dodano: 14 Styczeń, 2010
przez: Jakub Ćwiek
Trzecia i mam nadzieję ostatnia przed wielkim, optymistycznym finałem. Nie wiem jak Wy, ja trochę się z tej dyskusji nauczyłem, przejrzałem w Waszych komentarzach jak w lustrze i, co dość oczywiste, nie zobaczyłem siebie aż tak wspaniałym jakbym chciał. Wiem gdzie w tym całym układzie zawaliłem, gdzie się pomyliłem, a gdzie zwyczajnie byłem naiwny. Wiem też, że wbrew temu, co sądzą niektórzy, te wpisy były potrzebne. Jak napisał ktoś na forum Zaginionej biblioteki (bodaj Mały czołg, ale już nie chce mi się teraz sprawdzać dokładnie, więc przepraszam w razie pomyłki) teraz łatwiej będzie o pewnych rzeczach mówić w przypadku nieprawidłowości – wystarczy powiedzieć “znowu to zrobili”, albo “postąpili jak tamci przy Crossgate”. Choć oczywiście mój wpis załatwić miał moje sprawy, a nie być zaczynem dla rewolucji i ogólnofandomowym dobrem. To samo wyszło (żart taki, ha ha, niech nikt tego, proszę, nie bierze na serio).
Obiecuję już więcej podobnymi sprawami Was nie męczyć. Jak napisał w komentarzach Jack.Tyler, taki numer (wzbraniam się przed słowem fortel, ten bowiem winien być przejawem przebiegłości) przechodzi tylko raz. Ale obiecuję poinformować wszystkich jak rozstrzygnie się sprawa z Kłamcą (tak poprzednimi tomami jak i tym nie napisanym). Obiecuję też, że skończę tę historię, choćbym miał ją napisać od początku na nowo. Należy się Wam, Drodzy Czytelnicy. Jak psu zupa.
A tak w ramach ciekawostki, link z allegro:
http://www.allegro.pl/item823155610_klamca_3_jakub_cwiek_nowa_unikat.html
Czyż słowo unikat nie brzmi w tym kontekście gorzko?
Dziękuję wszystkim za udział w dyskusji.
DOPISEK: Robert Łakuta poprosił mnie w mailu bym przekazał, że ponieważ wypowiadanie się na niektóre tematy zmuszałoby go do naruszenia tajemnicy handlowej – czego nie wolno mu zrobić – na temat kwestii spornych i ewentualnych roszczeń rozmawiać będzie odtąd mailowo. Jestem upoważniony do podania osobom zainteresowanym kontaktu do Roberta w razie potrzeby.
Ze swojej strony bardzo Robertowi dziękuję za dotychczasowe wypowiedzi i w ogóle zabranie głosu. KONIEC DOPISKU
Good night and good luck!
dodano: 10 Styczeń, 2010
przez: Jakub Ćwiek
W komentarzach do poprzedniego wpisu pojawiła się Fabryczna odpowiedź. Jako że jest to głos drugiej strony, uważam, że zasługuje na miejsce na stronie jako cytat. Tak więc zostawiam wypowiedź Roberta Łakuty w całości tak w komentarzach jak i przenoszę ją tutaj. Tak będzie mi łatwiej odpowiadać a dla wszystkich obserwujących dyskusja stanie się czytelniejsza (dla odróżnienia, tekst Roberta puszczam kursywą:
Drogi Jakubie
Myślę, że robisz wiele złego mieszając ludziom w głowach, zmuszasz mnie więc niestety do zajęcia stanowiska.
Wszyscy Cię tu okropnie żałują, zdając się nie dostrzegać innej strony zjawiska co postaram się zaraz przybliżyć.
Na początek krótki rys historyczny.
Kiedy zaczynaliśmy tworzyć Fabrykę, nikt z polskich Autorów tak naprawdę nie zarabiał zbyt wiele na pisaniu.
Ci którzy zarabiali otrzymywali krociowe sumy około 60 groszy od egzemplarza a sam mistrz Sapkowki podobno aż 90.
Andrzeja Pilipiuka nikt nie chciał wydawać i Inni Autorzy nie traktowali go poważnie.
Niektórzy Autorzy posuwali się do pisania pod obco brzmiącym pseudonimem byle sprzedać książkę.
My przyszliśmy i staraliśmy się zrobić wszystko jak należy, daliśmy normalne stawki, postaraliśmy się o dystrybucje i umożliwiliśmy zaistnienie debiutantom.
W tym także Tobie Jakubie. Kto wie czy miałbyś szansę wypłynąć, piszących jest naprawdę mnóstwo.
A tak Ty swoją ciężko pracą jak i naszymi staraniami stałeś się zauważalny ( notabene nawet zdjęcie na Twoim blogu jest mojego autorstwa).
Dla Twojej informacji i innych czytelników czuję się też ojcem chrzestnym powoływanego przez Ciebie wydawnictwa Runa.
Po założeniu Fabryki rozmawialiśmy z różnymi Autorami , miedzy innymi z Anią Brzezińską. Na spotkaniu w Lublinie otrzymała propozycję umowy oraz usłyszała dość szczegółowo
o naszych planach, z których niektóre obserwowaliśmy w założonym później nowym przedsięwzięciu Ani wydawnictwie Runa.
Kto wie może gdyby nie my, nie miałbyś tam okazji publikować
Ale ad rem.
Wszystko rozwija się mniej lub bardziej pomyślnie jak to w życiu.
Oczywiście zdarzały się wpadki jak z Red Horsem.
Nie ma w tym naszej za wielkiej winy bo założywszy go, straciliśmy nad nim całkiem kontrole, zaufawszy, że prezes wie co robi.
