Konwent zwany Seminarium

cze
16

W niedzielę wczesnym popołudniem skończyło się kolejne Seminarium Literackie ŚKFu. Tym razem moje zaangażowanie w imprezę było absolutnie minimalne, nad czym troszkę boleję. Prawda jest jednak taka, że pakiet kolejnych zobowiązań, którym najpewniej bym nie sprostał rozwiałby te ostatnie resztki cierpliwości jaką wszyscy do mnie mają. Boję się brać cokolwiek do zrobienia, by niczego więcej nie pozawalać i jakoś wyjść ze wszystkim na prostą. A Seminarium poradziło sobie bez mojego zaangażowania doskonale – dodajmy, że jak wiele razy wcześniej. Mam nadzieję, że i Confuzja - w którą miałem się angażować, a pojechałem po bandzie – również wyjdzie jak ta lala. Patrząc w program stwierdzam, że ma ku temu ogromne szanse i predyspozycje.
No ale wróćmy do minionego weekendu, uzmysłowił mi on bowiem parę rzeczy i spraw. Po pierwsze, że nigdy więcej chyba nie chcę oglądać plenerowych przedstawień teatralnych wystawianych dla gawiedzi (znaczy takich ze wstępem wolnym i budką z piwem nieopodal). Wniosek ten to wynik pakietu spostrzeżeń zebranych podczas plenerowej wersji “Jesus Christ Superstar” Teatru Rozrywki.
Spektakl wyszedł naprawdę dobrze (mimo paru wpadek wokalnych Jezusa i jednej Szymona), Maria Meyer i Janusz Radek siedzieli okrakiem na szczytach swych talentów, a nagłośnienie było wręcz znakomite. Tylko co z tego, skoro czas skupienia przeciętnego widza plenerowego to długość przeciętnej piosenki Feela? Nawet jeśli zebrało się sporo ludzi, którzy rzeczywiście chcieli zobaczyć i posłuchać spektaklu, to wystarczyło kilku, by skutecznie psuć jego odbiór. I tak gość o wyglądzie Sonny’ego z czasów, gdy ten śpiewał z Cher uzupełniał piosenki ze sceny fałszywymi nutami “Snu o Victorii” Dżemu, a grupa oszołomów z wioskowej remizy będących na gościnnych występach w większym mieście, komentowała, że “Tego się kurwa nie da przeżywać, bo, kurwa, w teatrze to, kurwa, jest pewnie zupełnie, kurwa, inaczej”. Potem jeszcze dla zaakcentowania swych słów któryś rzucił głośną kurwą (nie dosłownie) i upił łyk przemyconego piwa w plastikowym kuflu. Pozostali przeszli na dyskusję jak to… było na ostatniej imprezie w remizie (powaga! A co, myśleliście, że tylko tak się wyzłośliwiałem?).
Żeby nie było, zdaję sobie sprawę, że śpiewająca Patti mogła komuś przeszkadzać takoż, ale ja tutaj wytaczam argument przeciwko występom plenerowym, a z tym to akurat nie ma różnicy – jak siedzi w teatrze, to też śpiewa.
Drugim moim weekendowym wnioskiem jest stwierdzenie, że chyba powinienem się wybrać na terapię gniewu. Strasznie łatwo się irytuję i wpadam w pułapki zastawione przez interlokutorów chcących mnie podkręcić. To niedobrze i muszę zacząć nad sobą panować. Od dziś biorę się do roboty!
Trzeci wniosek jest taki, że – wygląda na to – rzeczywiście nie powinienem się wypowiadać na temat innych pisarzy, nawet w gronie przyjaciół. To znaczy nie ma już najmniejszych szans, bym wyraził swoją opinię na temat chociażby Dukaja, by ktoś nie próbował odbić pałeczki w stylu “Popatrz jak Ty piszesz. Z całym szacunkiem ale jeśli mam wybierać, to wybieram Dukaja a nie Ciebie”. Jakby to było, cholera, przedmiotem dyskusji!
Do tej pory pilnuję się i nie wyrażam raczej pisemnych opinii o kolegach po fachu, ani tych bardziej ani tych mniej utalentowanych. Czasami zdarza mi się coś bardzo ogólnikowo powiedzieć publicznie, ale wtedy zazwyczaj są to rzeczy pozytywne bądź neutralne (tych negatywnych zwyczajnie unikam). Myślałem jednak, że rozmowa w bliskim mi towarzystwie jest pozbawiona tych naleciałości. Jak się okazuje, nie jest i trochę szkoda.
To oczywiście dość przyciężkawe w nastroju wnioski i ktoś mógłby pomyśleć, że przez cały weekend nie robiłem nic innego, tylko się dołowałem. Nic bardziej mylnego, bawiłem się świetnie i wszystkim, którzy się do tego przyczynili, ogromnie, ogromnie dziękuję.

