Archiwum miesiąca Maj 2009

Dziwne Dni

maj
23

Właśnie przeczytałem, że przez tegoroczne Dni Fantastyki we Wrocławiu przewinęło się łącznie z półtora tysiąca uczestników i trochę mnie ścięło. Znaczy, ja wiem, że to jednodniówki, że ludzie wpadali na chwilę i wypadali, że to inny charakter imprezy, ale… to kupa luda. A wcale nie było widać. Choć może inaczej, dało się zauważyć, że ludzi jest sporo, więcej niż w latach ubiegłych. Ale, że aż tyle? Szok!
Zdecydowanie jednak frekwencyjny sukces DF-ów cieszy, bo jest on w pełni zasłużoną nagrodą za świetną imprezę jaką nam fanom po raz kolejny zgotowali organizatorzy z prześwietną jak zawsze Edytą Muł-Pałką na czele. Program, na ile zdołałem go ogarnąć, prezentował się znakomicie, towarzystwo dopisało, a i z pogodą było ogólnie nie najgorzej (choć miała biedaczka chwile załamania). Moim osobistym bohaterem był zdecydowanie Levir, który nie tylko dziarsko nam towarzyszył przez większość imprezy, ale i uprzejmie transportował do hotelu, choć wcale nie musiał. Bohater – to słowo, które pasuje do niego najbardziej.
Muszę przyznać, że sam jestem zaskoczony z iloma ludźmi udało mi się zamienić więcej niż dwa słowa. Ze Staszkiem Mąderkiem o Hi 2,3-6, z Kasią i Rafałem Kosikami o wszystkim ( z akcentem na książeczki dziecięce), z Orbitem o pierdołach (uwielbiam unoszący się nad tymi rozmowami opar absurdu). Była chwila, by usiąść przy stoliku z carpenoctenowcami, kingowcami, a nawet, by pogadać z fanami ,choć to ostatnie często w przelotach z miejsca na miejsce. (Z Milenką Wójtowicz i jej masońskim rycerzem – a moim ziomalem – to nawet taksówką jechałem, taki miałem fart!)
Tradycyjnie już na konwencie prowadziłem prelekcje (tym razem dwie), a oprócz tego, wraz z Patti, dwa konkursy i LARPa. Generalnie się podobało, choć ostatnio wypatrzyłem, że jakiś nerd malkontent stwierdził, iż nasz konkurs horrorowy aż raził niekompetencją i był parodią prawdziwego konkursu, bo nie potraktowaliśmy go poważnie. Strasznie to smutne, kiedy ludzie podchodzą do swojego hobby tak śmiertelnie poważnie, że znika im linia dzieląca napięte pośladki ( Choć w jednym miał chłopak rację, wykazałem się niekompetencją mówiąc o Frankensteinie z 1926 podczas gdy w rzeczywistości był to film z roku 1910 a w 1926 został on zwyczajnie zaprezentowany widzom w Niemczech, a chyba w ogóle w Europie. Nie wziąłem pod uwagę tej rozbieżności, mea culpa. Na pocieszenie własne dodam, że ów jeden punkt kolejności zwycięzców by nie zmienił.)
A jak przyjąłem realizowane podczas imprezy huczne obchody trzydziestolecia “Gwiezdnych Wojen”? Zaskakująco pozytywnie. Piszę “zaskakująco” ponieważ tak się składa, nigdy nie byłem szczególnym fanem Lucasowej gwiezdnej sagi. w latach młodzieńczych nie miałem mokrych epizodów z księżniczką Leią w bikini, a nad Vadera stanowczo przedkładam Maula, mimo iż pierwszy epizod był totalnie dodupny. Słowem jestem nie znajacym się ignorantem, heretykiem i w ogóle Moc nigdy nie będzie ze mną. A tu proszę…
Nie dość, że prawdziwą przyjemność sprawiało mi oglądanie szturmowców i oficerów Gwiazdy Śmierci z dziećmi na rękach, to jeszcze wysłuchałem niemal całego plenerowego koncertu orkiestry, a nawet stałem na baczność podczas Marszu Imperialnego. Mało tego! Zmuszony przez Patti jako nagrodę za wygrane kalambury wybrałem sobie świetlny miecz (czerwony) i starwarsową figurkę niewiadomokogo z fajnym robalem (Patti z kolei wzięła hełm szturmowca, który gada i zmienia głos). Słowem, nie tylko wytrzymałem całą tą otoczkę, ale dodatkowo stwierdzam, że było całkiem fajnie. Nawet ekscytowanie się statystami, którzy sprzedawali swoje zdjęcia w kostiumach i figurki postaci śmieszyło mnie mniej niż na przykład na Polconie. Może dlatego, że tym razem miałem okazję przywitać się z aktorami i zorientować się, że są ogromnie sympatyczni.
Podobnie jak sympatyczny był, podobno, Masterton. Nie wiem, jakoś się nie wybrałem na spotkanie z nim. Nie z powodu jakiejś niechęci, albo co, darzę go bowiem ogromnym sentymentem; po prostu nie zebrałem się jakoś na żadne ze spotkań. Z resztą i tak nie miałem “Manitou”, pierwszej książki jego autorstwa, którą przeczytałem, będąc we właściwym wieku (ok. 13 lat). Ale przechodząc gdzieś korytarzem wymieniliśmy uśmiechy i uprzejme “Hi”. Właściwie nie wiedzieć czemu, przecież mnie nie zna, ale to było miłe i fajne.
Ogólnie rzecz biorąc konwent ucieszył mnie wielce, bawiłem się naprawdę fajnie, a do tego – jak dowiedziałem się z zamieszczonej w pokoju telewizorni – Eurowizję wygrała sympatyczna piosenka (choć na zajawkach brzmiała jak Heidi goes to Hollywod czy inny Tyrol), więc weekend uważam za prawdziwie udany.