Jakiś czas potem okazało się , że rzeczywiście rozliczenia nie były odpowiednie, co odpokutowaliśmy, bo chociaż firmy były zupełnie innymi bytami, nie mogliśmy
zostawić sytuacji niedopowiedzianych i w miarę możliwości staraliśmy się przynajmniej z naszymi Autorami załatwić jak się dało zaległości.
Nie mieliśmy takiego obowiązku, bo to zupełnie inny podmiot, nakazywała nam to jednak przyzwoitość.
I dalej jakoś by to się prostowało, ale przyszły trudniejsze czasy.
Zaczęły się problemy z Empikiem, wydłużyły się terminy płatności powiększyły procenty.
Razem z opłatami za magazyn centralny, marże dystrybucyjne sięgnęły 60% ceny okładkowej.
Potwierdzą to na pewno dobrze zorientowani, których serdecznie pozdrawiam
Nie dzwoniłem wtedy do Ciebie Jakubie proponując Ci inne warunki.
Mimo trudnej sytuacji staraliśmy się dzielić pieniądze i chociaż jak słusznie zauważasz nie udawało się dotrzymać terminu, trudno być tym jedynym sprawiedliwym , kiedy w koło wszyscy detaliści
próbują maksymalnie zwlec moment zapłaty.
Zaczęła się też inżynieria finansowa polegająca w skrócie na tym, że kiedy zbliża się termin faktury, to zgarniamy co mamy na półce i robimy zwrot.
To powoduje odjęcie wartości zwrotu od wartości faktury i następnego dnia można znowu zamawiać nie troszcząc się o terminy.
Za zdziwieniem i przerażeniem obserwowałem całe palety nowości oznaczone jako zwroty, byle zrobić ruch towarowy.
Wtedy my powinniśmy zrobić korektę Twoich rachunków , a tak się nigdy nie stało.
Jedynym tego wynikiem było nieprzysłanie rozliczenia na które się powołujesz, bo widniałoby tam zero.
Ale to nasz błąd trzeba było takie wysłać i jedna podstawa do oczerniania mniej.
Tu kłaniają się debiuty. Może zbyt pochopnie weszliśmy tak mocno z debiutami, bo pojawiły się tu wpisy o złej Fabryce.
Na każdą książkę w średnim nakładzie trzeba wydać kilkadziesiąt tysięcy, żeby ją wypuścić na rynek.
Większość debiutów sprzedaje się mizernie. niektóre w okolicach 500 egzemplarzy,a potem zaczynają się zwroty.
Trudno wtedy liczyć na jakieś sensowne rozliczenie skoro nie wiemy jak duże będą, a może wróci wszystko?
I co wtedy, mam pisać do Autora, oddajcie proszę pieniądze, bo się nie udało, przy czym jest domniemanie, że to ja jestem słaby, broń boże książka.
Powiem Ci po co jest wyłączność, bo na tym trudnym rynku, możesz postawić księgarzowi ultimatum, rozlicz się za poprzednie pozycje, to dostaniesz nowego “Kłamcę”
Jeśli on na to będzie miał argument, że mi nie zapłaci , bo kupi sobie w Runie, to na pieniądze możesz czekać i dwa lata.
Ale chyba za bardzo się oddaliłem
Skonkretyzujmy zarzuty:
Twój Jakubie: nie płacicie mi
Odpowiedź: nie prawda płacimy w miarę możliwości, można się skarżyć na opóźnienia, więc i ja się na nie skarżę.
Teraz ja:
wziąłeś zaliczkę i z powodu mąk twórczych nigdy dzieła nie wykonałeś, mało tego w tym czasie oddałeś książkę konkurencji.
przypomina mi to taką sytuację:
zamawiam ekipę do malowania domu oni mi mówią poprosimy zaliczkę na farbę, ja mówię proszę bardzo, a oni idą i malują dom sąsiada.
Uważasz, że to w porządku? zwyczajnie nas oszukałeś i to nie jeden raz, ale do tego za chwilę.
Nie wkładaj w nasze usta tego czego byśmy tam nie chcieli 
Powiedziałeś, że ktoś z nas. bodajże Eryk sugerował Ci, że pisz cokolwiek bo to fantastyka.
Byłem przy tej rozmowie i przeinaczyłeś zupełnie to co mówiliśmy.
A była mowa o tym, że skoro masz zamiar pisać steampunk na dzikim zachodzie to po co przeżywasz męki związane z realiami.
Mówiłeś, że Ci się pomyliło coś w kampanii, ale skoro jak sam określałeś jest to czysta fantastyka, to możesz chyba zmienić co chcesz, nawet przebieg bitwy pod Gettysburgiem i tu męki 100% realizmu, nie powinny Cię dopadać.
I tu oszukałeś drugi raz , tym razem blogowiczów, przedstawiając nas jako idiotów, którzy nie wiedzą co wydają.
Trzeci raz oszukałeś w temacie rachunków.
Twój sprytny ruch polegał na tym, że tuż przed Falkonem odesłałeś kilka rachunków bodajże trzymanych od lipca, żądając ich natychmiastowej zapłaty.
Tu niestety będzie Ci trudno udać pokrzywdzonego, bo jest książka korespondencji.
Na spotkaniu żądałeś wypłaty i tak się stało, i to niezależnie od tego czy wysłałeś tekst, nie był to żaden szantaż.
