paź
Światełko w tunelu
Po kilogramach syfu, jaki ostatnio zalał rynek horroru, miło było w końcu obejrzeć 2 przyzwoite filmy. Może to początek jakiś większych zmian?
Po kilogramach syfu, jaki ostatnio zalał rynek horroru, miło było w końcu obejrzeć 2 przyzwoite filmy. Może to początek jakiś większych zmian?
Z braku laku i od niechcenia, ruszyłem jakiś czas temu ku przygodzie ze spin-offami CSI. Nie spodziewałem się raczej niczego niesamowitego. Wystarczyłaby mi jakaś poczciwa dawka rozrywki i trochę sympatycznych postaci. Tak więc zacząłem od CSI: MIAMI, które
wypadło niestety grubo poniżej oczekiwań. Na początek dostajemy piękne widoki i ciekawą przestrzeń. Dużo słońca, przepych, wspaniałe rezydencje z basenami wielkości kortów tenisowych i rozgrzane plaże pełne półnagich turystów. Bardzo ładnie. Niestety później zaczyna się robić ciężkostrawnie. Przede wszystkim tragiczne aktorstwo. Pierwszoplanowa para dobrała się pod tym względem idealnie. David Caruso jako szef grupy jest tandetny i beznadziejny. Swoją obecnością całkowicie wytrąca widza z równowagi. Jego gra to coś pomiędzy udawaniem wyluzowanego zabijaki a sileniem się na zatwardziałego gliniarza. Nie może się tylko zdecydować którym chce być w danej scenie. Zresztą co za różnica -- w obu wcieleniach jest śmieszny. Jeszcze te jego kretyńskie, jednozdaniowe teksty. Tuż przy jego boku, pręży się śliczna specjalistka od balistyki grana przez Emily Procter. Drogie ciuchy, idealnie zrobiony makijaż i fryzura oraz niesamowite ciało, nie dały jednak rady odwrócić uwagi od jej nieskomplikowanego warsztatu aktorskiego (należy dużo się uśmiechać i to wystarczy). Nie ważne czy walczy o życie, całuje chłopaka czy przesłuchuje seryjnego mordercę, jej mina jest ciągle taka sama. Reszta aktorów jest równie słaba i nikt nawet nie próbuje się wyróżnić. Z drugiej strony nie czym, bo cała banda cierpi na zaawansowany zanik osobowości. Brak interakcji międzyludzkich jest szczególnie widoczny podczas prowadzenia śledztw/badań/przesłuchań, które są miałkie i nieciekawe. Główne laboratorium jest rozświetlone irytującym odcieniem pomarańczy a producenci próbują ożywić akcję przez wprowadzenie do serialu byłej żony bohatera granego przez Caurso i jego szwagierki, która jest detektywem kolumbijskiej policji. Obie wyglądają jak tanie lafiryndy i nie mają zielonego pojęcia o aktorstwie. Bez jaj. Zawsze jednak trzeba doszukiwać się jakiś jasnych stron. W MIAMI jest to intro, chyba najlepsze ze wszystkich trzech serii:
W międzyczasie przypominałem sobie również wcześniejsze sezony oryginalnego CSI, żeby mieć porównanie i punkt odniesienia. To wszystko, co nie grało w MIAMI, jest perfekcyjnie dopracowane w LAS VEGAS. Idealne zdjęcia i kapitalna ścieżka dźwiękowa Johna M.
