Czyżby nowa moda miała się za chwilę wykluć? Świat wciąż jeszcze nie może ochłonąć po stylistyce “kina na żywo”, a na horyzoncie znowu pojawia się film udający dokument z DISCOVERY CHANNEL. Znowu, bo oczywiście nie jest to żadna spektakularna nowość -- przed dwoma laty swojej szansy nie wykorzystał POUGHKEEPSIE TAPES. Tym razem jednak widzowie będą mieli więcej szczęścia. LAKE MUNGO to zaskakująco dobry kawałek kina. I nie z Francji, Hiszpanii ani z Wielkiej Brytanii -- film Joela Andersona przyfrunął z samego serca kraju kangurów.
Nie będzie chyba niespodzianką jeśli napiszę, że film prowadzony jest drastycznie wolno. Wywiady, retrospekcje, stare zdjęcia -- nie od razu zakosztujecie prawdziwego klimatu LAKE MUNGO. Na pierwszy i najważniejszy rzut oka, australijska produkcja jest przede wszystkim poruszającym dramatem rodziny, którą dosięgła śmierć dziecka. Dramatem silnie zaakcentowanym, ale też pokazanym w niezwykle dojrzały sposób. Mimo, że wiele zwrotów akcji ociera się o tandetę rodem z mydlanej opery, twórcy nawet przez ułamek sekundy nie próbują żerować na podstawowych emocjach odbiorcy. Warto również zaznaczyć, że chociaż film momentami strasznie nudzi i razi niezdecydowaniem, narracja jest w miarę spójna, a wspomniane twisty intrygujące i rzeczowe.
Gdzieś w połowie filmu, duch Alice Palmer (zbieżność z TWINK PEAKS Lyncha z pewnością nie jest przypadkowa ani pod kątem fabuły, ani stylistyki) zaczyna pojawiać się na filmach z domowej kamery i na szarych fotografiach. Jednak celem owego ducha nie jest straszenie widza - zarówno zjawa, jak i sami twórcy, chcą przede wszystkim dokończyć swoją opowieść i ostatecznie zamknąć tą historię. Reżyser przy okazji szlifuje swoje dzieło, wrzucając niebanalną dawkę przygnębiająco-mrocznej atmosfery, podkreślonej przez świetną muzykę i porywające zdjęcia. Hipnotyzujące krajobrazy Australii robią niesamowite wrażenie -- po prawdzie ich obecność nie ma większego uzasadnienia w fabule, ale mimo to dałem się zaczarować. Wracając jednak do nastroju -- serce nikomu z piersi ze strachu nie wyskoczy, ale wciąż rosnący niepokój czai się za prawie każdym zakrętem. Jego ukoronowaniem jest wyprawa nad tytułowe wyschnięte jezioro, gdzie, jeszcze za życia, córka państwa Palmerów zarejestrowała swoją kamerą kulminacyjny punkt całego filmu i klucz do jego zrozumienia… Znakomite aktorstwo i poruszająca końcówka.
Dobrze wiedzieć, że po rozczarowujących ciekawostkach, jakimi okazały się Barkerowski DREAD i norweski HIDDEN, czwarta edycja styczniowego 8 FILMS 2 DIE 4 pokaże jednak film, którym warto zawracać sobie głowę. Kciuk w górę.
Za wikipedia.org: Wyspa to każdy z trwałych fragmentów lądowej powierzchni Ziemi, który jest otoczony ze wszystkich stron wodą oraz jest mniejszy powierzchniowo od Australii. Wyspy istnieją więc na rzekach, jeziorach, stawach, morzach i oceanach. Wyspy mogą być samotne albo mogą tworzyć skupiska – archipelagi, przy czym te ostatnie grupowane są zarówno według kryteriów geograficznych, jak i geologicznych. Za wyspy nie uznaje się ruchomych ławic piaszczystych, ani obszarów lądu zalewanych podczas przypływów. Generalnie wyspy dzielą się na kontynentalne (Trynidad w Ameryce Południowej, Grenlandia w Ameryce Północnej, Tasmania w Australii, Sumatra w Azji, czy Wyspy Brytyjskie w Europie) i oceaniczne (archipelagi Marianów i Aleutów na Pacyfiku oraz Antyle na Atlantyku). Na wyspach żyje dużo różnych zwierząt…
Za wikipedia.org: Naturalny, powierzchniowy ciek wodny płynący w wyżłobionym przez erozję rzeczną korycie, okresowo zalewający dolinę rzeczną. Klasyfikacja rzek ze względu na ciągłość zasilania: a) stałe (prowadzące wodę przez cały rok, zasilane wodami podziemnymi i wodami ze spływu powierzchniowego, pochodzącego z deszczów i roztopów) b) okresowe (prowadzące wodę okresowo w porze wilgotnej i są zasilane przede wszystkim spływem powierzchniowym; związane z obszarami, gdzie występują pory roku sucha i deszczowa) c) sporadycznie wysychające (zasilane podobnie jak rzeki stałe, zanikają sporadycznie w czasie długotrwałej suszy) d) efemeryczne (inaczej nazywane epizodyczne, prowadzące wodę rzadko i nieregularnie; występujące głównie na obszarach suchych, gdzie opady są niewielkie, a woda w korycie płynie rzadko i krótko). Rzeki to środowisko życia wielu gatunków płazów, owadów i bardzo niebezpiecznych ryb…
Jakiś czas temu Ti West z niezłym skutkiem powrócił do obskurnej konwencji kina “satanic panic”, które królowało w latach 70-tych. Mniej więcej w tym samym czasie, słynny “jednorazowy kucyk” Richard Kelly postanowił odświeżyć stylistykę sci-fi ala THE OUTER LIMITS, ekranizując opowiadanie Richarda Mathesona “Button, Button”. I mimo, że twórca DONNIEGO DARKO miał niezłą spluwę i naboje odpowiedniego kalibru, cel minął dość znacznie – THE BOX do film do bólu przeciętny i nijaki do kwadratu.