Myśleliśmy , że się dogadaliśmy i się rozliczymy wzajemnie (to podkreślam, bo dla Ciebie te sprawy się nie łączą, Tobie są winni to samo zło, a Ty jak jesteś winny to pokrzywdzony artysta)
No i co zrobiłeś: oszukałeś na po raz wtóry, jak zaznaczasz w swoim blogu świadomie.
Potem się ukrywałeś i nie odpowiadałeś na maile i telefony i dopiero po moim dość stanowczym mailu objawiłeś się także mailowo, co mnie ucieszyło i skłoniło, do ponownego podjęcia tematu naszych WZAJEMNYCH
rozliczeń. i Znowu jak wydawało się, że coś ustaliliśmy Ty wtedy rozdarłeś szaty i opisałeś nas jako potworów, przekręcając prywatne rozmowy, suto okraszone ciekawym komentarzem bez wysłuchania drugiej strony.
Po całej tej przydługiej epistole, pozostaje mi tylko wyrazić swój smutek, że tak się sprawy potoczyły i że włączam się do tej dyskusji, która powinna odbywać się między nami
oraz że to Ty mimo wielokrotnego niedotrzymywania niczego, jesteś kryształowy.
Życzę Ci szczęścia i wyrażam nadzieję, że inni wydawcy Cię docenią, chociaż będą pewnie uważali o czym z Tobą rozmawiają prywatnie.
Pozdrowienia
Robert Łakuta
Fabryka Słów
dodane przez: Robert Łakuta
Styczeń 9, 2010 @ 10:04 pm
Tyle Robert.
Pozwolicie, że jeszcze ja zabiorę wam chwilkę czasu, odnosząc się do tego co napisał. Pozwolicie także, że w pierwszej kolejności odpiszę Robertowi wprost? Zacznę od finału listu, tego co bezpośrednio o mnie i do mnie:
a) Kwestia zaliczki, pokojowych malarzy itd. Jak już wspomniałem, a teraz przypomnę, nie chciałem brać zaliczki na książkę nienapisaną. Poinformowałem o tym z resztą, mówiąc, że proszę o pieniądze na którąś z dwóch pozycji już napisanych (przypominam “Ciemność płonie” już wydana, Kłamca już po redakcji, z okładką, a może nawet w druku). Wtedy to właśnie zaproponowano mi, by była to zaliczka na poczet nowej książki, bo z tamtymi “nie ma już co kombinować”. Zapytano mnie jak tam książka dla Runy, powiedziałem, że finalizuję i będę się brał za nową. Wszystko grało i buczało, nie było problemu. Przykład z malarzami jest więc o tyle nieadekwatny, że malarze wzięliby pieniądze za zrobioną pracę, a nie poszli na zaliczkę za taką, która się może wysypać. I owszem, wysypała się, moja wina. Tak, to był moment, kiedy mocno wierzyłem w długoletnią współpracę z Fabryką.
Podsumowując rozmowę, której owocem była zaliczka za “Drzewo”:
Szefowie Fabryki (w tym Robert) wiedzieli, że finalizuję książkę dla Runy, bo powiedziałem im jeszcze w maju, że następną pozycją w kolejce po Kłamcy 3 jest właśnie “Ofensywa szulerów”. Pisałem też o tym później po wielokroć śląc desperackie maile, gdy padał ten argument.
Chciałem wziąć zaliczkę na książkę już napisaną, zasugerowano mi inne rozwiązanie.
Dług Fabryki wobec mnie przekroczył wysokość zaliczki już w grudniu czyli na długo zanim powinienem był oddać “Drzewo”. A potem rósł.
Sprawa numer dwa, którą udowodnić będzie trudniej (na tamto są maile, tu była rozmowa telefoniczna) ale i tak spróbuję tym samym przyznając się do swojej potwornej gafy (siebie, Robercie, nie Was przedstawię teraz jako idiotę, nigdy nie sugerowałem, że nie wiecie co robicie, prawda?): Kiedy zadzwonił telefon, odebrałem, na pytanie o “Drzewo” użyłem zwrotu jak w poprzednim wpisie po czym opowiedziałem historię jak to pomyliłem południową i północną Armię Potomaku, bo miałem niewyraźną mapkę. Wynikiem tego historia, która miała mieć swój punkt zwrotny (i przejście w fantastykę) duuużo później, tu wykrzaczyła się niezgodnie z moim autorem, bo oto miałem armię Północy w Richmondzie, generała Lee zaczajonego za Potomakiem i w zasadzie koniec wojny. Nie pytajcie jak to zrobiłem, miałem ambitny zamiar wczuć się w generałów i iść za mapami. Tak, wiem. To było z mojej strony głupie.
No i o tej głupocie mówię, mówiłem też wtedy, a w odpowiedzi usłyszałem nie tylko to, co podałem wcześniej, ale nawet, że inny autor, ze skrupulatności i zamiłowania do faktów słynący, również robi podobne szopki i strasznie ciężko mu wytłumaczyć, że pisze przecież fantastykę.
Nie wkładam Ci więc w usta Robercie niczego, czego już wcześniej tam nie było
I wreszcie sprawa numer trzy, ta dla odmiany do udowodnienia najłatwiej. Rzeczywiście było jak mówisz z rachunkami, przyszły w jednej kopercie i naraz. Tyle, że… już dużo wcześniej zgłaszałem, że żadne rozliczenia do mnie nie doszły i chciałbym je dostać, żeby móc podpisać. Sprawa ruszyła dopiero przy okazji aneksu do umowy, a potem przedłużenia umowy na Kłamcę, kiedy to powiedziano mi, że dostanę pakietem jedno i drugie. I tu zabawna sprawa. Poprosiłem by i jedno i drugie wysłano mi mailem, podpiszę i odeślę, a potem mój egzemplarz umowy, podpisany przez drugą stronę wróci do mnie. Rachunki to tylko drukowane kartki i tylko ja je podpisuję, nie dostaję podpisanej kopii zwrotnej. I teraz uwaga, najzabawniejsza sprawa: Dostaję maila, w załączniku umowa, ale informacja, że rachunki to jednak dojdą pocztą. Zwykłym listem, dodajmy, nie żadnym tam poleconym, mimo iż doświadczenie uczy, że listy giną.
