Właśnie przeczytałem, że przez tegoroczne Dni Fantastyki we Wrocławiu przewinęło się łącznie z półtora tysiąca uczestników i trochę mnie ścięło. Znaczy, ja wiem, że to jednodniówki, że ludzie wpadali na chwilę i wypadali, że to inny charakter imprezy, ale… to kupa luda. A wcale nie było widać. Choć może inaczej, dało się zauważyć, że ludzi jest sporo, więcej niż w latach ubiegłych. Ale, że aż tyle? Szok!
Zdecydowanie jednak frekwencyjny sukces DF-ów cieszy, bo jest on w pełni zasłużoną nagrodą za świetną imprezę jaką nam fanom po raz kolejny zgotowali organizatorzy z prześwietną jak zawsze Edytą Muł-Pałką na czele. Program, na ile zdołałem go ogarnąć, prezentował się znakomicie, towarzystwo dopisało, a i z pogodą było ogólnie nie najgorzej (choć miała biedaczka chwile załamania). Moim osobistym bohaterem był zdecydowanie Levir, który nie tylko dziarsko nam towarzyszył przez większość imprezy, ale i uprzejmie transportował do hotelu, choć wcale nie musiał. Bohater – to słowo, które pasuje do niego najbardziej.
Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony z iloma ludźmi udało mi się zamienić więcej niż dwa słowa. Ze Staszkiem Mąderkiem o Hi 2,3-6, z Kasią i Rafałem Kosikami o wszystkim ( z akcentem na książeczki dziecięce), z Orbitem o pierdołach (uwielbiam unoszący się nad tymi rozmowami opar absurdu). Była chwila, by usiąść przy stoliku z carpenoctenowcami, kingowcami, a nawet, by pogadać z fanami ,choć to ostatnie często w przelotach z miejsca na miejsce. (Z Milenką Wójtowicz i jej masońskim rycerzem – a moim ziomalem – to nawet taksówką jechałem, taki miałem fart!)
Tradycyjnie już na konwencie prowadziłem prelekcje (tym razem dwie), a oprócz tego, wraz z Patti, dwa konkursy i LARPa. Generalnie się podobało, choć ostatnio wypatrzyłem, że jakiś nerd malkontent stwierdził, iż nasz konkurs horrorowy aż raził niekompetencją i był parodią prawdziwego konkursu, bo nie potraktowaliśmy go poważnie. Strasznie to smutne, kiedy ludzie podchodzą do swojego hobby tak śmiertelnie poważnie, że znika im linia dzieląca napięte pośladki ( Choć w jednym miał chłopak rację, wykazałem się niekompetencją mówiąc o Frankensteinie z 1926 podczas gdy w rzeczywistości był to film z roku 1910 a w 1926 został on zwyczajnie zaprezentowany widzom w Niemczech, a chyba w ogóle w Europie. Nie wziąłem pod uwagę tej rozbieżności, mea culpa. Na pocieszenie własne dodam, że ów jeden punkt kolejności zwycięzców by nie zmienił.)
A jak przyjąłem realizowane podczas imprezy huczne obchody trzydziestolecia “Gwiezdnych Wojen”? Zaskakująco pozytywnie. Piszę “zaskakująco” ponieważ tak się składa, nigdy nie byłem szczególnym fanem Lucasowej gwiezdnej sagi. w latach młodzieńczych nie miałem mokrych epizodów z księżniczką Leią w bikini, a nad Vadera stanowczo przedkładam Maula, mimo iż pierwszy epizod był totalnie dodupny. Słowem jestem nie znajacym się ignorantem, heretykiem i w ogóle Moc nigdy nie będzie ze mną. A tu proszę…
Nie dość, że prawdziwą przyjemność sprawiało mi oglądanie szturmowców i oficerów Gwiazdy Śmierci z dziećmi na rękach, to jeszcze wysłuchałem niemal całego plenerowego koncertu orkiestry, a nawet stałem na baczność podczas Marszu Imperialnego. Mało tego! Zmuszony przez Patti jako nagrodę za wygrane kalambury wybrałem sobie świetlny miecz (czerwony) i starwarsową figurkę niewiadomokogo z fajnym robalem (Patti z kolei wzięła hełm szturmowca, który gada i zmienia głos). Słowem, nie tylko wytrzymałem całą tą otoczkę, ale dodatkowo stwierdzam, że było całkiem fajnie. Nawet ekscytowanie się statystami, którzy sprzedawali swoje zdjęcia w kostiumach i figurki postaci śmieszyło mnie mniej niż na przykład na Polconie. Może dlatego, że tym razem miałem okazję przywitać się z aktorami i zorientować się, że są ogromnie sympatyczni.