Z innych rzeczy, postanowiłem Wam napisać kilka słów o “Ofensywie szulerów” i “Drzewie Crossa” jako że najmocniej mam je w tej chwili na tapecie.
Już ukończona “Ofensywa” to, tak jak zapowiadałem, trzy nowele połączone fabularnym “spajaczem”. Bohaterami nowel są kolejno Jasper Maskelyne, Jan Zumbach i Leni Riefenstahl. Nowelki różnią się długością, ale i klimatem, nastrojem. Mamy więc opowiastkę z przekrętem (w duchu “Żądła”), lotniczą humoreskę i quasiromans. A wszystko po to, by wyraźnie przedstawić wszystkim tytułowych szulerów, których opowieść dopiero się zaczyna.
Od razu zaznaczam, że książki nie polecam historykom, bo choć bardzo się starałem zrobić właściwy reaserch, w chwili, gdy historia bardzo działała na niekorzyść fabule… pozwalałem sobie na odstępstwa, nawet tam, gdzie nie ma wątku fantastycznego.

Co do “Drzewa Crossa” natomiast, wygląda mi na to, że będzie to dłuższa historia i na jednym tomie się nie skończy. To opowieść z elementami horroru, westernu i steampunka, z akcją umiejscowioną podczas wojny secesyjnej tak na jej frontach jak i poza nimi.
Główny bohater to Jeremiah Cross, sierżant wojsk południa, bohater wielu bitew. Wraz ze swoim oddziałem, złożonym z południowych zakapiorów z Georgii bierze on udział w bitwie pod Gettysburgiem, gdzie w wyniku splotu okoliczności trafia do niewoli. Brzmi sztampowo? I bardzo dobrze, bo od tego momentu musiałem sobie porobić bardzo dokładne notatki, by się nie pogubić we własnej fabule – niech więc chociaż początek wygląda klasycznie. Obiecuję dużo Voo-doo, wierzenia indiańskie, steampunkowe wynalazki Północy, sporo mojego humoru w wersji czarnej (no bądźmy poważni, nie napiszę afroamerykańskiej, nie?), dużo siekaniny (w dowolnym znaczeniu słowa) i nawiązań do klasyki gatunku (mówię o westernie). Mało? No to spadówa, bo jeśli do tej pory nie napisałem dość, to ta książka bankowo się Wam nie spodoba. Idźcie sobie zatem poczytać… co tam chcecie.

Aha i jeszcze jedna wiadomość. Jako świeżo upieczony wujek, przyjmuję gratulacje. Moja siostra Jadzia urodziła bowiem wczoraj prześliczną dziewczynkę, której wraz z mężem nadali imię Zosia. Jeśli macie pod ręką jakiś alkohol, to proszę o toast. Za zdrowie mojej siostrzenicy! Hip Hip, Hurra! I drugi za moją siostrę! Hip Hip, Hurra! No i jeszcze…
Tyle.

 

Odpowiedzi: 15 do wpisu “Konwent zwany Seminarium”

  1. donde mówi:

    gratulacje-niech się dobrze chowa. też mnie zastanawia po co ludzie wybierają się na jakieś kulturalne rozrywki jeśli ich to nie interesuje- zostań w domu i zajmij się tym co lubisz.a możesz powiedzieć orientacyjnie, kiedy ofensywa szulerów ujrzy światło dzienne?w zapowiedziach wisi od dawien dawna na stornie runy.

  2. Jakub Ćwiek mówi:

    Tak, wisi, bo obiecałem na wcześniej, a potem niestety zawaliłem wszelkie możliwe terminy i jeszcze kilka ekstra. Tekst oddam do Runy na dniach, a potem zależy jak się uwiną.

  3. tesska mówi:

    Miło czytać, że będzie co czytać ^^.
    Świeżo upieczonemu wujkowi gratuluję, świeżo upieczonej mamie jeszcze bardziej… a toasty to może zbiorowo, jak własne egzaminy będę opijać bądź oblewać… (dziś kolejny do przodu :D ).

  4. hasita86 mówi:

    Gratuluję świeżo upieczonemu wujkowi – to raz. :)

    Podziwiam ten speed w palcach, które suną po klawiaturze i tworzą co raz to nowsze fabuły. A mnie się magisterki nie chce pisać! – to dwa. :)

    Aha… I nie licz, że nie przeczytam “Drzewa Crossa” , ja raczej wszystko co Twoje czytam – to trzy. :)

  5. Szaman mówi:

    Kubusiu, chyba byliśmy na innych imprezach. Co jest dziwne, bo byłem pewien, że przez całe Seminarium byłem w pobliżu Ciebie i obdarzałem Cię swoim fanowskim uwielbieniem.