Ach i to właśnie wtedy, warto wspomnieć, Robercie, obiecałeś mi w smsie dodruk Kłamcy 3 w listopadzie. Mam tego smsa tak się składa. To był już czas, kiedy już takie rzeczy archiwizowałem.
No i moja obecność w Lublinie i tam sytuacja tak jak ją przedstawiłem. Potem wysłałem pismo, ale bez odpowiedzi, wreszcie kilka telefonów ze strony Fabryki i mail, na który odpowiedziałem raz dwa. Dowiedziałem się wtedy, że moje pismo nie doszło, więc wysłałem je raz jeszcze.
Sprawa zaliczki zostanie więc rozwiązana poprzez odjęcie jej z bieżących rozliczeń. Kiedy już je dostanę, bo znowu, co sygnalizowałem Fabryce, a powtórzę i tutaj, rozliczenia nie przychodzą.
To jakby zamyka sprawę wzajemnych, biznesowych ale.
Pozostaje cały długi wstęp, fabryczna historia, z którą spierać mi się trudno, bo na początku wcale mnie tam nie było, a potem i tak, ze szczegółów technicznych docierało do mnie niewiele. Próbowałem jednak zasięgnąć w temacie języka i jak się okazuje, mimo iż wszyscy mieli (a może i mają) z Empikiem problem i czasem pojawiają się problemy z płynnością, nikt nie załatwia tego wedle lojalnościowego klucza czy nie próbuje wyciągnąć nagle książki u konkurencji. O której, tu jeszcze raz, bo to ważne, Wydawca wiedział wcześniej! I rzekomo byliśmy w temacie ok.
Kwestii ojcostwa takiego czy innego wydawnictwa Runa poruszał nie będę, ale dyskusję chętnie pociągnę dalej, wsparty mnogością cytatów.
Tyle.
dodano: 7 Styczeń, 2010
przez: Jakub Ćwiek
Pierwszy pomysł na tę notkę był zabawny. Chciałem się trochę pośmiać, tu i tam dociąć, zażartować, ogólnie zrobić z tego małą hecę ku uciesze czytelników. Dyskusja pod poprzednim wpisem uświadomiła mi jednak, że sprawa bardziej niż moich żartów wymaga gruntownego i rzetelnego wyjaśnienia. Oto więc Drodzy Czytelnicy, historia “Drzewa Crossa”
Narodziny Pomysłu
Z zamiarem napisania westernu nosiłem się dość długo, ciężko mi było jednak znaleźć pomysł na historię niebanalną i w jakikolwiek sposób wychodzącą poza najbardziej klasyczny gatunkowy schemat: samotny rewolwerowiec kontra wstrętna banda złych panów robiących kuku prostytutkom o złotych sercach. Adrenalinę podnosił mi na dodatek fakt, że wiedziałem, że można, że się da – w końcu widziałem tych westernów kosmiczne ilości i byłbym znaleźć przynajmniej dziesięć takich, które wygrzebywały gatunek z bagna marazmu i zastoju.
A potem zacząłem słuchać Lynard Skynard. Przypadkiem i wcale nie jakoś pasjami, ale dziwnym trafem zaplątało mi się kilka kawałków na listę, potem było ich trochę więcej, wreszcie na półce stanęło kilka płyt. I wtedy mnie olśniło. Przypomniał mi się film “Ostatni żywy bandyta” i Mickey Rourke z wąsikiem a’la Fu Manchu, w mundurze konfederackim jako renegat rabujący banki i w ten sposób kontynuujący Sprawę Południa. I to było to.
Wymyśliłem sobie fabułkę – młody chłopak wraca do domu po wojnie, trochę dupa wołowa, ale jednak już weteran i w rodzinnej Georgii radzi sobie z porwaniem dziewczyny. Powiecie, dalej schemat i zgoda, macie racje ale miałem szczery zamiar go przełamać wplatając w to wszystko wojenne wątki, trochę obyczaju i tak dalej. Chłopca nazwałem Cross, a “Drzewo Crossa” było tak nawiązaniem do nazwiska jak i legendy wedle której chłopak dostał karabinek Spencera w którego kolbę wprasowano drzazgi z krzyża Chrystusa. Taka gwoździowa strzelba Winnetou, rozumiecie.
Był to rok 2008, początek. “Ciemność płonie” była albo po redakcji, albo w trakcie, “Kłamca 3. Ochłap sztandaru” pisał się, solidnie już przesunięty i opóźniony, a ja wybrałem się do Lublina i w trakcie rozmowy opowiedziałem o pomyśle. Spodobał się, podpisaliśmy z Fabryką umowę i już wiedziałem, że będę miał co robić między kolejnymi tomami Kłamcy. W międzyczasie, przy okazji tej samej rozmowy wyszła sprawa, że będę pisał dla wydawnictwa “Runa” książkę “Ofensywa szulerów”. Wydawcy dowiedzieli się o tym z sieci.
“To prawda?” zapytali.
“Tak, rozmawiałem z Anią Brzezińską o książkach, wymyśliłem taką wojenną historyjkę, Ania podrzuciła mi parę pomysłów, stwierdziłem, że wydam to u nich. To problem jest?”
