Archiwum miesiąca Maj 2008

Zaplanuj to jeszcze raz, Sam :)

maj
27

Nie jest już żadną tajemnicą, że robimy Eurocon 2010. My to znaczy Polacy, do spółki z Czechami i Słowakami. My, czyli konkretniej w przypadku strony polskiej, Śląski Klub Fantastyki. Impreza odbędzie się w Cieszynie i – na co mamy nadzieję – znakomicie wkomponuje się w obchody 1200 lecia tego przedzielonego granicą państw miasta.
Za wcześnie oczywiście, by podawać jakiekolwiek szczegóły, a nawet gdyby było inaczej, to jakiś tam blog niekoniecznie jest po temu właściwym miejscem. Może zatem skupię się raczej na pewnych rozważaniach związanych z imprezą i tym z czym się ona wiąże.
Od kiedy na poważnie zabrałem się za pisanie, ciągle gonią mnie terminy. Niekoniecznie te narzucone przez wydawnictwo (choć czasem się zdarzają), ale po wielokroć takie jakie nakładam sobie sam. Gonią, dodajmy i doganiają a nawet dublują na następnym okrążeniu, bo – wstyd się przyznać – jestem chyba najmniej systematycznym człowiekiem świata, a do tego pazernym jeśli chodzi o owoce własnej ambicji. Chcę mieć wszystko o czym marzę, już, natychmiast, albo przynajmniej ASAP.
Myślałem, że rozwiązaniem będzie jako takie zaplanowanie pracy, ale zaowocowało to jedynie tym, że wiem co będę jako pisarz robił do jesieni 2009. Sądzicie, że coś mi to dało? Znaczy prócz obawy, że jak znowu wpadnie coś fajnego po drodze, to będzie jak z domkiem pierwszej świnki? Jeśli tak właśnie uważacie, to wyprowadzam z błędu. Prócz rzeczonych obaw, planowanie nie dało mi nic.
I teraz nagle, wyobraźcie sobie, dowiaduję się co będę robił przez pierwsze osiem miesięcy 2010. Więcej nawet. Dostaję silny przekaz, że skoro przez te prawie trzy kwartały zajmować się będę niemal wyłącznie działalnością fanowską, to już teraz przyjdzie mi na to poodkładać. Trzeba założyć jakieś czarnogodzinowe konto, porobić sobie zdjęć, by dzieci nie zapomniały jak wygląda tatuś, spisać testament… jak się tak zastanowić, to wszystko są plany, z których nie wywiązanie się, położy się cieniem nie tylko na mnie, ale i na masie innych ludzi. Brr, odpowiedzialność.
Z drugiej jednak strony mam przykłady jak się to robi. Opowiadałem Wam już o Eli i PWCu, wypadałoby wspomnieć i o Szamanie, a także wielu innych, którzy złożyli już niejedną godzinę na ołtarzu ofiarnym Fandomu. Pociesza świadomość, że człowiek zabierający się do imprezy jako pełen euforii, ale i obaw amator, ma przy sobie prawdziwych wymiataczy. To jak wyjście na zadymę z Terminatorem – człowiek się oczywiście zmęczy, ale ma świadomość, że w zasadzie to co robił, to było tylko dobijanie ocalałych po metalowym koledze.
Tylko to planowanie…ech… wciąż nie mogę się przekonać.
Zawsze chciałem żyć tak, by patrząc w przyszłość widzieć jedynie – uwaga, rośnie stężenie górnolotności – miłość, przyjaciół i marzenia do spełnienia. Żadnych konkretów. Teraz, gdy ktoś chce się ze mną umówić na piwo, mam rewolucję w kalendarzyku. Eurocon, myślę, sprawi, że nawet na te rewolucje nie będzie już miejsca. Ale co tam, za to jaka będzie wypaśna impreza!

——–

Aha, w ramach ciekawostki. Na stronie Fabryki Słów pojawiły się dwa fragmenty z “Ciemność płonie”. I od razu zaznaczę – według moich pomiarów od McDonalda do dworca są cztery kroki więcej(przeczytacie fragmenty, dowiecie się o czym mówię), ale nie mogłem się powstrzymać i nie nawiązać choć kawałeczkiem do opowiadania Pilipiuka :)

PS. A jutro o najlepszej kapeli świata. A właściwie… zresztą nie. Przeczytacie sobie sami.

