O jeden klaps za daleko (?)
wrz28
I tak się to, kurwa, robi!!
Niech się uczą oszołomy od “Strasznych filmów”, “Superhero”, “Poznaj moich spartan” i wszystkich tych zapakowanych w celuloid hollywoodzkich odchodów. Panowie ze spółki ZAZ – mieliście kiedyś parę zabawnych wejść, ale najwyraźniej dawno już zapomnieliście o co chodzi. Na szczęście pojawił się ktoś, kto o tym przypomniał. Ku uciesze tłumu.
“Trophic Thunder” (U nas przetłumaczone arcydebilnie na “Jaja w tropikach”) to film, o którym już na tym blogu wspominałem. O ile sobie przypominam, było to przy okazji wpisu o Tenacious D i Jacku Blacku – pokazywałem nawet trailer, ciesząc się na duet Black, Downey jr i ogólnie na parodię filmów o Wietnamie. Jedyne zastrzeżenie – i to również pamiętam doskonale – miałem do Bena Stillera, którego generalnie nie lubię, uważam, że jest głupim kurduplem bez krztyny aktorskiego czy choćby tylko komicznego talentu. A raczej uważałem. Po tym co widziałem wczoraj, gotów jestem jechać do Stanów i przepraszać Stillera z laurką w łapie. Ten facet, kiedy chce to absosmerfny mistrz komedii.
No ale po kolei.
“Trophic thunder” to film o kręceniu filmu. Głównymi bohaterami są aktorzy: Zdobywca kilku oscarów, mistrz ról trudnych i ambitnych (Downey jr) komik z głupawych amerykańskich seryjniaków, a do tego narkoman (Black) i gasnąca gwiazda filmów akcji (Stiller). Wszyscy oni spotykają się pewnego razu na planie adaptacji “Tropic thunder” – bestselleru autorstwa bohatera wojennego Four Leafa Taybacka (Nolte).
Film, na który wyłożył pieniądze finansowy gigant Les Grossman (panie i panowie, ukłony i oklaski dla Toma Cruise’a) , zaplanowano jako największe wydarzenie w historii kina wojennego. Jak to jednak czasem bywa, gdy gwiazdy ułożą się w niewłaściwym porządku (na przykład za blisko siebie) dość szybko wszystko zaczyna się sypać.
Zdesperowany reżyser debiutant (Coogan), za namową Taybacka, decyduje się na nowatorską metodę kręcenia i wysyła swoich aktorów do dżungli, dając mapę i zbiór wskazówek. Ma nadzieję, że z dala od planu, przyczep z klimatyzacją, agentów i lodówek z napojami, aktorzy wreszcie zbiorą się do kupy i skręcą dla niego arcydzieło. Los jednak chce inaczej…
Można powiedzieć, że znamy już ten schemat. Grupa aktorów wzięta za swoje postaci, zostaje władowana w rzeczywistość rodem z filmu. Jeśli pamiętacie znakomity “Galaxy quest”, wiecie o czym mówię. Szczerze mówiąc, wybierając się na “Tropic thunder” strasznie się bałem, że oba filmy pójdą w podobnym kierunku i dostaniemy teraz tylko starą brykę po lekkim tunningu. A z “Galaxy quest” doprawdy trudno się równać…
Na szczęście dla siebie i dla widzów, Stiller (będący również reżyserem filmu) miał zupełnie inny pomysł. Dzięki temu dostajemy absolutnie bezkompromisowy, inteligentny, przezabawny, a chwilami cudownie obrzydliwy i niesmaczny film. Scenariusz, pełen mniej lub bardziej dyskretnych nawiązań, to absolutna perełka, dialogi – także te nawiązujące do innych obrazów – mistrzowskie, a obsada? Raaaany! W tym filmie nie ma złych ról. Cholera, trudno znaleźć chociażby przeciętną!
Robert Downey jr jako odpowiednik Russela Crowe (Australijczyk pracujący metodą Stanisławskiego, do tego skandalista i zadymiarz? Tu nie może być mowy o nikim innym) sprawdza się znakomicie. A dodajmy, że zadanie ma podwójnie utrudnione, bo ma zagrać Australijczyka, który dobrze i przekonująco gra murzyna. To co ten facet wyprawia z własną twarzą i akcentem, to sam miód.
Jack Black w roli Eddiego Murphy’ego na odwyku (że o tego właśnie amerykańskiego komika chodzi, widzimy chociażby w scenie, gdy pojawia się po raz pierwszy – trailerze filmu, gdzie Black gra całą swoją rodzinę), choć gra typowo dla siebie, dodaje parę mocnych i pikantnych smaczków, z których przecież słynie.
Natomiast Stiller parodiujący w tym filmie Toma Cruise’a (nie powiem skąd wiem, że chodzi o Cruise’a – sami zobaczycie) wspiął się nie tylko na wyżyny własnego aktorstwa, ale i na plecy kolegów. Nie dość, że potrafi twarzą zagrać parodiowanego aktora, to jeszcze w każdej scenie błyszczy jak prawdziwa gwiazda. No WOW!
W ogóle to Cruise w tym filmie sparodiowany został dwukrotnie. Raz właśnie przez Stillera, a w drugim przypadku przez Nicka Nolty ( Wszak Four Leaf to starszy i zabawniejszy odpowiednik bohatera Cruisa z “Urodzonego czwartego lipca”) Żarty z Toma są, dodajmy, dość bezpośrednie i okrutne. W sam raz, by aktor się obraził i już nigdy nie odezwał do nikogo z filmowej ekipy.
A co robi w tym przypadku Cruise? Pokazuje, że jeśli sprawa nie dotyczy scjentologii, potrafi mieć do siebie taki dystans, że ho ho. Nie tylko zdecydował się zagrać w tym filmie, ale i zgodził się… zresztą zobaczcie sami. Rozłoży was na łopatki.
Film z całą pewnością ma jakieś wady, ale mam zupełnie gdzieś jakie i w których momentach. O taką filmową parodię prosiłem od lat – o film dorównujący “Galaxy quest” i dystansujący wszystkie inne filmy z gatunku o kilka długości.
Takie obrazy jak “Tropic thunder” pozwalają mi uwierzyć, że jest jeszcze w Hollywood ktoś, kto nie uważa, że wszyscy widzowie parodii to kretyni, którym trzeba zaserwować te same dowcipy w nowych kostiumach. Ktoś, kto potrafi zrealizować dobrą i inteligentną komedię w znakomitej obsadzie i z cudownymi zdjęciami…
I kto by pomyślał, że tym kimś okaże się Ben Stiller? Słowo daję, nic mnie już chyba nie zdziwi!
Aha, w ramach PS pozwolę sobie dodać, że film obejrzałem wczoraj wieczorem po opuszczeniu miłej kameralnej imprezki o nazwie “Inne sfery” (jednodniowy konwent wrocławski). Mimo tego, że dotarcie na miejsce do łatwych nie należało (bez pomocy pewnie przyszłoby nam pobłądzić), cieszę się, że tam byłem, bo bawiłem się przednio. No i naprawdę polubiłem grę w Munchkina!
Aha po raz drugi, wielkie dzięki dla kolegi, którego imienia nie pamiętam, a który doprowadził nas na czas na teren konwentu, jak również dla Uldora i Maćka, którzy zajęli się nami w drodze powrotnej. Wielkie dzięki, panowie – pozostaję Waszym dłużnikiem.