“No jak tak to nie, ale wiesz, to jedna branża, konkurencja, w przyszłości mogłoby być niezręcznie.”
“Aha, no to sorry.” – mówię z miną “nie wiem, nie orientuję się” co z resztą oddawało mój stan ducha, bo patrząc na wiele spraw z beztroską właściwą już prawie wolnemu strzelcowi, radosnemu, że może żyć z pisania, w temacie “wydawnicza konkurencja, a autor” właśnie traciłem dziewictwo. Zwłaszcza, że wcześniej pisałem opowiadanie dla Runy, dla Nowej Fantastyki i słówka nie było. Nie wiem, może mój błąd?
No ale wracając.
“A podpisałeś już umowę?” – padło pytanie.
“Tak i wziąłem zaliczkę”
“Aha”
“Ale między nami cool?” upewniłem się.
“Tak, jasne.” usłyszałem w odpowiedzi. “Każdemu się zdarza wpadka z niewiedzy”.
Uściski łapek, umowa w teczce, kilka książek na drogę i po spotkaniu. A i jeszcze sesja fotograficzna, której efektem jest fotka z Ciemności. Tak, wiem, wyglądam na niej jak zombi-pączek.
Potem nadszedł czerwiec i premiera “Ciemności”. Pierwszy zgrzyt, bo urządzono ją na Avangardzie, a nie jak rozmawialiśmy wcześniej, na katowickim dworcu. Nie wiem co nie wypaliło, dlaczego nie wyszło, a na Avangardzie miałem nawet roll’upa (i dużo rewelacyjnych gadżetów- zapałek) i w ogóle było fajnie. No ale to książka o dworcu była i można ją było lepiej wypromować, zwłaszcza, że potrzebowałem wyłącznie pchniętych ze strony Wydawnictwa do Kolei, Zarządu Dworca i Urzędu w Katowicach pism z prośbą o zgodę na happening. Wszystko pozostałe miałem we własnym zakresie. No ale zdarza się, sam nie jestem, a przynajmniej miałem zapałki. Ogólnie więc wszystko było super.
Gdzieś z końcem lipca oddałem Kłamcę. Długo to trwało, było mnóstwo fabrycznych telefonów, że to już, że termin i tak dalej – nie chcąc kaszanić przyciąłem tę książkę wcześniej niż planowałem zamiast dopisywać na chybcika i tak poszła. Potem wielu ludzi gnębiło mnie za ową końcówkę i zamknięcie tematu zanim się na dobre rozkręcił. Cóż, moja wina, nie byłem dość stanowczy, uległem presji ( a Wydawnictwu ciężko się dziwić, że chciało na szybko, w końcu Kłamca radzi sobie na rynku nieźle… a właściwie radziłby, gdyby… ale nie uprzedzajmy faktów)
Zaliczka
Ważne jest, żebyście drodzy czytelnicy wiedzieli, że pomiędzy pojawieniem się książki na rynku a pierwszym rozliczeniem zwykle mija jakiś czas liczony w miesiącach. Czasem jest to kwartał, czasem pół roku – książka musi się wgryźć w rynek, by był sens ją rozliczać nie po sztuce, a w dziesiątkach, setkach czy nawet tysiącach egzemplarzy. Bo autor, co wiecie zapewne wszyscy jest na procencie od egzemplarza. W fabryce owo pierwsze rozliczenie zjawiało się zwykle po trzech miesiącach.
Zbliżał się listopad 2008 roku. Na warsztacie miałem podówczas właśnie Crossa, który już mi trochę ewoluował w kierunku westernu eastwoodowskiego – twardziel zamiast młokosa, więcej krwawych scen, kasacja wątku romantycznego, za to więcej fantastyki. Nie miałem pomysłu na powstanie świata, ale wiedziałem, że coś musi z nim być nie tak, że musi być inny, bo nie chcę książki historycznej ani też klasycznego westernu. Zacząłem myśleć o steampunku, ale i o podróży do Stanów, zobaczenia Gettysburga i paru innych miejsc związanych z fabułą. Nie miałem na to pieniędzy, ale wiedziałem, że zaraz je dostanę, w końcu “Ciemność” już lada dzień zacznie na siebie zarabiać, kilka tygodni dzieliło mnie też wtedy od premiery “Kłamcy 3″. Słowem żyć, nie umierać.
Zwróciłem się do Fabryki o zaliczkę:
“Hej słuchajcie, mam taki pomysł, wyjazd i w ogóle. Chciałbym od was zaliczkę na poczet Ciemności, albo Kłamcy, bo kasa potrzebna mi pilnie jak polskiej reprezentacji piłkarskiej sukces”
“Ile” padło pytanie.
“Tyle a tyle” odparłem (to znaczy nie, podałem kwotę, ale takie szczegóły są nam w opowieści potrzebne średnio)
“Damy znać jutro”
I dali, rzeczywiście.
“Dobra, nie ma sprawy dostaniesz ile chcesz, ale nie na poczet Ciemności czy Kłamcy, tylko na to co piszesz. Pasi?
“Gra i buczy” zawołałem zadowolony, nadesłany aneks do umowy dziarsko podpisałem i czekałem na pieniądze. Krótko czekałem, przyszły w dwóch ratach tydzień po tygodniu.
Ach, w międzyczasie, wiedząc już, że pisanie to dla mnie opłacalny full-time job, rzuciłem robotę. W obliczu malujących się przede mną perspektyw, wcale a wcale jej nie potrzebowałem. Powiecie naiwność? W obliczu tego co było potem nie umiem nie przyznać wam racji.