Z innych rzeczy: Premierę “Gotuj” będę świętować w Warszawie w Empiku Megastore Junior dokładnie 05.06. Mam nadzieję, że nie będę tam siedział sam, bo Empik zwykle zapewnia ciastka, a ja i tak ostatnio sporo przytyłem. Jak gadam, to się przynajmniej nie objadam.
Wcześniej natomiast, bo już w przyszłą środę pojawię się w Muzeum Hansa Klossa w Katowicach. Od dnia otwarcia szykuję się, by wreszcie tam trafić, ale że na trzecie mam Chaos (a na czwarte, piąte, szóste i siódme kolejno NIe, Chce, Mi i Się) to jakoś jeszcze nie miałem okazji. Podobno, tak mówi pogłoska, każdy uprawniony do tego dowodem osobistym dostanie piwo gratis. Jak dla mnie brzmi zachęcająco.

A tu macie ową eurowizyjną piosenkę:

Tyle.

Zawód pisarz

maj
11

Tak się ostatnio zastanawiałem i chyba mogę już spokojnie powiedzieć o sobie, że jestem zawodowym pisarzem. Sprawy związane z pisaniem stanowią lwią część moich dochodów, w kilku, a może kilkunastu księgarniach doczekałem się własnej półki. Plany też – zarówno te najbliższe jak i bardziej odległe – wiążę z pisaniem. Tak, chyba już nadeszła wiekopomna chwila.
Znacie ten dowcip o małym murzynku co wpadł do mąki, a potem chodzi po rodzinie i chwali się, że jest biały? Po tym jak nikt nie zwraca na niego uwagi, rozgoryczony mały stwierdza wreszcie “Od godziny jestem biały, a już mnie te pieprzone czarnuchy wkurwiają.” I chyba mam ostatnio coś podobnego z moim byciem pisarzem. Ledwie nim zostałem, już drażni mnie podejście ludzi do tego zawodu. Ja to chyba jednak strasznie nerwowy jestem.
Ale może w punktach, tak będzie fajniej:

1) Pytanie, które jako dzieciaka drażniło mnie najbardziej brzmiało ” No i co tam w szkole?”. Zadawał je każdy niemal dorosły, gdy okoliczności typu winda, kolejka etc. zmusiły go do stania ze mną w jednym miejscu. Od zawsze chyba wiedziałem, że to pytanie wypełniacz, że pytającego nie obchodzi odpowiedź i tylko wypełnia ciszę. Wiedziałem też, że prawidłową odpowiedzią jest “wszystko dobrze”. Wtedy padało coś w stylu “same piątki” i odpowiedź “no prawie, ale się staram”. Słowa, słowa, słowa… jak powiedziałby Hamlet. Pieprzenie, pieprzenie, pieprzenie… jak mówiłem sobie wtedy i dzisiaj ja.
Gdy już przestałem wyglądać jak uczeń, owo “co tam w szkole” skróciło się do samego “co tam?”. W tym jednak przodowali już kumple, którym można było powiedzieć, że to głupie zagajanie i zaraz potem jakoś wejść na normalne tematy. Tu nie zgrzytało aż tak. I tak to szło do czasu, gdy zostałem pisarzem.
Teraz każdy, kto tylko słyszy cokolwiek na temat mojego zawodu czuje się zobligowany do zadania kretyno-pytania “I jak? Piszesz coś teraz?”. Samo w sobie pytanie jest niezłe i dające spore możliwości w kwestii odpowiedzi. Pod warunkiem oczywiście, że człowiek przymknie oczy na fakt, że pytający w dziewięćdziesięciu procentach nie słucha. Ma w dupie, bo zagaił, rozpoczął rozmowę. Wykonał towarzyski obowiązek. Zastanawiam się czy też nie powinienem zacząć w ten sposób. Może będę zagadywał do znajomych ginekologów: “Hej, zaglądałeś dziś w jakąś pochwę?” albo do księgowych “Zliczyłeś dziś jakieś słupki?”. A może po prostu zacznę pisać powieść o ludziach umierających od ciosu siekierą po tym jak zadają pisarzowi głupkowate pytania? Będę tą książkę pisał latami wyłącznie po to, by służyła mi za odpowiedź na pytanie “I jak tam? Piszesz coś?”.

