Archiwum miesiąca Wrzesień 2008

O jeden klaps za daleko (?)

wrz
28

I tak się to, kurwa, robi!!
Niech się uczą oszołomy od “Strasznych filmów”, “Superhero”, “Poznaj moich spartan” i wszystkich tych zapakowanych w celuloid hollywoodzkich odchodów. Panowie ze spółki ZAZ – mieliście kiedyś parę zabawnych wejść, ale najwyraźniej dawno już zapomnieliście o co chodzi. Na szczęście pojawił się ktoś, kto o tym przypomniał. Ku uciesze tłumu.
“Trophic Thunder” (U nas przetłumaczone arcydebilnie na “Jaja w tropikach”) to film, o którym już na tym blogu wspominałem. O ile sobie przypominam, było to przy okazji wpisu o Tenacious D i Jacku Blacku – pokazywałem nawet trailer, ciesząc się na duet Black, Downey jr i ogólnie na parodię filmów o Wietnamie. Jedyne zastrzeżenie – i to również pamiętam doskonale – miałem do Bena Stillera, którego generalnie nie lubię, uważam, że jest głupim kurduplem bez krztyny aktorskiego czy choćby tylko komicznego talentu. A raczej uważałem. Po tym co widziałem wczoraj, gotów jestem jechać do Stanów i przepraszać Stillera z laurką w łapie. Ten facet, kiedy chce to absosmerfny mistrz komedii.
No ale po kolei.
“Trophic thunder” to film o kręceniu filmu. Głównymi bohaterami są aktorzy: Zdobywca kilku oscarów, mistrz ról trudnych i ambitnych (Downey jr) komik z głupawych amerykańskich seryjniaków, a do tego narkoman (Black) i gasnąca gwiazda filmów akcji (Stiller). Wszyscy oni spotykają się pewnego razu na planie adaptacji “Tropic thunder” – bestselleru autorstwa bohatera wojennego Four Leafa Taybacka (Nolte).
Film, na który wyłożył pieniądze finansowy gigant Les Grossman (panie i panowie, ukłony i oklaski dla Toma Cruise’a) , zaplanowano jako największe wydarzenie w historii kina wojennego. Jak to jednak czasem bywa, gdy gwiazdy ułożą się w niewłaściwym porządku (na przykład za blisko siebie) dość szybko wszystko zaczyna się sypać.
Zdesperowany reżyser debiutant (Coogan), za namową Taybacka, decyduje się na nowatorską metodę kręcenia i wysyła swoich aktorów do dżungli, dając mapę i zbiór wskazówek. Ma nadzieję, że z dala od planu, przyczep z klimatyzacją, agentów i lodówek z napojami, aktorzy wreszcie zbiorą się do kupy i skręcą dla niego arcydzieło. Los jednak chce inaczej…
Można powiedzieć, że znamy już ten schemat. Grupa aktorów wzięta za swoje postaci, zostaje władowana w rzeczywistość rodem z filmu. Jeśli pamiętacie znakomity “Galaxy quest”, wiecie o czym mówię. Szczerze mówiąc, wybierając się na “Tropic thunder” strasznie się bałem, że oba filmy pójdą w podobnym kierunku i dostaniemy teraz tylko starą brykę po lekkim tunningu. A z “Galaxy quest” doprawdy trudno się równać…