Podobnie jak sympatyczny był, podobno, Masterton. Nie wiem, jakoś się nie wybrałem na spotkanie z nim. Nie z powodu jakiejś niechęci, albo co, darzę go bowiem ogromnym sentymentem; po prostu nie zebrałem się jakoś na żadne ze spotkań. Z resztą i tak nie miałem “Manitou”, pierwszej książki jego autorstwa, którą przeczytałem, będąc we właściwym wieku (ok. 13 lat). Ale przechodząc gdzieś korytarzem wymieniliśmy uśmiechy i uprzejme “Hi”. Właściwie nie wiedzieć czemu, przecież mnie nie zna, ale to było miłe i fajne.
Ogólnie rzecz biorąc konwent ucieszył mnie wielce, bawiłem się naprawdę fajnie, a do tego – jak dowiedziałem się z zamieszczonej w pokoju telewizorni – Eurowizję wygrała sympatyczna piosenka (choć na zajawkach brzmiała jak Heidi goes to Hollywod czy inny Tyrol), więc weekend uważam za prawdziwie udany.
Z innych rzeczy: Premierę “Gotuj” będę świętować w Warszawie w Empiku Megastore Junior dokładnie 05.06. Mam nadzieję, że nie będę tam siedział sam, bo Empik zwykle zapewnia ciastka, a ja i tak ostatnio sporo przytyłem. Jak gadam, to się przynajmniej nie objadam.
Wcześniej natomiast, bo już w przyszłą środę pojawię się w Muzeum Hansa Klossa w Katowicach. Od dnia otwarcia szykuję się, by wreszcie tam trafić, ale że na trzecie mam Chaos (a na czwarte, piąte, szóste i siódme kolejno NIe, Chce, Mi i Się) to jakoś jeszcze nie miałem okazji. Podobno, tak mówi pogłoska, każdy uprawniony do tego dowodem osobistym dostanie piwo gratis. Jak dla mnie brzmi zachęcająco.
A tu macie ową eurowizyjną piosenkę:
Tyle.

Jedynie (niestety) tylko do eurowizynej części Pana notki mogę się odwołać… Harry Potter i Zac Effron w jednym, dodałabym też z połączeniem Skrzypka Na Dachu
Już nie przyczepię się do jakże ambitnych słów tejże piosneczki.
Ale przyznać muszę… melodia w sam raz do nucenia
Ach, Muzeum Klossa… Wręcz chora jestem, że mnie tam nie będzie, bo Klossa uwielbiałam jeszcze długo przed tym, jak usłyszałam, co to fantastyka, ale trzy egzaminy w tym tygodniu dość skutecznie trzymają mnie w Poznaniu. Ale może chociaż na pocieszenie trafią mi się pytania z “Inwazji jaszczurów” Karla Čapka…
Zac Efron był fajny w “Hairspray” i podobno jest sympatyczny w “17 again”. Potter ma swoje momenty, a “Skrzypka na dachu” lubię bardzo. Co do słów, nie czepiam się zwykle, bo słowa przebojów nie po to są, by miały sens, ale by się ładnie pod melodię układały.
(no nie zawsze, ale to jednak dość częste i nie zwykłem marudzić).
Ja będę
(taka mała drobna złośliwosteczka)
I jak już powiedziałem, mnie się piosenka podoba, choć bez szaleństw. Ale zestawiając z taką chociażby Islandią to naprawdę ładnie wyszło.
A co do Klossa, ja nie muszę być chory
Ja niestety bywam marudna jeżeli chodzi o słowa piosenek, aczkolwiek “ujdzie w tłumie” jeżeli wszystko fajnie się komponuje, a tutaj tak jest.
