Sam jestem winien pierwszemu rozczarowaniu. Za dużo “Entourage” we krwi, za dużo gali widzianych na E! – to nie mogło się dobrze skończyć. Pierwsza impreza z polskimi celebrytami po czymś takim jest trochę jak pierwszy seks po tysiącach pornoli z gimnastyczkami – myśli człowiek: “fajnie, ale gdzie te mostki, szpagaty i zwis z żyrandola?”. Innymi słowy możesz obejrzeć balet na żywo, ale czy przebije to Barysznikowa z telewizji? Śmiem wątpić.
No ale dość smętów i wprowadzeń – zwłaszcza, że, pomijając wspomniane pierwsze wrażenie, gala dała radę. Było – że znowu się zapożyczę u blogowego guru, Radka Teklaka – w pytę!
W dzisiejszym odcinku główne role odegrają: towarzysząca mi Patti, Iza z Juchasem oraz – jakżeby inaczej – Wierzba i Świtał. Jeśli jest wśród czytających te notki choć jedna osoba, która ma wątpliwości co do zajebistości rzeczonych ziomków – dzisiaj, mam nadzieje, rozwiejemy je wspólnie z siłą Katariny czy innego Iwana!
W pozostałych rolach wystąpią – a jakże! – Jego Zajebistość Juri, Maciek zwany Panem Koszulką, finaliści konkursu Facebooka, a także w maleńkich, ale jakże miłych dla oka epizodach nasza uberAga, śliczne blond dziewczę, które pamiętam z castingu, ale wstyd się przyznać, zapomniałem imienia oraz, last but not least Magda królowa aparatu. Jej małżonek Adam też był – elegancki jak smoking Seana Connery i profesjonalny jak krawiec, który go uszył – ale jego z powodu kulturowo-genetycznych blokad niekoniecznie określę go mianem miłego dla oka w tym samym kontekście, dobrze? Choć panie znalazłyby w jego osobie niewątpliwe powody do mruczenia.
Impreza miała się zacząć koło 21. Zbiórka pod hotelem o 20.30, Pan Koszulka czuwa nad wszystkimi jako ten starosta na weselu, Jego Zajebistość Juri pragnie wiedzieć czy jest zajebiście, a wszyscy podekscytowani tym co zaraz ma się wydarzyć. Znaczy tak to sobie tylko wyobrażam, bo wraz z Patti dotarliśmy na wyznaczone miejsce stanowczo nie-na-czas. Zdołaliśmy się tylko przywitać, umówić na wielkie do-zo na miejscu i odebrać pamiątkową flaszkę. Tę samą, którą część z Was pomagała osuszyć na Dniach Fantastyki kilka dni później.
Na umówione miejsce dotarliśmy taksówką. Sama podróż to w ogóle historyjka na osobną notkę – taksiarz szukał drogi na podstawie naszej mapki zamieszczonej na zaproszeniu, trzy razy przejechaliśmy właściwą ulicę zanim zorientowaliśmy się, że skręca i widzie także w drugą stronę i tym podobne. Ostatecznie, na miejscu ustaliśmy mały, nieformalny kompromis – dostaliśmy ogromniastą zniżkę, ale za to w drogę powrotną on i tylko on, już na nocnej taryfie…
Ugadani, ustawieni, pożegnani wysiadamy a tu… magazyn. Wielki, rozświetlony – i pomalowany na różowo jakby składowano w nim wyłącznie pluszowe kucyki – kontener na celebrytów. Napis “Studio Tęcza” utwierdzał w przekonaniu, że to właściwa lokacja. Podobnie jak roje taksówek.
Wejście nieco z tyłu, więc brniemy klucząc między świeżutkimi kałużami i do kolejki. A tam pospołu jak zwierzęta do Arki, znani i nieznani, akredytowani i na zaproszenia, mężczyźni i kobiety. No dobra, tu się trochę dualizm wykłada, bo były też osoby, które ciężko było płciowo sklasyfikować. Ale rozumiecie do czego zmierzam.