2) Pisząc często zdarza mi się robić przerwy po napisaniu podrozdziału, a to, żeby zrobić herbatę, albo żeby rozprostować kości, przejść się czy obejrzeć kawałek serialu. To pomaga odprężyć umysł, zebrać siły, by nie pracować ciągiem. Cóż, taka metoda. Może nie najefektowniejsza, ale w moim przypadku jakoś się sprawdza. Po prostu korzystam z terminu “nienormowany czas pracy” w pełni.
Problem polega na tym, że aby to o czym piszę, owo odprężenie, mogło zadziałać to JA muszę wyznaczyć sobie ową przerwę. Tymczasem zwykle jest zupełnie odwrotnie. No bo, kurcze, skoro siedzę na dupie i tylko piszę, to przecież mogę się oderwać żeby … i tu lista. Każdy czegoś chce, każdy stwierdza, że przecież on musi być w pracy, ale ja, wolny duch, mogę się przecież odrobinkę poświęcić dla dobra społecznego. W klawisze postukam sobie później. Nie chce mi się już nawet liczyć ile razy naraziłem się na obrazę majestatu tego czy owego odmawiając, albo wprost mówiąc “nie mam teraz czasu, pracuję”. Co z resztą gładko prowadzi nas do punktu trzeciego.

3) Piszę. zarabiam tym na życie. I to wszyscy wkoło rozumieją. Gorzej, że nie rozumieją co właściwie piszę i jak w związku z tym zarabiam. Każdy szuka u mnie pomocy podczas pisania podań, prac etc. “Co to za różnica?” pytają “Pisanie to pisanie”. No oczywiście. Tak jak leczenie psa i człowieka to przecież żadna różnica. Jak budowanie łodzi i wieżowców – w końcu budowanie to budowanie, prawda? No nie, jakoś, kurna nie trafia.

4) A w całym pisarskim zawodzie najzabawniejsze jest chyba to jak ludzie szczycą się tym, że nie czytają moich książek, w życiu o mnie nie słyszeli, albo, że piszę zupełnie nie dla nich. Nie wiem co mają oznaczać uśmiechy, gdy mówią, że nie kojarzą mojego nazwiska, ale to może dlatego, że oni nie czytają fantastyki itd. Oczywiście odpowiedzią, której dość często (za często zdaniem niektórych) używam jest zdanie: Nie przejmuj się, ja też nie mam pojęcia kim jesteś.
Raz zdarzyło mi się to nawet w bardziej radykalnej formie. Usłyszałem mianowicie, że mój rozmówca, z zawodu technik dentystyczny kojarzy co nieco z fantastyki, czytał Sapkowskiego, Pilipiuka i Dukaja, ale o mnie to jeszcze nie słyszał więc pewnie jestem początkujący.
Odpowiedziałem: Wiesz, mnie też zdarzało się leczyć zęby i spotkałem już wielu doktorów i techników, ale ciebie jakoś nigdy. Rozumiem, że dopiero zaczynasz?
No dobra, facet był pod czterdziestkę, ale i tak nie uważam, bym to ja był bardziej bezczelny niż on. Nie uznaję prawa do szacunku li tylko z racji wieku, więc kopnęliśmy się po równo.

Jest tego oczywiście dużo więcej, ale powyższe drażnią chyba najbardziej. Ilekroć więc, kochani, będziecie się pieklić, że kolejna książka się opóźnia, zamiast krzyczeć na autora, pomyślcie o tym co ten utaplany w mące biedak musi przeżyć. Albo zwyczajnie potraktujcie to co powyżej jako chrzanienie wynikające z moich własnych opóźnień. Na kogoś musiałem je przecież zwalić.

A tu poniżej zamieszczam zdjęcia otrzymane od Tesski. Mnie rozbawiły, więc mam nadzieję, że i Wam się spodobają. Brawo, Tessko, dobra robota!