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zgrzyty
Zaczęło się od tego, że zamiast pieniędzy za rachunek listopadowy przyszedł do mnie mailem list (nie tylko do mnie, sądząc po liście mailowej do wszystkich autorów) w którym poinformowano nas o starciu gigantów- Olesiejuka i Empiku po tym jak ten ostatni postanowił kiwnąć wszystkie wydawnictwa na rynku i ustawić w równych szeregach pod sobą. Olesiejuk – i paru innych dystrybutorów – się nie dał, zaczęła się przepychanka, a długi Empiku wobec wszystkich rosły.
“Niestety zmuszeni jesteśmy wstrzymać wypłaty” mówił list ” A przynajmniej mocno je zredukować”. I tak się zaczęło.
Z miesiąca na miesiąc długi Wydawnictwa wobec mnie zaczęły rosnąć. Telefony, maile nie pomagały, ciągle słyszałem, że nie ma i będzie kiedyś i że trzeba czekać. Czekałem więc, choć święta były ciężkie (zapewnienie, że przecież Wydawnictwo nie pozwoli na puste, wigilijne stoły u swoich autorów, biorąc pod uwagę nadesłaną kwotę zakrawało na okrutny żart), a potem nadszedł równie ciężki styczeń i luty. Wzorem wielkich literatów zaciągnąłem parę długów, odwlokłem parę płatności. I dzwoniłem, dzwoniłem, dzwoniłem.
A dług rósł.
W pewnym momencie, gdzieś koło marca, nie wytrzymałem, przeskoczyłem drogę służbową i napisałem prosto do szefów trącącego desperacją maila.
W odpowiedzi dostałem to, o czym wspomniałem w poprzedniej notce:
“No ja cię, Jakubie, rozumiem, ale i ty zrozum, nie mamy, a jak mamy to płacimy lojalnym, a ty masz umowę z Runą i co my możemy. Ale przecież się lubimy, nie? Więc jak zerwiesz umowę, to choćby z własnej kieszeni, z piersi rwąc serce i na tacę rzucając, pieniądze wygrzebię i mieć je będziesz w minutę osiem. A i podpiszesz nam jeszcze kwita, że odtąd to z nami i tylko z nami tak ci dopomóż… z resztą wiesz co dalej.”
Wiedziałem. Podpisałem czując jak ktoś mi podcina skrzydła wolnego ptaka, ale umowy nie zerwałem. Powiedziałem, że nie mogę, mam zobowiązania, są przyjaźnie itd.
“No dobra, to w takim razie to niech zostanie, a my jesteśmy dogadani”
I rzeczywiście, minął tydzień, pieniądze przyszły. Trochę. Daleko im jeszcze było do tego co miałem dostać, ale liczyłem, że jakoś to wszystko wyjdzie na prostą. I rzeczywiście, jakieś tam pieniądze przychodziły, ale wraz z nimi przychodziły też rachunki, kolejne rozliczenia, według których nawet biorąc pod uwagę te nieregularne wpłaty (o które każdorazowo musiałem się upomnieć, choć, nie ukrywam, wymiany smsów zawsze były miłe, sympatyczne) dług ciągle rósł.
W międzyczasie pracowałem. Męczyłem tego Crossa kawałek po kawałku, ciągle mi coś dochodziło, koncepcja się zmieniała, raz czy drugi wspomniałem o tym nawet na blogu. Oprócz niego, a jakże, dopracowywałem wcześniej pisaną “Ofensywę szulerów”, trzaskałem jakieś tam opowiadanko, ale Cross był w tym wszystkim bardzo mocno i powoli, mozolnie ale skutecznie posuwał się do przodu. Z bezwzględnością Shermana (generała, nie czołgu) brnącego na Południe.
Tu taki mały, niechronologiczny odskok. Kłamca 3 jak wiecie wyszedł w listopadzie 2008. Okazało się, że nakład wyszedł tak mały, że zniknął z półek w niecałe dwa tygodnie. W przedświątecznym szale nie było szans na dodruk, więc wrócił dopiero po Nowym roku i znowu w tak niskim dodruku, że zanim się kto obejrzał już go nie było. Nie wiedziałbym o tym – nie chodzę po księgarniach za swoimi książkami, mam je w domu – ale zacząłem dostawać dziesiątki maili z propozycją odkupienia ode mnie autorskich za astronomiczne sumy. Na forach allegrowe ceny tej książki pokazywano sobie jako ciekawostkę (od 60 do 130 zł), panie w księgarniach zaczepiały mnie przy okazji autorskich narzekając, że książki nie ma w hurtowniach. Zapytałem co się dzieje i dowiedziałem się, że dodruk jest w drodze. Koniec przerywnika.
W lipcu pojechałem do Srebrnej Góry prowadzić warsztaty literackie i tam pisałem również pisałem “Drzewo”. I to właśnie tam, być może zauroczony atmosferą, klimatem fortu na którym spałem, rozleniwiony wszechobecnym spokojem, pomyliłem się w pisanej historii paskudnie (faktograficznie) i wrąbałem się w ową pomyłkę po uszy nadpisując na nią jakieś sto pięćdziesiąt głupich stron. Czułem się z tego powodu paskudnie i na jakiś czas straciłem w ogóle zainteresowanie tą książką. I wtedy rozdzwonił się, po raz kolejny, telefon.
“Cześć, jak tam Drzewo” zapytali wydawcy.
“Chujowo” odparłem i wyżaliłem się do łzy ostatniej jaki to ze mnie tępak co nie umie pracować ze źródłami i wali kaczory większe niż miłościwie nam panujący.
