Archiwum miesiąca Czerwiec 2009

Wojownik Neostrady

cze
22

Byłem w piątek i kawałek soboty na krakowskim konwencie “Confuzja” i tam, podczas jednej z dyskusji jakoś tak temat zszedł na gry paragrafowe i absolutnie rewelacyjnego “Wojownika autostrady”. Tym, którzy nie widzą o co chodzi, wyjaśniam, że to takie książki, w których mamy wpływ na to, jak potoczy się akcja. Co kilka stron – czasem częściej, czasem rzadziej – trafiamy na zdania typu:
Jeśli chcesz wykonać czynność A, idź do strony takiej a takiej.
Jeśli chcesz wykonać czynność B, idź do strony siakiej i owakiej. (no dobra, nie dosłownie tak brzmią te zdania, ale podobnie )
W “Wojowniku autostrady”, czterotomowej grze w klimatach postapo, dochodziły jeszcze pojedynki (ze specjalną planszą losową na której, jak się okazało, wszyscy oszukiwali ile wlezie) no i możliwość kupowania przedmiotów. Czasem więc wybór dokonywany był za ciebie – jeśli nie miałeś liny, nie było jak zejść do studni, ergo nie miałeś szans na wodę, ergo zdychałeś z pragnienia albo skakałeś do studni nie bacząc na nic i ginąłeś z głodu (czy co tam). Poza tymi momentami wyboru, paragrafówkę czyta się jak fajną książkę i ogólnie jest cool. Tyle wyjaśnień.
Gadaliśmy sobie więc o tych paragrafówkach i jakoś tak powiedziałem, że fajnie było kiedyś taką grę zrobić. Na co padła propozycja:
- No to na co czekasz? Rób! I puść to w sieci najlepiej.
No jasne, tere fere, pomyślałem sobie. Pisaniny jak na porządną, cholera, książkę (nawet jeśli samo story jest nieszczególnie długie to przecież co chwila muszą powstawać inne odnogi, inne opcje, możliwości etc.) a ja mam to puszczać w internet tak ot? Znaczy bez perspektywy zarobienia miliona dolarów, poznania Anegliny Jolie i w ogóle bez najmniejszych szans na Maybacha?! (czy też raczej, w moim przypadku Jaguara XKR-S)
No tak, możecie mnie nazywać wstrętnym materialistą, ale myślę sobie, że taka zabawa przekracza jednak moje możliwości do udzielania się pro bono. Zwłaszcza, że nie jest to do końca zabawa typu RPG, gdzie nawet Mistrz Gry ma frajdę, bo przecież gracze reagują spontanicznie, świetnie się z nimi bawi itd. Tu pisanie nieszczególnie różni się od mojej codziennej pracy czyli tworzenia książek.
Ale mimo to perspektywa zrobienia paragrafówki nie przestawała ( i nie przestaje) mnie kusić. Zwłaszcza, że pojawiła się opcja dość popularna w sieci, mianowicie smsowanie. Coś jak kiedyś zrobił King z “Jazdą na kuli”… tyle, że nie do końca. Pomysł, który mi zaprezentowano wygląda tak:

Zaczynam pisać historię, tak otwarcie, ogólnie dostępną. Potem przychodzi od pierwszego widelca (miejsca, gdzie należy podjąć wybór) i wtedy gracz kupuje sobie kod, by pójść dalej. Jeśli umrze – co przecież możliwe – może zacząć od miejsca, gdzie poległ albo zacząć przygodę od nowa. Płaci się tylko za do tej pory nie eksplorowane ścieżki. Proste, prawda? No, nie tak do końca, od razu bowiem pomyślałem sobie o niebezpieczeństwach. Na przykład takich, że będę chciał ciągnąć historię w nieskończoność albo co (nikt nie jest bowiem pewnym jak się zachowa w sytuacji skrajnej – tu patrz, nagłe obrzydliwe bogactwo). No i oczywiście trzeba by to było jakoś technicznie zrobić, a na tym się nie znam.
Ogólnie jednak wszystko dałoby się załatwić, jakoś ustawić, zrobić. Ot na przykład poprzez dostarczenie już na starcie pełnej gry oraz zapewnienie stronie stałego administratora ustawionego na procent etc. Kurczę, w sumie mogłoby być fajnie, gdy tak sobie o tym myślę.