Na szczęście dla siebie i dla widzów, Stiller (będący również reżyserem filmu) miał zupełnie inny pomysł. Dzięki temu dostajemy absolutnie bezkompromisowy, inteligentny, przezabawny, a chwilami cudownie obrzydliwy i niesmaczny film. Scenariusz, pełen mniej lub bardziej dyskretnych nawiązań, to absolutna perełka, dialogi – także te nawiązujące do innych obrazów – mistrzowskie, a obsada? Raaaany! W tym filmie nie ma złych ról. Cholera, trudno znaleźć chociażby przeciętną!
Robert Downey jr jako odpowiednik Russela Crowe (Australijczyk pracujący metodą Stanisławskiego, do tego skandalista i zadymiarz? Tu nie może być mowy o nikim innym) sprawdza się znakomicie. A dodajmy, że zadanie ma podwójnie utrudnione, bo ma zagrać Australijczyka, który dobrze i przekonująco gra murzyna. To co ten facet wyprawia z własną twarzą i akcentem, to sam miód.
Jack Black w roli Eddiego Murphy’ego na odwyku (że o tego właśnie amerykańskiego komika chodzi, widzimy chociażby w scenie, gdy pojawia się po raz pierwszy – trailerze filmu, gdzie Black gra całą swoją rodzinę), choć gra typowo dla siebie, dodaje parę mocnych i pikantnych smaczków, z których przecież słynie.
Natomiast Stiller parodiujący w tym filmie Toma Cruise’a (nie powiem skąd wiem, że chodzi o Cruise’a – sami zobaczycie) wspiął się nie tylko na wyżyny własnego aktorstwa, ale i na plecy kolegów. Nie dość, że potrafi twarzą zagrać parodiowanego aktora, to jeszcze w każdej scenie błyszczy jak prawdziwa gwiazda. No WOW!
W ogóle to Cruise w tym filmie sparodiowany został dwukrotnie. Raz właśnie przez Stillera, a w drugim przypadku przez Nicka Nolty ( Wszak Four Leaf to starszy i zabawniejszy odpowiednik bohatera Cruisa z “Urodzonego czwartego lipca”) Żarty z Toma są, dodajmy, dość bezpośrednie i okrutne. W sam raz, by aktor się obraził i już nigdy nie odezwał do nikogo z filmowej ekipy.
A co robi w tym przypadku Cruise? Pokazuje, że jeśli sprawa nie dotyczy scjentologii, potrafi mieć do siebie taki dystans, że ho ho. Nie tylko zdecydował się zagrać w tym filmie, ale i zgodził się… zresztą zobaczcie sami. Rozłoży was na łopatki.
Film z całą pewnością ma jakieś wady, ale mam zupełnie gdzieś jakie i w których momentach. O taką filmową parodię prosiłem od lat – o film dorównujący “Galaxy quest” i dystansujący wszystkie inne filmy z gatunku o kilka długości.
Takie obrazy jak “Tropic thunder” pozwalają mi uwierzyć, że jest jeszcze w Hollywood ktoś, kto nie uważa, że wszyscy widzowie parodii to kretyni, którym trzeba zaserwować te same dowcipy w nowych kostiumach. Ktoś, kto potrafi zrealizować dobrą i inteligentną komedię w znakomitej obsadzie i z cudownymi zdjęciami…
I kto by pomyślał, że tym kimś okaże się Ben Stiller? Słowo daję, nic mnie już chyba nie zdziwi!

