśli taki ktoś potrafi wytknąć dajmy na to Pratchettowi, że sili się na humor, ale niestety idzie mu to coraz słabiej – to od razu wiadomo, że ów ktoś zna się na humorze i nie da sobie kitu wcisnąć.
Ktoś niechętny temu co robię, powiedział mi kiedyś rzecz tyle bolesną, co słuszną w swej wymowie – nie każdy powinien wydawać, a teraz robi się to za łatwo. To prawda, zgadzam się z tym w całej rozciągłości stwierdzenia. Wiem, że nie każdy, wiem, że łatwo. Z tym, że jest coś, co sprawia, że wielu zaprzestaje pisania po debiucie. Czasem jest to rynek, czasem krytyka odbiorców. Tylko najlepsi z najlepszych trzymają obie te sroki za ogony, ale, w zależności od ambicji, wystarczy nie puszczać jednej – dowolnej – z nich i jakoś się człowiek trzyma. Brak obu eliminuje z dalszej zabawy.
Z Internetem i wypowiedziami w nim (nie tylko recenzjami, to nie ma być atak na recenzentów) rzecz ma się zgoła inaczej. To niezbywalne prawo głosu dla każdego, kto ma sieć w domu, albo korzysta z kawiarenki. Każdy może się wypowiedzieć na dowolny temat i przy odpowiedniej dawce szczęścia przeczyta to w końcu więcej ludzi niż jakby owe słowa wykrzyczeć przez megafon na warszawskiej starówce w ładną, słoneczną niedzielę. A jeszcze czasem ktoś odpowie, ktoś obcy i to już w ogóle pełnia szczęścia. Bo nasze słowo zaczyna coś znaczyć.
To oczywiście bzdura. Nie żyjemy w rzeczywistości z Konopielki i nie wszystko co napisane, zaraz nabiera znaczenia. Pozytywna czy negatywna opinia znanego z nika recenzenta w sieci, nie ma wpływu na sprzedaż czy też wstrzymanie sprzedaży książki, a i jako zachęcacz czy zniechęcacz do lektury sprawdza się średnio. Bo co z tego, że pan x, który napisał recenzję dla portalu y jest książką zachwycony. Kto to w ogóle jest pan x?
Oczywiście tak dyskutować można tylko z opiniami, gustem, wrażeniami etc. – wszystkim co subiektywne. Im bardziej wchodzimy w rzeczowe argumentowanie, tym trudniej lekceważyć nawet nieznanego nam człowieka. Bo co z tego, że pierwszy raz widzę gościa na oczy (albo nawet nie, bo nie ma zdjęcia), skoro gada z sensem. I nie pisze po raz setny o wiarygodnych czy sztucznych postaciach, nie pisze o stylu, że dobry czy zły. Uzasadnia, pokazuje i daje możliwość, by wytknąć w jego rozumowaniu luki. Bo rozumuje.
Wiele osób mówi mi, że się czepiam (jak z tym Tarantino chociażby), że każdy ma prawo powiedzieć swoje zdanie i nie musi go uzasadniać. Ok, jasna sprawa i pełna zgoda. Tyle, że ja nie uważam tego za zdanie. Uważam, że to wydmuszka. Pustka. Coś, czego nie potrafię podeprzeć może i błędną, ale moją, zgodną z sumieniem argumentacją, nie jest moją opinią. Jest czymś co chwyciłem w locie i z lenistwa wziąłem za swoje, bo przecież coś muszę mieć.
A że argumenty są czasem irracjonalne? Cóż, lubię film “Sierociniec”, bo świetnie się bawiłem oglądając go ( z różnych powodów), ale nie napiszę, że to dobry film, bo wcale tak nie uważam. I mimo mojej dla niego sympatii nie jestem w stanie znaleźć zbyt wielu jego zalet.
Bądźmy, kochani, świadomi tego co przyjmujemy i co potem o tym mówimy. Bo inaczej i nasze rozmowy robią się jałowe i nasze gusta. Nie dlatego, że karmimy się chłamem. Dlatego, że karmiąc się chłamem nie jesteśmy w stanie podać jednego sensownego przykładu czym różni się on od tego co wartościowe.
Oczywiście macie prawo powiedzieć: Lubię, bo tak i już!… Ja niby też tak mogę. Tylko poważnie, tak zupełnie szczerze, kim jesteśmy, żeby to mogło kogokolwiek obchodzić? Nadajmy naszym słowom sens, uzupełnijmy je i wypełnijmy argumentacją. A wtedy może to właśnie nasze opinie i osądy sprawią, że ludzie będą się liczyć z tym co sądzimy.
Najpierw coś sądźmy.
Tyle

Czytaj dalej »