Stoimy więc sobie w kolejeczce, deszczyk z nieba mżu, mżu, ludzie wkoło gadu, gad, a kolejka sunie powolutku do przodu. Patti pyta gdzie jest Juchas, bo go jeszcze nie poznała, a ja na to: Jak się pojawi, zauważysz.
Bo to najszczersza prawda, jak wiecie – mojego małego braciszka nie da się przecież nie zauważyć.
No i stoimy, stoimy, a tu po drodze pojawiają się znane z castingu twarze. Znaczy – rośniemy w siłę.
Dalsze kolejkowanie nie przykrzyło się już ni drobinę, bo przecież tematów mieliśmy bez liku… No dobra, ja miałem, bo jak zwykle swoją gadatliwością zagłuszam uprzejme towarzystwo i nie daję nikomu dojść do słowa. Tak było i tym razem.
Oto, w skrócie, opowieści, tematy i wątki jakie weszły mi w standardowy pakiet tamtego wieczora:
1) Moja ręka
2) Zajebistość Bruce’a
3) To jest Patti, to x. Wybaczcie, głupi ja, znowu zapomniałem dokonać prezentacji.
4) Jezu, jak się cieszę, fajnie Was widzieć (i wariacje na temat)
5) Zajebistość Bruce’a (bo naprawdę był zajebisty)
6) Moja ręka (bo wymyśliłem z kilkanaście wersji na podstawie wydarzeń w pociągu)
7) Ale wy wszyscy jesteście fajni!! (Bo to prawda)
W końcu, ucinając sobie szereg tych mini i maksi pogawędek doszliśmy do punktu, gdzie urocza hostessa wymieniła nam ładne zaproszenia na nieładne czerwone opaski. I weszliśmy.
Wąskim, ciemnym korytarzykiem skierowaliśmy się najpierw w stronę przedsionka do sali głównej (nie mam pojęcia jak nazywają się poszczególne pomieszczenia w studio/magazynach, musicie mi wybaczyć), gdzie świeciło czerwone światło, kręciły się małe sławki, a urocze niewiasty częstowały drinkami na bazie gospodarzowego trunku. No i gdzie w jednej chwili pojaśniało od urody Magdy, Królowej Fotografów, która mignęła, skinęła głową na przywitanie i pognała więzić dusze w swym czarnym pudełeczku. Zaraz potem niczym błyskawica tnąca wieczorne niebo, błysnął nam znikąd uśmiech Jego Zajebistości Juriego.
Hej, zajebiście was widzieć – powiedział. – Są już wszyscy? Nie ma Juchasa jeszcze? Będzie? A to super. Kurde, ale się jaram!!
A potem zniknął, ale nie zmartwiliśmy się jakoś szczególnie, bo oto na horyzoncie pojawił się pogromca Titanica, najstraszliwszy spośród raperów i największa gwiazda spośród aktorów charakterystycznych – JUUUCHAAAS. Dopiero gdy się przedarł, dało się zauważyć Izę – jego arcyuroczą małżonkę. Razem wkroczyliśmy na salę główną.
A nie! Skłamałbym, bo wcześniej, ledwie się zobaczyliśmy, coś zaszumiało, ziemia się zatrzęsła, szklanki zagrzechotały… i jak spod ziemi wyrośli Świtał i Wierzba. Mówię wam, kiedyś nakręcą kreskówkę o tych dwóch i będzie lepsza niż modelowe odcinki z Bugsem. Teraz pojawili się, by się przywitać, pościskać i powiedzieć, że już się lekko wstawili. Była to istotna informacja, którą jednak koncertowo olaliśmy zaaferowani ogółem wydarzeń.
