Archiwum miesiąca Sierpień 2009

Madonna, dziewczyna Jesusa

sie
11

No dobra, mam fazę. Napisałem kolejne opowiadanko komentujące aktualne wydarzenia i tak się dziwnie składa, że znowu występują w nim anioły. Czy to moje zboczenie czy jakoś tak się wszystko w tym kraju ustawia? Tak czy siak na koncert Madonny się nie wybieram, bo te pięć czy sześć piosenek, które lubię to jednak trochę mało. A tylko tak, żeby powkurwiać oszołomów? Chyba już z tego wyrosłem. Zamiast tego więc macie tekścik poniżej:

Operacja “Wniebowzięcie”

– Spokojnie, jeszcze nie czas na panikę – powiedział archanioł Uriel do zebranych. – A ty Nathanielu jeszcze raz od początku.
Drobny skrzydlaty siedzący po prawej westchnął i uniósł głowę.
– Zaniosłem dziś, jak co rano, listy pod dom Najświętszej Panienki – powiedział. – Było ich wyjątkowo dużo, bo w końcu wakacje, ludzie wyjeżdżają, inni się o nich martwią, wznoszą modły i…
– Tak, tak, Nathanielu. Wiemy jak to działa. – mruknął ze zniecierpliwieniem Uriel. Nie wiedzieć czemu, spieszno mu było do puenty; słyszał ją już przecież cztery razy.
– Ja tylko chciałem powiedzieć, że przez to noszenie ciężarów, bardzo się ostatnio przepracowuję i jak już zrzucam worek z listami pod drzwi, to nie patrzę ani gdzie, ani na co. No i tak jakoś nie zauważyłem, że od kilku dni worki, nietknięte, gromadzą się na ganku.
– O czym to świadczy? – zapytał ktoś z tłumu. Nie był ci on zapewne najjaśniejszą aureolą w swoim chórze.
Nathaniel jednak odpowiedział zupełnie spokojnie:
– To znaczy, że Matka Boska zrobiła sobie urlop.
– Zgadza się – przytaknął Uriel. – A my musimy ją teraz znaleźć i to jak najszybciej. Sprawdził ktoś czy nie zostawiła po sobie smugi cudów?
Zebrani ryknęli śmiechem, a archanioł, zdawszy sobie sprawę z gafy zapłonął ognistą czerwienią. Smuga cudów czyli widmowy ślad, który zostawiał za sobą boży smuga – metafizyczny odpowiednik śladu termicznego – doskonale sprawdzał się gdy chodziło o świętych, ale w przypadku matki Pana był totalnie bezużyteczny. Była niczym rasowy haker – jej sygnał świętości rozszczepiał się na setki tysięcy sanktuariów na całym świecie. Znaleźć ją to jak wytropić Bin Ladena w afgańskich jaskiniach, co nie udało się nawet Gabrielowi, który dorabiał sobie w Islamie i czasem przynosił talibom poselstwa.
– No dobra, to było głupie – stwierdził po chwili Uriel. – Ale znaleźć ją musimy i tak. Jest, cholera, czternasty sierpnia. Jutro święto wniebowzięcia i ona musi tu być! Ma ktoś jakiś pomysł?
– Google – zawołały jednogłośnie anioły.
Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, pomyślał Uriel, krzywiąc się z niesmakiem. No ale cóż mu pozostawało. Klasnął i pojawił się przed nim laptop.

***

– Dobra, no to co wpisujemy? – zapytał anioł Ezariasz. Jako, swego czasu, stróż Kevina Mitnicka najlepiej wiedział jak radzić sobie z komputerami. Teraz zastygł z palcami nad klawiaturą czekając na polecenia.
– Wpisz Maria – zaproponował ktoś, zaraz jednak sam się zreflektował. – Albo nie, wpisz Madonna.
– I dodaj jakieś inne słowa klucze. Może Jezus na przykład.
– I jeszcze nazwy jakiś sanktuariów maryjnych, by wiedział o kogo chodzi. Fatima, Lourdes…
Ezariasz obejrzał się i zmierzył wzrokiem anioła, który się przed chwilą odezwał.
– Znaczy kto ma wiedzieć o kogo chodzi?
– No, wszechmocny Google – odparł skrzydlaty wzruszając ramionami.
Ezariasz westchnął i wpisał kilka miejsc kultu.
– Coś jeszcze?
– Może virgin? – rzucił ten co przed chwilą. – Wiecie, dziewica, tylko po angielsku.
Ezariasz przejechał ręką po twarzy, a jego trzewiach wzbierał już ogień pański.
– Wiemy co znaczy virgin, idioto! Wszyscy mówimy w językach!
Ale i tą propozycję ostatecznie dopisał. Kliknął szukaj i po sekundzie miał już odpowiedź.
– Tu jest chyba największa zgodność. Podkreśla zarówno Madonnę jak i Virgin, Jesusa i Lourdes.
Uriel poklepał Ezeriasza po ramieniu.
– Dobra robota. Czyli gdzie?
– Do Warszawy, wygląda na to, że matka Pana postanowiła pośpiewać.
Przeczytał pobieżnie notkę i rozpromienił się.
– I wygląda na to, że religia wciąż jest żywa, bo Najświętsza Panienka zgromadzi prawdziwe tłumy.
– Znakomicie – Uriel dumnie wyprężył pierś. – Zatem dajmy im finał godny koncertu Madonny.