    A śpiewający koleś był OK. Gorzej było gdy Patti wyprzedzała aktorów (czy konkurs “zirytuj Patti” nadal trwa?) ;-P

  6. Jakub Ćwiek mówi:

    Rozumiem, że tyczy się Twoja, Szamanie, uwaga punktu trzeciego moich rozważań? Słowo daję, doceniam Twoją obecność ogromnie i nadal, świetnie się bawiłem, co podkreślam. Zwyczajnie, doszedłem do wniosku, że moje wypowiedzi na temat rodzimej litaratury, czy tego chcę czy nie, nabierają charakteru agitki promującej mnie. Wpadłem więc w pułapkę własnej autopromocji. Tyle :D Co do konkursu to nie, już się skończył. Ją naprawdę można zirytować. Trudno to zrobić komentarzami, gdy słucha musicalu :D

    Hasito, ależ ja nie liczę, że nie przeczytasz. Po prostu piszę, że reklamacji nie uwzględniam. Tyle :D I nie mam speedu ani w palcach ani w żyłach ani nigdzie. Pisząc ograniczam się do kawy, red bulli (i odpowiedników) albo herbaty. Nie promujemy tutaj używek. Tego bloga mogą dzieci czytać ;D

  7. hasita86 mówi:

    Oczywiście, że nie promujemy… Ale dodałabym jeszcze Fornetti, tak dla uzupełnienia całości dopalaczy :D

  8. Rheni mówi:

    Ej western, może być dobrze! Ostatnio odświeżyłam sobie Maya i tak czegoś mi brakowało, jeśli chodzi o lekturę :D

    no i gratsy dla wujka ;)

  9. Jagoda mówi:

    co do imprez plenerowych dla gawiedzi to się zgadzam. Niektórych nie interesuje co grają i kto gra, grunt, że jest impreza i popić sobie można w towarzystwie. To ja już wolę zapłacić za bilet wstępu.
    Dla siostry gratulacje serdeczne, dla Ciebie takoż. Wprawdzie nigdy się nie dowiem, jakie to uczucie zostać wujkiem, ale jakoś tak mi się wydaje, że może to być całkiem niezłe uczucie. I tylko takie mam pytanie (może trochę nazbyt osobiste ;-) ) : czy do swojej siostry zwracasz się per “Jadziu”?
    Na nowe książki nie czekam z niecierpliwością. Jakby nie patrzeć dopiero co nadpoczęłam katolicką książkę kucharską, więc nie mam się co niecierpliwić. A westernów to ja i tak nie lubię. Wielotomowych historii takoż. To drugie to uraz psychiczny po przeczytaniu 47 (chyba) tomów Sagi o Ludziach Lodu ;-) No, ale jak już skończę to gotowanie to kolejny tom opowiadań chętnie poczytam.

  10. Przemek mówi:

    Cześć, Może to czytasz. Podobno masz być w Przemyślu? To prawda? Jeżeli tak powiedz gdzie i kiedy – chętnie chciałbym zdobyć twój autograf! Wyślij mi tą wiadomość na maila (nie bój się tylko ja przyjde ;D)

  11. Brunon mówi:

    No,no. Mnie szczerze ciekawi, co wyniknie z tych “Drzew Crossa”. Zawsze chciałem przeczytać porządny western. Może Tobie się to uda, Jakub;)
    Pozdrawiam.

  12. ingo mówi:

    Muszę powiedzieć, że zmartwiła mnie wiadomość o dzieleniu nowej ksiażki na tomy. Nie znoszę wydawania w paru częściach jednej pełnej opowieść. Nie wiem kto ma to wydać, ale mam nadzieję, że dzielenie na tomy nie jest spowodowane polityką Fabryki Słów – straszni są pod tym względem. Już w przypadku “Kłamcy 3″ wyszło to tak sobie (nie wydaje się to być tak obszerną historią by dzielić na 2/3 tomy). Wolę dłużej poczekać a dostać produkt kompletny a nie na raty.

  13. oopsiak mówi:

    Ty wolisz dostać jeden produkt nieco rzadziej, ale kompletny, ja również, wielu innych czytelników także, a wydawnictwo i autor zwyczajnie chcą mieć kasę = ) w sumie nic dziwnego. OKA JELENIA Andrzeja P też ma być ponoć 10 części (?). Tragedia jak dla mnie!

    No nic, western to też nie mój gatunek, ale powodzenia życzę = )

  14. Jakub Ćwiek mówi:

    Przemku, nie mam pojęcia skąd bierzesz takie informację, ale wydaje mi się ( i tego będę się trzymał), że układ fan-autor jest taki, że ja przyjeżdżam na zapowiedziane spotkanie, Ty tam jesteś, ja podpisuję Ci książkę, może zamieniamy dwa słowa i tyle. Nie będę zatem nic pisał na Twojego maila (którego notabene nawet nie podałeś) a o ewentualnym spotkaniu w Przemyślu czy gdziekolwiek dowiedzieć się możesz z tej strony, strony Fabryki, albo serwisów, które takie rzeczy ogłaszają.
    Co się zaś tyczy wypowiedzi Inga bądź oopsiaka, pozwólcie, że odpowiem Wam po prostu kolejnym blogowym wpisem, bo to zbyt długie na zwykły komentarz.

  15. Ruena mówi:

    Gratuluję siostrzenicy ;) Zdrowia jej i Pana siostrze!
    Kurczę już się nie mogę doczekać “Drzewa Crossa”! Wierzenia indiańskie, Voo-doo! To jest to!! Na dodatek w ciekawej epoce. No cóż. Będę czekać w miarę cierpliwie xD

Zostaw odpowiedź

Spam Protection by WP-SpamFree Plugin