Zmieniając temat i wracając do Klossa… propozycja Muzeum wydaje się INTERESUJĄCA; więc zaryzykuję stwierdzenia: do zobaczenia w środę
Dni Fantastyki jak dla mnie super. Zarówno część oficjalna jak i nocleg w szkole. Wreszcie obejrzałem też Hi 2,3-6 (strasznie chciałem to obejrzeć mimo że książki jeszcze nie czytałem), choć uczucia raczej mieszane mam. Bardzo fajny konkurs kingowy w waszym wykonaniu (niestety w piątek mnie nie było by wziąć udział w horrorowym). No i dzięki konwentom i wygranym konkursom powoli kończę kompletować twoje książki:D Jeszcze tylko Liząc ostrze, a “Gotuj…” obiecuję kupić w okresie premiery.
Ja dzięki horrorowemu też wróciłam bogatsza o książki
A komplet ćwiekowy jak na razie mam (aczkolwiek “Liżąc ostrze” jeszcze nie przeczytałam w całości, leży u przyjaciółki), teraz czekam na “Gotuj z papieżem” ^^
Ponieważ opinia Mando o konkursie kingowym może się wydawać stronnicze, jako że od początku wiadomym było, że wygra ten konkurs, to ja bezstronnie się z nim zgodzę, choć od początku wiedziałam, że to nie ja wygram
Na obu konkursach bawiłam się świetnie, a co za tym idzie, do prowadzących nie mam żadnych zastrzeżeń. Jakby nie patrzeć w biały dzień trudno przeprowadzać straszne konkursy horrorowe. A poważny konkurs horrorowy? – to dopiero mogło być straszne…
(bo chyba ta sama co z forum GP, prawda?)
W każdym razie miło było spotkać znane karpie i eSKa.peelki, poznać dotychczas nie znane karpie (nowych kingowców chyba nie poznałam, jeśli jednak tak, to też było miło), kolegów grabaży i autora tegoż blogu. Że miło było wygrać książkę, to chyba zrozumiałe samo przez się.
Film ciekawie łączy różne wątki z Liżąc ostrze, jednak zdecydowanie wolę książkę (ale ja mam tak zawsze). Czy i kiedy zapoznam się z Lokim nie wiem (może jak już będę wiedziała, że seria jest definitywnie skończona, to się hurtem z całoscią zapoznam), ale na Gotowanie z papieżem to już nabrałam ochoty.
No to z wątku się dowiedziałam że na konkursie horrorowym spotkałam tesskę, Teraz rada bym wiedzieć, która to
Ano ta sama, Jagodo

Tesska miała koszulkę w paski z wielką czachą, czerwoną chustkę na głowie i żółtawą arafatkę na tyłku, “rapowała” jako pierwsza w konkursie z piosenką
A można wiedzieć, która to Ty?
PS. Blog Jakuba łączy ludzi?
czerwoną chusteczkę na głowie zapamiętałam… zresztą, trudno było by nie
Ja byłam chyba najkrócej ściętą przedstawicielką płci pięknej. I w okularach.
Ja wiem, czy to blago Jakuba łączy ludzi? Raczej generalnie fantastyka. Bo gdyby ta nas nie interesowała, to na blogu Jakuba nie mielibyśmy czego szukać
(czyli po prostu: fantastyka łączy fantastycznych ludzi)
A, to w takim razie też Cię kojarzę
I nawet dobrze mi się wydawało, że to mogłaś być Ty
Nawet nie wiecie jak Wam zazdroszczę tych wszystkich wyjazdów na konwenty. *wzdych*
Ale co tam. Też będę jeździć. Na pocieszenie tylko świadomość, że będę miała Gotuj z Papieżem już pojutrze ]:->
Panie Ćwiek, raczyłby Pan na mejle odpisywać. :]
Jak to, pojutrze? Ładnie tak, przed premierą?
Recenzja będzie do przeczytania w dniu premiery
To wszystko części większego planu :p
<>
Hihi, poczulem sie wazny
Fotoblog juz dziala, mozesz ogladnac zdjecia z konwentu
A ja mogę W KOŃCU napisać… Miło było Cię poznać
A ja znów MIAŁAM BYĆ na Dniach Fantastyki i znów NIE BYŁAM….. Czego strasznie żałuje, bo jak widze zebrała sie tam sama śmietanka…