***

Szesnastego sierpnia, dzień po koncercie, „Fakt” opublikował na pierwszej stronie ogromne zdjęcie Mariana Brudzącego ze stowarzyszenia „Dla Wszechpolski” – organizacja ta najmocniej protestowała przeciwko koncertowi Madonny w Polsce.
“A jednak, mieliśmy rację!!!” – wrzeszczał nagłówek. A zaraz pod nim zamieszczono krótką zajawkę artykułu:
Po licznych prowokacjach wymierzonych w stronę katolików – w tym osławionego już krzyża na którym ta pseudoartystka zawisła w Rzymie – przyszedł czas na jawny policzek! W finale koncertu zorganizowanego w święto wniebowstąpienia Najświętszej Marii Panny, Madonna w otoczeniu fałszywych aniołów wzniosła się ku rozwartemu niebu.
„To hańba i kpina z tradycyjnych polskich wartości” – krzyczy Marian Brudzący, przewodniczący „Dla Wszechpolski” – „Madonna będzie się za to smażyć w piekle”.

Bardziej pomylić się nie mógł…

Tyle.

Autostopowicz

sie
11

Dziś, kochane dzieci, będzie (przede wszystkim) o autostopie i o tym dlaczego zabawa w niego robi się coraz głupsza. Piszę to, nie ukrywam, z bólem i żalem, bo lubię ten sposób podróżowania, “zrobiłem na stopa” kilka ładnych tysięcy kilometrów, odbyłem mnóstwo ciekawych rozmów i przeżyłem parę naprawdę fajnych przygód. Przyjdzie zresztą czas, by opowiedzieć na ten temat co nieco, bo noszę się z pomysłem opowiadania ze stopowaniem związanego (Miała być powieść, ale raz, że pomysł nie jest chyba aż tak rozciągliwy, a dwa, że jakbym ustawił go w powieściowej kolejce, czytalibyście go ani chybi w następnej dekadzie). Ale nie o tym miałem…
Nie dane mi było stopować w czasach znanych z “Podróży za jeden uśmiech”, z książeczką kupioną w PTTK i resztą stuffu, o którym z rozrzewnieniem wspominają kierowcy ciężarówek, którzy mnie dzisiaj podwożą. Ci ludzie – mówię o starszych kierowcach, nie nowych narybkach – z iskrą w oku snują opowieści o tym jak jeździli dla PKSu i rzadko kiedy podróżowali z pustą kabiną. Jak było trochę szczęścia, to się co ładniejsza i frywolniejsza autostopowiczka dała podotykać, a jak nie to przynajmniej pogadać było z kim. Nie było strachu, że ktoś coś ukradnie – świat pruł wszak ku komunizmowi, a w nim wszystko wspólne…
Ja wiem, zdaję sobie sprawę, że w tych opowiastkach tyle prawdy, co szarych komórek w mózgu Paris Hilton, ale kurcze, jakoś tak miło posłuchać i walnąć w emo, że dziś tak nie ma.
Jak śpiewała Rodowiczka “Dawne życie poszło w dal, dziś na zimę ciepły szal”. I coś w tym, cholera, jest. Bo dzisiaj ludzie stawiają na wygodę, luksus i żadnym tam palantem przy drodze przejmować się nie będą. Gadać im się nie chce, a jeśli nawet, to z kimś znajomym przez komórkę, a nie z obcym. Zatrzymywać się nie będą, bo to zużycie paliwa… No i wreszcie, last but not least, dlaczego ja płacę a on sobie, dupek za darmo jedzie? Nie do pomyślenia.
Oczywiście ich – kierowców znaczy – prawo. Wolno im sobie samemu jeździć, na nikogo nie zważać, byleby bezpiecznie i nie wadząc nikomu na drodze. Można im potem chrzanić bzdury, że to dlatego, że się boją, bo tyle się teraz słyszy… (co się słyszy, na litość?! Ostatnia historyjka jaką słyszałem to przeniesiona w nasze realia historia z filmu z Hauerem. Autentycznie, facet opowiadał mi ją jako prawdziwą) Uprasza się jednak, jeśli któryś z takich kierowców czyta tego bloga, o nie robienie ze stopowiczów idiotów, chamów, bandziorów etc. A przynajmniej nie ze wszystkich.