Tak już zupełnie poważnie, nie liczę, że mógłby to być złoty interes, choć może dałoby się taki serwis zrobić i na nim nie tracić. Co o tym myślicie? (w sensie o moich paragrafówkach, nie o tym czy będę bogaty czy nie)

Sprawiedliwość na osiemnastu… tomach

cze
21

W komentarzach do poprzedniego wpisu obiecałem, że ustosunkuję się do żali i pretensji wynikających z dzielenia przeze mnie książek na tomy, choć teoretycznie wcale tego nie wymagają. Akurat wpisy i komentarze poruszające tą kwestię na tym blogu – czyli te, na które odpowiadam bezpośrednio – są stonowane, ale już spotkałem się ze stwierdzeniem, że tak oto “robi się czytelnika w chuja”, że to “złodziejska praktyka pazernych pisarzy i wydawców” etc. No cóż, Wasze prawo tak właśnie uważać. Moje… nie przejmować się tym zbytnio. Dlaczego? Bo każdy tutaj ma swoje racje i każdy ma prawo się wkurzać i denerwować na inne rzeczy związane z tą samą sprawą.
Oto na co, jak rozumiem, wkurzacie się wy:

1. Płacicie za książkę ok. 30 zł tylko po to, by pochłonąć ją w kilka godzin. (w domyśle, gdyby książka miała łącznie dwa tomy zapłacilibyście niewiele więcej za dwa razy tyle czytania)
2. Urywa się w nagłym momencie, chcecie wiedzieć co dalej, a tu wała i trzeba czekać nawet rok, albo i więcej, by się dowiedzieć jak akcja potoczy się dalej. ( w domyśle, jeśli nie będzie podzielone na tomy, nie będziecie się denerwować, bo od razu poznacie rozwiązanie)
3. Zajmuje miejsce jak trylogia, choć gdyby to była jedna książka to na półkach byłoby więcej miejsca.

To chyba najważniejsze powody, co? W konsekwencji jeśli dostajecie książkę o grubości niespełna 300 – jak to mawiają – nadmuchanych stron, czujecie się oszukani. A jeśli jeszcze przy okazji ktoś szarpie wątki, urywa je, to już w ogóle masakra totalna. Nie wolno tak robić. To już lepiej poczekamy, a Ty napisz więcej.
Jest w tym podejściu, przyznaję, sporo racji. Znaczy fanowskiej racji, ale ta w niczym nie jest gorsza od tej pisarskiej, autorskiej. Tyle, że prezentuje się zupełnie inaczej. Bo ja to widzę tak:

Jakiś czas temu postanowiłem zabrać się za pisanie i marzeniem moim było, żeby móc się z tego utrzymać. Marzenie, Bogu dzięki, jakoś tam się spełniło i teraz jestem full time writerem żyjącym w zasadzie wyłącznie z tego, co wklepię i wydam drukiem. Jedną książkę, taką jak widzicie, jeśli macie którąś z nich na półkach – pomijając “Gotuj z papieżem”, wszystkie są podobnej objętości – piszę około trzech, czterech miesięcy. Potem jeszcze trzeba doliczyć redakcję własną, redakcję wydawniczą, czas w kolejce i już wychodzi na jedną książkę sporo ponad pół roku okresu wydawniczego. W naszym kraju, jeśli nie jest się biskupem, który nadzorował papieskie śniadania ( i nie tylko), autorką/autorem powieści dla kobiet, lub Andrzejem Sapkowskim (uogólniam, jest jeszcze parę takich osób) to żeby się utrzymać na powierzchni, trzeba wydać dwie książki rocznie. Przy odrobinie szczęścia one wystarczą, choć zasadniczo przydałyby się jeszcze dodatki w postaci felietonów, artykułów, rzuconych tu i tam opowiadań. Ale generalnie w takiej sytuacji jest ok. Jakoś się człowiek łapie, nie mając tym samym spadku jakości – we własnym mniemaniu – bo i gonić nie trzeba strony za stroną. Norma to dwa razy po ok. 250 stron znormalizowanych rocznie. W dwóch książkach. Cool.
No to teraz sobie wyobraźmy, że muszę napisać nagle z dwa razy więcej. Albo robię to w tym samym czasie i pieprzę wszystko – w końcu nie ma czasu się zastanawiać, trzeba wklepywać literki – albo poświęcam na to dwa razy więcej czasu. A właściwie nie dwa, a cztery, bo w takim wypadku wypadałoby znaleźć porządną pracę i pisać wyłącznie hobbystycznie. Inaczej nie ma szans na jakiekolwiek wyżycie z pisania.
Ale czynnik ekonomiczny, tak mocno podkreślany, to tylko jedna sprawa. Inną jest na przykład… naleganie fanów. Autor popularnej książki rozrywkowej – a ja jako autor “Kłamcy” łapię się na ten tytuł, nawet jeśli tylko rzutem na taśmę – co i rusz nagabywany jest o kolejne książki z serii o ulubionym czytelniczym bohaterze. Kiedy pisałem coś innego, było zaraz: no fajnie, ale gdzie jest Loki? Co z następnym Kłamcą? Skąd te, cholera, opóźnienia?
Owszem, można się zawziąć i powiedzieć: “Dupa, będzie, jak będzie a teraz spieprzać!” ale jakoś nie preferuję takiego podejścia. Nie tworzę sztuki, sprzedaję rozrywkę, zabawę. I nie mogę pozwolić na to, by cykl poszedł w zapomnienie, bo ja nad tomem męczę się pięć lat. Książka z cyklu na rok to -uważam – układ uczciwy. Owszem, z Kłamcą się spóźniłem i jest tego konsekwencja, tom trzeci miał być 60 stron dłuższy niż jest. Chciałem to nadrobić, dopisać, ale nikt już, cholera, nie chciał czekać. A ja nie zamierzałem pisać na siłę, byle szybko. Stąd tom trzeci wygląda jak wygląda.
Trzecia wreszcie rzecz, choć wyraźnie łącząca się z drugą, to zmęczenie materiału. Jeśli historia jest długa, a pomysłów w głowie – różnych – mnóstwo, prędzej czy później nachodzi autora ochota do skoku w bok. I jeśli to tylko opowiadanie, to spoko, ale jeśli to powieść? I tak waha się autor pomiędzy dwoma książkami – którą pisać, na której się skupić, której poświęcać więcej uwagi. Aż w końcu pojawia się temat trzeci, mózg się przepełnia i nie da się już pisać nic. Pisząc książki takie jakie piszę, mogę zmieniać tematy, pisać rzeczy różne i zachowywać higienę umysłu. Dzięki takiemu podejściu jest szansa na dwie książki w rok, sensowne kontynuacje cykli, pamięć o wydarzeniach poprzednich tomów bez specjalnego odświeżania etc. I nieustająca frajda dla mnie z pisania przy jednoczesnym zachowaniu pełnego brzucha.

Owszem, możecie powiedzieć “ale co nas to wszystko obchodzi”. Ale na to mam już tylko jedną odpowiedź. Jeśli nie obchodzi to spadówa. Bo w gruncie rzeczy ja też zmuszony jestem sobie radzić z faktem, że dwa razy tyle książek ile sprzedałem, błąka się za darmo po dyskach internautów (którzy ściągnęli książki z torrentów czy skądś tam), że jeden nawet kupiony egzemplarz czyta z pięć, sześć osób etc. Życie bywa smutne i brutalne i trzeba sobie z tym faktem radzić. Wy możecie na przykład nie kupować już więcej moich książek, które za trzydzieści złotych dają Wam z pięć, sześć godzin rozrywki (średnio licząc, niech zaraz nie pojawi mi się lawina komentarzy od tych, co przeczytali szybciej) i zamiast tego pójść sobie dwa razy do kina. W zamian za to dostaniecie za te same pieniądze z cztery, pięć godzin rozry… Ej! Zaraz!
Tyle.