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
Przyznam, przymurowało mnie odrobinkę.
“Ale jak to?” – zapytałem.
“No normalnie, będziesz się tam pieprzył. Dawaj jak gotowa, bo na luty miała być, a mamy dzięki Bogu sierpień.”
Nie dałem, powiedziałem, że poprawię i na tym sprawa stanęła. Spiąłem się przed Polconem – tam rozmawiałem z Dominiką, już wówczas Dyrektor Wydawniczą Fabryki Słów – przedstawiając sprawę i mówiąc, że książka będzie za dwa tygodnie. Szczerze w to wtedy wierzyłem.
Oczywiście w tym samym czasie do Fabryki szły dwa standardowe zapytania. O zaległe płatności i o dodruki książek, a zwłaszcza Kłamcy 3. Za jego sprawą, coraz głupiej było mi się bowiem pokazywać na autorskich, nie miałem pojęcia co ludziom mówić, bo biorąc sprawę na chłopski rozum, nie mogłem uwierzyć, że ktoś odpuszcza sobie pewniaka ot tak. Okazało się jednak, że ekonomia nie była do sprawy dobrym kluczem. Ale o tym zaraz.
Nadszedł październik, wyszła “Ofensywa”. Nieco wcześniej odezwano się do mnie z Fabryki, że muszę rach, ciach podpisać aneks do umowy pierwszego Kłamcy, żeby mógł wyjść audiobook. Umowy, dodajmy, jak dla debiutanta, dawno już odbiegającej od rynkowych standardów. Skorygowałem, dostałem nową umowę, sprawa przycichła. I tu ten październik.
Książka się pojawiła, zebrała trochę dobrych recenzji to tu to tam, a ja, pisząc kolejny raz zmienione “Drzewo” czekałem na pieniądze. I to, co nastąpiło później wymaga krótkiego intermezzio.
Wyobraźcie sobie, że wykonujecie jakąś pracę licząc, że na niej zarobicie. I po jakimś czasie dowiadujecie się, że zarobiliście. Poinformowano was o tym, podano kwoty. A potem nagle dowiadujecie się, że:
pieniądze może się pojawią, może nie, a może jak poprosicie to w małym kawałeczku i b) moglibyście zarobić dużo więcej, ale komuś się nie chciało, albo wręcz przeciwnie, znalazł sposób żeby was ukarać. Pytanie za sto punktów – jaki jest wasz stosunek do dalszej pracy na tych samych warunkach? Koniec przerywnika.
No i jesteśmy już na początku listopada 2009. “Drzewo” wysypało się prawie zupełnie (przy blisko dwustu stronach gotowego tekstu kompletnie nie umiem znaleźć odpowiedniego, godnego finału), za to coś zaczęło się rodzić z zebranych do niego materiałów. Zupełnie inna opowieść, ale całkiem możliwa w przyszłości jako wstęp do “Drzewa” gdy to w końcu się wykrystalizuje – wspomniany w poprzednim wpisie “Krzyż Południa. Rozdroża”. Pomyślałem sobie, że ten nowy twór zaproponuję jako zastępstwo, nie będzie tamtej książki, ale za to będzie inna, a formalnie jakoś się to rozwiąże, a potem, jak już wymyślę drzewny finał, podpisze się nową umowę. Wahałem się jednak, bo oto moc lojalki przestała działać i długi znowu narosły paskudnie.
Idąc za poradą mojego agenta, skontaktowałem się z prawnikiem. Ot tak, by się rozeznać w sytuacji.
Pierwszą rzeczą jaką prawnik zrobił, to wyśmiał umowę lojalnościową w takiej treści. Potem wyśmiał ją jeszcze raz, a potem się opanował i po raz trzeci parsknął śmiechem. Wreszcie poprosił, by dać mu czas i pełnomocnictwa, a wypowiemy ją ze skutkiem natychmiastowym. Z grzeczności, bo sama umowa zawierała błędy czyniące ją nieważną.
W tym czasie ja napisałem do Wydawców po pieniądze, licząc na to, że jak je już odzyskam, w minutę osiem załatwię sprawę z Drzewem Crossa. Odesłano mnie do księgowej, więc napisałem do niej w oficjalnym tonie maila o przygotowanie dla mnie pieniędzy w całości nie częściach na Falkon na którym będę. W odpowiedzi dostałem maila parodiującego (w zabawny sposób) mój tekst, w którym domagano się ode mnie książki w całości, nie częściach. Mail zawierał też przyjacielską uwagę, że autor który domaga się pieniędzy, a sam zalega z zaliczkowaną książką po drodze wydając coś u konkurencji ma za wysokie mniemanie o swoim miejscu w firmie.
W pierwszej chwili zrobiło mi się głupio, bo niby racja. A potem obudził się we mnie maleńki, ale dziki rachmistrz. I wyliczyłem sobie, że pobrana przeze mnie zaliczka to nawet nie połowa długu jaki Wydawnictwo ma wobec mnie! Wspomniałem o tym pytając przy okazji dlaczego brzmi to tak jakby jedno zależało od drugiego.
I dowiedziałem się, że zależy. Nie oddałem książki, muszę się liczyć z konsekwencjami.
“Ale konsekwencją nieoddania zaliczkowanej książki jest rozwiązanie umowy i zwrot zaliczki niechby i z odsetkami” – odparłem. ” Więc jeśli tak, to proszę, Wydawnictwo może sobie te pieniądze odliczyć, a wysłać mi resztę”
No, wyobraźcie sobie, nie trafiło. Stanęło na tym, że miałem porozmawiać z szefami w Lublinie.