W każdym razie my się tu witamy, pod ścianą z logo Sobieskiego paparazzi rozstrzeliwują niemłodego już wilka Jakimowicza, a w sali obok, tej głównej, rozkręca się orkiestra Adama Sztaby. No to dawaj, pędzimy w tempie trzy czwarte, ze szklankami w dłoniach, uśmiechami na twarzach a dwie czwarte z nas (znaczy Patti i ja) to nawet tanecznym krokiem. A tu, łup! Kolejni znajomi z castingu – tym razem Kasia z Kacprem (błagam, nie pomyliłem imienia, prawda?) którzy też kołysali się już w takt melodii. Bo jakże można się było nie kołysać?!
Więc stoimy tam sobie w rosnącym kółeczku, a tu nagle – niech mnie drzwi ścisną jak to nie Denzel! Mignął, zobaczył, a jakże! Juchasa, a potem małe coś zwane mną obok braciszka, przywitał się, powiedział, że sprawdzają salę i pognał. Zaraz potem zjawił się i Mały, który również nas rozpoznał.
Kto to? – pytają nasi fejsowi znajomi.
- Ochraniarze Bruce’a – odpowiadamy z nonszalancją właściwą tylko nadętym jak balon cwaniakom. Nasz ton brzmiał mniej więcej tak: “Wiecie, co wam będziemy mówić o każdym naszym znajomym rodem z Hollywood. Zamęczylibyśmy Was ich mnogością”. Tak, brzmi to paskudnie. Byliśmy wstrętni. Nie jesteś,my z siebie dumni.
Ale kontynuując. Ochroniarze poszli, my nadal się świetnie bawimy w coraz to większym gronie, a tu nagle na scenie idol polskich nastolatek, sobowtór Holoubka, bliźniak Mariusza Max Kolonko – słowem Maciek Stuhr. Krótka zapowiedź, pitu pitu z publicznością, żarcik- smarcik i zapowiedź gwiazdy wieczoru. Orkiestra tusz, na ścianach animacja z helikopterem i nagle Bruce!
Tak, panie i panowie, możecie teraz klaskać, albowiem Bruce w garniturze i na oficjalnej gali wciąż nie tracił na zajebistości. Na piski odpowiedział piskiem, na żarty humorem, a rolę jaką wymyśliL mu Maciek odegrał tak dobrze, że potem obróciło się to przeciw niemu (miał udawać, że nie rozumie po angielsku, tylko po polsku. I masa ludzi łyknęła, że Bruce naprawdę nie rozumie co się do niego mówi).
W każdym razie Bruce postał na scenie jeszcze chwile, paparazzim oczywiście nagłe wzwody odtleniły mózgi, za to wydłużyły obiektywy i ogólnie pod samą sceną zrobiło się średnio przyjemnie. Poszliśmy więc coś zjeść.
Daruję wam fragmenty dotyczące jedzenia, bo ani w nich wiele ciekawego nie było, ani też nie chce mi się na głodnego pisać o frykasach. Grunt, że Patti z gracją jej tylko właściwą raz dwa zorientowała się co jest smaczne, co nie i czego jeść nie powinienem, by mi garnitur w pasku nie strzelił. Jak to cudnie mieć takie urocze i do tego praktyczne wsparcie. W każdym razie podjedliśmy i wyszliśmy sobie na chwilę na zewnątrz, gdzie spotkaliśmy Juchasa z Izą i grupkę fejsowych znajomych. Nie zgadniecie o czym im opowiedziałem…
Gdy wróciliśmy do środka, okazało się, że panuje tam małe zamieszanie, ludzie ustawiają się w szpaler, gwiazdkami przetykany, Oliver Janiak niby stanął z boku, w kącie, ale akurat tuż obok vipowskiego przejścia, szelma. No i zaraz pojawiają się polscy ochroniarze, sztywni jakby źle przeczytali viagrowe ulotki, przedarli się przez tłum, powiększając wąski tunel, zaraz potem mignął Denzel i… już ku tablicy dla paparazzich zmierza Bruce.