Keane’a (o których pisał już wcześniej Sick) stanowią podstawę potężnego klimatu tej serii. Sprawy są ciekawe, niesamowicie wciągające i zróżnicowane. Raz bohaterowie przetrząsają wysypiska śmieci na pustyni, by za chwilę przemierzać sieć kanałów pod miastem. Wszystko po to, by znaleźć choćby najmniejszy ślad prowadzący do mordercy. Ich metody są zaskakujące ale też piekielnie skuteczne, dzięki najnowocześniejszym zdobyczom nauki i techniki. To wszystko jednak nie miałoby większego znaczenia i nie dałoby rady uciągnąć 9 sezonów, gdyby nie główni bohaterowie tego dramatu. Wszyscy są do bólu realistyczni i powiązani ze sobą siecią niuansów, spojrzeń, urwanych dialogów i krótkich scen, które pozwalają nam ich poznać, nie odciągając zbytnio uwagi od głównej tematyki serialu. Szefem grupy jest genialny introwertyk, doktor entomologii. Jego wiedza z kryminalistyki jest nieoceniona ale kompletnie nie zna się ludziach, nie radzi sobie z problemami administracyjnymi laboratorium i gardzi papierkową robotą. To ostatnie zawsze zrzuca na swojego zastępcę -- przebojową specjalistkę od rozprysków krwi, byłą striptizerkę i samotną matkę w jednym. Do drużyny należą również: uzależniony od hazardu i przewrażliwiony na punkcie rasizmu Afroamerykanin, sympatyczny i wrażliwy kawaler, który nałogowo zajmuje się podrywaniem kobiet i ma bardzo lekkie podejście do życia oraz zamknięta w sobie kobieta z trudną przeszłością. Idealnym uzupełnieniem tej mieszanki są działający wszystkim na nerwy laboranci oraz obdarzony ciężkim humorem koroner i jego fajtłapowaty asystent. A wszystko pod czujnym okiem twardego i cynicznego kapitana policji. Wszyscy członkowie obsady idealnie czują się w swoich rolach i po dłuższym obcowaniu z tą serią można odnieść wrażenie, że są wręcz zrośnięci ze swoimi postaciami. Co by jednak nie mówić, intro bardziej podoba mi się z oryginalnym utworem Keane’a, którego obecność można było odnotować w pierwszym sezonie:
Gdzieś pomiędzy MIAMI a LAS VEGAS, znajduje się CSI: NEW YORK. Oryginałowi nie dorasta nawet do kolan ale ogląda się ten serial całkiem dobrze i nie irytuje jak przygody Caruso i spółki. Nowy Jork to podobno bardzo chłodne miasto (dosłownie i w przenośni) i trzeba przyznać, że udało się to tutaj dobrze uchwycić. Sprawy nie są zbyt urozmaicone i bardzo sztywno przeprowadzane ale specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo ich przebieg jest ciekawy i dosyć dynamiczny. Postacie są trochę bezbarwne a ich relacje wydają się strasznie służbowe, jednak aktorzy spisują się bardzo dobrze. Szkoda, że twórcy znowu postawili na brak osobowości. Główny bohater (grany przez Gary’ego Sinise’a) niby cierpi z powodu śmierci żony i przeżywa swój romans z panią koroner, jednak zbytnio tego po nim nie widać (i to nie z winy aktora, tylko z winy scenarzystów). Melina Kanakaredes nie jest specjalnie przebojowa ani tak piękna jak Emily Procter z MIAMI czy Marg Helgenberger z LAS VEGAS, ale na jej aktorstwo narzekać nie mogę. Pozostali członkowie zespołu również dają radę i całkiem przyjemnie się ich wszystkich obserwuje. NEW YORK jakoś specjalnie mnie może nie wciągnął ale czas z nim z spędzony na pewno nie był zmarnowany.
Na bezludnej wyspie u południowych wybrzeży Chile, dochodzi do niewiarygodnego
odkrycia. Znaleziony zostaje gigantyczny meteoryt, największy na jaki kiedykolwiek natrafiono, spoczywający w ziemi od milionów lat. Wiele tysięcy mil dalej, w zupełnie innym miejscu, miliarder Palmer Lloyd postanawia, że meteoryt musi stać się ozdobą jego nowego olśniewającego muzeum. Gotów jest dać za to każdą cenę – w dolarach i w życiu ludzkim. Dostarczenie meteorytu do Nowego Jorku jest wielkim wyzwaniem, byłby to bowiem najcięższy przedmiot, kiedykolwiek poruszony przez człowieka. Opłacona pieniędzmi Lloyda, po meteoryt rusza szczególna ekspedycja. Jej podstawą jest nowoczesny supertankowiec, zamaskowany jako zdezelowany, pordzewiały masowiec. Wyprawa pojawia się w tajemnicy u południowych wybrzeży Chile, gdyż meteoryt należy temu krajowi po prostu wykraść. Wkrótce jednak, w miejscach tak nieprzyjaznych człowiekowi, jak tylko można sobie wyobrazić, członkowie ekspedycji stają przed wielką zagadką pochodzenia i natury meteorytu. Muszą tę zagadkę rozwiązać, jeśli chcą z całego przedsięwzięcia ujść z życiem…