Aha, w ramach PS pozwolę sobie dodać, że film obejrzałem wczoraj wieczorem po opuszczeniu miłej kameralnej imprezki o nazwie “Inne sfery” (jednodniowy konwent wrocławski). Mimo tego, że dotarcie na miejsce do łatwych nie należało (bez pomocy pewnie przyszłoby nam pobłądzić), cieszę się, że tam byłem, bo bawiłem się przednio. No i naprawdę polubiłem grę w Munchkina!

Aha po raz drugi, wielkie dzięki dla kolegi, którego imienia nie pamiętam, a który doprowadził nas na czas na teren konwentu, jak również dla Uldora i Maćka, którzy zajęli się nami w drodze powrotnej. Wielkie dzięki, panowie – pozostaję Waszym dłużnikiem.

Dziewięć i pół… muzy

wrz
25

I znowu przesadziłem. Zamiast docenić i ładnie podziękować MRW (za reklamę mojego bloga w miejscu, które odwiedzają ludzie), zabrałem się do polemiki. Szczęśliwie skończyło się na łagodnym skarceniu mnie i sprytnej zmianie tematu, by zgrabniej moje uchybienie zamaskować. I jak tu, powiedzcie, nie lubić tego człowieka?
No dobrze, zostawmy zatem na chwilę Batmana i pogadajmy… o Muzach.
Story znacie. Był sobie Apollo i miał podopieczne, a każda z nich opiekowała się inną gałęzią sztuki. Po latach doszła im jeszcze siostra, którą nazwano CINEMA – w przeciwieństwie do pozostałych, ubranych klasycznie, ta ma na sobie suknię a’la Marilyn Monroe ze “Słomianego wdowca” i szarfę z celuloidu. Wszystkie są piękne jak marzenia o sławie i bogactwie. Rozpieszczone natomiast jak spełnienie tych marzeń…
Są tacy – a jest ich wielu – którzy mylą muzy z dawczyniami natchnienia. Ot siedzi sobie dajmy na to pisarz, stuka w klawisze, a tu podchodzi Muza, fiuu mu proszkiem wróżki między oczy i lataj kolego! Wzbij się na wyżyny zarezerwowane dla Vonnegutów, Dostojewskich i Wilde’ów!
Przyznaję, wizja całkiem miła, ale mam wrażenie, że jest jednak troszkę inaczej… I, wbrew pozorom, dla takiego artysty lepiej.
Otóż Muzy, przyjmując różne ciała, przeskakując sobie z epoki w epokę jakby grały w gumę i dzieląc swoją opiekuńczą duszę na miliony kawałeczków (tak, by dla każdego autorzyny, poety, muzyka i innych takich starczyło) wciąż pełnią przede wszystkim rolę opiekunek.
A działa to mniej więcej tak. Mamy tego naszego pisarzynę, a na nim rozkwitający na czubku jego głowy pomysł. Mówicie o natchnieniu? No to właśnie je macie. Samo przyleciało, jak te samosiejki z pola. Nie trzeba było ani żadnej muzy, ani nic.
Ale to oczywiście dopiero początek całego procesu. Bo siedzi sobie ten pisarz z pomysłem jak paprotką i się zamartwia: A czy to na pewno jest dobre? Czy umiem to opowiedzieć? Czy nie powtarzam w kółko tych samych historii? I tak w kółko – w końcu zamiast pisać popada w paluszko, chipso, alko czy inny holizm. Niemoc twórcza drugiego stopnia. I wtedy właśnie przydaje się Muza. To taki ktoś kto przychodzi i z całą świadomością tego co mówi, rzuci: Hej, o czym tak myślisz? Opowiedz.
Kiedy siedzę na spotkaniach autorskich i słyszę pytania ludzi, często mam wrażenie, że wielu jest takich, którzy sporo by oddali za siedzenie z autorem przez większość dnia, a potem zczytywali im słowa jeszcze z monitora. Znaczy tak im się wydaje. Myślę sobie wtedy: długo byście kochani nie wytrzymali. Bo to wcale nie jest takie fajne.
Potrzeba Muzy, by wytrzymać z autorem. By tracić raz na zawsze przyjemność czytania jego opowiadań, bo przecież zdążył już opowiedzieć trzy wersje, sprawdzając jaka będzie najlepsza. By cierpieć wraz z nim złe i głupie recenzje i niezależnie od własnego nastroju chłonąć euforię, gdy coś mu się uda. Wreszcie, by zdać sobie sprawę, że można tygodniami widzieć go wyłącznie po godzinę, dwie. Bo przecież ma wenę czy coś tam.
I odwrotnie też, autor wytrzymać może wyłącznie z Muzą. Taką, która wie, że to co robi to praca i nie wysyła go na zakupy, gdy pisze, bo przecież “nic nie robisz tylko stukasz w klawisze, to przecież możesz mieć pięć minut przerwy”. Muza nie każe autorowi nałożyć słuchawek “bo przecież sąsiedzi” i liczy się z tym, że czasem trzeba przymierać głodem, by potem ni stąd ni zowąd było skąd wziąć na wycieczkę na Hawaje.
Trudno o takie stworzenia jak Muzy. Pisarzy jest za to na pęczki. Więc kochani, gdy się wam trafi taka bogini (ewentualnie bożek, jak tam chcecie) dbajcie o nią (niego). A ona (on) zadba o Was i waszą paprotkę z pomysłami.