I tu, moi kochani, morał numer jeden – warto było poznać się z chłopakami od Bruce’a, bo nie dość, że oni sami byli w porzo, to jeszcze dzięki nim i ich drobnym gestom (a także dzięki rozmiarom i niezwykle uroczej prezencji Juchasa) zarobiliśmy od Bruce’a pozdrówkę. Jako, hłe, hłe warszawko, jedyni.
Potem Bruce dał się obcykać chwilę, co mało nas interesowało, bo pchać się między paparazzich to jak spacerować po osiedlowym trawniku w parę dni po roztopach – nie ma szans, by w coś nie wdepnąć. Ale oczywiście gdy tylko Bruce miał wracać, zajęliśmy na powrót nasze miejsca wzdłuż przejścia… i to pomogło zwłaszcza Juchasowi, uratować dzień.
Otóż bowiem czarne charaktery naszej opowieści – prymitywy z aparatami – postanowiły, że co tam się będą ograniczać do zdjęć pozowanych, zrobią Bruce’owi słitaśne fotki jeszcze w marszu, najlepiej wpieprzając aparat prosto przed twarz nachylając się od tyłu. Zrobiła się przez to mała zadyma, bo Mały się, słusznie z resztą, wkurwił i zareagował, a rodzimych ochroniarzy poniosło. Ktoś tam oberwał, ktoś uderzył towarzyszkę Janiaka, Juchas natomiast, ledwie Bruce przeszedł, złapał mnie za rękę i naszymi plecami zastawił przejście. Oberwałem aparatem w tył głowy i chyba dawno nie czułem się bardziej z siebie dumny 
Oczywiście pokomentowaliśmy sobie potem to wydarzenie we własnym gronie, Juchas pognał po drinki, a mnie złapał Mały, dziękując za wsparcie. Czujecie? Ochroniarz Bruce’a! Masakra!
I jeśli chodzi o przygodę z Brucem, to w zasadzie już koniec, bo potem mignął nam jeszcze tylko raz, przez chwilę, ale sama impreza, za sprawą ludzi z fejsa, wciąż dla nas tętniła życiem.
Jak chociażby wtedy, gdy ekipa odśpiewała mi urodzinowe sto lat o północy, bez trudu przekrzykując orkiestrę, jak tańczyliśmy z Adrianem i nie mogliśmy się ustawić do fotki.
Jak Patti, zanosząc się śmiechem trzymała mnie prosto, podczas gdy Wierzba ze Świtałem krzyczeli na całą małą – ale pełną – salę, że to ja jestem prawdziwym celebrytą, jedynym na tej imprezie. Co i rusz, niczym dobry duch imprezy pojawiał się Jego Zajebistość Juri pytając nas czy jest fajnie i jak się bawimy, bo on się jara. My też się jaraliśmy, jak cholera.
Jakiś czas później Patti, która w przeciwieństwie do mnie nie myli rozsądku z wuwuzele zamówiła nam taksówkę a ja usłyszałem jeszcze o tym jak to Wierzba załatwił Miśka Koterskiego (nie, nie napiszę tego, to też na opowieści na żywo) i wybyliśmy z bankietu zostawiając Bruce’a sam na sam z rzednącym tłumem i reklamowanym produktem. Gdzieś w ostatniej chwili mignęła mi jeszcze uberAga w uroczej białej sukience, ale gdy pomachałem, nie odmachała, nie zauważyła w swym zaaferowaniu.
I TO JUŻ KONIEC, KOCHANI. TAK SKOŃCZYŁA SIĘ PRZYGODA, KTÓRĄ POMOGLIŚCIE ZREALIZOWAĆ. Choć oczywiście nie skończyło się marzenie – projekt Bruce powoli wchodzi w drugą fazę.
A, jeszcze jedno. Agent Bruce’a, którego również spotkaliśmy na bankiecie, w imieniu Bruce’a podziękował za prezent. Jaki prezent? Oczywiście “DRINK HARD 0,7″. Czy to nie brzmi jak przyczynek do kontynuacji?