W zasadzie nie czytam książek. Nie ciągnie mnie, chociaż mam kilka ładnie ułożonych na półce, z których od czasu do czasu zdmuchuję kurz. Wśród nich znajduje się 6 powieści
Douglasa Prestona i Lincolna Childa, które napisali wspólnymi siłami. Co prawda ostatnie pseudoprzygody agenta Pendergasta mocno mnie rozczarowały, jednak pierwsze powieści duetu czyta się wyśmienicie. Teraz do mojej kolekcji dołączyła powieść nr 7 (która powstała jeszcze przed beznamiętnie ciągniętym wątkiem wypłowiałego agenta i jego arcyzłego brata, ale która dopiero niedawno doczekała się polskiego wydania). Trochę obawiałem się tej lektury i w sumie nie za bardzo mi się chciało nawet ją zaczynać. Jak się okazało jednak zupełnie niesłusznie bo książka okazała się tak dobra, że zawaliłem przez nią całą noc. GRANICA LODU na pewno odbiega trochę poziomem od genialnego RELIKTU czy równie dobrego RELIKWIARZA, ale znacznie bliżej jej już do świetnych ZABÓJCZEJ FALI, NADCIĄGAJĄCEJ BURZY czy LABORATORIUM. Zresztą nie tylko poziomem ale i tematycznie, te 4 powieści bardzo fajnie się zazębiają w mieszance technothrillera przygodowego z elementami science-fiction. GRANICA LODU świetnie się zaczyna, od razu rzucając czytelnika w wir szaleńczo pędzącej akcji, napięcia i ciekawych teorii naukowych. Duży plus za ciekawych i wyrazistych bohaterów. Autorzy jak zwykle postawili na realizm postaci, nie przesadzając zbytnio z nachalną i niepotrzebną psycho-łopatologią. Co prawda tempo nieznacznie opada w okolicach połowy powieści i po cichu spodziewałem się więcej klimatycznego technothrillera niż przygodówki, jednak z drugiej strony nie oczekiwałem, że duet powtórzy swój największy sukces czyli RELIKT (w którym każdy rozdział zostawiał czytelnika w stanie podwyższonego ryzyka zawału). Bardzo podobał mi się również nastrojowy i zagadkowy finał, który kończy się dosyć efektownie. Ogólnie świetna książka. Kciuk w górę.
Historia polskiego horroru jest krótka i smutna. Jeżeli najlepiej funkcjonującymi filmami w
naszej narodowej kinematografii są WILCZYCA i MEDIUM, to ktoś tutaj ma kłopoty. Niestety wciąż jesteśmy na etapie kopiowania wszystkiego z USA. I ta fascynacja jest doprawdy niezrozumiała, szczególnie w czasach kiedy Amerykanie potrafią tylko przerabiać cudze pomysły (szczególnie azjatyckie i nomen omen, europejskie). Oczywiście zawsze ze wszystkim byliśmy sto lat za Murzynami, więc i pod tym względem jesteśmy opóźnieni w stosunku do Jankesów o jakieś kilka(dziesiąt) lat. Takie filmy jak PORA MROKU kręci się tam od dawna. I od razu trafiają na rynek DVD, bo nikomu nawet do głowy nie przychodzi dystrybucja kinowa. W Polsce to wygląda jednak trochę inaczej.
Oczywiście w odróżnieniu od USA, nie stać nas chociażby na porządną scenografię i minimalnie zjadliwych aktorów, stąd też debiut Grzegorza Kuczeriszki charakteryzuje kompletny brak jakichkolwiek pozytywnych elementów. Nawet w porównaniu z zalewającym nas chłamem z zachodu, ten film to dno totalne. Przewidywalną i głupiutką historyjkę jestem w stanie jeszcze przeżyć ale realizacja jest już poniżej krytyki. Spodziewałem się przynajmniej trochę klimatycznych lokacji a dostałem przedwojenne piwnice, które udają straszną fabrykę. Twórcy nie mają najmniejszego pojęcia o prowadzeniu akcji i budowaniu napięcia, którego tutaj nigdzie nie ma. Nie wiem co jest bardziej porażające: beznadziejny i głupi finał czy kompletny brak ciągu logicznego, łączącego ten chaos. Reżyser (który powinien mieć dożywotni zakaz kręcenia czegokolwiek) jest tak zafascynowany PIŁĄ, że maltretuje nas montażem, który ślepego wyprowadziłby z równowagi.. Za takie coś próbuje się dzisiaj wyciągać od ludzi kasę w kinach? Wszystko jednak przebija żenujące aktorstwo. Postacie mogą być bezbarwne i nieskomplikowane, ale nie usprawiedliwia to tej bandy osinowych kołków, które niezgrabnie poruszają się po ekranie. Na litość boską, nasi nawet zwłok nie umieją dobrze zagrać. Z takim warsztatem to nie do filmu a najwyżej do “Gwiazdy tańczą na lodzie”. Chociaż tam już pewnie byli. Zero.