Ptaszek na uwięzi… mody

wrz
22

Jak to się zabawnie losy plotą. Jeszcze parę lat temu, gdy wydawałem “Kłamcę” byłem cwaniaczkiem piszącym “pod zachodnią modę”, imitatorem i tym co nie zauważył, że przecież “Polacy, nie gęsi…”. Do dziś w odbiorze niektórych wcale się to nie zmieniło, za to Ci sami ludzie gotowi są piać peany na przeszczepianie obecnych (czy też niedawnych) amerykańskich mód na rodzimy rynek.
Mówię przede wszystkim o New Weirdzie. Nie ukrywam, nie złapałem tego bakcyla i jakoś tak pozostało mi po “Dworcu Perdito” (i kolejnych przeczytanych, rzekomo z gatunku, pozycji) przeświadczenie, że mam do czynienia z przerostem formy nad treścią. Ale to nieważne, wcale nie twierdzę, że wszystko ma mi się zaraz podobać, bo jak nie to obiektywnie nie warte jest splunięcia. Rzecz natomiast w tych, którzy próbują debiutować przeszczepiając New Weird na nasz grunt. Abstrahuję już od poziomu publikacji (nie będę też pisał na temat konkretnych tytułów) skupię się natomiast na ocenie zjawiska. Z całą pewnością pisanie w NW wymaga wyobraźni i językowej giętkości – tu nie przeczę. Aby odpowiednio “udziwnić” świat, trzeba się solidnie napracować, poćwiczyć, pokombinować. Wyobrażam sobie kreowanie świata do takiej książki jako nieustanne wertowanie notesów z uwagami, notatkami, pomysłami. Ciężka praca i chylę czoła wszystkim którzy ją wykonują.
Z drugiej jednak strony jest New Weird bardzo efekciarski, pełen gadżetów jak pracownia Q, często dający jedynie pozór nowości. I tu właśnie zaczyna się problem.
Jeżeli mamy do czynienia z twórcą świadomym, dostaniemy pełnowartościowe dzieło uzupełnione bogactwem wyobraźni w zakresie kreacji świata. Jeśli zaś z debiutantem, który dostaje punkty za samo mierzenie się z gatunkiem… może nas czekać spotkanie z wydmuszką.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli, wcale nie twierdzę, że pisanie innych gatunków jest nas w stanie przed tym ustrzec. Sam nieraz odpowiadałem (bądź nie) na zarzuty o miałkość i płytkość cyklu o Kłamcy. I nie chodzi tu broń Boże, bym się wybielał. Uważam natomiast, że dość łatwo skrzywdzić autora zawczasu określając go przyszłością fantastyki wyłącznie dlatego, że wpisał się w określony trend. Pisanie “z nurtem” nie ważne jaki on jest, to ani zaleta ani wada tak naprawdę, bo miejsce dla literatury rozrywkowej jest i będzie i zawsze będą potrzebni – nie tylko obecni – twórcy piszący dla zabawy swojej i czytelników (nieważne co na ten temat sądzi kategoryczny w swych opiniach RedNacz “Nowej Fantastyki”). Wszystko jest w porządku pod warunkiem, że na sytuację i nowych autorów patrzymy trzeźwym okiem, a nie wyłącznie przez pryzmat tego na co się porywają (bez względu na skutek). No i nie używamy przesadnych określeń na rzeczy i zjawiska (sformułowanie “przyszłość polskiej fantastyki” “nadzieja polskiej fantastyki” to najwyrazistsze przykłady), które się nam po prostu podobają.
Tak, wiem, że to trudne…
Druga sprawa, którą chciałem poruszyć poniekąd związana jest z pierwszą, mianowicie tyczy się mód i instynktu stadnego odbiorców kultury. Tym razem chodzi o reakcje związane z nowym filmem Tarantino. Osobiście uważam go za najbliższe mi dzieło tego twórcy, bo raz, że od wczesnego dzieciństwa byłem wielkim fanem filmów wojennych (w tym także tych z akcentami humorystycznymi jak “Złoto dla zuchwałych” czy “Parszywa dwunastka”), dwa, fascynuje mnie postać Leni Riefenstahl i w ogóle kino lat dwudziestych, wreszcie trzy… uważam, że to drugie (Po “Rezerwowych psach”) dzieło twórcy, gdzie zachowane są wszystkie istotne dla filmu proporcje, a tarantinowskie maniery (fetyszyzacja kobiecych stóp, długie dialogi o wszystkim) wreszcie znajdują pełne uzasadnienie w fabule. W moim prywatnym rankingu stawiam zatem “Bękarty wojny” wyżej niż “Pulp Fiction” i głęboko gdzieś mam wszystkich, którzy zaczną krzyczeć, że to herezja.
To jednak o czym chcę napisać to rzecz wielce mnie irytująca. Otóż kogo nie zapytam, zachwyca się “Bękartami” pod niebiosa, twierdzi, że kiedyś to on z Tarantino na bakier, ale teraz i w ogóle… A jak zapytać wielu spośród owego niezliczonego tłumu, co im się tak podobało, nie wyjdą poza Brada Pitta i tego Niemca (mowa o Christopherze Waltzu), że – jak to w skeczu – tak fajnie gadają i w ogóle…
I wtedy mnie trafia, bo jeśli jest coś, czego nie znoszę to ślepe podążanie za trendem. Świadome- ok, szukanie po omacku czegoś dla siebie, jasne. Ale roznosi mnie gdy ktoś raz za razem zachwyca się bo wypada. I nie, nie dam się zwieść hasłem “nastrój”, “klimat”, bo to co dostajemy w “Bękartach” to miks starych filmów i stylu Tarantino z przewagą jednak tego drugiego. Nie wierzę, by nagle wszyscy, dotąd niechętni, teraz się przekonali.
Słowo daję, chciałbym teraz móc powiedzieć, że nie podoba mi się film Tarantino, tak jak po części zrobiłem to przy okazji “Grindhouse’a” (gdzie co prawda nie zjechałem filmu QT, ale dużo wyżej od niego postawiłem Rodrigueza). Niestety nie mogę tego zrobić z czystym sumieniem. Mogę za to długo i konkretnie uzasadniać dlaczego “Bękarty” mnie zachwyciły. Czego wszystkim życzę z całego serca.
Tyle.

Czytaj dalej »