Matematycznie czyli o U(ł)AMkach

maj
26

Zacznę dziś od kolokwialnego truizmu. Przyjaźń to zajebista sprawa. Nie ma chyba nic wspanialszego niż odkrywanie w obcych ludziach kawałka samego siebie, który pęcznieje, rozrasta się i dostosowuje do nowej formy w jaką go wpasowano. A co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że czasem, by machina ruszyła wystarczy pierdoła. Ot na przykład kilka osób orientuje się nagle, że lubi książki jednego pisarza i zakładają forum.
O mojej wielkiej i odwzajemnionej miłości do Śląskiego Klubu Fantastyki pisać już chyba nie muszę. Kto mnie zna, to wie, że długo błądziłem snując się od jednej organizacji do drugiej, od idei do idei, od jednego subświata do drugiego, aż wreszcie trafiłem na swój własny mały Olimp (wiem, szastam tym porównaniem, ale cóż poradzę :) ).
I teraz, z perspektywy człowieka, który wie już na co patrzeć szukając, stwierdzam, że właśnie mam przyjemność oglądać jak tworzy się podobny, choć mniejszy i bardziej wyspecjalizowany twór. Grupa ludzi połączona sympatią do twórczości Terry’ego Pratchetta, członkowie forum Ulice Ankh Morpork. Słowem UAMki.
Właśnie wróciłem z kolejnego, czwartego już zjazdu rzeczonego forum, który zgodnie z tradycją odbył się w siedzibie ŚKFu. Bawiłem się jak zwykle cudownie, nazbierałem pakiet anegdotek na smutne dni i w ogóle same plusy. Słowo daję, czasami aż trudno uwierzyć, że człowiek widzi tych ludzi ledwie raz, dwa razy w roku – swym entuzjazmem ładują akumulatory jak zjazd rodzinny ( Oczywiście nie taki zwyczajny, stereotypowy jak przy obiadku u Młynarskiego. To zjazd bez babci z krępującymi zdjęciami z wieku niemowlęcego, za to pełen nie widzianych od wieków arcyciekawych kuzynów.). Kto wie, może to Pratchett, obecny duchem na każdym spotkaniu, opętuje każdego z nich osobna? U Kinga, pamiętam, siły nadprzyrodzone manifestowały się zapachem pomarańczy. Na zjeździe z kolei, w powietrzu stale unosił się zapach bzu. Nie wiecie dlaczego ma to znaczenie? Nie nosicie bzu w klapie na dwudziestego piątego maja? Och, to wyraźny znak, że Was tam nie było (nie, nie na zjeździe… TAM). A co gorsza, że nie czytaliście też pratchettowskiej “Nocnej straży”. To ostatnie nadróbcie jak najszybciej… i to nie tylko po to, by zrozumieć powyższe zdania. :)
Nie będę wam opowiadał zjazdowych szczegółów, bo to zagranie z gatunku zapraszania znajomych, by obejrzeli nasze zdjęcia z wakacji. Nawet najlepsi pisarze nie potrafią nigdy całkowicie oddać atmosfery złożonych, emocjonujących wydarzeń, a mnie przecież do najlepszych daleko – tylko bym wszystko umniejszył. Powiem Wam jednak, że warto było tam być. I – żaden tam ze mnie Nostradamus – warto będzie być na następnych. A żeby tam się znaleźć, wystarczy trafić na forum, rozsiąść się wygodnie i wziąć do łapki podany przez starych wyjadaczy kufelek. Albo mieć tyle szczęścia co ja, który nigdy się na zapisanie tam nie zdobyłem. Nie chciał Mahomet do Góry…:)

——-

Ten weekend obfitował również w wiele innych wspaniałych wydarzeń, ale… cóż, dzielić się będę wyłącznie niektórymi, bo to nie telenowela przecież :) Skupię się zatem na tym, co może być interesujące dla każdego.
Obejrzałem mianowicie nowego Indianę Jonesa, którego nie zdołała zepsuć nawet fatalna końcówka (czy też raczej le grand finale, bo sama końcówka jest miodzio). Ludzie! Masowo tłuczmy się w piersi my, którzy obawialiśmy się o Harrisona Forda, że jest za stary do roli. Tłuczmy się! Niech zadudni! Bo jeśli ten pan ma grać dalej jak tutaj, to z przyjemnością zobaczę piątą, szóstą, a nawet dziesiątą część serii. Byle scenarzysta przestał się bawić w nowe trendy i wzorować na teoriach człowieka, którego książek nie chcą już nawet w antykwariatach (nie podam nazwiska, bo to byłby spory spoiler).
Nie chcąc się jakoś specjalnie rozpisywać:
Kochani! Świst bata, uśmiech Forda, najcudowniejszy motyw muzyczny wszech czasów i przygoda, przygoda, przygoda. Czy trzeba nam czegoś więcej? Indy wrócił!