Co jest jedną z najważniejszych rzeczy podczas oglądania filmu? Oczywiście odpowiednie zapasy czyli to, co misie lubią najbardziej. Jedną z zalet dobrze przygotowanego asortymentu jedzeniowego jest to, że nawet kiedy film okazuje się najgorszą szmirą, możemy się skupić na naszym posiłku i czas nie wydaje się być zmarnowany. Wypada więc, abym złożył hołd własnym uzależnieniom pokarmowym, oczywiście promując (prawie) tylko zdrową żywność. Poniżej mój zestaw pierwszej pomocy w nagłych wypadkach głodu.
THE MIDNIGHT MEAT TRAIN to chyba ostatni tegoroczny horror, który miał szansę choć minimalnie podratować opinie o amerykańskim kinie grozy. Niestety nie tylko nie uratował ale też zupełnie je pogrążył. Opowiadanie Barkera, które posłużyło za wzorzec dla tego filmu, czytałem jakieś 3 lata temu. Do tej pory jednak pamiętam, że wywarło na mnie bardzo pozytywne
wrażenie. Połączenie miejskich legend z bezkompromisową dawką makabry, zawsze wychodziło temu pisarzowi na dobre (CANDYMAN). Niestety najnowsza ekranizacja jego twórczości celuje w gusta niewymagających nastolatków, którzy do kina chodzą się pośmiać, rzucać w innych popcornem i uprawiać seks w ostatnim rzędzie.
Standardowo zacznę od plusów. Na pewno niezłe tempo (które jednak szybko zaczyna się robić trochę monotonne). Również oprawa wizualna zasługuje na pochwałę ale w końcu film robił Japończyk, więc zaskoczenia nie było. O aktorstwie i walorach fizycznych obu pań też nie mogę powiedzieć nic złego. Leslie Bibb i pojawiająca się na chwilę Brooke Shields, robią ze swoimi rolami znacznie więcej niż przewiduje to słabiutki scenariusz. Koniec plusów, czas na jazdę. Główny bohater jest postacią strasznie jednowymiarową a nieprzekonywujące aktorstwo Bradley’a Coopera wcale nie polepsza jego sytuacji. Vinnie Jones miał zdaje się budzić tutaj przerażenie ale oglądanie jego absurdalnie zaciśniętej miny przed każdym siekaniem budzi co najwyżej politowanie. Ścieżka dźwiękowa jest dziwna i dosyć chaotyczna. Raz słyszymy przedramatyzowany motyw, za chwilę są jakieś azjatyckie klimaty a na sam koniec szarpany dance. Do tego dochodzi
porażająca monotonia (ile można oglądać te tandetne miny Jones’a, który biega po tych wagonach jak smród po gaciach) i totalny brak napięcia. Zero suspensu, zero stresu, nawet jednej głupiej ciarki. Czy to przypadkiem nie był nowy epizod MASTERS OF HORROR?
Nie jestem również w stanie strawić filmu, którego 80% efektów gore to robota komputera. Co to ma być? Amerykanie ze swoimi milionowymi budżetami znowu postanowili się bawić w CGI? NOCNY POCIĄG Z MIĘSEM to mocny konkurent dla I AM LEGEND w kategorii “najbardziej beznadziejne wykorzystanie efektów specjalnych 2008″. Jak można poważnie traktować film, w którym uderzenie tłuczkiem w tył głowy powoduje wyskoczenie oczu z orbit albo komputerowy obrót głowy o 180 stopni. I to stylu EVIL DEAD (a propos, te oczy wyskakują Ted’owi Raimi, który załapał się na małe cameo). Wygląd krwi to śmiech na sali. Zrobili z tego pieprzony HOSTEL. Finał już zupełnie mnie rozwalił. Pojedynek kung-fu w rzeźnickich fartuchach, pośród wiszących ciał a wszystko sfilmowane przy pomocy latającej wokół pociągu kamery i spowolnień, które idealnie pasują do rozwalanki jakiś superbohaterów. Zakończenie jest tak beznadziejne, że w zasadzie powinien po nim pojechać najbardziej. Jednak ostatnia scena mnie mocno rozbawiła (i to raczej wbrew intencjom reżysera), także okaże resztki miłosierdzia.
PS. Na IMDb film ma średnią ocen powyżej 7. Amerykanów coś w tym roku bardzo łatwo jest zadowolić.