Naprawdę, nie chodzi mi tutaj o bronienie ludzi podróżujących w ten sposób. Mówiąc szczerze na trasie niewielu poznałem ludzi, którzy zachowywali się do końca fair, nie wpieprzali się przed innych, gdy przyszli ostatni, nie “kradli” im samochodów (zrywając się, biegnąc i dopadając wcześniej wóz, który zatrzymał się nieco dalej), wreszcie nie stali na stopie najebani w trzy dupy, chwiejąc się, wybiegając na ulicę i rzucając butelkami. Takie rzeczy z pewnością nie sprawiają, że mam ochotę zakładać bractwo miłośników stopa, trzymać się z nimi za ręce i śpiewać kumbaya. Stwierdzam natomiast, że kierowca również potrafi być świnią. I to nawet się nie zatrzymując.
Rzeczą, która osobiście irytuje mnie najbardziej jest odmachiwanie. Taki, wiecie, żarcik, że skoro ktoś na poboczu stoi i macha ręką, to chodzi o to, by mu odmachać, bo na to właśnie liczy w tym trzydziestostopniowym upale, gdzieś na zupełnym uboczu, w oddali od cywilizacji, bo kierowca wcześniej zapomniał powiedzieć, że tu, na tej krzyżówce zjeżdża z trasy. Nie chciałbym tu uderzać w patos, ale to troszkę tak, jakby organizować pojedynek na brzuchy ze wzdętymi z głodu dziećmi w Etiopii. Zapewniam, że dla stojącego oba te żarty byłyby jednakowo śmieszne.
Ale, oddajmy sprawiedliwość, niewielu tak robi. Częściej spotyka się praktyki zjeżdżania ostentacyjnie na drugi pas (i mierzenie stopowicza pełnym pogardy wzrokiem) albo pokazywanie, że jest się lokalsem. Znacie ten gest, prawda? Jakby kierowca pokazywał na kierownicę, względnie na własne krocze (zależnie, gdzie właśnie trzyma rękę). To ma znaczyć mniej więcej tyle: “Na nic ci się stary nie zdam, bo ja tylko w obrębie miasta”. I spoko, rozumiem, fajnie, że w ogóle dałeś jakiś znak, stary.
Tylko co jeśli stopowicz zna drogę, wie, że po drodze ni cholery nie ma gdzie zjechać, a następna wioska, to ta o której marzy? Z resztą ludzie tak się przyzwyczaili, że pokazują tak nawet przy wjeździe na autostradę. Pieprzeni easy riderzy, których dom znajduje się na ich czterech kółkach czy jak?
Oczywiście zdarza się jednak, że ktoś się zatrzyma, pozwoli wsiąść, podwiezie. W większości przypadków jest spoko, ale jest także wkurzający (i niestety rosnący z roku na rok) odsetek ludzi, którzy biorą stopowiczów tylko po to, by im pokazać jak to są mali. Słowa wprost o poniżającym sposobie podróżowania, o tym, że to prawie jak żebranie etc. Jeśli o mnie chodzi, zawsze gdy wysiadam z takiego samochodu, dziękuję i rzucam na siedzenie jakieś pieniądze, zależnie od długości trasy i zasobu posiadanej gotówki, ale niesmak pozostaje.
Osobną kwestią jest zwyczajne ratowanie człowieka w potrzebie. Widać, że zbiera się na deszcz, a człowiek stoi na niezadaszonym przystanku i macha. Czemu go nie wziąć? Po co ma moknąć? To samo ze śniegiem, wiatrem etc. Dlaczego nie pomóc, skoro mogę? I tak jadę w tym samym kierunku? Ale jak widać dla ogromnej większości to prawdziwy problem.
Naprawdę głęboko się zastanawiam ilu kierowców naprawdę się sparzyło, a ilu tylko powtarza memy i robi wielkie halo z miejskich legend?
Tu dochodzimy do mojego pomysłu. Jeśli jechaliście kiedyś stopem, było fajnie i kierowca okazał się super, napiszcie mi o tym na azver@wp.pl a ja obiecuję, że co jakiś czas wplotę waszych kierowców w jakąś historyjkę tu na blogu. Może się ucieszą. Poz atym, jeśli to możliwe, utrzymujcie kontakt. Jeżdżąc bierzcie adresy email, rozmawiajcie, dogadujcie się i co najważniejsze – przechodząc na drugą stronę barykady, sami bierzcie stopowiczów. Tylko szybko, zanim ostatni miłośnicy tego sposobu podróżowania, wymrą ze szczętem.

(wybaczcie, ale nie chce mi się dzisiaj podkreślać)
(jak się kiedyś napiję i zasiądę do klawiatury, to wam poopowiadam parę historyjek z podróży. A ci co wtedy jechali ze mną potwierdzą ich autentyczność)
Tyle.