Rozmowa
W Fabryce, mimo iż zjawiłem się w ostatniej chwili urzędowania, powitano mnie miło. Pani Dorota z sekretariatu uraczyła herbatką i uśmiechem, zamieniliśmy kilka słów. Potem wylądowałem na fotelu u szefów. I się zaczęło. Najpierw powoli, jak żółw ociężale przebadaliśmy atmosferę. Potem oni o Drzewie, ja o pieniądzach. Oni o zaliczce ja o dodrukach. I wtedy bach, pierwszy strzał:
” Dodruki, Jakubie, robimy lojalnym. Jak tam Ofensywa?”
“Jak to skuteczna Ofensywa, do przodu. Ale zarazek, byliśmy przecież ok w tej sprawie.”
“Może, może, sam rozumiesz, ale wiesz jak to jest z zaufaniem. Gdy raz się straci…”
Nie musieli kończyć. Wiedziałem. Aż dziwił ten brak porozumienia przy takiej wspólnocie doświadczeń.
“Ale niedawno było, że w listopadzie będzie Kłamca 3″
“Ale nie będzie. A jak tam “Drzewo”?”
Pomyślałem, co się będę teraz wdawał w technikalia, mówił, że tej nie ma, ale jest inna itd.
“Dobrze” powiedziałem. A potem, płynnie przeszedłem do kluczowego pytania “A jak moje pieniądze?”
“Będą jak dostaniemy “Drzewo”"
W to też już grałem.
“To zgrzyt, bo pieniądze to zupełnie inne umowy. A przy okazji, wypowiadam tę lojalnościową. Jest bezprawna”
” Tak? O kurczaczek. No ale przecież nie potrzebujemy papierków, prawda?”
“Nie, ale podejmuję też współpracę z innymi wydawnictwami. Może napiszę kryminał, albo romansik jakiś.”
“Na razie jasne, ale jak my wejdziemy w romansiki, to sam rozumiesz, lojalność”
I wtedy, jak nigdy w życiu, dostąpiłem wizji. Oto ja, po dwudziestu książkach, z której żadnej nie ma na księgarnianych półkach, niezdolny by się wyrwać z szeregu, bo przecież musiałbym zaczynać wszystko od nowa. Skazany na proszenie się o własne pieniądze, jeżdżący na delegacje i spotkania autorskie na własny koszt i tak dalej. Do tego najlepiej trzy książki rocznie, więc prawie jak etat, tylko bez regularnych wypłat. W końcu nie przynoszę tak krociowych zysków jak Andrzej Pilipiuk. Pomyślałem, że chyba jednak tak nie chcę. Teraz, dumałem, potrzebuję tylko odzyskać pieniądze, najlepiej nie przez sąd po dwóch latach i zamknąć niedomknięte sprawy. Może nawet zmusić się do ukończenia “Drzewa”.
Jakby czytając w moich myślach, wydawcy powiedzieli:
“Krok po naszej stronie, dostaniesz swoją kasę. A teraz to już między nami tip top będzie”
Powiedziałem ok i wyszedłem.
I rzeczywiście, kasa przyszła, ale, zabawna sprawa, rozliczenie za kolejny miesiąc już nie i za następny także nie. To wrażenie, kochani, można nazwać tylko po francusku.
Do tego zadzwoniono do mnie z informacją, że głupio wyszło, ale Jacek Piekara przespał swoje spotkanie, na którym miał być z Ziemkiewiczem i chciałby się wryć na moje z Komudą. Co tam, że plakaty, informacje i wszystko dawno poszły w świat. Da się na fabrcznej stronie sprostowanie i spoko.
“Jasne” powiedziałem. “Nie zależy mi”
I rzeczywiście nie zależało, choć potem głupio było odbierać maile czy smsy w stylu:
“Ty bucu, jechałem aż z Pragi (ufam, że tej warszawskiej, nie czeskiej dop. mój) a Ty postanowiłeś nie przyjechać. Bodaj by cię mrówki faraonki zjadły z keczupem”
Nowy rok
I teraz jesteśmy teraz. W grudniu wysłałem do Fabryki pismo, w którym wyjaśniam co z “Drzewem” i proponuję rozwiązanie umowy. Telefony, smsy, maile z szefostwa, pokazały jasno i dobitnie, że pismo nie dotarło, więc wysyłam je jeszcze raz jutro, a dziś napisałem maila z wyraźną sugestią, że zaliczkę mogą odliczyć z rozliczeń bieżących, bo i tak nie zapowiada się, bym je dostał na konto. Chyba, że wolą poczekać aż to “Drzewo” napiszę. Znaczy aż spłynie wena i wymyślę finał.
Na obecną chwilę nie mam pojęcia jakie są proporcje w układzie zaliczka- dług, bo jak mówię, nie dostaję rozliczeń. Wiem, że powinienem coś jednak w ogóle zarobić na “Gotuj z papieżem”…
Wypadałoby, prawda?
I tak, przepraszam wszystkich urażonych faktem, że piszę o pieniądzach, rozliczeniach, długach, kłopotach etc. Po prostu czasem pytacie jak to jest być pisarzem i czy da się w Polsce wyżyć z pisania. Otóż da się… o ile w trybach wielkiej maszyny produkcyjnej coś nie zazgrzyta. I nie przemieli autora przypadkiem, w walce o lepszą przyszłość rodzimego rynku wydawniczego.
No dobra, nie wyszło aż tak poważnie jak myślałem. Mam nadzieję, że się z tego powodu nie obrazicie specjalnie.
Tyle.
|
|
|
|