Po pierwsze scenariusz. Tak jak po cichu podejrzewałem, to nie jest materiał na prawie 2-godzinny film. Kelly na chama rozciąga tą prościutką historię do niebotycznych rozmiarów, wciskając bohaterów w jakieś bezsensowne sytuacje i wątki poboczne. Przez pierwszą godzinę można się jeszcze łudzić, że może jakiś intrygujący zwrot akcji czeka na nas za zakrętem, jednak kolejne 50-minut systematycznie weryfikuje wszelki optymizm w tym temacie. Twórcy próbują ratować sytuację wprowadzając do filmu oldschoolową stylistykę i dziwaczny beat, ale robią to niestety bardzo nieudolnie. Film przez większą cześć nie nudzi, ale hermetyczny i przewidywalny scenariusz nie pozwala nawet na odrobinę szaleństwa czy finezji, przez co całość ogląda się bez żadnych emocji.
Dobrze, że chociaż aktorzy cieszą oko. Diaz gra co prawda nierówno (w oczy rzuca się jej znudzona mina na niektórych scenach, chociaż z dramatycznym tonem radzi sobie świetnie), jednak to małżeństwo zdecydowanie ratuje kapitalny Marsden, dzięki któremu jesteśmy w stanie uwierzyć w ich związek. Fantastycznie upiorny Frank Langella wypada chyba najlepiej, jednak nawet jego ogranicza tutaj ten cholerny skrypt. Razi również finał – Kelly strzela sobie samobója, ignorując od początku relację rodzice-dziecko, przez co epilog to kolejny przewidywalny i pozbawiony emocji element tego filmu. Szkoda.
Czy światowy rynek horroru coś by stracił, gdyby remake HALLOWEEN w interpretacji Roba Zombie nie ujrzał światła dziennego? Nic. Twórca DOMU 100 ZWŁOK pozostał jednak niezrażony i 2 lata później postanowił dostarczyć nam HALLOWEEN 2. Tutaj jednak pan Zombie przeszedł wszelkie możliwe granice absurdu – ten film to żenada 100-lecia, którą będą w przyszłości stawiać na równi z filmami SyFy Channel. Tyle, że z zupełnie innych powodów.
Na wstępie plusy – zdjęcia, charakteryzacja i epizod Margot Kidder. Koniec plusów, zaczynamy jazdę. HALLOWEEN 2 to prawdopodobnie najlepsza komedia dekady (niestety przypadkowa). Albo ten obraz jest wyśmienitą parodią historii zapoczątkowanej przez Carpentera, albo Zombie’go opuścił Bóg, talent i zdrowy rozsądek. Żeby w XXI wieku ludziom taki chłam wciskać? Fajnie, że amerykański reżyser wysila się na odwrót o 360 stopni, ale są jakieś ramy własnej interpretacji i dopuszczalnego błędu, które Zombie niestety przekracza z impetem. Pod jego wnikliwym okiem, Michael Myers (drętwy Mane) staje się zarośniętym lumpem, który przemierza pola i zjada surowe psy. Czyżby twórca BĘKARTÓW DIABŁA silił się na autoironię? Jakby tego było mało, Laurie Strode (irytująca Taylor-Compton) to emo-ćpunka, a doktor Loomis (tragiczny McDowell) robi karierę w telewizji, latając ze swoją nową książką po amerykańskich talk-shows. Oczywiście trzeba było gdzieś upchnąć nieszczęsną Sheri Moon Zombie, mimo, że jej bohaterka palnęła sobie w łeb 2 lata temu. Pan reżyser wprowadził więc do scenariusza ubraną na biało halucynację, która biega z białym rumakiem pomiędzy rozjechanymi krowami i zaszlachtowanymi ofiarami. W wolnych chwilach doradza Michaelowi na nowej drodze życia. Co było do przewidzenia, aktorstwo żony pana reżysera ssie jak 60-letnia tirówa, co jeszcze bardziej podkreśla podniosłą żenadę tego dzieła.
Niestety na horyzoncie nie pojawia się ani odrobina suspensu, tempo akcji jest tak samo spójne jak scenariusz, a tragikomiczne elementy z każdym kolejnym kwadransem mnożą się w niespotykanych ilościach. A wyobraźnia Zombiego jest bardzo rozbudowana. Aż ciepło się robi na sercu, gdy obserwujemy finał H2 – jest Michael, jest Laurie, na chwilę wpada również Loomis, a wszystkich obserwują z nieba Sheri Moon i jej biały rumak… Ostatnia scena jest ponad moje siły bezczelnej ironii… ZERO.
Za wikipedia.org: Przestrzeń powietrzna to obszar powietrzny rozciągający się nad terytorium lądowym i morskim państwa, nad morzem otwartym lub terytoriami nie podlegającymi żadnemu państwu. Samo powietrze jest bezbarwne, nietoksyczne, bezwonne, bez smaku, słabo rozpuszczalne w wodzie. Skroplone powietrze jest bladoniebieskie. Gęstość powietrza zależy od ciśnienia, temperatury oraz składu, dla suchego powietrza, przy ciśnieniu atmosferycznym, na poziomie morza, w temperaturze 20 °C wynosi 1,2 kg/m³. Temperatura topnienia zestalonego powietrza wynosi około -213 °C, a temperatura wrzenia około -191 °C. W powietrzu latają sobie różne ptaszki i inne owady. Niektóre z nich posiadają zabójcze żądła…